piątek, 26 sierpnia 2016

Polowanie na kota

U mnie jak zwykle cyrk na kółkach. Pamiętacie moje polowanie na kota w zeszłym roku? W tym roku mam powtórkę, tylko tym razem pod moim domem, nie rodziców...

Od ponad miesiąca u nas pod kamienicą szwędał się rudy kundel. Niczyj, trochę dziki, bo bał się ludzi, ale fajny całkiem. Cała kamienica zaczęła go dokarmiać. Nawet stwierdziliśmy, że go adoptujemy, zbudujemy mu kojec i budę i będzie sobie mieszkał na koszt wspólnoty. Trochę go oswoiliśmy (Awaria pomogła) i nawet dał nam się złapać. Akurat miałam na tydzień gości, koleżankę Asię i Kudłatego. Zapalili się do pomysłu i pomagali co sił. W czasie kiedy budowaliśmy mu kojec, noce spędzał u nas. Budowa trwała 3 dni. Moje zwierzaki musieliśmy izolować, bo trochę się denerwowały. W końcu udało się kojec wybudować. Niestety psu zajęło 15 sekund wyjście z niego. Zabezpieczyliśmy kojec i znowu go wpuściliśmy... po 15 minutach znowu latał po ulicy a siatkę z kojca doszczętnie rozpierdzielił...z ciężkim sercem oddałam go do adopcji, bo tu prędzej czy później wpadł by pod auto... No ale co to wszystko ma wspólnego z moim kotem?

Otóż kota się obraziła. Śmiertelnie, że jakiś drugi rudy kundel obija się po JEJ domu i spierdoliła. Kiedy i jak nikt nie wie. Było to dwa tygodnie temu. I gdyby to był jej pierwszy raz to płakałabym i szukała jej po nocach w okolicy, ale znam już tę małą kutwę jak własną kieszeń. W domu księżniczka, a na podwórku jebany NINJA. Nikt jej nie widzi, a żarcie znika. Co więcej, potrafi oszukać żywołapki na kuny! wyżera żarcie, a klatka się nie zamyka! Od dwóch tygodni na nią poluję i dopiero wczoraj zobaczyłam ją z okna jak wpierdala żarcie, które jej zostawiłam. Powiedziałam:
- Widzę Cię czarna dziwko! - popatrzyła na mnie i zniknęła. Mówię wam - NINJA jak nic.



Dzisiaj po 20 wyszłam z psem na spacer - jak zwykle na tereny kolejowe, które mam za płotem. Awaria sobie pobiegała, załatwiła się i wracając coś mnie podkusiło... powiedziałam "Awaria, szukaj kota". Postawiła tylko uszy i zaczęła węszyć. Po 30 sekundach szamotała się już w krzakach z Armiśką, próbując ją przytrzymać (tak się zwykle w domu bawiły). Ale pierdolony Ninja to pierdolony Ninja - okazało się, że umie latać. Serio, w życiu nie widziałam latającego kota- do dzisiaj! Pies latał trochę gorzej, ale też niczego sobie. Popieprzały tak po krzaczorach ze dwie minuty, aż Awaria zapędziła czarną pod płot. Po drugiej stronie płota, na podwórku sąsiedniej kamienicy było drzewo. Kot wleciał 4 metry do góry, złapał się pnia i ani myśli schodzić. Udaje KOALĘ! Nie wiem gdzie się tego nauczyła, ale gdybym nie wiedziała, ze w Polsce Koala nie występuje to by mnie oszukała.
Wracając do sedna - sytuacja wygląda tak: kot ninja udaje koalę 4 metry nad ziemią, pies dostał szału i ujada pod drzewem, próbuje się wspiąć (!) a ja stoję w krzakach, cała już podrapana i drę ryja; "AWARIA! ZOSTAW KOTA DO KURWY!" Oczywiście pies ni chuja się nie słucha, więc musiałam wejść głębiej w krzaki, żeby przypiąć ją do smyczy. W końcu się udało i zapierdalam dookoła budynku na podwórko sąsiadów, żeby z tamtej strony podejść kota. Pies oczywiście podjarany ciągnie mnie jak szalony, mało sobie ryja nie rozbiłam o kamienie! Dobiegłyśmy do drzewa, patrzę, no siedzi. Teraz udaje wiewiórkę, taką górską, bo one są czarne. Myślę sobie - no przecież nie zejdzie jak tu z psem będę stała! Więc psa przypięłam do ławki niedaleko i wołam:
- Armisia! kici kici, chodź do mnie! A ona ani myśli. A Awaria w tym czasie piszczy i ujada przypięta do ławki. No tak, kot nie zejdzie jak ta suka będzie się tak zachowywać. No ale jak sobie pójdę to kot mi spierdzieli. Niewiele myśląc dzwonię po Agatę, moją sąsiadkę, żeby przyszła i zabrała psa do domu (akurat jak na złość dzisiaj sama jestem). Agata przyszła i stoimy pod drzewem jak dwa ciecie i wołamy kota. No i nic.
W końcu Agata zaprowadziła psa do domu i przyniosła mi jedzenie - może tak ją skusimy. Ni chuja. Ninja nie przychodzą do jedzenia!
Usiadłam więc na ławce, Agata poszła do domu, a ja jak ostatnia pizda czekam aż kot zejdzie. A pierdolonej wiewiórce podoba się siedzenie na drzewie! Oczywiście zaczęli pałętać się sąsiedzi, bo co ja robię pod drzewem na ich podwórku? A co jest dziwnego w siedzeniu o 22 pod drzewem?
Przypałętał się podpity sąsiad i zaczyna:
- Weźże tą swoją procę i ją zestrzel! Jakbym miał drabinę to bym tam wszedł i ją zrzucił, ale nie mam. Po chuj Ci taki kot co spierdala? Ja bym go zostawił w pizdu.
I tak mi pieprzy farmazony przez 10 minut, W końcu się wkurwiłam i mówię do niego: "Ten kot mieszka ze mną sześć lat, w domu jest kochaną przytulanką a na dworze zamienia się w ninję"
Sąsiad na to: "To tak jak ja! Też w domu jestem kochany i do przytulania..." Nie wytrzymałam w końcu ii mówię "Idź Pan w chuj bo mnie Pan wkurwiasz i kota też!" nie podziałało, dopiero jak zaczęłam go ignorować to poszedł. Minęła już godzina w tym czasie a kot nadal ani myśli złazić. A z okna sypialni dobiega mnie wycie mojego psa, który jest bardzo nieszczęśliwy, że nie może tam stać i polować na kota.
Dom wariatów. Zostawiłam jedzenie i poszłam  w pizdu, bo ten uparty kiciuch nie zlezie póki tam siedzę.
Wygląda na to, że polowanie tak szybko się nie skończy...

edit: po trzech godzinach zlazła menda z drzewa, nie było mnie przy tym, bo mi się znudziło patrzenie w ciemnościach w gałęzie drzewa. Poszła wyczyścić miski i teraz śmieje się ze mnie pewnie w krzorach za płotem...wychowałam bestię;)

czwartek, 11 sierpnia 2016

Dobre rady, trudne sprawy



Wróciłam z Bieszczad i całkiem nieźle się trzymam. Chemia mną nie zamiata, tylko chce mi się spać ciągle.

Dziękuję wszystkim za wsparcie i dobre rady.
Przejrzałam masę stron o alternatywnym leczeniu, o dietach, terapiach, hipertermiach, ziołolecznictwie i mam dosyć. Cały mój spokój niknie kiedy ludzie zaczynają mi mówić co powinnam, co muszę a czego nie mogę. Wytłumaczę może pokrótce jedną rzecz:

Zachorowałam na raka w wieku 28 lat. Rozmawiałam z wieloma lekarzami i przeczytałam wiele publikacji. Mój rak wziął się najprawdopodobniej z jakiejś mutacji, której jeszcze się nie bada. Brytyjczycy odkryli w tym roku 96 genów odpowiedzialnych za raka piersi. W PL bada się 3, każdy na 2-3 mutacje, a każdy z nich ma tych mutacji od kilku do kilkunastu. I tak, wiem, żywienie, sposób i tryb życia mają znaczenie i wpływ na choroby, ale czynniki zewnętrzne nie wywołują raka piersi w tak młodym wieku (genetyk powiedział, że jest na to 1% szansy). Gdyby stres, używki i złe odżywianie tak bardzo wpływały na raka jak próbują wmówić wszystkim "mądre głowy" to dożywalibyśmy ledwie 30 lat i 90% społeczeństwa umierała by na raka w młodości.
Stres, parabeny w kosmetykach, syf w żarciu, picie, palenie, słońce, brak słońca itp itd, tak to wszystko ma wpływ na raka, dlaczego więc wszyscy go nie macie?
Chorowanie po raz pierwszy różni się od chorowania drugiego.
Za pierwszym razem byłam wikingiem i machałam mieczykiem z uśmiechem wierząc, że wyjdę, jebnę i wrócę. Odstawiłam masę rzeczy a masę zaczęłam przyjmować - bo przecież jak będę jadła kurkumę, odstawie cukier i połknę tysiące suplementów to rak nie wróci. Otóż wrócił. I teraz masa kurkumożerców i jarmużopijców powie, że nie zrobiłam wszystkiego co mogłam, że przecież wszystko ma znaczenia blablabla. Cudownie jest teoretyzować zza monitora, czytać sobie w internetach o cudownym działaniu sody oczyszczonej i innych dziwnych praktykach i wciskać chorym, że chemia zabija, kiedy jest się zdrowym. Prawie nigdzie tego nie przeczytacie, ale rak piersi w młodym wieku ma ch*jowe rokowania, i niech mi nikt nie pisze w komentarzach, że jak wziąć psa i człowieka, to każdy statystycznie ma trzy nogi, bo nie ręczę. Odkąd choruję pożegnałam kilkanaście koleżanek, młodych, pięknych, które miały dzieci i całe życie przed sobą. To nie jakieś pierdolone statystyki a rakowa rzeczywistość.
Kiedy choroba wróciła, uświadomiłam sobie, że nie wystarczy magiczne myślenie i sztuczki ziołowe i uwierzcie mi, gdybym wiedziała, że coś mi pomoże to rzuciłabym się na to jak złomiarz na miedziane druty! Niestety jestem wnikliwa i drążąca temat, jak widzę "lek na raka" to prócz superlatyw szukam też drugiej strony medalu - większość "cudownych środków" była przebadana na szczurach albo myszach i tam wykazywała antyrakowe działanie, ale na ludziach niestety zawodziły. To niestety tyczy się pestek (amigdaliny, która swoją drogą w dużych dawkach bardzo szkodzi), wilkakory, grawioli i wielu innych substancji. Mimo tego, żeby nie mieć później wyrzutów sumienia żrę kurkumę, piję graviolę, odstawiłam cukier i zrobiłam wiele innych rzeczy, które podobno pomogą, z których nie mam zamiaru się zwierzać i się nimi jarać, bo zwyczajnie i tak w to nie wierzę.
Zaraz znajdzie się stado wszystkowiedzących, którzy powiedzą, że "nastawienie jest najważniejsze" i "trzeba myśleć pozytywnie". I będą mieli trochę racji, ale tylko trochę. Placebo niestety nie działa na nowotwory, jest parę urban legends na ten temat, ale w nie też ciężko mi uwierzyć. Wiele osób pomyśli sobie teraz, że się poddaję, że rezygnuję i dlatego umrę. Nic bardziej mylnego, po prostu zmieniam podejście, odrzucam hiperoptymizm, pozytywne myślenie zamieniam na zdrowe, przepoczwarzam się w niedźwiedzia zen ;) To nie znaczy, że przestanę żartować i śmiać się ze wszystkiego, po prostu to co miało być uniwersalną bronią na zło tego świata nie zadziałało, słuchałam wszystkich dobrych rad i jestem tu gdzie jestem.


Tym wpisem staram się też delikatnie powiedzieć pewną rzecz. Otóż to, że dzielę się z Wami moją drogą z Burakiem i częścią mojego życia nie uprawnia nikogo do mówienia mi co mam robić i krytykowania tego co robię, jeśli nie jest moją najbliższą rodziną czy przyjacielem. I nie wiem czy niektórzy ludzie nie rozróżniają tonu wypowiedzi doradzającej od oceniającej, czy po prostu chcą mi dopiec i powiedzieć "Widzisz? Gdybyś mnie słuchała nie miałabyś raka po raz drugi!" Tym samym dowiedziałam się, że mam raka bo:
- piszę o raku, rozmawiam o raku i udzielam się w grupach rakowych
- nie pije miliona mikstur, o których piszą w internetach i nie łykam jak pelikan każdego suplementu antyrakowego
- farbuję włosy (poczytajcie sobie komentarze pod ostatnim wpisem ;))
i jeszcze długa lista innych rzeczy. A jeśli umrę jednak na tego raka, bo zrobi przerzuty, chemia nie zadziała i mój hiperszybkorosnący dziad zwyczajnie zabierze mnie na drugą stronę tęczy (tam chyba odchodzą psy, ale biorąc pod uwagę niektórych ludzi to wolę siedzieć z duszami psów) wtedy niektórzy dopiero będą mogli się wyżyć. I będą pisać "Umarła bo nie piła czystka/ farbowała włosy/ niezdrowo się odżywiała/ była gruba/ straciła wiarę/ bo mówiła o raku/mówiła o śmierci/za dużo mówiła/za dużo myślała itd" Ale na szczęście jeśli umrę to już tych pierdół nie przeczytam. Moje życie to nie jest serial "Trudne sprawy" ani "Dlaczego ja?" Tu jest prawdziwa, żywa i kochająca życie istota, nie jakiś kiepski scenariusz zawsze kończący się happy endem.

I jeszcze jedna rzecz, której, mam wrażenie, wiele osób nie rozumie - w życiu nie chodzi o długość życia tylko o jego jakość. Nie chodzi o to, żeby przejść na obrzydliwą dietę, robić rzeczy, których się nie cierpi nie robić rzeczy, które się lubi tylko po to, żeby pożyć rok czy dwa dłużej. Pomyślcie jakie byłoby wasze życie, gdyby zabrać wam to co najbardziej lubicie i kazać robić to czego nie cierpicie? Nie wolelibyście żyć krócej ale szczęśliwie? Ja wolę. Nie znaczy to, że jem wszystko co wpadnie mi w rękę, piję hektolitry alkoholu (niestety żołądek po xelodzie nie przyjmuje nawet pół piwa) i mam w dupie wszystko. Nie. Ale nie będę odbierać sobie wszystkiego na rzecz długości życia. Wolę rok być szczęśliwa niż trzy lata tęsknić za tym co lubię i chcę. Taki jest mój wybór. Jak to powiedziała moja koleżanka Lucyna"Dziękuję, ale żyję i umrę po swojemu"

Bywajcie w zdrowiu, ale przede wszystkim w szczęściu, nawet jeśli zdrowia brakuje ;)

Anuk

PS. To wszystko nie znaczy, że nie chcę żebyście podrzucali mi różne ciekawostki i nowinki nt leków na raka. Nadal z chęcią wszystko czytam i rozkminiam i nie mam zamiaru zrezygnować z poszukiwań, tylko do jasnej Anielki, nie wciskajcie mi jak mam żyć!

sobota, 30 lipca 2016

List do B


Drogi Buraku!

Przepraszam, że ostatnio byłam wobec Ciebie taka brutalna. Uwierz, że odbiło się to również na mnie a skutki działań jakie podjęłam chyba bardziej uderzyły we mnie niż w Ciebie. Chciałabym, żebyś dobrze zrozumiał sytuację. Wiem, że bardzo chcesz ze mną być, niestety ten związek jest dla nas obojga śmiertelnie niebezpieczny.

Podziwiam Twój upór i spryt, jesteś godnym przeciwnikiem, dlatego chciałabym, żebyś został moim sprzymierzeńcem. Mieć u boku tak twardego wojownika jak Ty to sama przyjemność, lecz nie możesz dłużej zostać w moim ciele. Według Ciebie to najlepsze miejsce na Ziemi, ale jeśli zostaniesz to szybko oboje trafimy do innego świata i tam nie będziemy mogli być razem. Rozumiem Twój romantyzm i wiarę w miłość na zabój, ale chyba pora z niego wyrosnąć. Nie będziemy bawić się w Romea i Julię, zawsze uważałam, że zakończenie było idiotyczne.
Nie zrozum mnie źle, nie chcę Cię rozwścieczyć. Wiem jak potrafisz być przebiegły, ciągle wyprzedzasz mnie o krok. Chciałabym, żebyś pozwolił mi żyć. Jeśli naprawdę mnie tak bardzo kochasz, powinieneś  pozwolić mi odejść. Obiecuję nigdy o Tobie nie zapomnieć. Będziesz miał honorowe miejsce w moich myślach, rozmowach i snach.

Na początku myślałam, że jesteś zwykłym natrętem, ale masz większe jaja niż sądziłam. Z czasem nabrałam do Ciebie szacunku. Widzę, że bardzo się starasz i dwoisz się i troisz, żebym zwróciła na Ciebie uwagę, jak widzisz, udało Ci się osiągnąć cel. Nie wiem dlaczego mnie wybrałeś, ale powiem Ci kilka rzeczy na swój temat.
Dopiero co skończyłam 30 lat. We wrześniu miałam założyć firmę, mam całkiem niezły pomysł i bardzo chciałabym móc go zrealizować. Ostatnia ostra walka z Tobą bardzo mnie wykończyła i dopiero zaczęłam wracać do formy. Nie zdążyłam dobrze zacząć chodzić na basen, a przecież wiesz jak lubię pływać. Nim odkryłam, że ze mną jesteś co dwa dni robiliśmy razem conajmniej kilometr krytą żabką. Chciałabym też w końcu zacząć normalnie żyć, bez strachu, że gdzieś znowu się schowasz i na śmierć wystraszysz... zrozum, Mój Drogi, nie możemy być razem.

Pamiętaj, ten list nie jest białą flagą, jest stanowczą prośbą o pojednanie i zakończenie walki. Każdy dzień zastanowienia będzie nas oboje dużo kosztował, gdyż mimo mojej niechęci zostały zastosowane środki trujące wprowadzone do mojego organizmu. Zrozum, że ani ja ani Ty tego nie potrzebujemy i prawdopodobnie, któreś z nas w końcu nie wytrzyma. Dlatego mam propozycję - zostaw mnie teraz, pozwól żyć i wróć za 40 lat. Opowiem Ci jak żyłam, co osiągnęłam, a co straciłam i ominęłam. Na pewno będę miała sporo do powiedzenia i Cię nie zanudzę. Wtedy może już będę gotowa na romantyczną wspólną śmierć. Możemy jeszcze podyskutować na temat warunków Twojej kapitulacji, ale jeśli naprawdę mnie kochasz zrobisz to według mojego planu - znikniesz na półwiecze, ewentualnie nieco krócej. Składam broń i czekam na odpowiedź. Nie zastanawiaj się zbyt długo, proszę. Przemawiam do Twojego rozsądku, bo wiem, że potrafisz być bardzo złośliwy, ale w końcu jesteś częścią mnie, więc jaki masz być? Ja odpuszczam i proszę o to samo.

Z wyrazami szacunku
ANUK

czwartek, 28 lipca 2016

Burak zmiennym jest...

Miałam dostać chemię we wtorek. Nie dostałam. Miałam dostać w środę i się udało, ale dostałam inne leki niż zamierzano. W końcu plany są po to, żeby je zmieniać.

Nie wiem czy moja chorobliwa chęć bycia wyjątkową i wyróżniającą się z tłumu ma wpływ również na mojego raka czy to tylko przypadek, ale od początku skurwiel był inny...
We wtorek poszłam po chemię. Okazało się, że musi być jeszcze jedno badanie zrobione- czy nie jestem w ciąży i kazali przyjść w środę. Dzień obsuwy, mówi się trudno. W środę mimo niezadowoleniu kolejki pod gabinetem lekarskim, wbiłam się po skierowanie na badania, a potem z wynikiem po chemię. Wypełnianie papierów do programu z lapatynibem trwało 40 min (pacjenci pewnie chcieli mnie zabić) i już prawie prawie kończyliśmy, kiedy Pani dr zapytała o wyniki histopatologiczne, żeby dołączyć je do papierów. Wynik receptora her był niepewny, jak za pierwszym razem, kiedy zaczynałam leczenie, więc wycinki zostały wysłane do dokładniejszych badań tzw FISH. Okazało się, ze w laboratorium już są wyniki i mogę po nie iść. Poszłam, odebrałam i usiadłam. Receptor her2 okazał się być ujemny. Mój Burak znowu zmutował. To by tłumaczyło, dlaczego odrósł mimo podawanej herceptyny, która miała go powstrzymać.
Wiem, że możecie nie wiedzieć o czym mówię, więc postaram się w skrócie wyjaśnić- są trzy receptory które się bada w przypadku raka piersi - dwa hormonalne progesteronowy i estrogenowy oraz her2. Jeśli guz jest wrażliwy na receptory hormonalne, pacjentka dostanie leki blokujące hormony, w przypadku receptora her 2 bada się jego nadekspresję - oznacza ona bardziej agresywną postać raka, lecz są na to leki (herceptyna i lapatinib). Mój rak na początku był hormonozależny (oba receptory wrażliwe ponad 50% na hormony) a her 2 był niejasny i tak jak teraz poszedł do badań. Dodatkowe badanie nie wyjaśniło sprawy i zdecydowano zbadać to co zostanie po operacji. Przeszłam 7 kursów chemii, guz się zmniejszył i z tej resztki która została wyszło iż guz się zmutował i przestał być wrażliwy na hormony, ale za to her2 był dodatni. Dlatego podjęłam leczenie herceptyną. Teraz, po nawrocie guz znowu zmutował i her2 jest ujemny. To niestety postać raka tzw. trójujemnego, najtrudniejszego w leczeniu, ponieważ nie ma na niego dodatkowych leków prócz chemii. 
Dodatkowo guz zdążył już sporo urosnąć, przynajmniej tak palpacyjnie jest ok 2 razy większy niż podczas biobsji. 
Nie załamałam się, ale po prostu przestałam wierzyć, że uda się go wyprzedzić. Jest szybszy i sprytniejszy. Zmienia receptory jak ja kolory włosów, rośnie tak szybko jak ja potrafię przytyć...może trzeba przestać z nim walczyć a się z nim zaprzyjaźnić? Sama nie wiem, są różne teorie. Może ta cała walka tylko go drażni? Jeśli jest tak uparty jak ja, to za wszelką cenę chce wygrać, a ja widać jest między nami dużo podobieństw. Może ten rak to rodzaj lustra? W końcu też jestem burakiem ;)
Może trzeba go polubić, pokochać a wtedy on pozwoli mi żyć? Wiem, że brzmi to dziwnie, ale zawsze uważałam, że jeśli bardzo się kogoś kocha powinno się mu pozwolić odejść...w odniesieniu do powyższych słów brzmi śmiertelnie poważnie. Chodzi mi o to, że może jak go pokocham to on mnie zostawi dla mojego dobra i z miłości do mnie? Czy to brzmi choć odrobinę logicznie czy zaczynam świrować?:)



Wracając do meritum - dostałam w końcu nevalbinę i xelodę- ten pierwszy lek biorę raz na cykl 4 tabletki pierwszego dnia, a xelodę codziennie 4 tabletki rano i 4 wieczorem przez dwa tygodnie, potem tydzień przerwy i kolejny cykl. Wczoraj zaczęłam brać te cholerne tabsy i zwijałam się z bólu brzucha, dzisiaj jest troszkę lepiej.


Jutro za to jadę w Bieszczady, nie wiem jak zniosę podróż, ale nie mam zamiaru rezygnować. Tym razem nie chcę rezygnować z niczego. Tak jak poprzednio czułam, że na końcu będzie dobrze, tak teraz nie mam już takiej pewności. Nikt nie jest w stanie mi powiedzieć ile będzie kursów chemii i co będzie dalej. Poprzednia walka skończyła się złudnym sukcesem, tym razem muszę podejść do sprawy strategicznie i subtelnie. Spróbować dogadać się z wrogiem, być bardziej jak Tyrion Lannister niż John Snow (którego w końcu zabili sprzymierzeńcy i wiem, że wrócił do żywych jakimś dziwnym sposobem, ale i tak ma wyraz twarzy jak srający kot na pustyni). 


Jest jeden efekt uboczny xelody, który mi się podoba - utrata wagi, hehe. 

Nie martwcie się jakbym milczałam przez najbliższe dwa tygodnie - będę odpoczywać od wirtualnego świata, może uda mi się zrobić jakieś fajne zdjęcia, to wam pokażę po przyjeździe. Jedzie ze mną mój nowy amulet zakupiony z okazji nowego starcia - brat niedźwiedź;)


Życzę wam udanych wakacji i wracam do sprzątania :)

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk


piątek, 22 lipca 2016

Różowe włosy, zamiast okularów

Przez prawie dwa lata szłam ciemnym tunelem w stronę światła. Nie przejmowałam się błotem pod nogami, wilgotnymi ścianami dookoła, dziwnymi dźwiękami ani zwierzyną ukrywającą się w ciemnościach, szłam przed siebie bo tam na końcu miała być łąka pełna kwiatów i świat stojący przede mną otworem. Już czułam powiew wiatru na twarzy, słyszałam śpiew ptaków, wyszłam i zobaczyłam przed sobą wysoki zarośnięty mur i drzwi zamknięte na kłódkę. Stoję między murem a tunelem i po prostu nie wierzę.


Od kilku dni staram się podnieść z kolan, otrzepać i iść w kolejne nieznane z podniesioną głową. Mam jednak ze sobą już plecak, który ciąży mi jakbym niosła słonia.

W czwartek dowiedziałam się z wyniku tk, że mam wznowę. Pobiegłam do lekarki, ta sprawdziła wyniki biobsji i niestety wszystko się potwierdziło. Guz ma 4x3 cm. W międzyczasie zadzwoniłam do dr T i już w piątek byłam na wizycie. On zadzwonił gdzie trzeba i we wtorek miałam konsylium.
Na konsylium byli na szczęście lekarze, którzy mnie znają, więc wszystko poszło sprawnie. Zadecydowano, że będzie chemia, tym razem w tabletkach - xeloda i dodatkowo lapatinib - lek celowany dla raka her dodatniego. Zamiennik herceptyny, dla tych, na których ona nie zadziałała. Czyli dla mnie. Z tego co zdążyłam się zorientować tę mieszankę stosuje się głównie przy przerzutach ale i w rzadkich przypadkach nawrotu podczas stosowania herceptyny.
Po konsylium pobiegłam prosto do chemików na wyznaczenie terminu rozpoczęcia leczenia. Ponieważ lapatinib nie jest dostępny ot tak, tylko w programie badań klinicznych, muszę najpierw zrobić badania. Wyprosiłam u lekarza jak najszybszy termin i obiecałam zrobić chociażby echo serca prywatnie (na szczęście tomografie mam już zrobione). Dzięki temu kazano mi czekać tylko tydzień i już we wtorek dostanę swoje piguły. Ta forma chemii to zupełnie inna bajka niż wlewy. Dostanę wór tabletek, które mam łykać przez 14 dni codziennie, potem tydzień przerwy, badania i kolejny wór tabletek. Nauczona doświadczeniem zapytałam od razu o efekty uboczne. Jest szansa, że włosy zostaną na swoim miejscu, jednak najczęstszymi skutkami ubocznymi jest pękająca skóra i kłopoty żołądkowe. To drugie trochę mnie przeraża, bo już teraz mam refluks i przepuklinę żołądka, które utrudniają życie. No ale mus to mus.
Bardzo żałowałam, że nie mogę dostać tych leków natychmiast. Tydzień to niby mało, ale chciałam przypomnieć, że przez pół roku (a może i krócej) guz urósł do 4cm. Teraz jest już większy bo po biobsji ruszył (od tamtej pory minęły prawie 4 tyg)...mam nadzieję, że nie ruszył razem z krwiobiegiem do innych narządów...TFUUU, na psa urok i tysiące żabich odchodów!

Tego samego dnia, po konsylium i ustaleniu daty w końcu oficjalnie poszłam po wyniki biobsji. Co za paranoja z tą biurokracją szpitalną! Wyobraźcie sobie, że aby móc odebrać wynik trzeba zadzwonić między 8 a 9 rano pod konkretny nr tel (nie, nie można pójść do rejestracji, jakiegoś gabinetu czy gdzieś, można tylko i wyłącznie dzwonić!) i wtedy dopiero wyznaczają termin odbioru w gabinecie. Nie ważne, że ja już znałam wynik, nie ważne, że byłam w szpitalu pięć po dziewiątej, inaczej się tego nie załatwi. Co więcej odbiór wyników jest w innym miejscu niż cała reszta gabinetów, w strasznym budynku zajmującym się leczeniem paliatywnym (boję się tego terminu jak najgorszych koszmarów z dzieciństwa). Wyobraźcie sobie jakież było zdziwienie chirurga, któremu oznajmiłam, że już wszystko wiem, jestem po konsylium i mam wyznaczony termin leczenia! Był pod wrażeniem, a ja ucieszyłam się, że dzięki determinacji chociaż raz udało mi się pokonać biurokrację. Wynik histopatologiczny okazał się taki sam jak ten po operacji - hormony 0% i her +2 czyli nieokreślony, wysłany na fisha, jednak lekarze są pewni, ze będzie dodatni jak poprzednio.
Ogólnie nie jest mi wcale do śmiechu, jednak staram się nie dawać owładnąć strachom i widmom przerzutów i śmierci (mimo iż depczą mi po piętach). Na nową walkę przygotowałam nowy wizerunek - pofarbowałam włosy na różowo. Skoro nie mam różowych okularów, może włosy mi je zastąpią. Zawsze takie chciałam, ale nie miałam odwagi. Dzisiaj to one mi jej dodają.



Z lepszych wiadomości, mam nowy komputer - prezent urodzinowy od Radka. W końcu go odebrałam i uruchomiłam - nic nie furczy i nie wiesza się, a windows uruchamia się w 5 sekund!. W przeddzień konsylium prócz różowych włosów sprawiłam sobie różowe trampki i jeszcze dwie pary innych butów (kompulsywne nerwowe wydawanie pieniędzy, na szczęście są przeceny i wydałam tyle co za jedną parę niedrogich butów ;)


Od środy czekam. Staram się nie myśleć obsesyjnie o krążących w moim ciele komórkach nowotworowych, które chcą mnie zeżreć. Odkąd oznajmiłam światu, że mam wznowę dostałam masę wiadomości, komentarzy i maili ze wsparciem od was. Jestem wdzięczna, wasza wiara w moją siłę nie pozwala mi się poddać, nie mogę zawieść dziesiątek ludzi ;). Ambicja i upartość mi na to nie pozwalają. Jednak nie powiem, że jest łatwo. Jest dużo ciężej niż poprzednio. Straciłam wiarę w lekarzy i łut szczęścia. Jestem zawiedziona i wkurwiona. Tym razem chyba sięgnę dalej i postaram się jakoś wspomóc leczenie. Mam kilka pomysłów, ale wciąż szukam i wierzę tylko, że coś wymyślę, tym razem skutecznego. Ciężko mi tylko z moim cholernym racjonalnym podejściem, trudno będzie znaleźć skuteczne placebo, uwierzyć naiwnie, że coś pomoże. Jednym słowem rak upierdolił mi skrzydła i muszę pieszo zapierdalać do celu, rozpiździć tę kłódkę w drobny mak, wyciąć krzaki, zarośla, odgonić dzikie zwierzęta i szukać mojej łąki i nowego lądu do podbicia. Może nie sprzedam duszy diabłu, bo to by było zbyt proste, ale postaram się dogadać z każdym Bogiem czy inną siłą nadprzyrodzoną, żeby przeżyć i po raz kolejny nie stanąć przed cholernym murem czy innym tunelem. W końcu jestem Anukiem, a to podobno w jakimś indiańskim języku oznacza "niedźwiedź". Widzieliście kiedyś płaczącego niedźwiedzia? (prócz pizdowatego Kolargola?:))

Bywajcie w zdrowiu, przynajmniej wy, skoro mi to nie wychodzi...
Anuk


 

piątek, 15 lipca 2016

Burak 2.0

Nieszczęścia nie chodzą parami. Napieprzają stadami, jak jakieś stonki czy inna szarańcza. W Nicei zamach, koledze zalało dom a ja po raz kolejny mam raka. Wznowę.

Wczoraj odebrałam wyniki, szczęście w nieszczęściu to wznowa w tej samej piersi i nie mam przerzutów. Ale guz na tomografii ma 3x4cm, dzisiaj już ponad 5cm. Nie nadaje się do usunięcia tylko najpierw dostanę chemię. A wszystkiego dowiem się konkretnie we wtorek na konsylium.
Dobrze, że jestem na tyle rozgarnięta, że wszystko udało mi się załatwić w dwa dni. Wyniku biobsji nie mam tylko w ręce, ale jest już w mojej karcie i w komputerze w szpitalu. Gdyby nie to, że wczoraj po odebraniu wyniku tk poleciałam do lekarki od chemii, musiałabym czekać kolejnych kilka dni na odbiór biobsji. Zadzwoniłam do chirurga i wizyta była dzisiaj. Wyraz jego twarzy nietęgi. Bo jak to się kurwa stało, że będąc pod kontrolą chemików co trzy tygodnie, biorąc herceptynę mam wielkiego guza w piersi? Nie wiem do chuja jak.
Nie będzie wyjazdu w Bieszczady, nie będzie własnej firmy, będzie szpital, chemia, operacja i miesiące rehabilitacji jak wszystko dobrze pójdzie.
Wczoraj byłam smutna, dzisiaj jestem wściekła.
Wychodząc z przychodni jeszcze zaczęło padać, wyciągając parasol potknęłam się i wyjebałam jak dziecko, które uczy się chodzić. siedziałam na tej mokrej ziemi, ryczałam i rzucałam teczką z wynikami badań. Podszedł do mnie jakiś miły Pan a ja bardzo niegrzecznie powiedziałam, że sobie poradzę. Rycząc wyszłam ze szpitala i chciałam otworzyć parasol, ale okazał się popsuty.
Taki to miałam dzień.
Jestem zła. Wściekła i mam ochotę coś rozwalić. Czy to się kiedyś skończy? Czy ten jebany Burak wciąż będzie mnie kiwał jak struś pędziwiatr kojota? Pieprzę to, dzisiaj się upiję, porzygam i poryczę do nieprzytomności. Albo zrobię coś innego? Nie wiem. Jest chujowo.

Anuk

piątek, 8 lipca 2016

Dobry tynk, nie jest zły

Dzisiaj znowu turlam kulę łajna przed sobą, ale jakoś mi lżej. Nie zmieniłam się, nadal jestem gruba, krytyczna, leniwa i uważam, że większość ludzi to idioci, ale ci którzy mnie otaczają są wspaniali (duża część) i pozwalają mi upadać i podnosić się na nowo i pomagają pchać to gówno, żeby niezbyt często spadało mi na łeb. Tynkuję grzyba na nowo.

Dwa dni temu miałam tomografię klatki piersiowej i brzucha oraz miednicy mniejszej. ta druga to bardzo nieprzyjemna sprawa. Najpierw musiałam dzień wcześniej nic nie jeść i wypić środki przeczyszczające, co jak się domyślacie dało w efekcie cały dzień siedzenia na tronie (chociaż żadna ze mnie królowa). Na szczęście można było pić soki i rosół, inaczej spłakałabym się z głodu. Następnego dnia od rana już nic nie mogłam jeść ani pić aż do badania (w moim przypadku do 12). Samo badanie nie jest specjalnie nieprzyjemne, ale musiałam ściągnąć przed nim stanik, czego nie cierpię zważywszy na brak równowagi między moimi piersiami. Potem pielęgniarka kazała mi włożyć sobie tampon w wiadome miejsce i musiałam tak wędrować przez korytarz pełen ludzi bez uzbrojenia na klatce piersiowej do WC. Następnie kazano mi się położyć na leżance gdzie miałam wypiąć goły tyłek w celu zrobienia lewatywy. Jakoś by mnie to strasznie nie wkurzyło, gdyby nie fakt, że w sali byli inni pacjenci a ja byłam od nich oddzielona jedynie cienką zasłonką, a pielęgniarka nim zrobiła co miała zrobić nagle sobie gdzieś poszła. W tym czasie mogłam obserwować przez dość szeroką szparę kto wchodzi i wychodzi z gabinetu. Skoro ja ich widziałam, to raczej każdy mógł zobaczyć mój wypięty tyłek. Na szczęście nie jestem zbyt wstydliwa i wrażliwa na takie rzeczy, ale nie było to zbyt komfortowe. Potem z ligniną w gaciach czekałam na swoją kolej. Gdybym była w stanie psychicznym sprzed dwóch dni chyba bym się tam popłakała. na szczęście zdążyłam się ogarnąć.
Na wyniki trzeba czekać co najmniej tydzień.
Czekam, ale nie myślę o niczym złym, nie tworzę w głowie filmów bez happy endu.



Po moim ostatnim wpisie dostałam od was dużo wsparcia. Komentarzy, maili, prywatnych wiadomości. To na prawdę mi pomogło i poprawiło humor, dziękuję. Znowu staram się w sobie pielęgnować rytuał codziennej wdzięczności za to co mam i nie myśleć o tym czego mi brakuje. A brakuje mi głównie okrzesania i powściągliwości ;)
W ostatnim wpisie wspominałam o metodzie Simontonowskiej, która pewnie wielu z was niewiele mówi, a warto się nią zainteresować. Jedna z zasad to własnie codzienne myślenie o tym za co jesteśmy wdzięczni, ale dzisiaj chciałam powiedzieć wam o innym aspekcie tejże metody "tynkowania" rzeczywistości.



Nigdy nie lubiłam sprzątać. Ba! Wręcz nienawidziłam! Do tego zawsze twierdziłam, że nie umiem i się nie nauczę.
Dwa tygodnie temu byłam na warsztatach organizowanych przez Stowarzyszenie Niebieski Motyl w Krakowie. Mieliśmy różne zajęcia, m.in. z psychoonkologii metodą Simontonowską. Byłam do niej niezbyt przychylnie nastawiona, bo co jakaś tam Pani psycholog może mi powiedzieć czego jeszcze nie wiem (hehe). Ale starałam się słuchać wszystkiego (najwyżej później będę mogła wykpić). Zostałam jednak pozytywnie zaskoczona, nie dość, że przypomniało mi się to co już wiedziałam, to nauczyłam się czegoś nowego, bardzo prostego. By wykluczyć ze swojego słownika słowo "muszę" i "powinnam". Powiecie pewnie, no ale jak? Przecież czasami coś muszę, coś powinnam zrobić. Otóż wcale nie. Możesz lub chcesz.
Tak jak wyżej wspomniałam, zawsze miałam kłopoty ze sprzątaniem. Sama myśl o nim to była katorga. "MUSZĘ POSPRZĄTAĆ" od razu w głowie pojawia się poczucie winy gdy tego nie zrobię, złe samopoczucie, a kiedy w końcu biorę się za sprzątanie, robię to od niechcenia, jakby była to kara, jestem niezadowolona i wkurzona, bo MUSZĘ. A przecież wcale tak nie jest. Mogę siedzieć w syfie. Mogę przyjąć gości w pokoju pełnym śmieci i sierści. Mogę przyklejać się do podłogi. Ale CHCĘ, żeby było czysto, więc chcę posprzątać. Ta jedna mała zmiana wywołała lawinę zmian w moim zachowaniu i otoczeniu. Nagle zamieniłam w głowie "muszę" na "chcę" i chociaż wrodzone lenistwo jest silniejsze, to jednak wstaję i biorę się za sprzątanie. W jego trakcie myślę o przyjemnych rzeczach, o tym co mogę jeszcze chcieć. Może wydać się to nieprawdopodobne albo śmieszne nawet, ale spróbujcie to poćwiczyć.
Opowiedziałam o moich przemyśleniach bratu, który stwierdził:
"No dobrze, ale ja muszę sprawdzić dzienniki (jest nauczycielem) bo inaczej wywalą mnie z pracy".
"Racja- odpowiedziałam - ale przecież nie musisz być nauczycielem, nikt Cię tam na siłę nie trzyma. Lubisz tę pracę i chcesz ją wykonywać, więc tak na prawdę chcesz wypełnić dzienniki, żeby spokojnie móc pracować dalej. Jeśli zaczniesz tak myśleć, przestaniesz się męczyć takimi rzeczami."
Wiele od tego co się dzieje w Twoim życiu zależy od Ciebie. Nie wszystko, ale bardzo dużo. Zmiana myślenia jest początkiem dobrych zmian w Twoim życiu.
Od dwóch tygodni mam czysto w domu. Kiedy wokół mnie gromadzi się nadto śmieci i kurzu myślę "chcę, żeby było czysto". I po prostu sprzątam. Okazuje się, że nie musi być to wcale takie straszne jak mi się wydawało. Tak samo jest z każdą inną czynnością, chociażby wyjście z psem. "MUSZĘ wyjść z psem". Nie muszę, mogę pozwolić, żeby Awaria się męczyła, żeby w końcu nasikała ze wstydem w domu i wcale nie muszę tego potem sprzątać, przecież może śmierdzieć!
Chcę wyjść z moją psiną, bo ją kocham i chcę, żeby była szczęśliwa i zdrowa. I zamiast z wkurwem na twarzy i czarną chmurą nad głową, wychodzę na spacer z uśmiechem a Awaria odwdzięcza się dobrym humorem.
Kluczem do sukcesu jest trening zdrowego myślenia. Tak samo jak mięśnie potrzebują treningu, żeby pokonywać dłuższe dystanse, tak i mózg potrzebuje treningu, żeby radzić sobie z większymi problemami.

Dla mnie to taka dieta dla mózgu, pozwalająca zrzucić co nieco niepotrzebnego syfu z żuczkowej kuli.

Podsumowując - wracam na dobre tory, w dużej mierze dzięki tym nie-idiotom, za których jestem wdzięczna światu, ale też dzięki sobie bo mimo wielu wad, mam też jedną ważną zaletę - myślę i lubię tą swoją głowę, nawet jeśli czasem spada na nią kawał śmierdzących spraw.

Myślcie zdrowo kochani!

Anuk

sobota, 2 lipca 2016

Jestem żukiem gnojarzem

Dzisiaj rano obudziłam się na wkurwie. Wczoraj byłam na fajnej imprezie z przyjaciółką i jej nową miłością. Świetnie się bawiłam, póki nie zaczęli się obściskiwać na parkiecie i okazywać sobie co chwilę czułość. Byliśmy tylko we trójkę, więc poczułam się jak piąte koło u wozu. Co więcej w ostatniej chwili stwierdzili, że nie mają ochoty iść na karaoke (co wcześniej ustaliliśmy) i idą spać. Strasznie mnie to wkurwiło. Że są szczęśliwi, zdrowi, niezależni i fajni. 
Jestem straszną babą.


Rano usiadłam tam gdzie król nie chodzi piechotą i zaczęłam ryczeć jak bóbr. Ciągle staram się trzymać gardę i obracać kota ogonem. Umiem to, lubię to, szczycę się tym. Ale dzisiaj zobaczyłam, że to szpachlowanie wrastającego w mur grzyba, który ciągle przebija się przez tynk, czasami bardziej, czasami tylko trochę. Zabrakło mi kurwa tynku.
Nie jestem wcale taka fajna jak wam się wydaje. Nie podnoszę się z lekkością po każdym upadku. Wcale nie widzę samych dobrych stron życia i nie jestem nieustraszonym wojownikiem. Nie umiem cieszyć się szczęściem innych kiedy sama jestem nieszczęśliwa i rozżalona.

Ostatnio wspominałam wam, że podejrzewają u mnie wznowę. W poniedziałek czeka mnie mammografia i być może biobsja a w środę tomografy klatki piersiowej i miednicy mniejszej. Nie czuje strachu tylko brak powietrza i widzę przed sobą wielki obrośnięty chaszczami mur. Na co dzień po prostu żyję, cieszę się chwilą ale kiedy przychodzi ranek znów muszę się zaprogramować na szpachlowanie tego grzyba, żeby nie zwariować. Wczoraj wymyśliłam, że się spakuję i ucieknę gdzieś w pizdu, nie pójdę na badania, nic nikomu nie powiem, ale co dalej? No własnie ani to ani nic innego nie pozwala mi ułożyć planów na przyszłość. Zamiast zadbać o siebie to jem coraz więcej bo to daje mi chwilową przyjemność, a potem mam wyrzuty sumienia, że jestem coraz grubsza. I wyobrażam sobie siebie jako tego żuczka gnojarza, który pcha pod górę kulę swojego łajna i co jakiś czas to gówno turla się mu prosto na łeb.


Jestem żukiem gnojarzem.
Przypomina mi się cytat z filmu "Fight Club", który po polsku został przetłumaczony: "Jesteś roztańczonym pyłem tego świata..." a w oryginale brzmiał:
"You(we) are the all singing, all dancing CRAP of the world" czyli w bardziej dosłownym tłumaczeniu: "Jesteś(my) śpiewającym i tańczącym gównem tego świata". Polskie tłumacz zaszpachlował gówno, które niestety lepiej oddaje sens pieprzonego życia.

I teraz powinna przyjść refleksja, że jednak wstanę, podniosę się, będę pierdolonym motylkiem lekko wirującym nad kwitnącymi pylącymi jebanymi kwiatkami. Ale chyba nie będzie. Jestem tylko ja. 
Kobieta lat 30, otyła, złośliwa, leniwa, wytyka wszystkim błędy, wkurwia ją publiczne okazywanie czułości i ludzka głupota. Uważa, że większość ludzi to idioci. Nienawidzi sprzątać, za to lubi gotować, przez co w upały lepiej nie wchodzić do jej kuchni. Przeszła raka piersi w wyniku czego ma tylko 1,5 cycka i niesprawną rękę. Wymaga by wszyscy za nią nosili zakupy itp (a robi w chuj ciężkie). Posiada liczne rozstępy na wszystkich częściach ciała, ale ma to w dupie (i na dupie).Zawsze stara się być lepsza i wyjątkowsza od innych o czym ma przekonanie - słowem- wyżej sra niż dupę ma. Kipi wulgaryzmami, szczególnie kiedy się wkurwi.

