środa, 26 kwietnia 2017

Operacja operacja 2

Jesteście zaskoczeni tytułem? Ja też. Jestem zaskoczona wydarzeniami ostatnich trzech tygodni. Nie nadążając za wszystkim nic nie pisałam tutaj, tylko na bieżąco relacjonowałam na Buraku fejsowym (dużo łatwiej i szybciej). Ale zacznijmy od początku.
Miałam jechać na Brachyterapię do Brzozowa. Ale w międzyczasie poszłam do Pani dr i zapytałam czy nie warto byłoby zrobić w moim wypadku szerszych badan na mutacje. Wtedy zobaczyłam błysk w jej oku, chwyciła za telefon, zapytała tylko czy mogę być jutro rano w Gdańsku i za chwilę rozpoczęła rozmowę. Okazało się, że jej koleżanka, dr S z trójmiasta zajmuje się badaniami klinicznymi i akurat teraz robią jedno, nowoczesnego leku ale można się na nie załapać tylko z mutacją brca1 lub 2. Tak się składa, że w ramach kwalifikacji wysyłają krew do Ameryki i tam sprawdzają wszystkie mutacje tych dwóch genów.
Niewiele myśląc, w nocy wsiadłam w pociąg i ruszyłam do Gdańska. Gdybym mutację posiadała, zakwalifikowała bym się do tychże upragnionych przeze mnie badań. Za 2 dni miałam jednak jechać na brachyterapię, ale... Pani doktor z nadmorskiej kliniki uświadomiła mnie, że brachy całkowicie zamknie mi drogę do załapania się na jakiekolwiek badania kliniczne. Brachyterapia zmieni obraz guzów i nie będzie wiadomo czy to ona czy nowoczesne leki zadziałały.
Trochę mnie to zbiło z tropu. Na wyniki miałam czekać ok 7-10 dni a za 2 dni jechać do Brzozowa. Miałam ciężką decyzję do podjęcia, ale po namyśle jedyną słuszną było przesunąć brachyterapię i załapać się na te mityczne wyczekane, wymarzone badania kliniczne.
Te okoliczności pozwoliły mi zostać na kilka dni u przyjaciół w Gdańsku. Trochę odpoczęłam, połaziłam, powdychała  jodu i czułam się zdrowa jak nigdy. O chorobie przypominał mi tylko wrzód...
Po powrocie do Wrocławia, czekałam jak na szpilkach na wyniki. W czwartek odebrałam wiadomość od Pani dr - mutacji nie ma. Badań nie będzie, nadzieja umarła. Guz w tym czasie urósł dwukrotnie. Te w środku też sobie nie żałowały.
Cały dzień ryczałam, powrócił pomysł brachyterapii, że trzeba jak najszybciej bo nie ma czasu. Cały zespół lekarzy zaangażował się w szukanie miejsca gdzieś w pl na brachyterapię. Nie było to takie proste. Ja po pierwszym załamaniu pomyślałam jak zwykle w trudnych sytuacjach "A ciul, a może tak miało być?" i zaczęłam przygotowywać się psychicznie do kolejnego wyjazdu. Ale w moim chorowaniu nic nie jest proste i oczywiste...
Następnego dnia (piątek 7.04) dostałam tel. że dr T, chirurg, chce mnie obejrzeć. Ok, fajnie, tylko już słyszałam, że nic się nie da zrobić kilka miesięcy temu, nie tylko od niego... Stawiłam się jak przykazano i usłyszałam "Ja bym zrobił operację".
Szczęka opadła mi do ziemi, nie wspominając o cyckach. Jak to, kurwa, da się?? Ano da się, bo któraś chemia odczepiła poniekąd guzy od klatki piersiowej i można je wyciąć z fragmentem tylko mięśnia nie z całym. A biorąc pod uwagę tego wrzoda na wierzchu, to nie ma na co czekać. Nie wiedziałam czy się cieszyć, czy wkurwiać i do kogo mieć pretensje? Czy może nie mieć?
Był tylko jeden warunek - wyniki tomografu muszą pokazywać to samo co styczniowe tk. Akurat w piątek rano przed wizytą u dr T miałam robione to pieprzone badanie. W poniedziałek miało się rozstrzygnąć - brachyterapia czy operacja?
Dygałam się czy nie ma przerzutów. Od 6 tyg niczym nie jestem zapezpieczona, a od 3 tygodni moją pierś "zdobi" piękny kwitnący kurwa grzybo-kalafiorowy śmierdzący wrzód. Usłyszałam przez weekend masę rad, żeby się nie napalać, że raczej na bank mam mikro przerzuty, że mogę mieć zajęty węzeł chłonny klatki piersiowej itp.
Starałam się za dużo nie myśleć, co będzie to będzie.
W poniedzialek przyjechalam czegoś się dowiedzieć i przyspieszyć ten opis tk. Polatałam po szpitalu tu i tam i doktory zadecydowały - operacja, wtorek na oddział, środa zabieg. Na opis mieliśmy czekać do wtorku, ale już popołudniu dostałam wiadomość, przerzutów nie ma! Operacja jest możliwa!
No i jestem tu, w dco na chirurgii. Czekam na radykalną mestektomię i nie wierzę w to co się dzieje...oczywiście to nie koniec, bo czeka mnie jeszcze wiele miesięcy chemii, żeby dobić nowotwór we krwi, co może być niemozlwe biorac pod uwage, że za bardzo nic na mnie nie działa.
Nikt nie daje mi złudzeń, że będę zdrowa, ale mam szansę na przedłużenie życia.
A ja w głębi duszy mam iskierkę nadziei, że się uda, że on się nie poprzerzuca bo przecież miał tyyyle okazji i nie zrobił tego...
Boję się, za kilka godzin trafię pod nóż. Cieszę się, za kilka godzin trafię pod nóż :)
Nadszedł upragniony od dawna dzień, ale miało tam nie być już guzów, a są trzy - dwa ponad 6cm i jeden 4cm. Gniazdo buraków. To uświadamia mi jak mało prawdopodobne jest wyzdrowienie, a jednak...marzę, pragnę, wierzę...
Trzymajcie dzisiaj kciuki, żeby nic nie spierdolili. Będzie mnie operował inny doktor, ale sprawia dobre wrażenie i wzbudza moje zaufanie. On wierzy, że się uda.
Jak tylko przeżyję i będę już w stanie pisać, to może więcej napiszę. Najświeższe wieści znajdziecie zapewne na Buraku na fb,
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk