poniedziałek, 6 lutego 2017

Dobre rady, trudne sprawy cz.2

Jesteś chory? Sprzedaj wszystko, ratuj życie. Że nie będziesz miał gdzie mieszkać? No i co z tego, będziesz zdrowy. Że nie ma gwarancji, że wydanie wszystkich pieniędzy zwróci Ci zdrowie? Nie szkodzi, musisz mieć nadzieję, bo musi być dobrze! Tylko nie proś mnie o pomoc, nie dam Ci moich ciężko zarobionych pieniędzy, jeszcze nie siedzisz pod mostem, więc nie jest źle.

Koleżanka  usłyszała od swojej znajomej, że powinna sprzedać dom i samochód i wydać wszystko na ratowanie swojego życia. Dla wielu zdrowych ludzi to takie oczywiste. Fajnie tak myśleć, kiedy jest się sprawnym ruchowo i nie cierpi się przez leczenie i chorobę. Wtedy łatwo jest myśleć "co zrobiłabym na jej/jego miejscu". Ja sama kilka lat temu, nim los splótł mnie z rakiem, myślałam, że sprzedałabym wszystko i wyjechała gdzieś pożyć kilka miesięcy w ciepłych krajach. Fajnie się fantazjuje, że będzie się prawdziwym filmowym bohaterem! Zobaczy się kilka krajów i umrze na plaży będąc szczęśliwym! Albo, że sprzeda się wszystko, bo to pieniądze przynoszą lek na raka...

Sprzedaj wszystko, dostaniesz tabletkę za milion złotych i wszystkie Twoje problemy miną. Będziesz zdrowy i w pełni sił do rozpoczęcia nowego życia! Bo przecież czytałam w internecie, że jest lek na raka tylko firmy farmaceutyczne mają interes, żeby ludzie nie wiedzieli. Bo przecież ciocia kuzyna, siostry koleżanki miała raka i wyleczyła się kurkumą i mniszkiem lekarskim. Bo przecież dr Zięba na jutubie powiedział, że raka łatwo wyleczyć. Przecież możesz zjeść sodę z miodem i będzie ok. Więc czemu prosisz o pomoc? Czemu jeszcze jesteś chory? Przecież wszystko czego potrzebujesz jest w internecie, sprzedaj te cholerną chatę i jedź w świat szukać leku na raka. Nie użalaj się nad sobą, przestań męczyć wszystkich dookoła swoją chorobą. Myślisz, że nie wiem, na co wydajesz kasę z fundacji?? Przecież widziałem, masz nowe dywaniki w Oplu, a ostatnio kupiłaś kurtkę zimową i niosłaś dwie torby zakupów. Wystawał z nich papier toaletowy - najdroższy z lidla! Przecież gdybyś była taka biedna, kupowałabyś ten tańszy, 3 złote tańszy papier! Nie kłam jak Ci źle, zejdź mi z oczu naciągaczu. Umrzesz na własną prośbę, bo ufasz lekarzom, a nie ludziom posiadającym "tajemną wiedzę" z kosmosu!
Twoja rodzina? Kogo obchodzi co się z nią stanie, zarobią sobie na nowe mieszkanie, najwyżej na początek sobie coś wynajmą, chyba dasz im trochę na jakis wynajem, po sprzedaży chaty będziesz miała na tyle, żeby się podzielić, nie? A nieeee, bo jesteś egoistką, tylko o sobie myślisz! Więc jasne, sprzedaj wszystko, żeby się wyleczyć, choć i tak pewnie się nie uda. Źle wybierzesz lekarza, nie te zioła będziesz przyjmować, nie wykluczysz z diety cukru, albo za rzadko się będziesz modlić, w każdym razie to i tak TY będziesz winna, jeśli się nie uda. Już jesteś winna, bo piłaś w weekendy. Nie piłaś? To jadłaś za dużo tłuszczy/węglowodanów/białka, nie ważne czego, coś źle zrobiłaś. I jeszcze śmiesz mnie namawiać do badań? Ja nie popełniam tych wszystkich błędów! Ja nigdy nie zachoruję, uprawiam sport i jem marchewkę!

Na inną koleżankę ktoś "życzliwy" doniósł do skarbówki, bo jej mąż kupił samochód. Ale to nie dotyczy tylko chorych, To samo jest z 500 plus. Tylko patologia to dostaje, po to, żeby nie musieć pracować. Teraz za te 500 plus jeżdżą "Janusze" na plażę i psują widoki...i tak dalej.
\
Tak łatwo jest ferować wyrokami, oceniać innych kiedy nie jest na miejscu ocenianego.
W komentarzu ktoś mi napisał, że powinnam wynająć mieszkanie i przenieść się do rodziców, pewnie, będę mieszkać w pokoju z moją chorą babcią, przecież i tak pewnie obie niedługo umrzemy, po co nam jakakolwiek prywatność. Ktoś napisał, że są ludzie, którzy zarabiają po 1200zł i tez im ciężko i nie proszą nikogo o pomoc. Ktoś wredny mógł powiedzieć - tyle zarabiasz bo jesteś niedorajdą życiową, należy Ci się... Nie masz szczęścia do facetów? Może jesteś po prostu nie do zniesienia? Nie masz szczęścia? Może jesteś głupia?

I co? Czy ktoś chciałby słyszeć takie rzeczy?
Zastanów się, czy sprzedałbyś wszystko nie bacząc na nic, wyniszczony leczeniem, słaby i zdezorientowany, pozbawiony nadziei chcący już tylko chwili spokoju i szczęścia najbliższych? Czy zostawiłbyś jedynych ludzi, na których Ci zależy, jedyne miejsca w których czujesz się bezpiecznie, żeby szukasz mitycznego leku?

Nie ma jednego leku na raka, każdy jest inny - każdy człowiek i każdy rak. Zastanowiło was kiedyś dlaczego tyle słyszycie o cudownych ozdrowieniach, ale nigdy nie spotkaliście osoby, która to przeszła? Zweryfikowałam kilka takich historii - albo były z palca wyssane, albo ludzie nazywali "rakiem" wszelkie nowotwory niezłośliwe. Bo przecież nowotwór to nowotwór...ostatnio nawet pewna celebrytka wydała książkę "Jak wygrałam z rakiem" pisząc o walce z chłoniakiem, który nie jest rakiem tylko nowotworem układu chłonnego, rak tyczy się tkanki nabłonkowej. Część osób powie "oj, przecież to to samo", "bo potocznie..." no i właśnie tutaj powstają często zakłamania, bo ktoś widzi napis "nowotwór" i myśli "rak" a potem opowiada jak się cudownie z niego wyleczył. Chodzi mi o to, że często mamy ograniczoną wiedzę, strzępki informacji, niesprawdzone niusy a doradzamy ludziom w życiowych decyzjach jakbyśmy WIEDZIELI, że to jedyne słuszne wyjście. Tak w kwestii leczenia jak wyprzedawania majątku.

Mogłabym bez końca. Ja też potrafię stawać na waszym miejscu "zdrowi doradcy cudownych rozwiązań". Na waszym miejscu lepiej wykorzystywałabym i swoje życie i pieniądze. Łatwo jest oceniać i mówić co by się zrobiło na czyimś miejscu, może się zamienimy? Bez sensu, co? Nie znam Twojej sytuacji, nie wiem co zrobiłabym na Twoim miejscu i gdzie bym była mając Twoje możliwości.

Zauważyłam, że najwięcej ludzi boli zbieranie kasy przez chorych czy innych potrzebujących, tam gdzie zaczyna się proszenie o pomoc kończy się życzliwość, oczywiście nie wszystkich, ale jest jakaś dziwna niezidentyfikowana zawiść w ludziach. Można ją zaobserwować łatwo po wejściu ustawy 500 plus. Kto pobiera ten patologia.
Mam koleżankę chorująca w Wielkiej Brytanii - tam Państwo osobie niepełnosprawnej i w ciężkiej sytuacji wypożycza auto, żeby ta osoba mogła bez trudu dojechać na leczenie i mogła się sprawnie poruszać. W Polsce prawo nakazuje sprzedać samochód, żeby kupić jedzenie, na dodatek są ludzie, którzy przytakną i powiedzą, że to słuszne.

Gorzko mi ostatnio i smutno kiedy stykam się z takimi historiami - bezpośrednio i z opowiadań. Mówię o tym, bo mam nadzieję, że niektórzy coś zrozumieją, uświadomią sobie, że życie nie jest czarno-białe, prawo sprawiedliwe a niektóre "dobre rady" powinno się zostawić tam gdzie je znaleźliśmy - czyli w kosmosie bezmyślności.

Bywajcie w zdrowiu
Anuk

niedziela, 29 stycznia 2017

Pozbawić godności - czyli przygody z systemem

Kto Ty jesteś?
Polak mały
Jaki znak twój?
Orzeł biały

Pamiętacie ten wierszyk? Jestem z rocznika w którym jeszcze uczono, żeby być dumnym z tego, że jest się Polakiem. Nigdy nie chciałam wyjeżdżać z tego kraju. Wydawało mi się, że jestem tu bezpieczna i ułożę sobie życie jak będę chciała. Nie przewidziałam, że zachoruję ani, że systemy prawne w tym kraju ułożone są tak, aby zgnoić najsłabszych.

Z jednej strony uczyli nas miłości do ojczyzny, z drugiej od najmłodszych lat wpajano nam, że mamy być posłuszni. Mamy wykonywać polecenia, najpierw Pani w szkole, odpowiedziom podręcznikowym, hierarchii szkolnej, potem szefom itd. Ja miałam tyle szczęścia, że trafiłam w wieku 13 lat do szkoły plastycznej - nie było tam dzwonków, każdy sam się pilnował, ale przede wszystkim uczono nas jak myśleć KREATYWNIE, jak wychodzić poza schematy myślenia i tworzenia. Nikt nie mówił mi jak mam się ubierać i nie próbował ustawiać w szeregu z innymi. Myślę, że nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć w tamtym okresie. Później wylądowałam na studiach Etnologicznych. Tam też trzeba było głównie myśleć a nie tłuc według schematów. Musiałam nauczyć się pewności siebie (bardzo bałam się publicznych wystąpień i rozmowy z obcymi ludźmi). Nikt nie prowadził mnie za rękę, ale pozwolił rozwinąć skrzydła. Jeszcze w trakcie studiów postanowiłam zostać grafikiem komputerowym. Pomógł mi na początku kolega, który pokazał podstawy Photoshopa, później poszło z górki i nauczyłam się większości rzeczy sama - bo chciałam. W ten sposób dowiedziałam się, ze wiele zależy ode mnie. Jeśli chcę to mogę.

Minęło parę lat. We wrześniu 2014 roku dowiedziałam się, że jestem chora na raka piersi. Podeszłam do tego jak zwykle do problemów - z otwartą i podniesioną głową. Wiedziałam, że nie mogę się załamać ani poddać. Przecież mam twarde dupsko.
Zaczęło się niewinnie. Szpital, przychodnia i zasady, których nie można łamać. "Nie mogę zapisać Pani na wcześniejszy termin", "Może Pani przejść badania potwierdzające tylko u nas, innych nie przyjmujemy, ale proszę czekać miesiąc". Na szczęście jakoś się udało wszystko przyspieszyć, tylko dzięki ludziom nie myślącym jak roboty. Dzięki temu żyję. Jeszcze,

Chemioterapię przyjmowałam na oddziale stacjonarnym. Pamiętam jak byłam wystraszona, głównie przez niewiedzę, ale też onieśmielające okoliczności. Codziennie rano był obchód, Pani ordynator prowadziła ze sobą całą świtę - lekarzy, rezydentów, czasami i studentów. Niekiedy do 4-osobowej sali wlewało się kilkanaście osób. Przy nich (i innych pacjentach) trzeba było rozbierać się i świecić gołymi cyckami, co więcej pozwolić się im wszystkim macać. Jasne - to lekarze, muszą się nauczyć. Jestem za tym, żeby uczyli się w praktyce, ale nie uważacie, że to upokarzające? Żadnej zasłonki, żadnej prywatności, nie dość, że tuzin ludzi dotyka twoich piersi to jeszcze wszystkiego słuchają inni chorzy. Taki system. Ciężko było na początku, ale przecież mam twarde dupsko.
Nie będę opowiadać o kilkugodzinnych kolejkach wszędzie - przecież każdy to zna. Dla wszystkich to normalne. Onkolog kliniczny, zajmujący się chemioterapią przyjmuje 40 pacjentów między 8-14. Normalne, taki system. Normalne? Jak później możemy być zdziwieni, że coś przeoczono, że czegoś nie zauważono, jak wierzyć, że leczą nas dobrze, kiedy tak na prawdę nie mają na to czasu? Poza tym lekarz musi wypełnić stertę papierków, które dla twórcy tego systemu, są dużo ważniejsze niż pacjenci? Skąd niby wzięło się powiedzenie "chcesz być zdrowy, lecz się sam?"
Lekarze są uwikłani w procedury, które często związują im ręce, tylko niektórzy są na tyle odważni (a może trzeba by rzec- kreatywni?) i dla dobra pacjenta naginają niektóre zasady. Ale jak mawiają "Za każdy dobry uczynek będziesz surowo ukarany", tak też niestety czasami się zdarza.



Kiedy w końcu przyzwyczaiłam się do raka i szpitalnych zwyczajów na mojej drodze pojawiły się kolejne instytucje chcące obedrzeć mnie z ostatków godności.
ZUS i MOPS.

Nie mogę narzekać na urzędników w Zusie - są bardzo pomocni i kulturalni. Życzyłabym sobie wszędzie takiej obsługi. "Schody" i upokorzenie zaczęły się dopiero kiedy próbowałam starać się o rentę. Byłam wtedy teoretycznie zdrowa (jeszcze w trakcie leczenia herceptyną i bardzo "zmielona" po intensywnym rocznym leczeniu chemią, radioterapią itd.) Lekarz określił mój stan jako "całkowicie niezdolna do pracy" i przyznał roczną rentę. Ale to nie spodobało się wyżej i zostałam wezwana na dodatkową komisję (wpis o tym >klik<). Tam trzech lekarzy, każdy na oko w wieku już dawno emerytalnym (żaden z nich nie był onkologiem). Kazano mi się rozebrać i paradować w samych majtkach po pokoju, gdzie oczywiście mnie macano i oglądano z każdej strony. A kiedy próbowałam mówić o swoich dolegliwościach w fachowy sposób, operując nazwami medycznymi dostałam opieprz, bo Pan uznał, że mam "mówić własnymi słowami" (ty głupia dziewojo, co Ty możesz wiedzieć o swojej chorobie, nie udawał mądrzejszej niż jesteś kretynko - taki to dla mnie miało oddźwięk). Cóż, znowu trzeba było zacisnąć zęby i przejść z podniesioną głową (choć łatwo nie było). Oczywiście stwierdzono, że nadaję się do pracy (może Pani iść do fabryki) i dostałam częściową niezdolność do pracy, a dodatkowo dowiedziałam się, że zabrakło mi pół roku pracy (odjęli mi pół roku ze zwolnienia lekarskiego z początku choroby), żeby w ogóle dostać rentę (dokładny opis w linku powyżej). I tak ZUS pozbył się jednej słabej owieczki próbującej wyrwać, wyszarpać, zawłaszczyć rentę od państwa.



Poszłam więc do Urzędu Pracy i tam o dziwo w miarę po ludzku mnie potraktowano. I moja doradczyni zawodowa okazała się empatyczną kobietą, zainteresowaną moim losem, kiedy choroba wróciła. Niestety w końcu będę musiała się stamtąd wypisać. Zaczęłam szukać innych rozwiązań. Muszę mieć ubezpieczenie. Nie mam żadnych dochodów, więc nie opłacę sobie NFZ prywatnie.

Poszłam do Mopsu (tutaj historia >klik<) Mój opis wizyty tam wywołał burzę na fb i sprawą zainteresowało się ministerstwo. Nie chciałam aż takiej gównoburzy. Szczerze mówiąc po pierwszym kontakcie nie chciałam nigdy wracać do tego nieludzkiego miejsca. Niestety stało się inaczej, a ja przekonałam się, że po raz kolejny system złamał, być może dobrych ludzi i robi z nich roboty.

MOPS pod wpływem papierów od ministerstwa wysłał do mnie delegację - BEZ ZAPOWIEDZI! Oczy wyszły mi na wierzch jak dwa zepsute bezpieczniki. Miałam akurat gości, a oni chcieli wejść i ze mną porozmawiać - poczułam się mało bezpieczna we własnym domu. No i wiedziałam, że zwyczajnie chcą mnie złapać na czymkolwiek i udowodnić, że nie jestem w złej sytuacji finansowej, że kłamię i może też nie jestem wcale chora - tak wtedy czułam. Nie wpuściłam ich. Umówiłam się na inny termin. Pół dnia nie mogłam dojść do siebie, nienawidzę gdy ktoś przychodzi niezapowiedziany - przecież to urząd, nie mogli wysłać pisma? Przecież tak je wszędzie uwielbiają.

Następnego dnia przypomniało mi się, że składając papiery do ZUSu w sprawie "renty drogą wyjątku" (w toku), podpisałam papier, że nie pobieram i nie ubiegam się o świadczenia z MOPSu. Miła Pani urzędniczka powiedziała, że w takim razie muszę przyjechać (albo ona do mnie) i podpisać papierek, że niczego od nich nie chcę. Zapytałam czy nie mogę wysłać tego pocztą - nie, bo to musi być podpisane na ich druku, a ona nie może mi go wysłać, bo jest ochrona danych osobowych (głupszej rzeczy nie słyszałam, większość papierków można sobie wydrukować z internetu, ale tego nie może mi wysłać mailem bo ochrona danych?) Kolejna zagrywka, żeby mnie docisnąć do ściany?
Pojechałam do Mopsu. Tam zastałam Panią, która za pierwszym razem kazała mi sprzedać samochód i wszystko co mam cennego w domu. Zaczęła się tłumaczyć, że takie jest prawo i tylko mi to wyłuszczyła. I niestety, fakt - takie jest prawo - chore, upokarzające i tak już leżącego i kwiczącego człowieka. Ale ton i postawa pani urzędniczki nie były moim wymysłem. Nie chciałam, żeby Pani mnie przepraszała, nie chciałam się też tłumaczyć się dlaczego to opisałam - powiedziałam jej, że teraz nie ma sensu już o tego rozpatrywać. Szczególnie, że w pokoju była druga urzędniczka. Pewnie chcięli mieć świadków, gdybym się przypadkiem zaczęła sadzić. Ja chciałam to jak najszybciej załatwić i nie widzieć już nigdy tego miejsca. Niestety. Okazało się, że jeszcze kierowniczka prosi mnie do siebie. Oczywiście rozmowa odbyła się w towarzystwie pierwszej urzędniczki (pewnie boją się, że znowu je objadę publicznie i wolały mieć świadków). W gabinecie okazało się, że CHCĄ MI POMÓC, więc powinnam odpowiadać na pytania i być potulną owieczką (moja nad-interpretacja;). Pani kierownik poinformowała mnie, że ODPOWIADAM POD ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ KARNĄ! Dobre sobie, własnie podpisałam papier, z którego wynika, że nic od nich nie chcę. Panie zaczęły wypytywać (oczywiście z uśmiechem na twarzy i uprzejmie do porzygania) z czego się utrzymuję, czy z kimś mieszkam, kto płaci rachunki, ile kasy dają mi rodzice... Zauważyłam grzecznie, że nie muszę nic mówić, bo przecież o nic się nie staram, więc po co im te informacje? BO CHCĄ POMÓC. Pod wpływem tego wszystkiego poryczałam się. Zwyczajnie, puściły mi nerwy. Dlaczego niby mam się uzewnętrzniać przed obcymi kobietami od których nie chcę tych 500zł miesięcznie, które żeby dostać trzeba:
- opowiedzieć o najbardziej prywatnych sprawach rodzinnych i udowodnić, ze się nie kłamie
- sprzedać wszystkie cenne rzeczy z domu
- pozwalać wpadać obcym ludziom na oględziny i rozmowy z najbliższymi
- nie można mieć oszczędności i prywatnego życia.
Takie jest prawo. Prawo, które upokarza i stawia człowieka w najobrzydliwszej pozycji w jakiej może postawić - każe wypiąć dupsko i pozwolić się w nie ru*ać za 500zł miesięcznie.
Usłyszałam, że MOPS pomaga ludziom, którzy znaleźli się w skrajnej sytuacji ubóstwa. Takimi najłatwiej manipulować i upokarzać. Bo nie wystarczy, że UMIERAM, prawda? Że jeśli wyrzucą mnie w UP to nie będę mogła dalej się leczyć?
Zasady MOPS są tak ustalone, żeby były nierealne a każdy petent musiał kombinować i kłamać. Dlatego traktuje się klientów jak złodziei. Bo kto w tym kraju jest w stanie utrzymać się za 500zł miesięcznie? Kto nie pracuje w tej sytuacji na czarno? Kto nie przyjmuje pomocy od znajomych i rodziny? Pewnie niestety są osoby zmuszone do tak upokarzającej egzystencji i to właśnie dla nich jest MOPS. Wiem też jak inni oszukują system, przedstawiając nieprawdziwe fakty, pracując na lewych umowach, przyjmując kasę od pracodawcy "pod stołem" i przyjmując jeszcze zasiłki z MOPSu. Ja nie kłamię, nie wymyślam, nie mam dochodów, żadnyh, mam w domu piec kaflowy, którym ogrzewam całą chatę, jestem chora ze średnimi szansami wyzdrowienia, ale do chuja, nie położę się i nie dam dymać temu Państwu. Nie pozbawicie mnie honoru i szacunku do samej siebie, podpierając się chorym prawem.
Zasady, pewnie sprzed 20 albo 30 lat, którymi rządzi się MOPS, który każe urzędnikom wypytywać o prywatne sprawy, jest nieludzkie, zwyczajnie. Nie tylko petentów upokarza, ale również ludzi tam pracujących. Stają się oni robotami pozbawionymi empatii, którzy za, pewnie niewielkie pieniądze, upokarzają ludzi i sprowadzają ich na sam dół drabiny społecznej. Empatyczny człowiek nie byłby w stanie powiedzieć chorej na raka osobie, że ma sprzedać samochód, że oszczędności są dochodem i może ma jeszcze coś w domu co może sprzedać (może duszę diabłu?)



Mam nadzieję, że ten kurewski system kiedyś się zmieni, a osoby pozbawione dziś empatii i ludzkich odczuć kiedyś otworzą swoje umysły i oczy. Niestety pewnie nie jest to możliwe bez jakiś nieszczęśliwych zdarzeń, które postawią je po drugiej stronie - a tego nikomu nie życzę.
Współczuję wszystkim pionkom, którzy dali sobie wmówić, że posłuszeństwo to najlepsza droga w życiu. Którzy zginają kark i za parę groszy dają sobą kierować jak pacynki w dziecięcym teatrzyku.
Też poniekąd jestem trybikiem tego systemu, też jestem marionetką, ale od zawsze staram się obcinać sznurki i zapierdalać po swojemu.
SYSTEM ( na który składa się wiele czynników) próbuje odrzec mnie z godności, pozbawić szacunku do siebie,upokorzyć i wyruchać w dupsko bez wazeliny. Czasami tak jest, często czuję się źle z tego powodu, ale po chwili szoku otrząsam się i idę dalej. Szukam nowych rozwiązań i przeważnie trafiam na kolejny mini-system, który stara się mnie umieścić znów w szeregu. Ale choćbym nie miała już siły oddychać będę pokazywać temu wszystkiemu mentalnego fakolca, bo nie zniewolicie mojego umysłu, nie zamkniecie ust. Żaden ze mnie buntownik.
Po prostu mimo ograniczeń z każdej strony chorobą, zasadami, systemami, mam wolny i lotny umysł, którego wielu ludziom brakuje.

Nie wierzę, że kiedyś zmieni się w tym kraju traktowanie ludzi przez urzędy. Najpierw obywatele musieliby zacząć się masowo temu przeciwstawiać, co często sprowadza się do stracenia wszelkich środków na utrzymanie i innymi konsekwencjami. Teraz tracą tylko godność. Tylko?


Ps. Po ostatnich badaniach wiem, ze cisplatyna z gemzarem nie zadziałały - guzy jak były wielkie tak są. Ja zaczęłam brać kolejną chemię i szukam powoli innych rozwiązań. Nie załamałam się, nie płaczę nad własnym losem - myślę i działam.
Ps2. Pewnie zauważyliście, że zmieniłam nagłówek bloga. Jeśli nie macie pomysłu na 1% to możecie mnie wesprzeć, będę wdzięczna.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Bananowa propaganda

Kojarzycie "łańcuszki szczęścia"? Zaczęły się jeszcze nim każdy w domu miał internet i ludzie wysyłali sobie durne nic nie znaczące historie pocztą. Gdy internet stał się dostępny dla każdego idiotyczne wiadomości dostały jeszcze łatwiejszą drogę do rozprzestrzeniania się. Nigdy nie rozumiałam ich sensu i po prostu je ignorowałam. Dopóki jeden taki nie zaczął do mnie trafiać "stertami" w wiadomościach prywatnych na fb.

Treść tego łańcuszka brzmi:

Dziewczyny! nadszedł ten czas roku kiedy po raz kolejny poprzez grę staramy się wzbudzić świadomość zagrożenia rakiem piersi. Jest to bardzo proste i chciałabym aby WSZYSTKIE z was wzięły w tym udział. Dwa lata temu pisałyśmy w naszych statusach na FB kolor naszej bielizny. Mężczyźni całymi dniami zastanawiali się o co chodzi z losowymi kolorami wypisanymi na profilach dziewczyn. W tym roku odnosimy sie do statusu naszego życia miłosnego. Nie odpowiadajcie na tę wiadomość, po prostu napiszcie odpowiednie słówko na waszej tablicy i wyślijcie tą prywatną wiadomość do wszystkich dziewczyn z waszej listy kontaktów!!! BORÓWKA - wolna ANANAS - to skomplikowane MALINA - nie chcę/nie mogę się zaangazować JABŁKO - zaręczona WIŚNIA - w związku BANAN - mężatka AWOKADO - jestem tą lepszą połówką TRUSKAWKA - nie mogę znaleźć mojego Księcia z Bajki CYTRYNA - chce być sama RODZYNKA - chcę wyjść za mojego partnera Ostatnim razem gra z bielizną była wspomniana w telewizji, zobaczmy czy w tym roku też się nami zainteresują. Skopiuj tą wiadomość i wyślij ją do wszystkich koleżanek. Nie zapomnij uaktualnić Twojego statusu Umieść serce na swojej tablicy ogłoszeń, bez żadnego komentarza. Wyślij tę wiadomość do swoich koleżanek, tylko do kobiet.! Następnie wklej serce na tablicy osoby, od której otrzymałaś tę wiadomość. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego masz tyle serduszek - nie odpowiadaj. Robimy to, bo to tydzień walki z rakiem piersi. Mały gest (żeńskiej) solidarności. Serce zrobisz < oraz 3 (bez spacji). W imieniu wszystkich kobiet, dziękuję

Ta wiadomość już trzeci rok krąży po FB, przeważnie w październiku, ale teraz też ktoś zaczął to puszczać i tysiące osób mają "owocowe" opisy w profilach. No i super, tylko po co?
Trochę mnie poznaliście, wiecie, że jestem za szerzeniem wiedzy na temat raka piersi i raka w ogóle. Że nie boję się mówić głośno o wielu sprawach i staram się pomóc każdemu kto o to poprosi. Można mnie wkręcić w każą akcję, która może pomóc ludziom. No właśnie, która może pomóc, a to w jaki sposób wpłynie na wiedzę na temat raka? Skoro każdy zapytany ma milczeć na ten temat?

Dostałam tych wiadomości kilka i nie wytrzymałam, trochę nerw mi puścił, zęby zagryzłam i nagryzmoliłam na moim fb:

Ludzie! Napisanie sobie na tablicy FB "rodzynki" czy innej  "truskawki" nikogo nie wspiera w walce z rakiem! Kolejny rok po fb krąży ten nic nie wnoszący durny łańcuszek, który podobno ma wesprzeć walkę z rakiem i pokazać solidarność...NIBY JAK? Może zetniecie się na łyso, żeby pokazać solidarność z osobami cierpiącymi na raka? Oczywiście, że nie i nikt tego nie wymaga, ale pisanie sobie nazw owoców na tablicy NICZEGO NIE ZMIENIA! Tylko wkurwia jak mnie teraz. Idźcie się przebadać, poczytajcie o zagrożeniach, namawiajcie inne osoby na robienie regularnie badań! Możecie chociażby wrzucić jakąś infografikę. Jestem za! A przede wszystkim nim wyślecie łańcuszek następnym osobom najpierw POMYŚLCIE czy to coś naprawdę daje.
Miłej niedzieli!


i dodałam obrazek, który już znacie:

Pewnie w ogóle nie pisałabym o tym tutaj, gdyby nie to, jaką burzę wywołał mój post. Do tej pory został udostępniony ok 290 razy i wciąż dostaję powiadomienia o nowych. Oczywiście część osób stanęła w obronie "uświadamiającego łańcuszka", tylko jeszcze nikt mi nie wytłumaczył w jaki sposób on "szerzy wiedzę" o profilaktyce raka piersi. Za to po opisach naszych znajomych jesteśmy w stanie dowiedzieć się jaki jest status ich związku. Z doświadczenia wiem, że tego typu łańcuszki zawsze są po coś - wysyłane drogą mailową, żeby zebrać adresy, na które później wysyła się spam (ostatnio też coś takiego krążyło po sieci, że niby wysłanie tej wiadomości do 10 znajomych spowoduje, że Onet da pieniądze na leczenie jakiegoś dziecka - no luuudzie...) Myślę, że i ten "rakowy" łańcuszek ma swoje ukryte znaczenie, a ktoś z wiedzy czy jesteś zamężna czy też nie, korzysta. I wtedy już nie chodzi o to czy to jest zabawne czy też szerzy jakąś wiedzę, wtedy zastanawiam się również nad bezpieczeństwem. Być może naoglądałam się zbyt wiele filmów i seriali, ale nie jestem naiwna (nie żeby tak w ogóle, ale aż tak to nie;)) i nie wierzę, że ma to faktyczny oddźwięk edukacyjny. Bo niby jak skoro nie możemy mówić o chodzi? I co jeszcze kryje się od tą przykrywką "zabawy"? Ciekawe czy ktoś z ochoczo rozsyłających wiadomość Pań, choć przez chwilę pomyślało nad sensem zabawy?  Być może chodzi tylko o podtekst seksualny, który może nasuwać się po przeczytaniu statusu "banan" czy "malinka", patrząc na to od tej strony to zaczyna być to nawet seksistowskie...

Jedna z osób (nie znam jej, jakaś znajoma znajomej znajomej) dała mi niezłą radę:"A co ci to przeszkadza Anuk Iwaniuk. Kobieto ogarnij się zmień nastawienie nie rób z siebie ponuraka. Chorujesz to się lecz nie ty 1 Ani ostatnia .a ze ktoś lubi sobie popisać owocki Na tablicy fb to niech pisze skoro ta forma mu pomaga" (pisownia oryginalna) i po tym witki mi opadły nie wspominając o cyckach. Chorujesz to się lecz i zamknij ryj - taki wydźwięk płynie z wypowiedzi tej Pani. Każdy ma prawo mówić co chce, ale czy każdy powinien się odzywać?

Zostawiam wam dostęp do dyskusji, może zechcecie się dołączyć? (możecie też w komentarzach):

A na koniec co u mnie. Jutro chemia, w tym tygodniu jeszcze usg piersi i tomografia. W końcu dowiem się czy guz się zmniejsza, jeśli nie, będę szukać innych form leczenia. Wciąż jestem dobrej myśli chociaż są dni kiedy łatwo nie jest. 
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk




piątek, 6 stycznia 2017

Kwestie urodowe

Wiecie co mnie wkurwia? Jak ktoś kto mnie widzi, kiedy wyjdę z domu i pierdolnie tekstem: Jak Ty dobrze wyglądasz! Nie wyglądasz na chorą! 

Czy jest jakiś człowiek na świecie, który chce wyglądać na chorego? Trzeci jebany rok siedzę w domu, mam masę czasu na robienie, czytanie i oglądanie rzeczy, które normalny człowiek uważa za niepotrzebne. I tym sposobem nauczyłam się robić makijaż, który zakrywa pękające naczynka, podkrążone oczy itd. A wiecie dlaczego częściej moja twarz wygląda lepiej niż zdrowego człowieka? Bo umiem się do chuja pomalować! Spędziłam na oglądaniu tutoriali dziesiątki godzin i na ćwiczeniu namalowania sobie brwi, wykonturowania twarzy itd. I radzę to też innym Polkom bo 60% kobiet nie potrafi się malować i część wygląda jak klowny a część jak upiory. Najgorsze są brwi (mi się też zdarza przesadzić). Mam wrażenie, że ktoś coś gdzieś widział, ale nie chce mu się przyjrzeć i myśli: a jebne se kreski markerem!


Dla wszystkich, którzy z uśmieszkiem niedowierzania moim dolegliwościom mówią: nie wyglądasz na chorą! Mówię po raz ostatni: bo się kurwa, nauczyłam maskować! Bo wystarczy mi upokorzeń z tego jak się czuję, że krwawią mi dziąsła, że ropieją mi oczy, że bolą mięśnie i kości i że idąc ulicą czasami sobie rzygnę na lewo czy prawo. Wtedy ludzie myślą: "pewnie się upiła, ma kaca" zamiast "biedna umierająca kobieta". Tak, wolę być pijaczką niż chorą na raka.

Edytowałam wpis i pokażę wam porównanie, a co mi tam;)


Ostatnio poszłam do sklepu bez makijażu. Ludzie gapili się jak na ufoludka. Miałam ochotę gdzieś się schować. I to nie jest tak, że ja się wstydzę. Po prostu bez maski czuję się obnażona ze wszystkich słabości. Naturalnie piękne kobiety się malują, mimo, że nie muszą, ale chora na raka powinna wyglądać jak gówno, żeby ludzie wierzyli, że jest chora. Nie wystarczy, że czuje się jak gówno! Nie, ludzie potrzebują namacalnych dowodów, żeby uwierzyć. Czy jak porzygam się na kolejną osobę mówiącą to znienawidzone przeze mnie zdanie to uwierzy, że jestem chora?
Zaczęłam do urzędów chodzić bez makijażu. Od 31 grudnia nie mam też włosów (3 łysy sylwester :() Teraz nikt mnie nie pyta "naprawdę jest Pani chora?" Nie kurwa, mam hobby w postaci brania chemii, bo lubię sobie rzygnąć po "koktajlu" i popatrzeć w szpitalu na cierpienie innych.
W tym roku kiedy usłyszę: nie wyglądasz na chorą, odpowiem: bo umiem się malować, Tobie też przydałaby się odrobina nauki, stłukło Ci się lustro?
To tyle w kwestiach urodowych na 2017r. Oglądajcie tutoriale to może przestanie was dziwić, że można wyglądać dobrze mimo wyniszczającej chujowej do granic możliwości choroby.
Jak to pisała Ś.P. Joanna Sałyga vel Chustka: NA TWARZ NIE CHORUJĘ.
Napisałam to jak zobaczyłam się w lustrze, łysa, zaczerwieniona, brzydka i wyglądająca na chorą i nigdy wam się taka nie pokażę, żeby udowodnić, że jestem chora. Pierdolę, to mój świat i moje zasady.
To by było na tyle w kwestiach urodowych. Jak się bawiliście na Sylwestra? Bo ja świetnie, wpadli do mnie moi ulubieni ludzie i dokazywaliśmy do rana. Dobrze mieć przyjaciół!
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

Ps. Wiem, ze nie wszyscy, którzy mówią, ze dobrze wyglądam mają złe intencje, a wręcz przeciwnie. I nie wszyscy musza się malowac, ale jak juz to robicie to się nauczcie:)
P.s. Tylko nie wierzcie wszystkim specjalistom z tv!

sobota, 24 grudnia 2016

...a przede wszystkim zdrowia!

Kochani,

Uwielbiam świąteczny czas. Pewnie przez moją słabość do błyskotek i dobrego jedzenia. A może dlatego, że po prostu dobrze i jakoś magicznie mi się kojarzy. Najbardziej utkwiły mi w pamięci święta, kiedy przeprowadziliśmy się od babci do własnego mieszkania. Większość ozdób zrobiliśmy z moim bratem własnoręcznie, tata wrócił z delegacji zagranicznej i była fura cieszących dziecięce oko i serce prezentów.


To zdjęcie też lubię, mój brat wyszedł na nim jak obłąkany ;).

Święta jakoś mnie wzruszają, może też przez to, że to końcówka roku i jakoś podświadomie podsumowujemy ostatnich 12 miesięcy życia. Ale jest jedna rzecz, której w świętach nie lubię - składania życzeń. Wydawać by się mogło, że przecież to nic trudnego - życzymy zdrowia, szczęścia, pieniędzy itp. Ale ja nie umiem tak "niby" szczerze klepać każdemu tego samego. Życzenia powinny być naprawdę przemyślane i indywidualne, wtedy są prawdziwe. Takie życzenia z serca wzbudzają emocje a czasami nawet wzruszenie. Chciałabym umieć was poruszyć, ale najchętniej tę część świąt bym wykasowała z tradycji ;)

Zamiast życzyć po prostu wam podziękuję, za wsparcie, duuuużo ciepłych słów, za cierpliwość do moich przerw w pisaniu i za obecność. Dajecie mi kupę radości i wsparcia. Dziękuję!

Mam nadzieję, że nigdy nie zabraknie wam dobrych ludzi w około, po dwóch latach choroby mogę stwierdzić, że to jest najważniejsze w życiu - bliscy, przyjaciele, życzliwi "obcy". Nie zapominajcie nigdy o drugim człowieku i niech o was nie zapominają. Nie martwcie się za dużo, bo to i tak nic nie zmienia, nie naprawi błędów i nie poprawi sytuacji, więc nie marnujcie na to życia. Tym samym życzę wam jak najmniej powodów do frapowania się i szczęścia - tego fartownego, to drugie sami sobie jesteście w stanie załatwić. Pomysłów i chęci do realizacji, nawet tych najbardziej szalonych i wydawałoby się się nie do spełnienia. Przygód - głównie tych fajnych i ekscytujących, ale gdyby zdarzyły się też inne to życzę wam, żebyście wyciągnęli z nich wnioski i nauczyli się czegoś - na to nigdy nie jest za późno. Miłości - tego chyba nie muszę rozwijać...a przede wszystkim zdrowia!

No i jednak mi się udało z tymi życzeniami, sama siebie czasami zaskakuję;)


A to już moja tegoroczna choinka, łącznie z pilnującym ją cerberem. Odkąd zachorowałam, wieszam na drzewku złote klucze - wierzę, że każdy symbolizuje klucz do rozwiązania problemów, które na mnie czekają w przyszłym roku...wymyśliłam to w tej chwili, ale fajnie brzmi i w sumie to lepsze wytłumaczenie niż "miałam masę niepotrzebnych kluczy nie wiadomo do czego, więc je pomalowałam i powiesiłam na choince" ;)

Na koniec jeszcze mój ulubiony filmik z życzeniami noworocznymi sprzed 20 lat...


Bywajcie w zdrowiu!

Anuk

środa, 21 grudnia 2016

Chora ja, bardziej chory system...

Okres przedświąteczny, zabiegany, pachnący i miły...i taki chciałam dla was napisać post dzisiaj lub jutro. Życzenia, zdjęcia i wszystko co miłe, niestety spotkało mnie dzisiaj coś tak upokarzającego i niewiarygodnego, że musicie o tym przeczytać!

Moja historia (jak większość wie) zaczyna się we wrześniu 2014 roku. Wtedy dowiedziałam się, że mam raka piersi, guz 6,5cm i dwa węzły chłonne zajęte. Wówczas byłam zatrudniona na umowę o pracę. Poszłam na półroczne zwolnienie lekarskie, później dostałam zasiłek rehabilitacyjny na rok. W tym czasie przeszłam chemioterapię przedoperacyjną (7 kursów), operację oszczędzającą, radioterapię, jeszcze pięć kursów chemii (miało być 12 ale straciłam czucie w prawej ręce, dlatego została przerwana) oraz dostawałam herceptynę co 3 tygodnie od sierpnia 2015 r. Miało być 18 kursów, po 16 (w lipcu 2016 r.) okazało się, że mam wznowę. Guz w momencie zdiagnozowania miał już 3x4cm... Znowu nieoperacyjny.
W tym czasie umowa o pracę mi się skończyła jak również zasiłek rehabilitacyjny. W marcu (jeszcze przed wznową) ubiegałam się o rentę. Najpierw dano mi całkowitą niezdolność do pracy, potem wezwano na upokarzającą komisję, gdzie mnie uzdrowiono w połowie (częściowa niezdolność do pracy). Od lekarzy usłyszałam, że jako niepełnosprawna mogę iść pracować do fabryki na taśmę... Dodatkowo okazało się, że brakuje mi pół roku pracy, aby należała mi się renta. W tej chwili to już półtora roku, bo w czerwcu skończyłam 30 lat i już powinnam mieć 5 lat pracy.
 Zarejestrowałam się do Urzędu Pracy, z którego przez pół roku dostawałam zasiłek (ok 500zł/mies.). Niestety jak już wspomniałam wyżej, w lipcu okazało się, że jestem znowu chora. Muszę przyjmować chemię, żeby guz się zmniejszył (nim wdrożono leczenie guz już urósł do 5,9x4,5cm)
Od końca lipca znowu się leczę i nie wiadomo ile to potrwa (w sumie przyjęłam już 26 chemii na klatę).
Z Urzędu Pracy muszę się wyrejestrować, bo jak wiadomo nie jestem w stanie pracować. W międzyczasie przypałętała się do mnie zatorowość płucna, żeby nie było tak nudno. Zasiłek z UP skończył się w październiku. Koordynatorka z UP (bardzo miła kobieta) dała mi czas na załatwienie ubezpieczenia z MOPSU. I tutaj dochodzę do sedna.

Własnie wróciłam z Mopsu. Chciałam złożyć papiery o przyznanie ubezpieczenia bądź zasiłku stałego dla osób niepełnosprawnych. Chwilę potrwało nim trafiłam do odpowiedniej urzędniczki. W końcu udało się. Zasiadłam na krześle i zaczęłam opisywać swoją sytuację, tak jak wam teraz. Pani zapytała mnie z czego żyję. Odpowiedziałam, że póki co rodzice pomagają no i z oszczędności. I tu uwaga- jeśli mam oszczędności to zasiłek mi się nie należy. Wybałuszyłam oczyska. Kolejne pytanie było jeszcze lepsze, a właściwie nie tyle pytanie co wnioski tej Pani. Czy mam samochód? No mam. Więc mogę go sprzedać, żeby uzyskać z tego dochód!! Wmurowało mnie w siedzenie. Tłumaczę, że bez samochodu moje życie byłoby jeszcze bardziej uciążliwe niż jest - muszę dojechać do szpitala, na badania, zrobić zakupy. Mam zerową odporność to raz, dwa nie mogę dźwigać nic, trzy po chemii ledwo żyję! Na co usłyszałam: Jako człowiek Panią rozumiem, ale takie mamy zasady. Może Pani poprosić lekarza o wypisanie skierowania na dowóz z NFZ.

To nie koniec wesołej opowieści. Usłyszałam również, że pracownik społeczny przyjdzie do domu rodziców i do mojego domu. Zrobią wywiad środowiskowy oraz ocenią czy MAM W DOMU COŚ JESZCZE CO MOGĘ SPRZEDAĆ. Jeśli mam np. wartościowy komputer to powinnam go sprzedać i z tego żyć.

A jeśli chodzi o ubezpieczenie, to mogę się starać o nie jak już nie będę ubezpieczona w UP. Ale nie, że mogę złożyć wniosek tego samego dnia, którego wymelduję się z UP tylko wtedy kiedy skończy się również karencja ubezpieczenia, czyli miesiąc później! Jeszcze raz staram się wytłumaczyć Pani, że nie mogę sobie pozwolić na choćby jeden dzień bez ubezpieczenia, bo jestem w trakcie leczenia RAKA. Usłyszałam tylko: Takie mamy prawo.

Poczułam się upodlona. Upokorzona.

Pracownik MOPSu może przyjśc do mnie i zdecydować co powinnam sprzedać, a później jak już nie będę miała nic, mogę ubiegać się o 500zł zasiłku! Zasiłku, który dostaje każdy alkoholik w tym kraju, bo jemu się za alkoholizm należy, bo on jest chory! Ja mam tylko raka...

Na szczęście została mi jeszcze jedna ostateczna opcja - renta w drodze wyjątku od prezesa ZUS. Tam tez dzisiaj byłam. W przeciwieństwie do Pani z MOPSu, urzędniczka w ZUS była konkretna i pomocna, oraz wykazywała pełne zrozumienie tematu. Musze niestety przejść jeszcze raz przez komisję lekarską, która oceni czy jestem niezdolna do pracy, tylko wtedy jeśli stwierdza całkowitą niezdolność mogę ubiegać się o tę rentę. Dostaje ją 10% składających podania. Mimo wszystko jest światełko w tunelu. Ale to moja ostatnia szansa na ubezpieczenie, po wyczerpaniu tego koła ratunkowego zostanie mi opłacanie sobie prywatnie NFZ (ok 400zł/mies.)

Tak wygląda sprawa na dzień dzisiejszy. Nie dość, że żyję w poczuciu, że może się nie udać i będę musiała pożegnać się względnie niedługo ze światem, to teraz przede mną perspektywa walki o MOŻLIWOŚĆ leczenia w ogóle. Siedzę teraz w domu i nie wiem czy śmiać się czy płakać czy wziąć kabel od mojego komputera, który powinnam sprzedać i powiesić się na nim na strychu, obok prania.

Bywajcie w zdrowiu i z ubezpieczeniem zdrowotnym...
Anuk

piątek, 2 grudnia 2016

Wiadomości z jaskini

Wiecie, że nie lubię smęcić. Głównie dlatego milczę. Siedzę sobie w mojej wyimaginowanej jaskini i chowam się przed chłodnym, przeszywającym wilgotnym powietrzem światem.

Odkąd wróciłam z kardiologii właściwie nic się nie dzieje. Staram się nie nudzić, ale ciężko mi normalnie funkcjonować. Chemia niestety mocno daje mi w kość. Razem z lekarzem ustaliliśmy, że będę przyjmować ją teraz co dwa tygodnie, bo inaczej zwariuję. Cykle cotygodniowe nie pozwalały mi wychodzić z łóżka. Wymiękł mi mózg i troszeczkę się podłamałam, a to nie pomagało mi w żaden sposób. Teraz w końcu trochę odpoczywam od tego syfu i nawet w miarę mogę ogarnąć chatę, wyjść z psem a nawet pojechać do sklepu. Takie zwykłe czynności, ale dające wielką satysfakcje, kiedy jeszcze trzy tygodnie temu droga do kibla była ciężką podróżą. Życie jest przewrotne - kiedyś marzyłam o własnym krytym basenie, dziś marzę, żebym nie musiała lać do basenu, szpitalnego.

Leczenie zmienia perspektywę, nie dość, że ze stojącej na siedząco-leżącą to jeszcze sprawia, że cieszy mnie sprzątanie! Świat stanął na głowie. Żeby umilić sobie trochę to swoiste gniazdowanie, od października kompletuje prezenty. Co więcej pomagam innym w wybieraniu i szukaniu. Jestem mistrzem w wymyślaniu co komu podarować i uwielbiam to. Oczywiście wszystko z pozycji fotela przy komputerze. Czuję się wtedy jak myśliwy na polowaniu, detektyw rozwiązujący trudną sprawę (co może się mu/jej spodobać) albo świetny przedstawiciel handlowy. Tak właśnie podnoszę swoje ego. I pomyśleć, że inni muszą kupić drogie auto albo najnowszego smartphona, żeby się tak poczuć. Mnie wystarczy głowa i dziwne mało potrzebne umiejętności.
Ostatnio odkryłam również kursy online z certyfikatem MEN i postanowiłam robić jeden miesięcznie. Zaczynam od beauty coacha! Brzmi dziwnie, ale chodzi o dobór ciuchów, makijażu, analizę kolorystyczną i takie tam bzdety. Lubię to, więc czemu nie? I tak ślęczę całymi dniami w komputerze albo tablecie, przynajmniej się czegoś nauczę, będę mogła dręczyć koleżanki (i tak to robię, bo jestem wredną czepiającą się babą z ambicjami bycia najmąd-kurwa-rzejszą).
W czwartek kolejna chemia, ale perspektywa, że następna dopiero po świętach napawa mnie optymizmem. Mam zamiar sporo przez ten czas zrobić mało istotnych i nikomu nie potrzebnych rzeczy. A plany są po to, żeby je zmieniać, więc kto wie co koniec końców z tego wyjdzie.

Dziękuję wam za zainteresowanie, maile i komentarze. Uśmiecham się za każdym razem kiedy dostaję od was słowa wsparcia i bywa, że mocno podnosi mnie to na duchu. Dobrze wiedzieć, że są ludzie, którzy trzymają za mnie kciuki i jakoś łatwiej przychodzi znosić te chemie, w końcu nie mogę zawieźć tysięcy ludzi ;) Anuk wyzdrowieje dla narodu!

Bywajcie w zdrowiu i atmosferze świąt! A jak ktoś ma kłopoty z kupowaniem prezentów to walcie jak w dym!
Anuk

piątek, 21 października 2016

Daleko od noszy

Kiedy nie dzieje się po mojej myśli, mam wybór. Siąść i płakać, wkurzać się i denerwować, albo wycofać się do swojej mentalnej jaskini i ukradkiem obserwować ten "film". Lubię filmy, a jeszcze bardziej seriale, więc siadam i kręcę różne sceny na taśmie w głowie.

Problemy małżeńskie

Na korytarzu słyszę krzyki pacjenta i pielęgniarki.
- Proszę to odkręcić (nie mam pojęcia o co chodziło)
- Ile razy jeszcze do cholery? Już dwa razy się pakowałem. Łóżko złożyłem, torbę spakowałem. I co?
- No zdarza się
- Co się zdarza? Ile razy się zdarza? Już wychodziłem i wziął mnie ten na korytarz i mówi, że zostaje.
- Wyjdzie Pan po weekendzie
- Pani! Żona mi już nie wierzy i mówi, że krętacz jestem i kłamca! Przez was się ze mną rozwiedzie!
Nigdy bym nie pomyślała, że wizyty w szpitalu prowadzą do rozpadu małżeństw...

Opiekun pacjenta

Podchodzi do mnie po obchodzie Pan Adam - opiekun pacjenta. Zagaduje:
- Słyszałem, że miała pani raka piersi, której? Prawej?
- lewej, miałam i mam znowu.
- Strata dziecka?
- yyy nie... - wytrzeszczam gały
- musi Pani siebie zaakceptować
- ja siebie akcetuje w 100%
- no widać nie do końca
- nie do konca akceptuję bzdurne teorie, a siebie tak
- rak jest chorobą duszy, jeśli wyleczy się duszę, wyleczy się raka

Na szczęście ktoś go zawołał, bo ciśnienie mi już skoczyło i chciałam go opierdolić. Dlaczego ludzie myślą, że mają prawo gadać komuś kogo nie znają takie rzeczy?

Dieta

Przyszła pani dietetyk, żeby spytać czy możemy posłużyć jako przykładowi pacjenci dla studentów dietetyki 5 roku. Mówię - spoko - jestem ciężkim przypadkiem ;)
Przyszły do mnie trzy studentki. Zadawały dużo pytań, ja jak to ja dużo opowiadałam. Zdecydowanie jestem świadomym konsumentem i wiem co źle robię, ale walka z jedzeniem przy innych, które staczam jest dla mnie w tej chwili nie do przeskoczenia.
Mówię szczerze, że po chemii mam taki niesmak i tak mi niedobrze, że jem na co kam ochotę, bo inaczej rzygam i odczuwam straszny dyskomfort. Po sterydach mam wilczy apetyt i zajadam śledzie winogronem i frytkami...zdarza się po wlewie.
Na co jedna ze studentek:
- A może pani sobie tylko tak tłumaczy swoje podejście do jedzenia? Może po prostu Pani sobie nie radzi i w ten sposób zajada stres i zastępuje jedzeniem jakieś rzeczy?

Znowu miałam wytrzeszcz. Znowu mnie ktoś psychologicznie próbuje oceniać...kurwa!
- Wie pani dlaczego ja jem wszystko na co mam ochotę? Bo kocham wpierdalać! A rak zabrał mi wystarczająco dużo z życia, więc tak, rekompensuje sobie to czego mi brakuje jedzeniem - to moja wielka przyjemność.

Znowu intencje przerosły umiejętność dobierania słów.

Opiekun pacjenta 2

Dzisiaj z przypadku zostałam opiekunem pacjenta. Poszłam do sklepiku po parę drobiazgów i w drodze powrotnej zaczepiła mnie malutka staruszka. Była zgarbiona i miała powykręcane dłonie od reumatyzmu.
- Przepraszam, gdzie jest sekretariat okulistyczny?
- Nie wiem, ale zapytam.- od pielęgniarki dowiedziałam się, że piętro wyżej.
- A pokaże mi pani gdzie są schody
- Schody?! - patrzę na tę staruszkę i zastanawiam się jak ona ma zamiar tam wleźć - może lepiej windą?
- Ja się boję windy
- To ja z Panią pojadę.
Wzięłam staruszkę pod rękę i zasuwamy do windy. W drodze Pani zaczyna opowiadać:
- Ja nie umiem obsługiwać tych wind. To takie jest, że tego nie rozumiem. Jak jeszcze pracowałam 30lat temu to mało mi łba winda nie urwała, wie Pani, takie stare windy towarowe były. Od tamtej pory windami nie jeżdżę.
- i wszędzie pani po schodach chodzi?
- Wszędzie.

Nu ładna, a mi się nie chce czasami jednego piętra wchodzić do góry. Pojechałam z Panią do sekretariatu i odwiozłam później na dół prosto do drzwi wyjściowych.
- Bardzo Pani dziękuję i przepraszam, Pani tyle czasu przeze mnie straciła!
- Nie szkodzi i tak tu zostaję do poniedziałku.
- To Pani tu nie pracuje?
- Nie, jeszcze nie, ale kto wie...

Biorąc pod uwagę jakich tu mają opiekunów, to może powinnam złożyć cv?

Winda

Ogólnie to chyba jednak przejdę na tą dietę. Wczoraj Pan nie chciał mnie wieźć na oddział, bo jestem za duża, dzisiaj dietetyczka mnie próbowała przekonać że chemia to nie wymówka, a przed chwilą wchodzę do windy, wciskam guzik, winda ruszyła i stanęła. Rozległo się głośne
"WINDA PRZECIĄŻONA"
patrzę na napis: 1600 kg albo 21 osób.
Cholera, chyba naprawdę ze mną źle!

Pani Ania

Pani Ania to moja współlokatorka. Ma ponad 80 lat, trochę nie dosłyszy i trochę czasami odjeżdża od rzeczywistości, ale jest przesympatyczną staruszką.
Wczoraj wieczorem lekarz po wizycie zgasił światło w sali. Ja i druga współlokatorka, Pani Danusia, leżałyśmy już w łóżkach, a P.Ania jeszcze siedziała.
Ja: może zapalić jeszcze na chwilę światło?
P.A: Co?
- Może zapalić światło?
- Mam zapalić światło?
- Nie! Pytam się czy chce Pani, żebym zapaliła światło? - wrzeszczę
- No jak Pani chce to zapalę
- Ja nie chcę! Ale może Pani jeszcze chce, żeby się przygotować do spania! - drę ryja
Na co Pani Ania zrezygnowana:
- Nie wiem o co Pani chodzi
Ja zrezygnowana:
- aaa nic, dobranoc!
-Aha! Dobranoc!

Pani Ania 2

Jedzenie w tym szpitalu jest wyjątkowo smaczne jak na szpitale i zróżnicowane. Dzisiaj na obiad był śledź w śmietanie z cebulką, groszkiem, jabłkiem i marchewką i do tego ziemniaki. Dziwne połączenie dla niektórych, ale ja bylam zadowolona.
Pani Ania opróżniła już prawie cały talerz i nagle pyta się mnie z przerażeniem w oczach:
- To jest śledź?
- Tak
- O Boże! Ja nigdy nie jadłam śledzia, ja nienawidzę śledzi!
- No przecież zjadła Pani ze smakiem
- Nie! Ja teraz zobaczyłam, że to śledź! O Boże on mi stoi w gardle!
I zaczęła łapczywie popijać go kompotem. Dwadzieścia minut przeżywała jeszcze tego śledzia.

Dobre złego efekty

Zapomniałabym! Od dwóch dni przewijał się wątek mojej wagi. Ciągle mnie ktoś woził na wózku i ten wózek zamiast jechać to szurał po ziemi wydając przy tym nieprzyjemny chroboczący dźwięk. I tylko słyszałam:
- co jest z tym wózkiem?
- gruba jestem, psze Pani (bo nie widać)
- te koła jakieś niedopompowane...

Dzisiaj rano się budzę i słyszę z korytarza:
- Boże! Co się stało? Te wózki normalnie pływają! Ktoś je napompował?
Pewnie się któraś pielęgniarka wkurwiła co mnie wiozła. Jaki wniosek? Naprawiam Polską służbę zdrowia swoją nadwagą!

Czeka mnie jeszcze weekend w szpitalu, bo zostawili mnie na obserwacji. Może coś jeszcze się zdarzy, a ja to "nakręcę" i opiszę. Kto wie, nic obiecać nie mogę, ale w sumie nie mam tu do roboty zbyt wiele.

Bywajcie w zdrowiu
Anuk

czwartek, 20 października 2016

Jak nie urok...

Ostatnia chemia ostro dała mi w kość. Mdłości, słabości, rozpacz i kurwica. Po dwóch tygodniach powstałam z betów, przygotowana na kolejny cios, ale tym razem cios nie przyszedł z kroplówki, a z tętnicy płucnej!

Ale, że jak? Pewnie ciśnie wam się na usta, a ja już czem prędzej tłumaczę. Ano nazywa się to zatorowość płucna i jest niebezpieczna dla życia (a co dzisiaj nie jest?). Pani technik podczas robienia TK zauważyła skrzep w tętnicy i kazała z samego rana przyjść po opis. Przestraszona nie na żarty w środę rano, przed wizytą u lekarza wyciągałam wynik trzęsącą się ręką, bałam się ujrzeć tam jeszcze innych niespodzianek. Na szczęście tym razem tylko jedno gówno w pakiecie. Tymczasem guzy trochę zmalały - tzn są nieco większe niż na poprzedniej tomografii, ale ona była przed biobsją nim guz urósł. Chemia działa, bo w sumie dziada pomniejszyła o 1,5 cm. Nie jest to wynik zapierający dech w piersiach, tam dech wstrzymuje zator-kurwa-płucny.

Polazłam z wynikiem TK do lekarza, a tam panika i "wzywamy-pogotowie-natychmiast-szpital-kardiologia-nigdzie-pani-nie-wychodzi-siedzieć-czekać" I tylko wszyscy pytają mnie o objawy. Jakie objawy? Że po schodach wejść nie mogę z zakupami? A po której chemii mogłam? No ale dupa jasna, nie ma że ja nie chcę do szpitala, ja muszę, a chemia zaczeka z tydzień.
Na pogotowie czekałam bagatela 2,5 godziny. W tym czasie nie pozwolono mi nigdzie wychodzić. A ja nie wzięłam ze sobą anwi picia, ani jedzenia, pustynia w gębie, echo w brzuchu. Myślałam, że może w szpitalu tym drugim uda mi się coś zjeść i się napić...tiaa. Zawieziono mnie na SOR do wojskowego. A tam widok rodem z filmów z lat 80. Pomarańczowe obrzydliwe zasłonki, 2 krzesełka dla pacjentów i ogólny obskurw. Posadzili mnie i kazali czekać. Prócz mnie w poczekalni jeszcze 90-letnia Pani porucznik wojska polskiego po mikro wylewie, pan po padaczce alkoholowej, Pani, której gorąco, Pan pracoholik łamane przez alkoholik z migotaniem przedsionków (cytat z lekarza), Pani wyrywająca sobie cewnik i Pani wyrywająca sobie wenflon. Słowem- śmietanka towarzyska. Szczęśliwie opanowałam przez ostatnie dwa lata szpitalne zen - godziny czekania nie robią na mnie wrażenia - obserwuję i chłonę cudowną atmosferę:
Pani porucznik zaczyna marudzić, że na krześle niewygodnie. Staram się ją uspokoić. Ratownicy stojący z pacjentem drugą godzinę narzekają na głód, też bym coś zjadła, nie powiem. Pani na łóżku po raz trzeci wyrywa sobie cewnik i sika do wyrka (co Pani robi?! Zwariowała Pani?) Zakładają jej pieluchę, którą za chwilę ściąga. Pani od wenflona sika w majtki, wyrywa sobie wenflon i tryska krwią dookoła. Przybiegają salowe, słyszę tylko krzyki i awanturę zza winkla. Pani porucznik wpada w histerię. Lekarz mówi: są pacjenci w dużo gorszym stanie i to oni mają pierszeństwo. Ja nadal utrzymuję zen-postawę. W końcu przychodzą po mnie. Badania krwi, angiografia i czekać. Na zegarku już po 15. W międzyczasie Alina przywozi mi ciuchy. Siedzi na korytarzu i nie mogę do niej wyjść, ani ona nie może przyjść do mnie, w końcu udaje mi się przechwycić wodę w drodzę na angio. Po kolejnej godzinie w końcu kardiolog mówi, że zostaję na oddziale - zator jest i trzeba go obserwować. Mam czekać. Każą mi się przebrać w piżamę, dzięki czemu w końcu mogę zobaczyć się z Aliną, pozwalają jej zostać. Mija kolejna godzina, przychodzi pan z wózkiem i pyta gdzie ta Pani na oddział? Pokazują na mnie "Ta duża? Ja jej nie zawiozę, za ciężka" powiedział pan ważący conajmniej tyle co ja jak nie więcej i odchodzi. Co za miła obsługa. Zen.
W końcu o 18 przyjmują mnie na oddział intensywnej obserwacji kardiologicznej. Jestem podłączona do monitorków i mam zakaz wszystkiego, nawet odwiedzin, ale udaje mi się ubłagać pielęgniarki, żeby wpuściły o 20 brata z pierogami - mija 24h odkąd coś jadłam. Przychodzi doktor i mówi "Tylko proszę wszystkiego nie jeść, bo po kontraście może Pani zwymiotować", odpowiadam "już rzygałam" i wpierdalam ze smakiem wszystko.

Wieczorna zmiana okazuje się być cudowna i gawędzę godzinę z pielęgniarkami. Do sali dowożą Panią z bajpasami i pana pracoholika łamane przez alkoholika. W środku nocy przywożą jeszcze Panią z zapaleniem płuc, ale waleczna kochana pielęgniarka nie pozwala im położyć w sali z rakową panienką nikogo chorego. Uff.

Dzisiaj obudziłam się o 5, bo próbowali pobrać mi krew- za dziewiątym razem się udało! Teraz sobie leżę, wstrzymuję siku, bo nie umiem lać do basenu, i piszę do was. Mają mnie przenieść na normalną salę dzisiaj. Podobno mój zator jest tylko pośrednim zagrożeniem życia, więc pikuś. Podadzą mi clexanne, porobią badania i wyślą do domu. Oby przed weekendem...

To chyba tyle u mnie. Jak zwykle przygodowo, no ale ktoś musi mieć "wesoło", żeby ktoś się mógł nudzić!

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

wtorek, 27 września 2016

Dwa lata, kot i chemia

Muszę dziś zacząć od sprostowania, bo uraziłam osoby, których nigdy w życiu nie chciałam urazić! Dwa wpisy wstecz, kiedy wyzywałam Dco od najgorszych, napisałam, że jeden z lekarzy woli gadać z pielęgniarkami niż zajmować się pacjentami. Nie chodziło mi o pielęgniarki, tylko sekretarki, to raz. Dwa, że nie mam do tych Pań pretensji, tylko lekarz to dekiel. Co do pielęgniarek to zawsze starają się pomagać pacjentom i są empatycznymi duszami tego ociekającego chemią miejsca. Dlatego też przepraszam, jeśli poczuły się urażone. Bez nich pacjenci mieli by przerąbane!
(Na końcu umieściłam jeszcze kilka słów do lekarzy z dco, którzy czytają bloga)
Tymczasem siedzę właśnie w sali i pobieram moją dawkę chemii. Ale zacznijmy od początku.
O szóstej rano zadzwonił telefon. Zerwałam się na równe nogi, myśląc, że coś złego się stało, tym bardziej zaniepokoił mnie fakt, że to mama dzwoniła. Odebrałam przerażona, a w słuchawce usłyszałam:
- Zejdź na dół, mam Twojego kota.
I faktycznie, mama siedziała na ławce trzymając uciekinierkę w rękach. Zaniosłam Armiśkę do domu. Pies się ucieszył jak małpa blaszką, a kot zaczął łazić po chacie głośno miaucząc, wlazł do szafy i tam siedział nie przymykając przy tym jadaczki ani na moment.
Pewnie zastanawia was co moja mama robiła o szóstej rano u mnie na podwórku? Odpowiedź jest prosta - szukała kota. A serio, mieszka niedaleko, a ja wczoraj powiedziałam, że jak Miśka będzie chciała to sama wróci, a ja nie mam siły siedzieć po nocy godzinami i jej wypatrywać, więc mama wzięła sprawy w swoje ręce i będzie mogła mi teraz wypominać, że jestem wyrodną właścicielką, wyrodnego kota, a ona jest łowcą ninja.
Jak widzicie dzień zaczął się dobrze. Mimo iż data nie jest dla mnie miła. Dziś druga rocznica diagnozy. Jestem znowu jakby nie patrzeć na początku drogi a minęły dwa lata. Kurwa, dwa lata! Ludzie w tym czasie robią kariery, rodzą się dzieci, masa rzeczy się dzieje, a ja od dwóch lat mam po prostu raka i o tym piszę. Moje życie w gruncie rzeczy jest monotonne, pomijając chwile kiedy coś wymyślę i mój słomiany zapał do czegoś się przyłoży. No dobra, ale nie ma co narzekać, żyję i staram się dostrzegać małe rzeczy. Teraz to wydaje się takie ironiczne - dostrzega małe rzeczy, bo ma za dużo czasu i pierdołami się zajmuje. W sumie fakt.
Pomijając datę, to powrót kota (króla;) rozpoczął całkiem udany dzień. Udało się! Dostałam nową chemię! Ten prof. Wysocki to chyba szycha wśród Polskich onkologów klinicznych, bo bez dyskusji zastosowano się do jego zaleceń. Kamień spadł mi z serca i po raz kolejny zakwitła we mnie nadzieja - jesienią, a co! I znowu mam wpisane "leczenie radykalne"!
Tak sobie myślę, że równowaga w świecie musi być. Raz na wozie, raz pod wozem, swoista sinusoida. Kilka dni temu miałam ochotę rozpirzyć świat, oblać wszystko benzyną i podpalić, dzisiaj siedzę spokojna i cieszę michę. Powraca porządek, wraz z kotem i nową chemią! Cieszę się, że Pani Dr wpisała to leczenie paliatywne, gdyby nie to, nic bym nie zrobiła. Cieszę się, że tak bardzo wszystko mnie wściekało w ostatnim czasie, dzięki temu wyjaśniłam sporo spraw i teraz mogę znowu być spokojna. Mam tylko nadzieję, że zbyt dużo dzieci nie narodzi się w najbliższym czasie, bo dla równowagi ktoś będzie musiał umrzeć, obym to nie była ja ;)
Ps. I jeszcze raz przepraszam pielęgniarki z dco, mam nadzieję, że wybaczą moje fopa (wiem, że pisze się inaczej, ale nie wiem jak;)
Ps2. Edit: Wiem, że kilku lekarzy z Dco czyta mojego bloga. Odniosłam wrażenie, że są na mnie źli, obrażeni? Jest mi przykro, bo na prawdę szanuję waszą pracę i podziwiam za wybór, bądź co bądź trudnej specjalizacji. Tylko, że tu chodzi o moje życie, nie o to, czy ktoś mnie lubi czy nie, czy dostanę awans w pracy i będę miała więcej kasy czy nie, tylko chodzi o życie i śmierć. O to czy będzie mi dane pochodzić jeszcze trochę na tej ziemi czy nie. Jestem tylko człowiekiem, tak jak i wy, moim życiem targają emocje, bo nie mogę robić planów na przyszłość, być może jej nie mam. Czy napisałam coś co jest nieprawdą? Wiem, że wielu pacjentów narzeka na różne pierdoły i pomija się wiele z tego, bo nie ma środków na wszystkie badania a ludzie panikują, wiem. Ale ja chodziłam z wciągającą się piersią i szybko rosnącym guzem, widziało to kilku lekarzy i każdy to olał. Efekt jest taki, że siedzę od czterech godzin na chemii, a szansę na operacje nie są zbyt wielkie. Mogłabym też obwiniać dr T, że zrobił tę oszczędzającą operację, ale wiem, że chciał dobrze, a ja się na to zgodziłam. Tu na prawdę nie chodzi o to, kto zawinił, to w tej chwili nie jest istotne. Jeżeli przez swoją szczerą wypowiedź uraziłam kogoś to trudno. Bardzo lubię Was jako ludzi i lekarzy, wiem, że się staracie, wiem, że system jest chujowy, wiem, że macie za dużo roboty, ale czy napisałam coś nieprawdziwego? Czy nie zignorowaliście mojego bólu, czy nie postawiliście na mnie krzyżyka pisząc "leczenie paliatywne" czy w walce o swoje życie nie mogłam się poczuć zawiedziona?
A może tak jak słowa "leczenie paliatywne" pomogły mi, żeby działać, tak moje niezbyt przychylne słowa zmotywują was do bycia bardziej uważnymi?
Widząc dziś wyraz twarzy dr K-K i Dr Ś...myślę, że czytali. Pozdrawiam ich serdecznie.

Bywajcie w zdrowiu
Anuk

niedziela, 25 września 2016

Kawał zarozumiałego tekstu

W czwartek pojechałam na konsultacje do Krakowa. Po zobaczeniu na swojej karcie "leczenie paliatywne" poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb i skłoniło mnie to w końcu do mobilizacji wszystkich sił i zajęcia się ratowaniem swojego życia. Brzmi to wszystko trochę heroicznie i może górnolotnie, ale niestety własnie tak jest.

Jestem świadoma zagrożenia śmiercią jakie noszę pod bluzką. Czasami nawet chcę z kimś o tym porozmawiać, co będzie jeśli się nie uda. Chciałabym mieć w głowie wszystko ułożone, chciałabym, żeby w razie czego moi bliscy nie mieli zbyt wiele powodów do zmartwień, oprócz tego, że odeszłam. Ale nikt nie chce o tym ze mną gadać, i ja to rozumiem, ludzie wolą wypierać z głowy problem, to daje im złudne poczucie zniknięcia problemu. Jeśli nie będziemy rozmawiać o tym, że umrzesz, to nie umrzesz. Jeśli nie będziemy rozmawiać o przerzutach, to nie będziesz miała przerzutów itd. Swego czasu studiowałam etnologię, choć nie byłam prymusem to jeszcze co nieco pamiętam. Fachowo rzecz ujmując takie myślenie, jest "myśleniem magicznym". Każdy z nas stosuje je nieświadomie na co dzień. Ile razy próbowaliście zaklinać rzeczywistość? "Jeśli zaświeci słońce, wszystko się ułoży" albo "wyzdrowieję, wyzdrowieję, wyzdrowieję" itd. Jest wiele teorii na ten temat, książek bardziej lub mniej racjonalnych. Są ludzie, którzy będą się upierać, że istnieje "prawo przyciągania" (choćby film "Sekret"- wiem, ze istnieje grupa wyznawców) i będą wizualizować swoje sukcesy i wierzyć, że dzięki temu właśnie życie im się układa. Ja to wszystko rozumiem, bo tacy jesteśmy, potrzebujemy w życiu trochę "magii" i często nawet nazywamy ją "racjonalnym myśleniem" i "twardym stąpaniem po ziemi". Mniejsza o terminologię, chyba mniej więcej zarysowałam zagadnienie?

Pisze o tym wszystkim właśnie w związku z moją chorobą i ostatnimi konsultacjami. Dostałam po moim łbie, który może gdzieś zamroził się nadto po nawrocie choroby i nie działał w 100% logicznie. Na szczęście, i mam nadzieję, że w porę, zobaczyłam ten przerażający zwrot "leczenie paliatywne". Niewiele myśląc pojechałam do prof. Wysockiego z Krakowa. Wizyta u niego kosztuje krocie (3/4 zasiłku mojego, na szczęście mam wsparcie finansowe), ale czego się nie robi dla ratowania życia? Pan dr przyjrzał się moim papierom, wysłuchał mnie i stwierdził: Jest jeszcze szansa, żeby usunąć raka nim się rozprzestrzeni. Trzeba tylko zintensyfikować leczenie i dołączyć do tej chemii, którą Pani przyjmuje jeszcze dwie inne, które pozwolą zadziałać na guza z każdej strony, wtedy być może nam się uda.

Po tej wizycie jak nigdy poczułam jak bardzo na krawędzi się znajduję. Cień nadziei z jednej i palące słońce porażki z drugiej, krok nad przepaścią. Jeśli się nie uda i rak się rozsieje to już nigdy nie usuną guza z mojej piersi a komórki rakowe będą po kolei zajmowały kolejne pozycje w moim ciele, żeby w końcu dopaść do płuc, serca czy mózgu, a w zasadzie wystarczy, że do wątroby i wyłączą zasilanie - one albo chemia, która jak wszyscy dobrze wiedzą działa leczniczo ale też zabójczo.
Po chemii mam ciągle mdłości i przeszkadzają mi wszelkie zapachy i smrody. Nie chcę do końca życia tego przeżywać. Nie chcę leczenia paliatywnego. Chcę żyć.

Czasami próbuję z kimś o tym porozmawiać i wtedy trafiam na ten mur magicznego myślenia. Na początku leczenia, kiedy starałam się ludziom racjonalnie tłumaczyć jak ta choroba wygląda i co się może zdarzyć, wszyscy wokół zaklinali rzeczywistość, że nigdy nie będę miała nawrotu, że dożyję później starości itp. Dzisiaj już tak nie mówią, albo nawet w ogóle się do mnie nie odzywają. Magiczne myślenie i hiperoptymizm nie zadziałał, więc lepiej się wycofać i udać, że nic się nie stało.
Nie mam pretensji, tylko sobie myślę "jaki jesteś głupi". Wiem, że to niepoprawne i niemiłe. Mam to gdzieś. Jestem zarozumiałym skurwysynem a Ty głupim człowiekiem. A już najgłupszym na świecie jest stwierdzenie: "Każdy może umrzeć, mogę dziś wyjść na ulicę i potrąci mnie ciężarówka, nie ma sensu o tym myśleć". Do chuja, jak ja nienawidzę tej durnej retoryki! Ja moją ciężarówkę widzę codziennie w lustrze. Nawet sobie nie wyobrażasz jak strasznie wygląda. Nie pokażę Ci zdjęcia, bo mój rak wygląda drastycznie, na dodatek boli. To nie jest do kurwy nędzy żadna figura retoryczna. Podejrzewam, że mam taką samą szansę na dożycie starości co Ty na tą pierdoloną ciężarówkę, która Cię potrąci. I nie mów, że statystycznie ja i mój pies mamy po trzy nogi, bo to kolejna idiotyczna wymówka, której używasz, żeby nie myśleć o realnym zagrożeniu. Możesz mnie nie lubić, możesz uważać mnie za zarozumiałą chorą pizdę, która myśli, że jest lepsza. Ale możesz też pierdolnąć się w głupi łeb i nie czekać aż dopadnie Cię śmiertelna choroba tylko tu i teraz zacząć żyć i przestać bać się rozmawiać o tym co Ciebie i Twoich bliskich boli.

Większość chorych, których znam zaczyna doceniać każdą chwilę, cieszyć się promieniami słońca i deszczem i największymi pierdołami, które nas otaczają. Przestają istnieć przyziemne problemy, bo nagle dociera do nich, że najważniejsze jest po prostu szczęście, miłość, rodzina, przyjaciele a nie za duża dupa czy możliwość awansu. I najprawdopodobniej, jeśli jesteś zdrowy to tego nie rozumiesz. Wiesz, że tak jest, ale wciąż i wciąż będziesz zaprzątać swoją głowę milionami pierdół, nieistotnych okoliczności życia i ciągle będziesz czegoś szukał. A to co jest sensem życia jest koło Ciebie i w Tobie.

Wczoraj strasznie się wściekłam na moją przyjaciółkę. Kocham ją, ale jest czasami strasznie głupia. Zadzwoniłam do niej, żeby wybrała się ze mną na obiad, Po tej wizycie u lekarza postanowiłam już nie tracić ani chwili tylko być z tymi, których kocham, i żyć jakby każdy dzień był ostatnim.
Ona stwierdziła, że zrobiła wczoraj gulasz i nie może ze mną na obiad, bo jej się zepsuje. Po dwóch godzinach przyszło jej do głowy, żeby mnie zaprosić na ten gulasz, ale było już za późno. W myślach zwyzywałam ją od najgorszych, wściekłam się i ryczałam przez godzinę.
Nie dlatego, że jestem taka kurwa mądra. Tylko dlatego, że jestem tak bezsilna wobec śmierci i nie potrafię wytłumaczyć innym, dlaczego tak bardzo ważny jest dla mnie głupi obiad czy czas spędzony na graniu w planszówki. I chciałabym wykrzyczeć "ja umieram, a Tobie zepsuje się jebany gulasz". I nie wiem czy całkiem zwariowałam czy to świat jest tak popierdolony. Wymagam od wszystkich, żeby byli mądrzy czy tak samo zdesperowani i pragnący życia jak ja?
Wiem, że nie wszystko co robię jest mądre, chwalebne i zasługujące na poklask. Jestem tylko człowiekiem, choć coraz mniej się identyfikuję z tym rodzajem. I już nie wiem czy choroba mnie odhumanizowała czy wręcz przeciwnie? I w sumie mam to w dupie, bo po prostu chcę wyrwać każdy możliwy moment szczęścia póki tu jestem i dopóki moje płuca działają, moja wątroba filtruje toksyny, a moje serce bije będę jebaną zarozumiałą pizdą, która będzie wam wytykać jacy jesteście głupi i jak bardzo nie doceniacie życia.



Tymczasem mam zamiar zawalczyć o te dodatkowe dawki chemii, która może mnie uzdrowi a może zabije. Jak nie w DCO to gdzie indziej, najwyżej będę jeździć do Krakowa, trudno. Dam radę, i nawet jeśli umrę to nigdy nie mówcie, że przegrałam, Przegrywają tylko Ci, którzy nie robią nic. Więc rusz dupę i wygrywaj codziennie życie jak ja.  

Bywajcie w zdrowiu!
Zarozumiały Anuk

wtorek, 20 września 2016

Je*ać raka i je*ać DCO

Dzisiaj będzie niecenzuralnie i wybaczcie mi to, ale zostałam wyprowadzona z równowagi. Dzisiaj zrozumiałam jak bardzo nie lubię jednak mojego "drugiego domu" i w końcu (chyba na to sama czekałam) zrodził się we mnie bunt. Trysnęła ze mnie jakaś życiodajna energia i postanowiłam coś zrobić.

Już o 8 rano stawiłam się u lekarza pod gabinetem, żeby jak najszybciej zacząć tankowanie. Na moje szczęście prawie nikt nie miał wyników więc weszłam jako druga do gabinetu. Byłam spokojna i radosna, do czasu. Pani dr kazała się rozebrać i pokazałam jej nową opuchliznę na piersi - w jednym miejscu skóra nabrzmiała mocno, ale pod spodem jest miękka, tak jakby guz zaczął znikać. Pani dr powiedziała: No tak może być. Ale nie musi? No miejmy nadzieję, że to reakcja na chemię...
Ok, czyli nie wiadomo, czyli moje domysły pokrywają się Z DOMYSŁAMI lekarza. No dobrze, w tym fachu, jak codziennie zaczynam zauważać niewiele da się stwierdzić, większość to chyba jednak domysły. Odebrałam papiery na chemię, skierowania na badania i w oczy rzuciła mi się rubryka "rodzaj leczenia: leczenie paliatywne". (Dla niezorientowanych, a wiadomo, że nie wszyscy czytelnicy to pacjenci, medycyna paliatywna to dział medycyny, a także specjalność lekarska, która obejmuje leczenie i opiekę nad nieuleczalnie chorymi, którzy znajdują się w okresie terminalnym śmiertelnej choroby. Celem działań medycyny paliatywnej nie jest zatrzymanie procesu chorobowego oraz jego wyleczenie, ale poprawienie jakości życia osób w tej fazie choroby.)
Zaskoczona tym wpisem pytam o co chodzi? Czyli mam szansę na wyleczenie czy nie? Na co słyszę:
- No wie Pani, my samy nie wiemy czy uda się Panią wyleczyć, NA RAZIE nie ma przerzutów, ale mogą się pojawić, nie wiemy czy chemia zadziała, jeśli zadziała to oczywiście planowane jest leczenie radykalne z mastektomią.
Pokiwałam głową, wzięłam papiery, wyszłam z gabinetu i się poryczałam. Jak ma mnie wyleczyć ktoś, kto nie zakłada w ogóle, że może się udać? Najpierw było mi przykro, ale później zaczęłam myśleć i podsumowywać przed samą sobą moje leczeni w DCO.

Wszystko zaczęło się dwa lata temu (prawie dokładnie) i wtedy trafiłam najpierw na zjebaną Panią doktor, która mnie opierdoliła i powiedziała, ze rak tak szybko nie rośnie i jak tyle czekałam, to mogę jeszcze miesiąc na badania poczekać. Później trafiłam na dr T i Dr D, którzy byli kompetentni i bardzo mi pomogli w całej drodze. Na początku byłam priorytetowym pacjentem - fajnie, wszystkie badania szybko, chemię dostałam natychmiast, dr D i dr T zajmowali się mną i na prawdę nie mogę złego słowa powiedzieć. Przeszłam chemię, operację, radioterapię, potem herceptynę i jeszcze jedną chemię. Wszystko było ok. Niestety dr D (moja dr od chemii) przeniosła się na radioterapię. Wielka szkoda, bo jej zawsze ufałam. No ale cóż, są inni lekarze...Co akurat w przypadku Wrocławskiego DCO jest znamienne - bierzesz chemię co tydzień czy co trzy i za każdym razem w gabinecie jest inny lekarz, za każdym razem pobieżnie przegląda papiery i pobieżnie albo wcale, bada pacjenta.
Tym właśnie sposobem - sposobem przypadkowości i pobieżności a właściwie bylejakości, będąc u lekarza co 3 tygodnie została przeoczona wznowa w piersi! Nie byle jaka wznowa, tylko 3x4 cm! plus drugi guz 1,5x2 cm obok pierwszej. Żeby nie było - zgłaszałam, że coś mnie ciągnie i boli i łapią mnie straszne skurcze w plecach i łopatce po lewej stronie. Przez kilka miesięcy zostawałam zbywana, nie mówiąc o pewnym młodym doktorze, który nigdy praktycznie mnie nie zbadał, za to ze dwa razy zdążył powiedzieć, że jestem gruba i powinnam JAK NAJSZYBCIEJ zrzucić wagę (serio? w trakcie leczenia? po raku? jak najszybciej?) Na takie uwagi miał czas, ale już wypisać receptę to było mu kurwa ciężko i odesłała mnie do INTERNISTY. Chyba, żebym robiła sztuczny tłum.

Kiedyś owym gabinetem, do którego chodzę zajmował się mądry Pan dr H. Niestety on teraz opiekuje się tymi młodymi lekarzami-rezydentami i to oni przyjmują głównie pacjentów. Rozumiem, że musza się nauczyć, ale niektórzy (szczególnie wspomniany doktorek-wigorek lubiący zamiast badać pacjentów żartować sobie z pielęgniarkami) są po prostu nierasobliwi. I tym sposobem, trafiając na niezdecydowanych, mało wnikliwych, zdekoncentrowanych i aroganckich niekiedy lekarzy znalazłam się w miejscu, w którym jestem - na leczeniu paliatywnym,

Co więcej, kiedy już potwierdziło się, że to wznowa i to duża i nie byle jaka (jak nasza służba zdrowia) kazano mi czekać 2 tygodnie na chemię, mimo iż guz już od czasu biobsji urósł i było to widać gołym okiem, mimo iż mieli w rękach moje badania histopatologiczne, które jasno wskazywało, że guz BARDZO SZYBKO ROŚNIE (ki67-70%). Ale procedury nie przewidują, że przy wznowie cokolwiek pójdzie szybko. Jestem gorszym pacjentem (od wprowadzenia zielonej karty pacjenci po wznowie są na końcu kolejki według reformy). Na szczęście wyprosiłam przyspieszenie o tydzień. Dano mi chemię, która  z guzem nie zrobiła kompletnie nic - i tutaj w sumie nie winię nikogo, jednym pomaga innym nie. Po pierwszym cyklu nie było poprawy, po drugim tez nie i na szczęście trafiłam ostatnio na Panią dr, która zmieniła mi tę chemię na cisplatynę, która chyba działa (nie wiem ja i nie wie lekarz, wszyscy tylko się domyślają).
Tymczasem czekają mnie badania w październiku - tk klatki piersiowej i usg jamy brzusznej - jaka kurwa niespodzianka będzie dla nich, że nie mam przerzutów. Dlaczego tak piszę? Dziwny, trafem jestem przekonana, że rak się nie rozsiał. Chyba już na tyle znam swój organizm, że wiem (i obym się, kurwa, nie myliła!)
I co oni wtedy poczną z tym moim paliatywnym leczeniem? Przecież pomysłu na mnie nie ma!
Nie lepiej wywieźć za miasto i odstrzelić? Nie, bo nie wyglądam na chorą, jak już stanę się blada, bezwłosa i bez energii to może wtedy...

To wszystko dzisiaj nakręciło mnie tak bardzo, że siedząc w sali chemioterapii zaczęłam ostrzegać pacjentów, edukować i tłumaczyć, żeby się konsultowali, nie ufali i słuchali siebie. Wiele osób, z którymi dzisiaj rozmawiałam było w szoku: "Pani? chora? przecież Pani tak pięknie i zdrowo wygląda". Przyznam, ostatnio na prawdę wyglądam zajebiście, nauczyłam się świetnie malować, kupiłam kilka fajnych ciuchów no i mam wyjebane na co myślą inni. W życiu nie czułam się tak dobrze we własnej skórze, niestety rak również czuje się tu dobrze... Na szczęście chyba w końcu mój chemo-mózg zaczął pracować na wyższych obrotach i powiedziałam sobie, że nie będę dłużej czekać "na gwiazdkę z nieba" tylko wypierdalam dalej się diagnozować i konsultować gdzie indziej, a być może w niedalekiej przyszłości zmienię tę umieralnię na szpital gdzie będą chcieli mnie wyleczyć i będą w to wierzyć, a nie wrzucą mnie do wora, który niedługo trafi do kostnicy.


A pierdol się, jebane DCO!

W czwartek jadę na konsultację do dr Wysockiego do Krakowa. Jak będzie trzeba pojadę i do Warszawy i do Niemiec i do Pekinu i znajdę kogoś kto uwierzy, że będę zdrowa i zrobi co w jego mocy a nie to na co system (zjebany) pozwala.
Nie pozbędziecie się mnie tak szybko o nie!

Nie bójcie się ryzykować, czasami to jedyna droga do sukcesu!

Anuk

piątek, 16 września 2016

Wczoraj, dziś i jutro

Powinnam posprzątać (chcę, bo mam dzisiaj gości, więc coś napiszę, w końcu syf z chaty sam nie ucieknie (a szkoda).

Ostatnio strasznie dużo się dzieje, a może mam takie wrażenie dlatego, że ciągle jestem zmęczona. I już nie wiem czy to chemia odbiera mi siły czy pieprzony rak. Mówiąc szczerze ostatnio bardzo mnie straszy ten mój burak... Dostałam dwa cykle Xelody (tej chemii w tabletkach) i niestety niewiele mi to dało, prócz kilku efektów ubocznych. Mój stworek nie chce się wyprowadzać. Za to pojawił się znowu syndrom chemo-brain. Pewnie dlatego ostatnio zamiast pójść do lekarza w środę, poszłam w czwartek! Przy pierwszym starciu poszłam do szpitala dzień wcześniej, tym razem dzień później. Na szczęście Pani doktor była wyrozumiała i bez problemu mnie przyjęła.Trafiłam na osobę, która mnie nie zna, ale od razu wyczuła. Pani dr przyjrzała się moim wynikom i postanowiła zmienić mi chemię. Ucieszyłam się jak pies na widok kości, a przecież chodzi o chemię! Wlało to w moje serce nieco nadziei, że może jednak się uda...




Długo nie pisałam, ale naprawdę straciłam w sobie wiarę, że wyzdrowieję. Nadal jest jej we mnie niewiele, ale gdzieś pojawiło się światełko w tunelu i za słowami piosenki Natalii Nykiel (która właśnie leci w tle) "i coś mi każe biec, znów mi każe biec". Biorę głęboki oddech i biegnę dalej (oczywiście metaforycznie ;)).

modelka: Magda Klepacz, autor:ja

Ostatnio stałam się mistrzem w maskowaniu wszystkich strachów i chowaniu ich nawet przed sobą. I tak potrafię w ciągu dnia popłakać się przy myciu naczyń, a potem wrócić do pokoju i śmiać się z głupot. Czasami na 30 sekund wpadam w dołek i tracę oddech a za minutę myślę o czymś miłym i zapominam o chwilowej "depresji". jedyne czego nie potrafię przeskoczyć to planowania przyszłości...nie umiem wybiec nawet o miesiąc w przód. Próbując to zmienić kupiłam sobie dwie pary sandałów na przyszły rok, tak jakby miały mnie tam zaprowadzić.

Gdzieś we mnie strach, ból i obawy mieszają się z radością życia i nadzieją. Wszystko współgra ze sobą jak w dobrej orkiestrze, tak, że sama nie zauważam, kiedy ze strachu przeskakuję w radość. To trochę schizofreniczne uczucie, nie spodziewałam się nawet, że o tym napiszę kiedy zasiadałam do pisania. Chciałam tylko odwlec sprzątanie.
I nie wiem czy to dojrzewanie czy już starzenie się? Mam wrażenie, że ostatnie dwa lata przyniosły dla mojej duszy co najmniej dziesięć, jeśli nie dwadzieścia lat. Szkoda, że przyniosły również z 15 kilogramów. Gdybym miała ciało i zdrowie sprzed kilku lat i mózg z dzisiaj mogłoby mi odbić, na punkcie mojej zajebistości, dlatego pewnie muszę być gruba i chora, żeby zachować równowagę w świecie.

A teraz zupełnie bez żartów. Widzicie mnie po lewej? Byłam strasznie zakompleksiona i nie wierzyłam w siebie. Wydawało mi się, że jestem za gruba (haha), za brzydka, za głupia, że brakuje mi wszystkiego. No i fakt, teraz jak o tym myślę, to byłam strasznie głupia - bo tak myślałam. Teraz popatrzcie na mnie po prawej - nie mam zdrowia i figury, ale tak na prawdę mam wszystko, a dzisiaj to najlepszy czas, żeby zrobić to co chcę. Mam masę fizycznych ograniczeń, ale w końcu to głowa mnie nie ogranicza. Piszę to do wszystkich kobiet, którym się wydaje, że są za głupie, za brzydkie, za grube - wiecie, że nigdy już może nie być lepiej? Jesteście piękne i tylko wy widzicie te rozstępy czy cellulitis i tylko od was zależy czy weźmiecie z życia to co najlepsze czy nadal będziecie przejmowały się pierdołami. Ja w siebie nie wierzyłam. Nikt nie powiedział mi, że jestem piękna. W ciągu ostatniego miesiąca usłyszałam to 3 razy. Wiecie dlaczego? Bo w końcu w to uwierzyłam i zaczęłam być piękna, nie ważne, że z dużą nadwagą, nie ważne, że z rakiem. Dwa lata temu z bólem patrzyłam na to zdjęcie po lewej, dzisiaj patrzę z pobłażliwością i myślę "oj, Anka, jaka Ty byłaś głupiutka". Nie cofnę już czasu, ale mogę korzystać z tego co mi przyniósł (nawet jeśli to nadwaga i rak ;)) 

Wracając do meritum, czyli do zmiany chemii - będę przyjmować teraz wlewy z cisplatyny co tydzień. Trochę mnie to zwala z nóg, a raczej zapędza do muszli sedesowej głową w dół - nic przyjemnego - ale co zrobić? To musi zadziałać, bo rak działa szybko. Urósł od czasów biobsji o 2 cm w jedną stronę i centymetr w drugą co dzisiaj daje mu 6x4 cm. Na domiar złego jest też drugi guz w tej samej piersi o rozmiarach 3x2 cm...nieźle, co? Wciąż ciężko mi uwierzyć, że jakieś tam zmutowane komórki chcą mnie zabić. Moje kurwa własne komórki. I kiedy tak sobie płaczę po cichu, to w duchu nie wierzę w raka, w to, że może mnie zabić. Pamiętam, że jako nastolatka wyobrażałam sobie, że jak nie będę chciała umierać to po prostu nie umrę. Wierzyłam, że nic nie jest mnie w stanie pokonać. Czasami staram się znów tak myśleć i po prostu nie wierzyć w choroby. Nie przestają istnieć, ale przynajmniej w mojej głowie robi się jaśniej.
Staram się nie rozmawiać z bliskimi zbyt często o mojej chorobie. Troska o nich nie pozwala mi się poddać. Jestem pewna, że beze mnie sobie nie poradzą, niezły tupet co? Przecież nie ma ludzi niezastąpionych, ale przez 30 lat idzie się przyzwyczaić nawet do najgorszej pindy. No cóż, chyba się jeszcze ze mną pomęczą, bo mam zamiar ponosić swoje grube dupsko po świecie dobrych parę (dziesiąt?) lat.

Chyba pora kończyć ten wywód i powrócić do sprzątania. Pękła mi ponad godzina, a brud sam się nie wyniósł, Przed nami weekend, kochani. Wykorzystajmy go jak najlepiej potrafimy!
Pamiętajcie, że jesteście piękni i tylko od waszej głowy zależy jakie będzie wasze życie!

Bawcie się dobrze robaczki!
Anuk


piątek, 26 sierpnia 2016

Polowanie na kota

U mnie jak zwykle cyrk na kółkach. Pamiętacie moje polowanie na kota w zeszłym roku? W tym roku mam powtórkę, tylko tym razem pod moim domem, nie rodziców...

Od ponad miesiąca u nas pod kamienicą szwędał się rudy kundel. Niczyj, trochę dziki, bo bał się ludzi, ale fajny całkiem. Cała kamienica zaczęła go dokarmiać. Nawet stwierdziliśmy, że go adoptujemy, zbudujemy mu kojec i budę i będzie sobie mieszkał na koszt wspólnoty. Trochę go oswoiliśmy (Awaria pomogła) i nawet dał nam się złapać. Akurat miałam na tydzień gości, koleżankę Asię i Kudłatego. Zapalili się do pomysłu i pomagali co sił. W czasie kiedy budowaliśmy mu kojec, noce spędzał u nas. Budowa trwała 3 dni. Moje zwierzaki musieliśmy izolować, bo trochę się denerwowały. W końcu udało się kojec wybudować. Niestety psu zajęło 15 sekund wyjście z niego. Zabezpieczyliśmy kojec i znowu go wpuściliśmy... po 15 minutach znowu latał po ulicy a siatkę z kojca doszczętnie rozpierdzielił...z ciężkim sercem oddałam go do adopcji, bo tu prędzej czy później wpadł by pod auto... No ale co to wszystko ma wspólnego z moim kotem?

Otóż kota się obraziła. Śmiertelnie, że jakiś drugi rudy kundel obija się po JEJ domu i spierdoliła. Kiedy i jak nikt nie wie. Było to dwa tygodnie temu. I gdyby to był jej pierwszy raz to płakałabym i szukała jej po nocach w okolicy, ale znam już tę małą kutwę jak własną kieszeń. W domu księżniczka, a na podwórku jebany NINJA. Nikt jej nie widzi, a żarcie znika. Co więcej, potrafi oszukać żywołapki na kuny! wyżera żarcie, a klatka się nie zamyka! Od dwóch tygodni na nią poluję i dopiero wczoraj zobaczyłam ją z okna jak wpierdala żarcie, które jej zostawiłam. Powiedziałam:
- Widzę Cię czarna dziwko! - popatrzyła na mnie i zniknęła. Mówię wam - NINJA jak nic.



Dzisiaj po 20 wyszłam z psem na spacer - jak zwykle na tereny kolejowe, które mam za płotem. Awaria sobie pobiegała, załatwiła się i wracając coś mnie podkusiło... powiedziałam "Awaria, szukaj kota". Postawiła tylko uszy i zaczęła węszyć. Po 30 sekundach szamotała się już w krzakach z Armiśką, próbując ją przytrzymać (tak się zwykle w domu bawiły). Ale pierdolony Ninja to pierdolony Ninja - okazało się, że umie latać. Serio, w życiu nie widziałam latającego kota- do dzisiaj! Pies latał trochę gorzej, ale też niczego sobie. Popieprzały tak po krzaczorach ze dwie minuty, aż Awaria zapędziła czarną pod płot. Po drugiej stronie płota, na podwórku sąsiedniej kamienicy było drzewo. Kot wleciał 4 metry do góry, złapał się pnia i ani myśli schodzić. Udaje KOALĘ! Nie wiem gdzie się tego nauczyła, ale gdybym nie wiedziała, ze w Polsce Koala nie występuje to by mnie oszukała.
Wracając do sedna - sytuacja wygląda tak: kot ninja udaje koalę 4 metry nad ziemią, pies dostał szału i ujada pod drzewem, próbuje się wspiąć (!) a ja stoję w krzakach, cała już podrapana i drę ryja; "AWARIA! ZOSTAW KOTA DO KURWY!" Oczywiście pies ni chuja się nie słucha, więc musiałam wejść głębiej w krzaki, żeby przypiąć ją do smyczy. W końcu się udało i zapierdalam dookoła budynku na podwórko sąsiadów, żeby z tamtej strony podejść kota. Pies oczywiście podjarany ciągnie mnie jak szalony, mało sobie ryja nie rozbiłam o kamienie! Dobiegłyśmy do drzewa, patrzę, no siedzi. Teraz udaje wiewiórkę, taką górską, bo one są czarne. Myślę sobie - no przecież nie zejdzie jak tu z psem będę stała! Więc psa przypięłam do ławki niedaleko i wołam:
- Armisia! kici kici, chodź do mnie! A ona ani myśli. A Awaria w tym czasie piszczy i ujada przypięta do ławki. No tak, kot nie zejdzie jak ta suka będzie się tak zachowywać. No ale jak sobie pójdę to kot mi spierdzieli. Niewiele myśląc dzwonię po Agatę, moją sąsiadkę, żeby przyszła i zabrała psa do domu (akurat jak na złość dzisiaj sama jestem). Agata przyszła i stoimy pod drzewem jak dwa ciecie i wołamy kota. No i nic.
W końcu Agata zaprowadziła psa do domu i przyniosła mi jedzenie - może tak ją skusimy. Ni chuja. Ninja nie przychodzą do jedzenia!
Usiadłam więc na ławce, Agata poszła do domu, a ja jak ostatnia pizda czekam aż kot zejdzie. A pierdolonej wiewiórce podoba się siedzenie na drzewie! Oczywiście zaczęli pałętać się sąsiedzi, bo co ja robię pod drzewem na ich podwórku? A co jest dziwnego w siedzeniu o 22 pod drzewem?
Przypałętał się podpity sąsiad i zaczyna:
- Weźże tą swoją procę i ją zestrzel! Jakbym miał drabinę to bym tam wszedł i ją zrzucił, ale nie mam. Po chuj Ci taki kot co spierdala? Ja bym go zostawił w pizdu.
I tak mi pieprzy farmazony przez 10 minut, W końcu się wkurwiłam i mówię do niego: "Ten kot mieszka ze mną sześć lat, w domu jest kochaną przytulanką a na dworze zamienia się w ninję"
Sąsiad na to: "To tak jak ja! Też w domu jestem kochany i do przytulania..." Nie wytrzymałam w końcu ii mówię "Idź Pan w chuj bo mnie Pan wkurwiasz i kota też!" nie podziałało, dopiero jak zaczęłam go ignorować to poszedł. Minęła już godzina w tym czasie a kot nadal ani myśli złazić. A z okna sypialni dobiega mnie wycie mojego psa, który jest bardzo nieszczęśliwy, że nie może tam stać i polować na kota.
Dom wariatów. Zostawiłam jedzenie i poszłam  w pizdu, bo ten uparty kiciuch nie zlezie póki tam siedzę.
Wygląda na to, że polowanie tak szybko się nie skończy...

edit: po trzech godzinach zlazła menda z drzewa, nie było mnie przy tym, bo mi się znudziło patrzenie w ciemnościach w gałęzie drzewa. Poszła wyczyścić miski i teraz śmieje się ze mnie pewnie w krzorach za płotem...wychowałam bestię;)