Taki dałabym opis na portal randkowy, gdybym szukała faceta, ale nie szukam. Zaproponowałam dzisiaj na fejsbuku zabawę w pisanie tego typu opisów, pomijających wszelkie zalety. Parę osób w to weszło. Zadziwiająco poprawiło mi to humor i nie tylko mi. Więc może ta refleksja nad samą sobą przyniosła jednak delikatnie pozytywne skutki? Czyżbym znowu próbowała obracać kota ogonem? To takie typowe, kiedy tylko docieram do swojego małego, brzydkiego i nielubianego oblicza. Przecież muszę być lepsza, silniejsza, fajniejsza i wyjątkowsza (tak, wiem, że nie ma takiego słowa, że pisze się "bardziej wyjątkowa" ale tak mi się bardziej podoba).

Jutro wstanę i skorzystam ze sposobu Simontona, żeby uśmiechnąć się do swojego obłego papuśnego ryja w brudnym lustrze i będę żyć. Upadać, podnosić się i zbierać gówno z głowy by pchać je dalej pod górę, dodając sobie do tego jakiś absurdalny sens, w który zapewne uwierzę. I powtórzę te słowa, które powtarzam jak mantrę każdego dnia "Bądź dobrej myśli bo po co być złej" . I będę znów cieszyć się szczęściem moich przyjaciół i opowiadać o tym jak dobrze sobie radzę. Ale jeszcze dzisiaj mam to wszystko gdzieś. Dzisiaj posiedzę ze swoim grzybem i swoimi wadami i będę upajać się swoim pechem, nieszczęściem, żalem do świata, zgorzknieniem i całą resztą śpiewającego i tańczącego gówna tego świata. I nie piszcie, że będzie lepiej, bo wyrzucę monitor przez okno a był drogi i go lubię.



Bywajcie, kurwa, w zdrowiu

Wściekły na świat Anuk.

czwartek, 30 czerwca 2016

O co chodzi z tym rakiem?

Często mówi się dzisiaj o świadomym macierzyństwie, świadomym odżywianiu itp. Generalnie chodzi o to, żeby wiedzieć i stosować te wiedzę w życiu dla własnego zdrowia fizycznego i psychicznego. Dlaczego więc nie mówi się o świadomym chorowaniu? Szczególnie przy takiej chorobie jaką jest rak, wiedza jest istotna i potrzebna, a ja wciąż spotykam się z podejściem "wolę nie wiedzieć". 

Pomyślicie pewnie, że przecież to osobista sprawa każdego chorego. I będziecie mieli racje. Nie chcę nikogo tym postem urazić, ani naśmiewać się. Po prostu chciałabym, żeby wiedza na temat raka stała się bardziej powszechna, szczególnie wśród pacjentów onkologicznych. 
Ostatnio siedząc pod gabinetem USG rozmawiałam z pacjentką, która również czekała na badanie. Przebiegało to mniej więcej tak:
- Ja to przyszłam na kontrolę, jestem po usunięciu raka
- Ja też miałam raka
- Ale ja miałam złośliwego!
- Każdy rak jest złośliwy, proszę Pani
- Ale mój był bardzo złośliwy!
No i tutaj ciśnie mi się na usta: A mój był zabawny, salonowy ku*wa dowcipniś.
Oczywiście nic takiego nie powiedziałam, tylko zrobiłam edukacyjną pogadankę o nowotworach. Dlaczego? Dlatego, ze uważam, iż każdy pacjent onkologiczny powinien posiadać podstawową wiedzę o swojej chorobie. Później dziwimy się, że lekarz nie odpowiada na nasze pytania. Nie odpowiada, bo sami do końca nie wiemy o co pytamy. 
Zdarza mi się widzieć poirytowanych pacjentów, którzy zapytali np. o sposób leczenia ich przypadku, ale tak naprawdę nie wiedzą o nim nic. Powstaje taki mniej więcej dialog:
- Jaki miała Pani rodzaj raka?
- Złośliwy
- Pytam o rodzaj- przewodowy, zapalny, zrazikowy? 
- Nie wiem
- A jaki stopień złośliwości?
- Złośliwy...itd.
Sami widzicie jak to wygląda. Jeśli pacjent nie wie to lekarz mu często nie pomoże, bo najzwyczajniej w świecie nie ma czasu na edukacje pacjentów. Oczywiście pewnie pojawią się głosy, że lekarz od tego jest. Ale proszę wziąć pod uwagę, że przeważnie trafiamy do poradni chorób sutka (w  wypadku raka piersi) i tam lekarz przez kilka godzin przyjmuje kilkudziesięciu pacjentów. Gdyby każdego miał edukować z podstawowej wiedzy dotyczącej raka to wizyty trwałyby po 45 min a na wizytę czekałoby się kilkakrotnie dłużej niż dziś. Dlatego apeluję do was, drodzy pacjenci - poszerzajcie swoją wiedzę.

Od czego zacząć? Masa wiedzy jest w internecie, ale każdy chyba kto korzysta z sieci wie, że nie wszystkie strony są wartościowe i możemy trafić na nierzetelne strony, dlatego warto najpierw poszukać informacji ze sprawdzonych źródeł. Na pewno polecam wam stronę ZWROTNIK RAKA, gdzie znajdziecie bardzo dużo na temat choroby oraz leczenia. Można przy tym oczywiście posiłkować się np. wikipedią, która ułatwia (przynajmniej mi) nabywanie wiedzy podstawowej. Czytam tam np. o rodzajach raka i potem wiem czego szukać dalej. Dla kobiet chorych na raka piersi polecam stronę amazonki.net  - jest to baza wiedzy dotycząca raka piersi oraz forum dla amazonek. Możemy tam zadać również pytanie specjaliście (tylko najpierw upewnijmy się czy wiemy o co pytamy:). Możemy równiez spróbować bezpośrednio skontaktować się z fundacją czy też stowarzyszeniem, które zajmuje się grupą raków, która was interesuje (np. polecam wam bardzo Stowarzyszenie Niebieski Motyl , które prężnie działa w temacie kobiecych raków, szczególnie raka jajnika. Dziewczyny współpracują z lekarzami i instytucjami i każdemu starają się pomóc). Kolejna forma zdobywania wiedzy to tematyczne fora internetowe (patrz wyżej - amazonki chociażby) Jest wśród nas (pacjentów) wiele osób, które starają się czytać, dopytywać i przede wszystkim mają doświadczenie w chorowaniu, a jak wiadomo ono też dużo daje. Ale, żeby móc pomóc innym, trzeba mieć wiedzę i tutaj wracamy do początku.

Wiem, że część ludzi boi się czytać o chorobie (na którą cierpi czy tez cierpi ktoś bliski) bo się "nakręcają", ale kochani, wiedza to klucz do wyleczenia. Dzięki niej możecie wyłapać niedopatrzenie lekarza, wyszukać badania kliniczne (w wielu ciężkich przypadkach na prawdę warto) itp. Trzeba jedynie pamiętać o RACJONALNYM, ZDROWYM MYŚLENIU, ale to już zagadnienie z psychologii, które może tez kiedyś uda mi się wam przedstawić.


Stworzyłam dla was infografikę przedstawiającą nazewnictwo - to z czym wielu ludzi ma problem i wydaje mi się to najbardziej podstawowym zagadnieniem w temacie.
Postaram się przekazać wam podstawowa wiedzę na temat nowotworów. Resztę mam nadzieję doczytacie sobie sami ze źródeł, które podałam wyżej oraz linków ukrytych w moich opisach (często przeklejonych prosto z wikipedii, ale nie zawsze potrafiłam to wyjaśnić własnymi słowami)

1. Czym jest nowotwór? 

Jest to grupa chorób, w których komórki organizmu dzielą się w sposób niekontrolowany przez organizm, a nowo powstałe komórki nowotworowe nie różnicują się w typowe komórki tkanki. Czyli nasze tkanki mutują się i powstają z tego guzki różnego rodzaju.

2. Rodzaje nowotworów:


  • nowotwór łagodny (neoplasma benignum) nowotwór utworzony z tkanek zróżnicowanych i dojrzałych, o budowie mało odbiegającej od obrazu prawidłowych tkanek.Jest dobrze ograniczony, często otorbiony, rośnie wolno, rozprężająco (uciskając sąsiadujące tkanki), nie daje przerzutów, a po należytym jego usunięciu nie powstaje wznowa (ponowny rozrost nowotworu w tym samym miejscu) - jest całkowicie wyleczalny
  • nowotwór złośliwy (neoplasma malignum) nowotwór utworzony z komórek o niskim zróżnicowaniu (niedojrzałych), o budowie znacznie odbiegającej od obrazu prawidłowych tkanek. Charakteryzuje się szybkim wzrostem, atypią i brakiem torebki, czym m.in. różni się od nowotworu niezłośliwego. Rozprzestrzenia się poprzez naciekanie (wrastanie między komórki) pobliskich tkanek, co upośledza ich funkcję. Naciekając naczynia limfatyczne i krwionośne, przedostaje się do ich światła. W efekcie komórki są w stanie zawędrować wraz z krwią lub chłonką w odległe miejsce organizmu, gdzie dają początek nowemu guzowi - przerzut. Uniemożliwia to efektywną terapię poprzez resekcję guza pierwotnego, z racji iż ogniska wtórne powodują nawroty choroby i pogorszenie stanu chorego, co doprowadza do śmierci.
  • nowotwór miejscowo złośliwy (łac. neoplasma semimalignum; zwany również złośliwym miejscowo) – nowotwór o miejscowej złośliwości; charakteryzuje się co najmniej jedną z trzech cech: albo dużą masą tkankową uciskającą otoczenie, albo zdolnością naciekania i niszczenia otoczenia lub zdolnością wszczepiania. Nowotwory półzłośliwe zasadniczo nie dają przerzutów, ale dają nawroty po zabiegach operacyjnych, nawet uznawanych za radykalne. Dlatego też nowotwory półzłośliwe wymagają starannego podejścia chirurgicznego z uwzględnieniem szerokich granic wycięcia. Obraz mikroskopowy może być typowy dla nowotworu złośliwego.

3. Stopnie złośliwości (w przypadku raka sutka)
  • I stopień złośliwości histologicznej nowotworu (grading) - G1 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w dużym stopniu. Raki tego stopnia są najmniej złośliwe i rosną raczej wolno.
  • II stopień złośliwości nowotworu (grading) - G2 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w średnim stopniu w 3-stopniowej skali. W tym stopniu raki piersi charakteryzują się pośrednimi właściwościami między wolno a szybko rosnącymi.
  • III stopień złośliwości histologicznej nowotworu (grading) - G3 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w najmniejszym stopniu. Raki tego stopnia są najbardziej złośliwe i rosną najszybciej.
Na razie to by było na tyle. Nie chcę zamęczyć was zbyt dużą ilością danych na raz. Jeśli jesteście zainteresowani tematem to co jakiś czas postaram się wam przedstawić kolejne zagadnienia, ale dałam wam bazę z której idąc drogą linków dowiecie się wielu interesujących was rzeczy. Możecie zadawać pytania w komentarzach czy też pisać do mnie maile na adres: burak.anuk@gmail.com
(poprzedni nieco edukacyjny post: o raku piersi na poważnie )

Pewnie zastanawiacie się co u mnie. Nie odzywałam się trzy miesiące i nagle wyskakuję z edukacyjnym postem? Cóż mam rzec. Miałam ciężki czas i przeboje z urzędami, a od kilku tygodni biegam po lekarzach, bo są podejrzenia o nawrót choroby. Póki co nic jeszcze nie wiadomo, na pewno napiszę jak będę miała 100% pewności czy zaczynam od początku czy nie. Powinno się wyjaśnić w ciągu najbliższego miesiąca. Bardziej szczegółowe informacje co jakiś czas wrzucam na swój funpage BURAK, tam odzywam się nieco częściej:)
Zapraszam was również na moją nową stronę bardziej humorystyczną, dotyczacą moich zwierzaków i mnie KLUB AAA



Bywajcie w zdrowiu!
Anuk



niedziela, 17 kwietnia 2016

NEW GAME

Życie jest fajne. Jeśli lubi się jazdę na rollercosterze. Albo jeśli lubi się przygodówki. Albo jeśli potrafi się obracać zgrabnie kota ogonem. Mój wewnętrzny kot ciągle napier*ala piruety...

Grafika, którą ostatnio wam pokazywałam była niestety prorocza - ZUS stwierdził, że jestem tylko częściowo niezdolna do pracy, poza tym nie należy mi się renta, bo zwolnienie lekarskie jest traktowane jak okres nieskładkowy i tym samym zabrakło mi pół roku (które byłam na zwolnieniu), żeby załapać się na wymagania Zusu... Młody musi być zdrowy. Chory młody ma zapierdalać jak zdrowy młody. 
Z jednej strony czuję ogromny zawód, bo nie mam siły iść do pracy. Chemia zostawiła mi w "prezencie" sporo efektów ubocznych ciągnących się za mną jak smród po gaciach. A z drugiej strony nadchodzi nowa przygoda. Przygody w moim życiu zawsze zaczynają się od porażki i bezsilności, a przynoszą dużo wrażeń i koniec końców wiele pozytywnych skutków. To raczej dzięki umiejętności obracania tym biednym kotem niż faktycznym skutkom, ale trzeba sobie jakoś radzić. Gdzieś kiedyś słyszałam, że inteligencja to umiejętność przystosowania się do zmieniających się warunków. Postanowiłam więc chociaż stwarzać pozory.

Zaczynam na poważnie myśleć o własnej firmie, mogłabym wtedy pracować w domu na zlecenia (graficznie) i kończyć leczenie w międzyczasie. Od jutra zaczynam nową grę: After Burak/ Work mission. Zaczynam od odwiedzin różnych urzędów, na pewno zdam wam relację, może mrozić krew w żyłach znając nasz kochany kraj. Nie wiem tylko jakich specjalnych umiejętności użyć w tej misji? Mam w zanadrzu kilka skilli:
  • "głupia blondynka" - mówisz, że nic nie rozumiesz z tych formalności i pozwalasz wypełnić wszystko za siebie

  • "zagubiony kot" - robisz oczy kota ze Shreka i czekasz aż wszystko za Ciebie wypełnią

  • "zabawna grubaska" - żartujesz i zagadujesz wzbudzając sympatię i ludzie chętnie Ci pomagają (wymagania: bycie grubasem)

  • "irytująca typiara" - pytasz o wszystko po pięć razy, w końcu ktoś wypełnia papiery za Ciebie, żebyś sobie poszła

  • "dzielna amazonka" - udajesz pewną siebie i odważną opowiadając przy okazji swoją smutną historię choroby i nagle wszyscy chcą Ci pomóc (najskuteczniejszy skill)

Pewnie po trosze będzie trzeba wykorzystać każdą umiejętność. Muszę się psychicznie przygotować na kolejną walkę, już nie mogę się doczekać ku*wa.

Pewnie trochę panikuję, pewnie przesadzam, pewnie masę ludzi po prostu idzie i załatwia takie rzeczy od ręki, bez pytań kłopotów, nieporozumień. I pewnie tylko ja o takich nie słyszałam.
PFRON, PUP, ZUS i cztery wizyty u lekarzy/na badaniach, powinnam obrócić jednego dnia, tylko zapodam sobie jakieś nielegalne środki dopingowe.
Nie ma krzty ironii w tym wpisie.

Jeśli macie pomysły na jakieś dodatkowe umięjętności, które mogłabym wykorzystać w najbliższej misji napiszcie w komentarzach.

Niech moc będzie z Wami!
Anuk


czwartek, 14 kwietnia 2016

Introwersja (słomiany zapał)

Jest trzecia rano, a ja nie mogę spać. Przewracam się z boku na bok i myślę. Przeważnie o czymś miłym, a dzisiaj o swoim słomianym zapale...

Mój brat ostatnio organizował wieczór z poezją i zadzwonił do mnie, żebym coś swojego przeczytała. Tak, kiedyś pisałam i to nawet sporo. Ba! Przez kilka lat brałam czynny udział w życiu pewnego poetyckiego forum. Byłam nawet na kilku zjazdach. Co więcej napisałam nawet licencjat na temat tego forum! Później przerzuciłam się na fotografię, a potem na raka ;) W wypadku tego ostatniego mam nadzieję, że mój rak ma równie słomiany zapał co ja. Przyszedł, namieszał i pójdzie w pizdu. Ja niestety zwykle tak robię, ale często też wracam (w tym niech ch*jek nie bierze ze mnie przykładu).
Wracając do poezji...otworzyłam sobie swój profil i przejrzałam te bazgroły. I wiecie co? Napisałam kilka dobrych tekstów. Sama się zdziwiłam, bo wydawało mi się, że wejdę, pośmieję się i popukam w głowę, że cokolwiek mogłabym przeczytać. Stało się jednak inaczej. Nie dość, że wybrałam kilka tekstów to przeczytałam je na forum kilkudziesięciu ludziom na widowni. Kiedyś bym się nie odważyła (+50 do odwagi).
Właśnie, a`propos punktów - kolejna rzecz będąca następstwem mojego lichego zapału - ten blog miał być grą RPG, ale gdzieś po drodze zmieniłam zdanie. Kiedyś robiłabym sobie z tego powodu wyrzuty, ale dopisałam ideologię do własnego zachowania jakiś czas temu. Otóż wymyśliłam, że wszystko ma swoje miejsce i czas, a każdy rodzaj wyrazu artystycznego czy też grafomańskiego musi dojrzeć! (a co dojrzy i zobaczy to później opowie). Tym sprytnym sposobem pozbyłam się wyrzutów sumienia z powodu lenistwa, niekonsekwencji i wymyślania sobie nowych pasji.



Ostatnio mam trzy kolejne marzenia: zrobić kurs fryzjerski (ścinam siebie i znajomych od lat, ale nigdy się tego nie uczyłam), zrobić kurs na snajpera i licencję detektywa. Jestem kolekcjonerem nietypowych zajęć. Czy kiedyś coś przywrze do mnie na dobre? Może wcale tego nie potrzebuję?
Rak wyzwolił mnie z przymusu wymyślania sobie pretekstów do zrobienia czegoś. Jest to z jednej strony uzdrawiające, z drugiej może być niebezpieczne. W mojej głowie gromadzą się bowiem różne dziwne pomysły i nigdy nie wiem, który wychyli główkę i zawoła "Anuk, zróbmy to, a potem porzućmy!". Podam wam przykłady moich niezrealizowanych pomysłów: Chciałam robić drewniane nagrobki opuszczonym grobom. Chciałam zrobić plakaty ostrzegające o mandatach za niesprzątanie po psach i rozwiesić je po mieście, dodając tam logo straży miejskiej. Chciałam wpisać do dyscyplin olimpijskich strzelanie z procy i stworzyć pierwszą w Polsce drużynę procoholików. Chciałam zarabiać na szukaniu w sieci różnych prozaicznych rzeczy, z którymi nie radzą sobie ludzie (kto mnie zna ten wie, że kocham szukać w sieci i nieźle sobie z tym radzę;)). Chciałam organizować cyklicznie kolacje tematyczne, na których zapraszałabym znajomych (jedną nawet udało mi się zrobić tuż przed diagnozą). Oj, wiele rzeczy jeszcze mogłabym wymienić. Jest tylko jeden problem - gdyby to co chcę, było silniejsze od tego jak mi się bardzo nie chce... A z drugiej strony, dzięki temu mam dużo czasu na wymyślanie dziwnych aktywności i czasami jednak coś się udaje.

Parę dni po ostatnim wpisie stworzyłam grafikę o ZUSie. Pomysł wpadł mi do głowy i musiał zostać natychmiast zrealizowany, żeby nie wylądował w szufladzie z napisem "pomysły czekające na aż mi się zachce" (czyli prawdopodobnie nigdy) I tak powstał niedoskonały obrazek (bo szybko!), który wam poniżej przedstawiam:


Kończąc ten mój wywód, dam wam na koniec do przeczytania wiersz, który najlepiej opisuje mój charakter. Chyba jednak przez dziewięć lat, aż tak bardzo się nie zmieniłam...

Intro wersja (II) 

nalewam zupę do płaskiego talerza
spójrz jaka jestem inna taka głęboka
przewrotnie ziemniaki jadam łyżką
przecież tak lubię nie muszę tłumaczyć

grochem o ścianę tynkiem do garnka
wyrzucam worki przetrząsam szuflady
tolerancja to moje drugie imię jeśli nie
wierzysz to spierdalaj


***

minęły kilometry minut przepalonych
zdjęć z bezsensownymi widokami
na przyszłość powiem tylko tyle że
ironia cynizm i ja to trzy
najlepsze prostytutki dosłowności


Ps. Wymyślcie coś dziwnego co chcielibyście zrobić i napiszcie w komentarzu, jestem ciekawa czy też tak macie ;)

Ps 2. Właśnie wybiła czwarta :)


Bywajcie w zdrowiu!


piątek, 1 kwietnia 2016

ZUS-y, srusy i blondasy

Od wielu dni zabieram się za pewien temat i wciąż coś mi nie wychodzi. A to komputer się zawiesi, a to leżę w łóżku chora, a to mi się nie chce. Teraz właśnie zaliczam trzecią opcję i odkładam temat na potem, a co tam. W końcu postanowiłam robić tylko to co chcę robić, chociaż nie zawsze się to udaje...

Leczenie nadal trwa, chociaż na luzie i bez chemii tylko z herceptyną, która mam nadzieję uchroni mnie przed burakiem na dobre. No ale jakby nie patrzeć minęło już półtorej roku od diagnozy. Pół roku zwolnienia lekarskiego i rok zasiłku rehabilitacyjnego. Fajnie by było wrócić do pracy, ale jak wcześniej wspominałam, nie mam dokąd wracać. Gdzieś po drodze pojawiły się możliwości na pracę dorywczą, ale póki co nie zapeszam. Postanowiłam poprosić ZUS nasz kochany o rentę. Chociaż na tyle, żebym doszła do siebie i skończyła leczenie, by móc w pełni sił rzucić się w wir pracy.
Wniosek złożyłam, na komisję się udałam, rentę na rok dostałam (2 grupę). Jak wiadomo kasy niewiele, ale ubezpieczenie jest i można leczyć się dalej i do renty ewentualnie dorobić (legalnie można na szczęście). Niestety po tygodniu od szczęśliwego orzeczenia dostałam papierek z Zusu, że decyzję lekarza orzecznika podważyli i na komisję ponowną mnie wzywają. Cóż było począć? Wzięłam ciężką teczkę z dokumentacją choroby i pomaszerowałam na komisję. Tym razem miało być trzech lekarzy.

Tak jak podejrzewałam, stwierdzono, że jednak do pracy się nadaję i lekarka popełniła błąd uznając mnie za niezdolną. Poszłam tam gotowa do walki, choć kaszląca i z gorączką. W komisji zasiadało trzech lekarzy - trzech starszych panów, żaden z nich nie był onkologiem i żaden z nich nie był kobietą! To mnie zaskoczyło i zasmuciło, bo kobieta kobietę w takiej delikatnej kwestii jak rak piersi powinna zrozumieć. Niestety, lekarze ani nie rozumieli kwestii raka piersi ani niczego związanego z leczeniem tegoż schorzenia. Kazano mi się rozebrać do majtasów i tak mnie macali, wypytywali, mierzyli, kładli i stukali młotkiem w kończyny. Powiedziałam o wszystkich swoich niedomaganiach i ułomnościach. No prawie - zapomniałam powiedzieć, że mam zaniki pamięci...paradoks :)
Doświadczenie to było dość osobliwe i trochę zawstydzające. Co prawda od półtorej roku widziało mnie już dziesiątki lekarzy i wszyscy prawie macali mnie po cyckach, ale Ci byli jacyś tacy oceniający i mało sympatycznie nastawieni. Wyszłam stamtąd skołowana. Nie wiem co postanowili - mam czekać do miesiąca na decyzję. A Ty, kobieto, pożycz kasę na rachunki i poproś znajomych o jedzenie... na szczęście tak źle nie jest, ale mogłoby być i nikogo to nie obchodzi, że kolejny miesiąc zostaniesz bez środków do życia.
Taki to ZUS. ZUS-srus.

W międzyczasie zachorowałam sobie na zapalenie oskrzeli i pożarłam tabun antybioli i innych tabletek. Herceptynkę mi przesunęli ze względu na chorobę, pojeździłam sobie po lekarzach, pospałam po 12h dziennie i było super. W końcu dzisiaj podano mi hercię i trochę lepiej się poczułam, więc wymyśliłam sobie rozrywkę - farbowanie włosów. Ostatnio byłam ruda i już mi się znudziło, więc postanowiłam znowu być blondynką, coby kolor włosów pasował do intelektu. Zakupiłam więc arsenał farb i przed 16 rozpoczęłam proces. Oto efekty:



Rozjaśnianie wielokrotne jest bolesne - nie polecam, ale czego się nie robi... Jak to dzisiaj powiedziała Alina: Trzeba cierpieć, żeby być pięknym.
Cóż, gdyby cierpienie było wyznacznikiem urody, powinnam być miss świata.
Ale nie ma tego złego, bo wpadła mi do głowy dzisiaj genialna myśl, która może to wszystko podsumować (godna Paulo Coelho):

W życiu nie ma porażek. Są tylko gorsze chwile, z których warto wyciągnąć wnioski.

I tym optymistycznym akcentem zakończę ten wpis, bez żadnego prima aprilisowego żartu. Tak, żeby być oryginalną.

Bywajcie w humorze!
Anuk


sobota, 26 marca 2016

Zdrowych!

Zwykle się rozpisuję, opowiadam, leję wodę...dzisiaj będą tylko życzenia. Lanie wody zostawiam wam na poniedziałek!

Nigdy nie lubiłam składać życzeń, dopóki nie odkryłam, że wystarczy poznać jedno marzenie osoby, której składa się życzenia i wychodzą one szczerze (pod warunkiem, że się człek postara).

Dzisiaj piszę do wszystkich czytelników, szczerze, bo znam wasze co najmniej jedno życzenie. Jest również moim.

ZDROWIA! Ze wszystkim innym dacie radę, jeśli to jedno dopisze:)
Odpoczywajcie i pałajcie się chwilami rodzinnego spokoju (lub nie-spokoju, zależy co kto lubi:)
Przygotowałam dla was jeszcze kartkę - miał być kurczak, potem zając, wyszedł chomik. Ideologię dorobiłam, w końcu jestem mistrzem w odwracaniu kota ogonem ;)



Bywajcie w świątecznym nastroju!
Anuk

środa, 23 marca 2016

Rok bez raka

Dzisiaj jest rocznica operacji pozbycia się BUraka.
Mimo, iż było nieco niefartowna, bo w nocy okazało się, że mam krwotok i będzie potrzebna druga operacja, to jednak dzisiaj żyję:)

Najadłam się strachu, oj najadłam. Nie zapomnę jak traciłam oddech i nie mogłam podnieść głowy bo mdlałam... Pielęgniarki krzyczały na mnie, że jestem panikarą, a jak się później okazało hemoglobina spadła mi do 4...(poniżej 6,5 to już śmiertelne zagrożenie). Dopiero po kilku godzinach zrobiono mi badania i odkryto krwotok. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy do sali wszedł ordynator Oddziału Chirurgii onkologicznej Szpitala w Legnicy i powiedział:
- To jest zagrożenie życia. Dr T przyjedzie za 2 godziny, zrobić druga operację.
I wyszedł. W sali leżałam sama. Rodzina była we Wrocławiu, bo dzień wcześniej wszystko wydawało się być w porządku. Leżałam i ryczałam, chyba naprawdę po raz pierwszy w życiu myślałam, że to już koniec...Na szczęście zadzwonił do mnie dr T i trochę uspokoił. Zadzwoniłam do rodziców, do R. i nie wiedziałam czy się z nimi żegnam czy niedługo się zobaczymy.
W tym czasie przetoczyli mi 4 worki krwi i nim rodzina przyjechała wywieziono mnie na salę operacyjną. Chciałam mieć to już za sobą.
Pamiętam, że jak się obudziłam to pierwsze co usłyszałam to pikanie tej maszynerii która mierzy parametry życiowe i powiedziałam:
- Można to, ku*wa wyłączyć?
Pielęgniarka anestezjologiczna wybuchnęła śmiechem. Ja chyba też.

zdjęcie, które wrzuciłam na fejsa po pierwszej operacji

Dzisiaj, rok po operacji jestem już zdrowa, nie licząc przeziębienia i różnych efektów ubocznych chemii, które delikatnie mi doskwierają. Ale nie narzekam i dopóki żyję będę pokazywać fucka wszystkim przeciwnościom losu Emotikon smile
"Póki żyjemy jest dobrze, a jak umrzemy będziemy mieli przejebane..."Emotikon smile
Moja Ś.P. babcia Marysia powiedziała mi kiedyś: "Pamiętaj, żyj jak chcesz, nie patrz na rodziców, nie patrz na innych ludzi, bo to Twoje życie, niczyje więcej"
Dziś jak nigdy rozumiem co chciała mi przekazać i jak nigdy doceniam każdą chwilę.
P.S. Mam nadzieję, ze za 10 lat napiszę to samo Emotikon smile
Korzystajcie z życia!
Anuk

czwartek, 17 marca 2016

Strach

Dostałam wczoraj maila od czytelniczki. Jej mama jest chora i bardzo się boi. Długo zastanawiałam się co odpowiedzieć i stwierdziłam, że może warto powiedzieć to wszystkim, którzy się boją... 
* z dedykacją dla mamy Edyty

Strach jest naszym najgorszym wrogiem. Boimy się, że coś nam się stanie, że zachorujemy, że choroba nas zabije. To nas paraliżuje i nie potrafimy normalnie żyć. Przed rakiem cierpiałam na nerwicę lękową ok.3 lata. Doskonale znam ten stan kiedy boisz się ruszyć, bo serce przyśpiesza, bo masz zawroty głowy...tylko, że to lęk generuje w nas objawy, nie na odwrót. Taki stan rzeczy może prowadzić do depresji.
Ja któregoś dnia powiedziałam sobie dość - strach nie zawładnie moimi myślami, nie zmarnuję dla niego życia. Za każdym razem kiedy ogarniał mnie lęk, mówiłam sobie "to bez sensu, to tylko moja głowa, strachu wypie*dalaj". W ciągu może dwóch miesięcy pozbyłam się ataków, które wcześniej dopadały mnie codziennie.

Potem zachorowałam na raka. Odegnanie wcześniej lęków pozwoliło mi walczyć również z nim. Pomyślałam wtedy "dzisiaj na prawdę mam wyrok śmierci w zawieszeniu, więc nie mogę się bać bo stracę wszystko".

Dlaczego boję się o życie, które marnuję na strach? Zamiast cieszyć się tym co mi pozostało? Może to będą miesiące, może lata, ale muszę schować wszystkie lęki głęboko i żyć, korzystać z każdej chwili.

Wyobraźcie sobie, że macie masę pieniędzy, stać was na dostatnie życie, na dom, samochód i podróże, ale boicie się, że wszystko możecie stracić i chowacie pieniądze głęboko w szafie. Żyjecie ubogo, ciągnąc ledwo koniec z końcem, jedząc suchy chleb, nigdzie nie wychodząc ze swojego m2. A tam w szafie jest kasa na wszystko! Ale ze strachu przed jej utratą wolicie biedę. Brzmi idiotycznie, prawda? Kto by tak zrobił, tylko ktoś bardzo skąpy, powiecie.
Tak właśnie wygląda życie lękiem o własne życie. "Zachorowałam i umrę, więc już teraz położę się i będę płakać". Tam w szafie leży bogactwo. Tam za oknem umysłu czeka na Ciebie życie, bierz ile wlezie póki je masz, bo jak umrzesz już nic nie zrobisz.
"Póki żyjemy to jest dobrze, a jak umrzemy to będziemy mieli przejebane". 
/cytat ze znajomego pewnego pana napotkanego w szpitalu/

To wybór każdego z was. Żeby przestać się bać, trzeba przestać się bać i jest to jedyne rozwiązanie sytuacji. 

Ostatnio wymyśliłam, że zrobię licencję detektywa. Zawsze mnie to jarało. Koleżanka powiedziała: "Pewnie, jeśli do czegoś Ci się to przyda..."
Ja na to: "Mam wyrok śmierci w zawieszeniu na ch#j wie ile, mam gdzieś co mi się przyda, trumna mi się przyda a jej nie kupuję. Chcę robić to co chcę robić, po to żyję, nie po to, żeby się zastanawiać ciągle jakie będę miała korzyści. Ja żyję i to jest moja korzyść"

Nadeszła piękna wiosna, korzystajcie z niej póki żyjecie, bo potem będzie przejebane ;)

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

piątek, 4 marca 2016

Po chorobie na rynku pracy

Witajcie marcowo. Wiosnę czuć w powietrzu i mam nadzieję, że wraz z nią przyjdzie wiatr, który popchnie mnie w dobrym kierunku. Początek roku miałam ciężki i kompletnie nie potrafiłam ruszyć z miejsca. Poza tym dookoła pełno śmierci, zaczynając od wielkich gwiazd jak David Bowie, kończąc na ludziach z najbliższego otoczenia. Chyba każdy zauważył, że śmierć w styczniu i lutym zbierała żniwa... Ale mamy już marzec i miejmy nadzieję, powiew życia zakręci Ziemią w odpowiednim kierunku!

Ostatnie tygodnie to z mojej strony walka z lenistwem i organizmem, który reaguje bólem na każdą moją nadmierną aktywność fizyczną. Staram się jakoś zacząć żyć normalnie, nie myśleć o raku, bawić się jak inni moi znajomi. Jakoś leci. Zasiłek rehabilitacyjny kończy mi się za kilka dni i zmuszona byłam złożyć podanie o rentę. Jak się nie uda będę musiała znaleźć pracę, bo niestety w trakcie chorowania skończyła mi się umowa. Z jednej strony czeka mnie pewnie niezła walka i łażenie do dziwnych miejsc na rozmowy kwalifikacyjne, z drugiej strony to nowa przygoda i staram się tak do tego podchodzić. Powoli zaczęłam się rozglądać i powiem wam, że będzie trudno.




Zapytałam kilku koleżanek z BU-rakowej grupy jak to u nich wygląda z pracą i niestety bardzo dużo osób straciło swoje stanowisko albo w trakcie choroby albo tuż po powrocie z zasiłku rehabilitacyjnego. Z jednej strony rozumiem pracodawców, bo my "porakowi" jesteśmy pracownikami niepewnymi, muszącymi chodzić po lekarzach czyli pracownikami "wysokiego ryzyka". Dla mniejszych pracodawców oznacza to spadek wydajności firmy. 
Wiele z nas po leczeniu dostało grupę niepełnosprawności, po raku piersi i wycięciu węzłów, często stopień "umiarkowany". Państwo wymyśliło udogodnienie dla pracodawców i za zatrudnienie osoby niepełnosprawnej daje dopłaty - o ile się nie mylę jest to najniższa krajowa, czyli ok 1200 zł. W zamian niepełnosprawny pracownik ma 7-godzinny dzień pracy i 10 dodatkowych dni urlopu (po roku pracy). Niestety firmy niechętnie korzystają z tego udogodnienia, a niepełnosprawna osoba musi pracować 8 h dziennie albo nie dostaje pracy.
Niektóre korporacje idą swoim, często wieloletnim pracownikom, na rękę i pozwalają wrócić na dawne stanowisko. To się absolutnie chwali. Ale ja dzisiaj opowiem wam kilka historii, które różnie się kończyły.



Do napisania tego tekstu popchnęła mnie sytuacja mojej dobrej koleżanki rako-cyckowej, która zachorowała mniej-więcej w tym samym czasie co ja. Skończył się jej zasiłek i ochoczo wróciła do pracy (gdzie była zatrudniona od ponad 6 lat). Wszyscy się ucieszyli, usłyszała, że na nią czekali i nie mogą się doczekać aż wróci do dawnej formy. Ona bardzo się cieszyła, jednak poproszono ją, żeby wykorzystała jeszcze zaległy urlop w ilości ponad 30 dni. Tak też zrobiła. Po powrocie z urlopu przy jej biurku stał szef (nie znam się na stanowiskach w korpo, w każdym razie ktoś ważny). Kazał oddać telefon i komputer służbowy, miała jakieś 5 minut na skopiowanie kontaktów z telefonu i zgranie plików z komputera. Dostała zwolniona z 3-miesięcznym okresem wypowiedzenia bez obowiązku przychodzenia do pracy. Tak skończyła się jej radość z powrotu do życia po ciężkich rakowo-chemicznych przejściach.
Strasznie mnie to wkurzyło, zapytałam innych dziewczyn jak było u nich i niestety przeważnie wygląda to podobnie. Dostałam pozwolenie na zacytowanie wypowiedzi, więc przedstawiam wam kilka historii:

" Mój szef zadzwonił do mnie gdy byłam po drugiej chemii, łysa, rzygająca i załamana całą sytuacją, że on miał magazyniera co z rakiem pracował a ja przedstawiciel handlowy i nie chce wrócić do pracy... z dziką rozkoszą go poinformowałam gdy kończyło się chorobowe że decyduję się na rehabilitacyjne, dzwoni do mnie regularnie raz w miesiącu z pytaniem czy wracam do pracy - nigdy nie zapytał jak się czuję, czy mi kasy nie brakuje itd - pomijając fakt, że na umowie była inna kwota niż faktycznie zarabiałam i teraz jestem w dupę bita, ale cóż moja głupota, że zgodziłam się na takie przekręty..." 
(Płatność inna niż na umowie to zupełnie inny temat tak jak umowy śmieciowe, niestety po długich poszukiwaniach pracy zgadzamy się często na rozwiązania różnego typu, a później lądujemy jak lądujemy...)

"Ja obecnie nie pracuję jestem jeszcze na zasiłku lecz pytałam ostatnio o pracę z ciekawości i mówię , że jestem o chorobie itp... to nie dziękujemy..Mam wrażenie , że boją się zatrudnić iż na zwolnienie zacznę chodzić czy jak?"
(Tego się własnie obawiam w najbliższym czasie...)

"No mnie niby kadrowa zapewniała że nie ma problemu jeśli chcę iść na rehabilitacyjny, ale...Bałam się że w razie jakiejś redukcji czy zwolnień polecę. A w moim zawodzie bardzo trudno o pracę. Jestem bibliotekarką. Kto by mnie zatrudnił? Po entuzjastycznej reakcji kadrowej na wieść o moim powrocie, wiem że podjęłam dobrą decyzję"

"U mnie po półrocznym chorobowym i jak odmówiono mi zasiłku rehabilitacyjnego pracodawca zwolnił mnie z pracy. Żeby było ciekawiej, to zrobił to z datą w której miałam drugą komisję czyli jeszcze przed orzeczeniem, a w trakcie oczekiwania na "wyrok". Nie miałam nic i nigdzie nic nie chcieli mi dać. Poszłam, więc zarejestrować się do Urzędu Pracy ale tam musiałam niestety nakłamać, że jestem zdolna do pracy. Od maja zeszłego roku mam orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym i trudniej im dla mnie znaleźć pracę.Musiałam tak zrobić, bo inaczej przepadł by mi nawet zasiłek dla bezrobotnych...Nasze "wspaniałe" państwo ma gdzieś tak naprawdę wszystkich chorujących."

"Mój chlebodawca wydawał się empatyczny i po rocznym świadczeniu reh wysłał mnie na rentę zapewniając ze stanowisko będzie czekało w trakcie renty ale przeliczyłam się i zwolnił mnie na amen . Inni chlebodawcy wręcz boją się zatrudniać osoby onko co się wiąże z niedyspozycja w pracy ...szukam bez skutku..."

"A ja zachorowałam na urlopie wychowawczym bezpłatnym,przyznano mi rentę chorobowa na rok....moja cudowna pracodawczyni przywiozła mi dzień przed wigilią wypowiedzenie umowy z powodu likwidacji...renta do września,co potem?"

"Mnie zwolnili jeszcze na L4"

"Ja pracowałam w C*** jako opiekunka osób starszych niestety na czas określony. Kiedy zachorowałam wszyscy mnie zapewniali że mogę wrócić do pracy po chorobie, że cały czas na mnie czekają i modlą się za mnie i takie tam ble ble....W dniu operacji skończył mi się zasiłek chorobowy to przeszłam na świadczenie rehabilitacyjne dostałam na 8 miesięcy. Po tym okresie chciałam wrócić do pracy lecz na inne stanowisko pracy, niestety okazało się że jestem zatrudniona jako opiekunka i to stanowisko na mnie czeka nie ma żadnego innego nawet na jakby chciałam pracować na portierni nie mam odpowiednich kwalifikacji. Później powiedziano mi że jakbym wcześniej powiedziała że nie wrócę na swoje stanowisko to od razu by mnie zwolnili. W ZUS-sie złożyłam wniosek o przyznanie mi reszty świadczenia rehabilitacyjnego tam okazało się że jestem nie zdolna do pracy i do 2017 dostaje rentę"

Na szczęście są też przykłady na lepsze potraktowanie pracownika i byłabym nie sprawiedliwa nie wspominając o tym:

"Miałam możliwość pracowania zdalnie i w miarę siły przez cały okres zwolnienia i 3 miesiące zasiłku rehabilitacyjnego. Dzień przed operacją dał mi laptopa i premia papierowa wyrównał niższe wynagrodzenie z umowy o prace. Podczas chemii zaprosili mnie na wyjazd integracyjny za granicę. Oczywiście od razu po powrocie do pracy czyli rok od operacji, po 4 ac i 12 ptxl zmniejszył proporcje wynagrodzenia. Wymaga wyjazdów i dyspozycji bez płatnych nadgodzin, ale ćwiczę asertywność, mając na uwadze ze praca blisko domu jest w cenie. Było mi łatwiej wrócić na etat bo nie wypadłam totalnie z "rynku"."

"Ja wróciłam w trakcie herceptyny i pracuję już 1,5roku. To budzetowka więc respektują 7h dzień pracy.Córka przedszkolna i dużo choruje to odpoczywam czasem z nią w domu:) Ja widzę sporą różnice. Bardziej się męczę i wolniej uczę."

"Ja pracowałam cała chemie AC. Potem przy taxolu poszłam na zwolnienie. Na którym byłam pół roku. Wróciłam jeszcze w trakcie radioterapii. Mam orzeczenie i pracuje 7 godzin. Mam wspaniałą szefowa i nigdy nie miałam z nią problemu ale ja sama też starałam sie pracować jak każdy i nie nadużywać przywilejów. Dodatkowo mam 10 dni urlopu. Pracuje u prywatnego przedsiębiorcy i mam umowę na stałe."

Jak widzicie różnie to bywa, jeśli komuś pozwolono wrócić to jest w całkiem niezłej sytuacji, gorzej z osobami, które z powrotem próbują wskoczyć na rynek pracy. Sama mam obawy, ale jak zwykle staram się to zamienić w przygodę, żeby za bardzo się nie dołować. Mam w miarę dobrą sytuację, ale nie wiem co bym zrobiła, gdybym była sama i musiałabym utrzymać się za kilkaset złotych z renty czy zasiłku. Niestety to jest też częsta sytuacja osób chorych. 
mam dobrych ludzi w okół siebie, którzy zadeklarowali się z pomocą w znalezieniu mi racy, za co jestem ogromnie wdzięczna. Póki co czekam jeszcze na komisję w Zusie. Najbardziej boję się tego, że fizycznie nie dam rady. Sporo efektów ubocznych chemii jak uciązliwe zaniki pamięci, drętwienie nóg i rąk, osłabienie, zawroty głowy niestety jeszcze nie minęły i utrudniają życie. Jestem jednak dobrej myśli. Martwię się o innych chorych, w gorszej sytuacji, którzy bez pracy po prostu nie będą mieli z czego żyć. Rozglądałam się trochę i wiem, że są fundacje w naszym kraju zajmujące się pomocą osobom niepełnosprawnym w powrocie na rynek pracy. Postaram się wam przybliżyć ten temat kiedy dowiem się więcej. Mam zamiar odwiedzić takie miejsca i zobaczyć czy faktycznie można tam uzyskać jakieś istotne informacje. 

Tymczasem zastanawiam się co chcę robić w życiu i marzę jak wtedy kiedy byłam dzieckiem (chciałam być wynalazcą, malarką i chemikiem:)) Chciałabym zrobić coś nowego i fascynującego. Do tej pory pracowałam jako grafik komputerowy przez ok. 5 lat i przez kilka miesięcy przy serialu "Trudne sprawy" (wybierałam obsadę i zajmowałam się aktorami-amatorami"). Teraz marzy mi się wiele dziwnych prac, choć zadowolę się na początek taką, która pozwoli mi po prostu wrócić do zdrowego trybu życia. W sumie za co bym się nie wzięłam to mi wychodzi (chociaż nie wyobrażam sobie siebie w windykacji albo w banku:).



Może zostanę detektywem? Właśnie prowadzę śledztwo na temat pewnej onkocelebrytki, która mam wrażenie, że ściemnia...ale nim nie będę pewna nic więcej nie napiszę, żeby nie zostać posądzonym o pomówienia. Na pewno opiszę sytuację, jesli moje podejrzenia się potwierdzą, jeśli nie, posypię głowę popiołem:)
Tymczasem życzę wam miłego weekendu. Odpoczywajcie i bawcie się.
I jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk