wtorek, 23 grudnia 2014

Święta!!!

Witajcie Kochani!
Nadchodzą nietypowe dni, więc przygotowałam dla was nietypowy wpis:)
Dzisiaj nie będzie narzekania na służbę zdrowia, opowiadania o kolejnych levelach ani refleksji nad śmiercią i życiem:)
Dzisiaj będę ja - ja przemawiająca do was:) Nie mam super dykcji, nie mam twarzy modelki, ale mam dla Was życzenia:) 


video

\
I jeszcze moja choinka - bombki ze starych kluczy, upleciony w piórek łańcuch i gwiazda z nakrętek 12mm (z takich strzelamy w klubie PROCOHOLIKA;))



I mój renifer:



Czytamy się po świętach!

Anuk

środa, 10 grudnia 2014

Gra w grze

Rodzimy się z wyrokiem śmierci. Brniemy przez życie mając nadzieję na długi czas, intensywny, szczęśliwy. W trakcie tych lat zdobywamy kolejne levele – roczek, pasowanie na ucznia, komunia, bierzmowanie, matura – nieskończenie wiele leveli o różnych nazwach i wielorakim przebiegu. Misja za misją brniemy przez nie raz zdobywając bonusowe punkty, a niekiedy cofając się o krok i powtarzając któryś poziom. Niektórzy skupiają się na zdobywaniu potrzebnych umiejętności by przetrwać. Inni chcą swoją grę tworzyć świadomie. Są tacy, którzy traktują każdy level jak swój ostatni. To gracze chcący urwać jak najwięcej, czuć najintensywniej i tacy, którzy dostali wyrok śmierci w zawieszeniu.

Kiedyś bardzo bałam się tematu śmierci. Kiedyś? Jeszcze trzy miesiące temu na samo słowo dostawałam białej gorączki – bo po co kusić los? Tak jakby samo słowo mogło ją przywołać. Nie chciałam o niej myśleć, nie chciałam mieć z nią nic wspólnego. Chciałam być nieśmiertelna. Byłam nieśmiertelna. Chyba każdy tak ma. Aż tu nagle – BUM! Kostucha z kosą staje za naszymi plecami i czujemy jej oddech na karku (nie wiem jak kostucha może oddychać, ale uwierzcie mi, chucha w plecy jak szalona!) I nagle nadchodzi albo jeszcze większy strach albo...oswojenie?

<<„Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.>> (lis do Małego Księcia, w odpowiedzi na pytanie, co to znaczy „oswoić”. )

Coś w tym jest. Ja ze swoja kostuchą zawarłam umowę – nie wchodzimy sobie w drogę, szanujemy się, ale nie gadamy ze sobą, czasami szydzimy, ironizujemy i podchodzimy do siebie z pełnym cynizmem. Na pewno nigdy nie zostaniemy przyjaciółkami. Tyle, że zrozumiałam, iż dalsze ignorowanie jej nie zmieni faktu, że istnieje na dodatek przeprowadziła się jakoś bliżej mnie. Czuję, że czasami mnie obserwuje, staram się tym nie przejmować. 
Można powiedzieć, że stworzyłyśmy jakąś więź. Oswoiłyśmy się ze sobą.

Gorzej jest z innymi, tymi obok mnie bliższymi i dalszymi. Nie rozumieją, że jak mówię „Nie obrażaj się na mnie z byle powodu, bo jak umrę to będziesz sobie to wyrzucał i będziesz smutny” nie jest szantażem emocjonalnym tylko najprawdziwszą prawdą. To nie groźba, to fakt. Jak zmarła moja babcia, żałowałam, że nie miałam czasu jej odwiedzić, że więcej nie rozmawiałyśmy. Pewnie gdyby mi wtedy tak powiedziała jak ja dzisiaj, poczułabym się dziwnie. Tylko, że nagle te słowa nabierają innego sensu. Dziś jest inaczej. Nie mam czasu, żeby być delikatną. 
Nie mam pretensji jak ktoś nie zrozumie.
„Zawiasy” zmieniają ogląd na życie. Nie chcę tracić dni na niepotrzebne emocje. Mam w dupie te pierdoły – brudne naczynia, spóźnienia, zapominalstwo. Kiedyś żądło wysuwało mi się na samą myśl o niektórych przewinieniach. Dziś mogę wam powiedzieć jedno – zdobyłam umiejętność „WDUPIEMAMIZM” +100. Nie mylić z obojętnością. I nie mam czasu na NIEMANIECZASU. I na obrażanie się.



Gra w BURAKA to gra w grze – trzeba ją przejść, żeby móc kontynuować poprzednią – ŻYWOT. Jak zaliczymy grę w BURAKA i nie stracimy życia, kontynuujemy zaczętą wcześniej z wyższym poziomem, ale i z kosą wiszącą nad głową. Co zrobić, żeby nie (kolokwialnie i brzydko mówiąc) uje*ała nam łba za szybko?

Myślę, że scenariusz nigdy nie jest określony, my go tworzymy jeśli nie wrzucamy „auto gry” i nie zwalamy wszystkiego na los, przypadek i siły wyższe (oj, jak ja to kiedyś lubiłam:) Postanowiłam sama ustanawiać zasady, łamać schematy, nie poddawać się ograniczeniom (że niby nie można wyjść poza planszę? Pfff...)
Trochę jest jak w tym kawale gdzie przychodzi baba z żabą na głowie, lekarz pyta „co Pani jest?” a żaba na to „coś mi się przykleiło do dupy”. Ja jestem tym przyklejonym babskiem do dupy kostuchy – to ja decyduję dokąd idziemy.

POWODZENIA!

P.S. Ależ wywaliłam patetyczny wpis, choć miało być z humorem i przymrużeniem oka:) Ta chemia rzuca mi się na mózg i przynosi na bloga takie wpisy dziwne, póki co muszę to tolerować. Jakby nie patrzeć to część gry. 
Jutro wybywam na kolejną magiczną manę. Jeszcze nie wiem czy ją dostanę bo nadal jestem przeziębiona. 
Ale, ale! Są i dobre wieści – odwołano dyrektora Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego, gdzie się leczę:) Może coś się zmieni na lepsze i może usuną ten głupi zapis o skierowaniu do onkologa. I może mój dr T powróci i będzie mógł mnie operować...Tyle pytań, noc taka krótka, ja taka śpiąca...DOBRANOC moi mili.

Trzymajcie kciuki. Już niedługo kolejna relacja z twierdzy onkologicznej!

Ps. Zróbcie dzisiaj coś fajnego i napiszcie mi co to było, nie traćcie dnia, ok?:)


Anuk

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Level IV- chapters 1 & 2 - Fucking NFZ

Są dobre i lepsze chwile. Bywają też gorsze, kiedy czuję się bezsilna i bezwolna, jakby nic nie zależało ode mnie. Wtedy staram się skupić na tej jednej myśli, którą powtarzam sobie od samego początku „JESTEM ZDROWA”. I wtedy zderzam się swoim pełnym marzeń i wiary łbem z naszym cudownym systemem, który nie ma nic wspólnego ze zdrowiem ani leczeniem. I wtedy ogarnia mnie wielki, obrzydliwie spasiony potwór o jakże słodkim imieniu WKURW. Rośnie i pasie się dzięki naszej kochanej służbie zdrowia.


W środę 19.11. miałam kolejną dawkę magicznej many. Tym razem obyło się bez przedłużającej się szpitalnej wizyty, za to zaczęło się od fall startu.
Byłam przekonana, że do szpitala mam przyjechać 18.11 i właśnie w tym dniu tam się wybraliśmy – o 7 rano, spakowana, wystrojona (dla poprawy humoru i podniesienia morale) oraz pełna lęku w sercu, ze znowu mnie zatrzymają i będą dręczyć. Weszłam pewnym krokiem na izbę przyjęć, a tam...nie ma mnie na liście. Okazało się, że mam być przyjęta 19.11. Nie wiem już sama czy zakręcona doktórka podała mi zły dzień czy zakręcona ja sobie go ubzdurałam w tej łysej główce, w każdym razie musiałam wrócić dnia następnego.
Motyle (ale nie takie jak przy zakochaniu) latały mi w brzuchu i wierciły dziurę aż do rana. Mało spałam, dużo się niepokoiłam i na oddział dotarłam dziewiętnastego o 7.05. Przyjęto mnie, ale łóżka znowu zabrakło. Do „mojej” sali przyjęto jeszcze 3 kobiety, dla których łózek brakło. Powiedziano mi, ze mam czekać na lekarza i jak mnie przebada to potem poszukają mi innej sali. Usiadłam więc pokornie na stołeczku i zaczęłam gadać ze współchorymi. Tym razem los był łaskawy i zesłał mi Baśkę – wesołą kobietę w wieku mojej mamy, ale bardzo młodą duchem. Jak się okazało też miała raka piersi, tylko, że prawej, więc we dwie miałyśmy obustronnego raka co strasznie nas bawiło, choć nikt inny się nie śmiał. Baśka okazała się świetną kompanką w pokonywaniu nudy i rutyny szpitalnej. Czekając na wyniki badań i chemię usadowiłyśmy się w szpitalnym korytarzu przy stoliku i gawędziłyśmy sobie wesoło. Dołączyła do nas potem jeszcze jedna Baśka, równolatka swojej imienniczki z takimże samym humorem i pogodą ducha. Dostałam bonus do dobrego humoru +300.
Gdyby ktoś wszedł wtedy na oddział pomyślałby, że to wariatkowo a nie miejsce leczenia ludzi z rakiem. Śmiech może pomóc we wszystkim.
Cóż, Baśki pozwoliły mi jakoś przetrwać ten czas oczekiwania na łóżko i chemię, a czekać musiałam do 17. Przydzielono mnie do sali, w której leżała jedna kobitka od kilku już dni i druga, która jak ja przyszła na podanie chemii. Pogadałyśmy. I humor mi zrzedł. Jedna miała ciężkiego raka jelit, druga raka trzustki. Sama nie wiem czy pisać wam szczegóły. Powiem wam tylko, że kobitka z chorą trzustką, chodziła z rakiem, którego uznano za „guza zapalnego” i powiedziano jej, że „sam się wchłonie” przez 7 miesięcy, póki ów guz nie zaczął naciekać na inne narządy i stwierdzono, że teraz jest „za późno”...Dziewczyna jest gdzieś w moim wieku, może trochę starsza... od roku przyjeżdża co tydzień na chemię, która ma przedłużyć jej życie...Nie wiem czy łzy czy krzyk ciśnie się na zewnątrz, ale takie historie po prostu bolą.
I rodzi się zwątpienie, czy aby na pewno mnie uleczą? Czy mi pomogą? Czy się nie mylą?
Wieczorem na szczęście byłam już w domu i zasnęłam w swojej pościeli, szczęśliwa, że nie muszę zostawać TAM.

Ta trzecia chemia jest dla mnie wyjątkowo nieprzyjemna. Mój żołądek ciężko ją zniósł i mimo leków przeciwwymiotnych cztery dni spędziłam trzymając w objęciach muszlę i to nie taką znad morza. Ale to nie było najgorsze, najgorsza była wizyta w przychodni onkologicznej, gdzie miałam spotkać się z moim chirurgiem – doktorem T. Zadzwoniłam, dowiedziałam się, że będzie 21.11 czyli dwa dni po chemii – trudno – mówię, dam radę. Tym, którzy nie znają tej historii ani przychodni Onko przy DCO Wrocław, wyjaśnię pokrótce zasady:
  1. Jeżeli chcemy zarejestrować się na wizytę musimy czekać jakieś 2-3 miesiące
  2. Jeśli chcemy, żeby wizyta była szybciej to rano są dodatkowe „numerki”, żeby je zdobyć należy przybyć do przychodni ok. 6 rano i stać w kolejce po zdobycie miejsca (może się również okazać, ze już go nie ma)
Dotarłam do przychodni w piątek o 6.15. Nie mogłam spać całą noc bo było mi niedobrze, ale jakoś udało mi się wstać. Okazało się, że jednak nieco za późno- kolejka liczyła już jakieś 30-40 osób i zawijała się jak muszla ślimaka na korytarzu, żeby wszyscy się zmieścili.
Stanęłam i postanowiłam przeczekać swoje. O siódmej otwierają rejestrację. Od dziewiątej przychodzą lekarze. Dam radę, dam radę – pozostało mi tylko powtarzanie sobie tego. Na szczęście w kolejce poznałam cudowną istotę, jak się okazało moją imienniczkę, z którą czas minął jakoś szybko i przyjemnie. I znowu bonus! Anka popilnowała mi kolejki kiedy pobiegłam do kibla obrzygać pół kabiny (bo przecież wc jest na pierwszym piętrze a pacjent po chemii na pewno zdąży tam dobiec nim wyrzuci z siebie wnętrzności) Potem dzielnie podtrzymywała mnie na duchu, kiedy prawie się przewracałam...W końcu o 7.20 doszłam do okienka i czego się dowiedziałam? Że dzisiaj dr T nie ma i nie ma już również „numerków” do gabinetu 108. Dr ma być za tydzień. Super, cudownie, to może chociaż wydadzą mi wyniki rezonansu (pójdę sobie do niego prywatnie, ale potrzebuję wyników!). Pani w okienku powiedziała, że może mi je wydadzą, ale raczej bez wizyty nie. Nie pytajcie mnie dlaczego. Nie mam pojęcia o co chodzi, ale poszłam do gabinetu gdzie była pielęgniarka, żeby poprosić o ten pieprzony wynik rezonansu, ale usłyszałam, że nie ma takiej opcji. Gdybym była w lepszym stanie fizycznym nie dałabym sobie w kaszę dmuchać, ale nie miałam siły. I tak straciłam blisko 2h życia i wyszłam z niczym. No nie do końca z niczym – wyszłam z nową znajomością. Wymieniłyśmy się nr telefonu, namiarami na fejsa i czekam, aż Anka mnie odwiedzi w końcu (mam nadzieję, że to czyta;))
Ten dzień, chociaż dla mnie fizycznie bardzo ciężki, umiliłam sobie wizyta u Martyny, z którą zrobiłyśmy sobie „mroczną sesję”:) Nie ma tego złego jak widać, a makijaż może zamaskować największe wory pod oczami:)





Minął tydzień, którego streszczenia wam oszczędzę i znowu nadszedł piątek – dzień wizyty u lekarza. Tym razem wstałam o 5 i o 5.45 byłam już pod rejestracją – i tu niespodzianka – byłam w kolejce jedynie 12.
Jest nadzieja.
Udało mi się zapisać do lekarza, ale okazało się, że nie ma znaczenia kolejka bo lekarz i tak wyczytuje pacjentów. Ok, nie spieszy mi się (znając realia nie planowałam nic do późnego popołudnia). Znów minęły trzy godziny mojego życia i tym razem nie było tam nikogo fajnego do umilenia czasu rozmową. Było za to wyjątkowo irytujące małżeństwo, tacy nowobogaccy koło 50-tki w drogich ciuchach, co to wszystko im się należy, dużo mówią, nie słuchają innych i mają gorzej od innych. Cała przychodnia poznała ich historię. Szkoda mi miejsca na tę historię:)
O 9 przyszedł dr T. Przeprosił wszystkich pacjentów i powiedział, że musi iść robić operację i będzie po 11, ale w zastępstwie przyjdzie inny dr. Jak ktoś chce, może na niego zaczekać.
Siła wyższa, ktoś potrzebował go bardziej. Stwierdziłam, ze poczekam, w końcu to on mam mnie operować za kilka miesięcy.
Poczekałam, jak się okazało do 12. Przy okazji od innych pacjentów dowiedziałam się, ze w DCO był strajk lekarzy i wszyscy (prawie) chirurdzy złożyli wypowiedzenia, łącznie z „moim” dr T.
Załamka. Kto mnie zoperuje? - 100 pkt do motywacji.
Potem przyszli pacjenci, którzy na wizytę czekali od kilku miesięcy – większość przyszła SPECJALNIE do dr T, więc w poczekalni zrobiło się tłoczno i czekaliśmy do 12. Normalnie najpierw, między 9-10 są przyjmowani pacjenci z tego samego dnia a ok 10-11 przychodzą Ci wcześniej umówieni. Wszystko niestety przesunęło się w czasie i Ci poranni (m.in. ja) spadają na koniec kolejki. +100 do straty czasu.
W końcu o 13.45 przyszła pora na mnie i weszłam do gabinetu. Wizyta trwała dosłownie 5 minut, bo chodziło tylko o odebranie wyników rezonansu, który będzie potrzebny dopiero przy operacji. Jedyne co dobre, to dowiedziałam się, że dr T zoperuje mnie w Legnicy jeśli tutaj nic się nie zmieni (tego dnia miały być rozmowy z dyrekcją na temat polepszenia warunków lekarzom).
Osiem godzin. Dzień pracy. Wiecie jaką dostałam „zapłatę”? Przeziębienie. - 100 do zdrowia, - 100 do motywacji, +100 do poirytowania.

Zapomniałabym wspomnieć – nfz wymyślił, że od listopada tego roku trzeba mieć skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu do CHIRURGA ONKOLOGA.
Nie wiem jak mam się powstrzymać od przeklinania.
Co ma wspólnego internista z onkologiem? Długą kolejkę pod gabinetem, od listopada jeszcze dłuższą u internisty. I co powinnam napisać Może, że PACJENCI ONKOLOGICZNI PRZEPRASZAJĄ CHORYCH LUDZI CZEKAJĄCYCH W KOLEJCE DO INTERNISTY, ZA NIEPOTRZEBNE ZAJMOWANIE MIEJSCA, ZA NIEPOTRZEBNE WYDŁUŻANIE KOLEJEK – ale nie za siebie przepraszamy, za pieprzone NFZ, które pogrążą nas i was w chorobach, które nie dba o nikogo tylko o swoje kieszenie.


I jak człowiek ma wyzdrowieć? Jak mam powtarzać sobie, że wszystko będzie dobrze?

Powiem wam – inaczej się nie da, więc mimo przeciwności losu, mimo wielkiego WKURWU, mimo cieknącego kataru z nosa, mimo załzawionych oczu, mimo chorego systemu – wstaję rano i mówię sobie „JESTEM ZDROWA” i staram się uśmiechać i się nie bać.
I od razu jest mi lepiej.
Chociaż DCO, NFZ i całego systemu nienawidzę.

Bądźcie zdrowi kochani i pełni wiary, bo trzeba być zdrowym, żeby chorować w tym kraju!


Łysy Anuk

poniedziałek, 17 listopada 2014

Dodatki do gry

Gra z bu-raka przybrała na wadze o kilka wątków, które nierozerwalnie wiążą sie z brakiem czasu, ale i dobrą zabawą:) Jak wcześniej wspominałam uważam, że to co mi się przytrafiło ma więcej stron pozytywnych niż negatywnych (może dlatego, że nie trzeba chodzić do pracy, można spać ile się chce i mieć różne zachcianki?:) 





Jutro znowu szpital i kolejna magiczna mana zostanie wtłoczona do moich zmęczonych bolących żył. Według planu lekarzy, prócz niej dostanę jeszcze 5, według mnie jeszcze jedna porcję. Tak postanowiłam i już (że mój bu-rak zniknie w tak szybkim czasie, nie, że zrezygnuję z leczenia;). Niedługo powinnam dostać wyniki badań genetycznych na mutację genów BRCA 1 i BRCA 2 (dzisiaj dzwonili, że wyniki już są, poprosiłam o wysłanie, bo laboratorium jest na końcu świata) i może w szpitalu dowiem się co z wynikiem mojego rezonansu. O tym wam nie opowiadałam. Otóż rezonans to najdziwniejsze badanie, które mi robiono!
Przyszłam niczego nie świadoma (tym razem nie czytałam nic w internetach, bo znowu bym się nakręciła). Miła Pani, która poprzednio podawała mi kontrast przy tomografii, tym razem wbiła mi wenflon w rękę i kazała iść do kabiny, rozebrać się do połowy (od góry rzecz jasna). Wprowadziła mnie do gabinetu z rezonansem i moim oczom ukazała się wąska rura z wysuwaną „leżanką”. Na szczęście kazano mi się położyć głową w dół, bo przedmiotem badania tym razem były piersi. Oczy oparte miałam na zagłówku, więc kompletnie nic nie widziałam. Biorąc pod uwagę, że rura rezonansu jest wąska bardzo się z tego cieszyłam. Do wenflona została podłączona rurka, do drugiej ręki coś mi wsunięto, ale nie wiem co bo nikt nie powiedział i wjechałam do rury. Gabarytowo jestem raczej z tych większych kobiet, więc nie dziwi mnie, że było mi nieco ciasno, ale czułam jak ścianki rezonansu przygniatają moje ręce do ciała. To zdecydowanie nie było przyjemne. W ogóle. Na dodatek kazano mi się nie ruszać. Spoko. Tyle potrafię. Zapomniałabym! Założono mi na uszy słuchawki, takie duże, gąbkowe. Chwilę później dowiedziałam się dlaczego...ŁUP,ŁUP,ŁUP,ŁUP, TOTOTOTOTO, TIIII,TIII,TIII... ogromny hałas zaczął penetrować moje ciało. Czułam go w każdej komórce, aż bebechy zaczęły mi się przewracać do góry nogami i nazad. 
Dobrze, że nie przeczytałam wcześniej ile to badanie trwa. Wiedziałam tylko, że będzie bez i z kontrastem, jak się okazało, to, bagatela, 40 minut rezonowania! Nie można się zdrzemnąć, nie można się ruszyć, a po 20 min. wszystko zaczyna cierpnąć. Po skończonym badaniu przez kilka minut obraz był totalnie rozmazany a ja nie mogłam złapać pionu (czasowe -50 do orientacji w terenie). Ale da się przeżyć.
A teraz trochę o przyjemnościach, a tych w okresie od ostatniej chemii było bardzo dużo. Jak już przestałam wymiotować z byle powodu i trochę siły odzyskałam poszliśmy z R. i kolega Niedzielem postrzelać z procy! To nasze hobby, które od kilku miesięcy karmimy naszym czasem (albo na odwrót). W każdym razie miłość do procy zaszczepił w nas ww. NIedziel a my kupiliśmy sobie własne super-wypasione proce i strzelamy:) To jakby osobny rozdział mojej gry i tutaj punkty liczą się inaczej:) O tym co to są PROCOHOLICY, na czym polega PROCES oraz jak wygląda i co robi nasza drużyna, możecie przeczytać o tutaj: https://www.facebook.com/procoholicy



Serdecznie wszystkich zapraszam, może ktoś się zarazi i również zacznie strzelać?:) To właśnie zajmuje mi masę czasu, ponieważ to ja (a co, pochwalę się;) stworzyłam fanpejdż, zdjęcia, grafiki i staram się jakoś nad tym zapanować (Oczywiście z pomocą R. i innych procoholików:))

Druga moja przyjemność, której daję się wykorzystywać, to pichcenie. Dostałam spóźniony o kilka miesięcy urodzinowy prezent - nowiutką extra-turbo-wypasiona kuchenkę, która muffinki robi w 20 min a pizzę w 10:) I tak pochłonęła mnie kuchnia, a bardziej szczegółowo to piekarnik, którego do tej pory nie miałam i wszystko piekłam w prodiżu. Dziś wiem ile traciłam:)


Trzecia moja przyjemność, która zawsze ze mną była, ale zaniedbywałam ją przez ostatnie kilka lat to fotografia. Myślałam, że mój obiektyw się popsuł i nie mając pieniędzy wówczas na naprawę oraz nie znajdując wyjścia z sytuacji zamknęłam aparat w szafce, gdzie zbierał kurz i wzbudzał moje wyrzuty sumienia - przecież zawsze to kochałam! Teraz, przez, a może "dzięki" rakowi, odkurzyłam aparat i postanowiłam naprawić obiektyw. Poprosiłam mojego kolegę fotografa, żeby przyjrzał się problemowi lub zawiózł go do jakiegoś magika od lustrzanek. Tomasz popatrzył, podmuchał, pokręcił pokrętełkami i – niespodzianka! - zaczęło działać! Dawno się tak nie ucieszyłam:) Zabrałam się ochoczo do cykania – zaczęłam od łączenia przyjemności, czyli robienia zdjęć podczas strzelania oraz potrawom, które urodziła moja kuchenka. Wszystko działało aż do wczoraj, kiedy to na pierwszych zawodach w historii procologii mój obiektyw znów zaniemówił i wyświetlił tylko tajemniczy komunikat FEE. Byłam zrozpaczona i pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu to zadzwoniłam do Tomasza, ale nie ustaliliśmy nic nowego - przypadek (?) "obudził" wtedy mój obiektyw. Zasiadłam, więc do tego co umiem najlepiej - przeszukiwania na wskroś sieci. Po 10 minutach wygrzebałam co zrobić. Nie będę was zanudzać szczegółami technicznymi, ale okazało się, że obiektyw był sprawny cały czas - trzeba było tylko ustawić coś, przekręcić i pstryknąć. Eh, nie wiem dlaczego wcześniej nie znalazłam tegoż sposobu. Widać tak miało być. Dzięki tak długiej przerwie dziś mam niesamowitą frajdę i masę pomysłów w głowie na zdjęcia:)

W związku z powyższymi hobby, mam mniej czasu na pisanie, ale na pewno tego nie porzucę. Tyle talentów nagle obudziło się w mojej głowie, tyle przyjemności czerpię z życia, że nie omieszkam tego opisywać i zanudzać was moim bu-raczanym życiem.

Zastanawiam się nad założeniem bloga kulinarnego, skoro i tak robię zdjęcia żarciu, co wy na to? Baking of Anuk to dobra nazwa? Czy zdobędę dzięki temu punkty w grze z bu-rakiem?

Buziole

Ps. teraz kiedy już mam czynny aparat będę mogła zrobić ładne zdjęcia turbanów:) Tylko niechże mnie w końcu do tego coś pchnie:) Trzymajcie kciuki za jutrzejszą manę - żeby mnie nie trzymali jak ostatnio 6 dni tylko szybko wypuścili do domu:)




poniedziałek, 3 listopada 2014

Jeszcze o szpitalu...

Najtrudniejsze w radzeniu sobie z codziennymi problemami jest to, że trzeba robić to codziennie...

Zbieram się i zbieram do napisania czegoś i zebrać nie mogę. Od kilku dni jestem już w domu, ale trochę brakuje mi sił do czegokolwiek. Głównie to w coś gram (jak wspominałam - nie umiem w nic nie grać:) gotuję i śpię. Powoli czuję się coraz lepiej i nie biorę już tabletek przeciwwymiotnych (jupi!). Nie jest źle.


W skrócie zdam wam jeszcze relację ze szpitala, czyli ten ciąg dalszy, który obiecałam.
Przetrzymali mnie sześć dni - najpierw stwierdzili, że mam podwyższone enzymy wątrobowe i trzeba "przepłukać" wątrobę, a potem zaczęli mi wpierać nadciśnienie i nie chcieli z tego powodu podać magicznej many. Kiedy tam przyszłam ciśnienie było prawie ok (134/92) a potem było już tylko gorzej...od soboty wieczór ciśnienie miałam w granicach 150/100-160/110 więc podawali mi leki, po których zamiast spadać, ciśnienie jeszcze wzrastało. Wszystko prawdopodobnie było doprawione faktem, iż Panie z którymi byłam w sali od rana do nocy rozmawiały o swoich chorobach, chorobach swoich sąsiadów i chorobach znanych osób. Uciekałam z sali jak tylko była okazja i siedziałam na korytarzu, a moja frustracja rosła. Zastanawiałam się jak nazwać te Panie i nie przychodzi mi nic innego jak szpitalne trolle, choć nie chciałabym nikogo urazić. Ja na prawdę jestem głęboko empatyczną istotą i współczuję wszystkim chorym, ale do cholery jasnej i stu tysięcy rozlanych mikstur - nie da się funkcjonować słysząc ciągle o przerzutach i złych diagnozach! Koniec końców nie wytrzymałam i w niedzielę poryczałam się z tego wszystkiego - że ciśnienie nie chce spadać, że lekarze mnie nie słuchają kiedy im mówię, że to z nerwów, że nie mogę leżeć w łóżku, bo jestem nękana czyimiś przerzutami i, że jest mi źle w tym cholernym szpitalu gdzie karmią gorzej niż w więzieniu.
Pomogło. Lekarz dał mi tabletkę uspakajającą, ciśnienie spadło, a ja wkroczyłam do jaskini trolli, żeby je natchnąć pozytywnym duchem zdrowego myślenia (+100 do charyzmy). Kiedy nadszedł czas spania, weszłam do sali i powiedziałam "DOŚĆ GADANIA O CHOROBACH!" Nastała cisza i drogie Panie trollowe zaczęły mnie słuchać. Nie wiem co im powiedziałam, bo gadałam jak natchniona, ale Wilk z Wall Street by się nie powstydził. Zrobiłam im wykład o wpływaniu pozytywnego myślenia na nasz organizm i takie tam. W każdym razie podziałało, a drogie chore jakby poczuły się lepiej i zaczęły się uśmiechać. Może taka właśnie była moja ukryta misja. Nie wiem na jak długo to pomogło w każdym razie tego wieczora oraz kolejnego dnia już tyle nie rozprawiały o nękających je dolegliwościach, a temat został zmieniony na zdrowe odżywianie, modę i przystojnych doktorów. Było dużo śmiechu i nawet zaczęłam lubić moje współchore, a nie tylko współczuć. Po tym magicznym wieczorze ciśnienie się uspokoiło i następnego dnia dostałam chemię.


W końcu mogłam wyjść do domu, spokojna, zadowolona z efektów swojego działania i działania magicznej many.
Postanowiłam, że bu-rak zostaje maksymalnie jeszcze na dwie chemie a potem opuszcza mnie na zawsze. Lekarka powiedziała, że to możliwe, a dla mnie możliwe stało się konieczne i nie ma dyskusji. Z planowanych 8 sesji magicznej many postanowiłam przyjąć 4, doprawiając wszystko "czarami uzdrawiającymi" i pozbyć się intruza.
 Powiecie "oby tak było". Ja mówię "tak będzie".

Tymczasem jeszcze krótka relacja fotograficzna o szpitalnym żarciu. Oto czym nas karmili. Nie zrobiłam zdjęć wszystkiego, bo parę razy byłam tak głodna, że zjadłam nim zrobiłam zdjęcie. Obiady może nie były najgorsze, ale uwierzcie, że po 6 dniach takiego jedzenia człowiek marzy o misce warzyw z warzywami:) Jeśli zaś ktoś chce schudnąć to polecam jeść według szpitalnego manu - mało i niedobre:) 


P.S. Dla tych, którzy nie wiedzą - podczas chemioterapii nie powinno się jeść mięsa, ew. raz-dwa w tyg. kurczak a najlepiej indyk, nie wolno jeść przetworzonych rzeczy, czyli wędlin, serów, pasztetów, nic z puszek. Generalnie żadnych gotowych przetworów. Przede wszystkim nie WOLNO jeść cukru - cukier karmi raka. Tutaj nie ma, ale jednego dnia dano nam kromkę chleba z kleksem wysoko słodzonego dżemu. Wywaliłam.


"szyneczka" nie wiadomo z czego plus 3 kromki weki


zupa szpinakowa, smakująca jak woda z solą oraz pulpet w sosie, kasza jęczmienna i kilka liści sałaty.


chleb i jajko. jajko wczorajsze. pyszności.


niedzielny obiad: woda z maggi i makaronem (ani jednego oka tłuszczu- fit) noga z kuraka, łyżka zimnych ziemniaków i marchewka.


1/4 pasztetu z puszki i 2 kromki chleba + masło


ryż z gulaszem i burakami oraz jakaś zupa (?)


poprosiłam o dietę lekką, bo normalnie pacjentki dostały kotleta mielonego w panierce, który udawał schabowego i kapustę ze słoika. Tutaj widzimy pulpeta, ziemniaki i szpinak oraz krupnik.


chleb z serem.

piątek, 24 października 2014

Level 3: Hospital mission

Szpitale z natury są smutne, bo są chore. Moźna byloby to zdanie uznać za meraforę. Pewnie bym takowej użyła w mało blyskotliwym wierszum traktującym o złej kondycji  społeczeństwa i otaczającym nas syfie. Tyle, że wiersza nie piszę,  a to wcale nie jest metafora.

Level 3

Dzisiaj miałam się stawić w szpitalu, w celu pobrania kolejnej magicznej many. Nie powiem, źebym była szczególnie zadowolona, ale mus to mus. Zaczęło się od poczatku niezbyt fartownie, bo w połowie drogi do szpitala zorientowałam się, że nie mam dowodu osobistego i musimy się wrócić (-100 do ogarnięcia). R. nie był zbyt zadowolony czemu dał wyraz sycząc na mnie nieco przez zęby (wcalę się nie dziwię). Moja babcia mówi, że wracanie po coś do domu przynosi pecha i powinno się usiąść na chwilę,  żeby to "odczarować". Ja nie usiadłam i pewnie stąd wszystkie dzisiejsze przygody.

Ok. godz. 9 przyjęto mnie na oddział i na "dzień dobry" usłyszałam,  że nie ma dla mnie łóżka,  ale do wieczora jakies się zwolni. Wpakowano mnie na salę, gdzie jeszcze 2 inne Panie również czekały na miejsce, po czym szybko wypędzono na badania - krew mocz i ekg. W międzyczasie mialam wypełnić masę ankiet dotyczących zdrowia i złapać lekarza. Spoko, misja nie taka trudna.
Podczas pobierania krwi okazało się, że moje źyły nabierają coraz wiekszego doświadczenia w zdolności chowania się i trochę mnie pokłuto (później kiedy wkładano mi wenflon, również,  więc mam trochę sine ręce. Myślę, że Białe Damy żywią się kroplami krwi z nieudanych nakłuć). Po załatwieniu badań przyszedł czas na macanie, czyli oględziny "doktórki". Ponieważ nie miałam swojego łóźka, przyniesiono mi świeże prześcieradło i kazano położyć się na łóżku, z którego wcześniej zgoniono inną pacjentkę (a prześcieradło proszę sobie złożyć i przypilnować, bo drugiego pani nie dostanie, kiedy przydzielą łóżko) Pani dr mnie pomacała, sprawdziła w karcie i zrobiła wielkie oczy- Pani miała tylko jedną chemię? To niesamowite, że guz tak się zmniejszył! (+50 punktów życia) Za chwilę pobiegła do pani Alchemik, która wcześniej mnie badała i przekazała radosne wieści. Zaraz potem okazało się, że w mojej karcie nie było jakiś wyników, więc pani dr kazała mi je znaleźć (w budynku A na dole albo w budynku H w rejestracji) Misha wiązała się z bieganiem w piżamie z budynku do budynku przez dziedziniec. To takie naturalne, że onkologiczny pacjent z obniżoną odpornością gania za swoimi papierkami - to wszystko dla zdrowia!

Tymczasem zbliżała się 12 godzina, na korytarzu rozlał się zapach jedzenia a w moim pustym brzuchu głośno zaburczało. Łóżka nie dostałam, ale może chociaż obiad dostanę? Otóż nie, moi mili, pacjentowi przyjętemu na oddział rano na czczo obiad się nie należy,  co więcej, kolacja również się nie należy. Dlatego też sześć "nowych" patrzyło jak dwie "stare" jedzą. Było mi przykro. Nie. Byłam wkurwiona ( a kto zna mój apetyt wie, jak bardzo głód potrafi mnie wkurzyć) Postanowiłam uratować głodnych z opresji i udałam się do bud. B w celu zdobycia pożywienia. Zebrałam zamówienia i popędziłam (znów przez dziedziniec) Najzdrowszym daniem w szpitalnej kantynie okazały się być ruskie pierogi, cóż dla głodnego nic lepszego...

Chwilę po spałaszowaniu obiadu przyszedł Pan dr ze złymi wiadomościami - enzymy wątrobowe mam podwyższone, muszę zostać do poniedziałku,  żeby mogli mi "przepłukać " wątróbkę i dopiero wtedy podać chemię. Pan dr wypytał mnie dokładnie czy nie jadłam tłusto, nie piłam alkoholu itp. Ależ skąd!! Od zapoznania się z burakiem jem zdrowo jak nigdy! (pomijając szpitalne jedzenie) Więc skąd te wyniki? Nogi się pode mną ugięły- tomografia jamy brzusznej i moja zmiana na wątrobie, "to może być przerzut"..."Leć Pan szybko zobacz czy są już wyniki!" I młody dr zniknął. A dla mnie te chwile niepewności były najgorszymi chwilami dzisiejszego dnia (wygrały nawet z głodem;)) Wypatrywałam na korytarzu dr z wynikami, w końcu idzie - nie sam - z doktórką. Słabo mi się zrobiło, wybiegłam jak oszołom do nich, mało nie rozbijając sobie łba - I CO?? To tylko reakcja na kontrast podawany przy tomografii, zmiana na wątrobie to torbiel. Mało nie zemdlałam, ze szczęścia! I znowu bonus!:)))
Było mi już obojętne czy mnie nakarmią i gdzie będę spała, jest dobrze:)

Łóżko dostałam o 16. Czystą pościel o 17, choć prosiłam o nią cztery razy. Cóż, widać takie mają zasady, a może to jakiś tutejszy przesąd "Jeżeli pacjent nie poprosi o pościel cztery razy, uzdrowion nie będzie"? A salowe to dobre wróżki, które dbają o moje zdrowie (dziwne, że mnie nie wysłali po pościel do innego budynku)

Polskie szpitale są cudowne, wszyscy o Ciebie dbają i się o Ciebie marwią, a Ty niewdzięczny pacjencie narzekasz! Cieszmy się z idealnego systemu, zdrowiejmy!!!

Cdn.
 Ps. Przepraszam za błędy, ale na tablecie kiepsko się poprawia cokolwiek, wybaczcie:)

czwartek, 23 października 2014

Dzisiaj troche powazniej...

Mam wielką trudność, żeby wam opowiedzieć o emocjach, które ostatnio mną szargały i zaczynałam ten wpis kilkanaście razy. Będzie krótko i zwięźle.  

Nie pisałam przez kilka dni, bo mój umysł ociekał strachem i nie chciałam go wysyłać w świat, nie o to w tym wszystkim chodzi. Jak niektórzy już wiedzą, miałam dwa dni temu badanie, które wywołało we mnie wielkie emocje - tomografię jamy brzusznej z kontrastem. W trakcie badań, w których badali dosłownie wszystko, wyszło, że mam jakąś zmianę na wątrobie. Może to być niegroźnym naczyniakiem lub czymś co tak bardzo zmąciło mój spokój - przerzutem. Wyniki będą niestety dopiero ok. 28.10.14, więc jeszcze trochę czasu. Wiedziałam o tym czymś od kilku tygodni, ale dopóki tomografia była daleko, w ogóle o tym nie myślałam. Dwa dni przed badaniem wpadłam w lekką panikę. Z pomocą przyszliście mi wy - znajomi dalsi i bliżsi, którzy mi kibicują, wysyłają pozytywną energię i modlą się za mnie.
Sceptycznie podchodzę do spraw religii, chociaż w Boga wierzę, niekoniecznie brodatego i wiedzącego w chmurach, ale nie o tym dzisiaj chciałam. We wtorek odwiedziły mnie dziewczyny z Warszawy - Aga i Marysia, które przyjechały przeprowadzić uzdrawiającą modlitwę. Na początku trochę się obawiałam, że to będzie dziwne. Okazało się to być niesamowitym przeżyciem, wyjątkowym i duchowo dla mnie nowym. W mojej głowie zaświtała myśl, że to zadziała. Uwierzyłam w to bardzo mocno.
 Dziewczyny działają w Imię Jezusa i udało im się (we trójkę;) wypędzić z mojej głowy strach i lęk. Rozmowa, którą przeprowadziłyśmy dużo mi dała i muszę sobie to wszystko przetrawić na spokojnie i samotnie, więc nie opowiem wam o tym dzisiaj. Chciałam w każdym razie bardzo mocno wam podziękować. Energia, którą mi dałyście zostanie dobrze wykorzystana:)


Wiem, również, że modli się za mnie wspólnota ze Strzelców Opolskich, do której uczęszcza mama mojej przyjaciółki Aliny - im też bardzo serdecznie dziękuję. Wasze modlitwy i dobre słowo są dla mnie bardzo ważne. Dodają mi sił w walce z chorobą i bardzo mnie wzruszają.
Wszystkim, którzy mnie wspierają słowem i modlitwą bardzo dziękuję, mam nadzieję, że będę mogła odwdzięczyć się kiedyś, ale w milszych niż choroba okolicznościach.

P.S. Dziewczyny powiedziały, że mam codziennie myśleć, że jestem zdrowa. Myślę tak i guz chyba na prawdę się zmniejszył:)
P.S.2. Wieczorem może w końcu dodam wpis z chustkami, bo jutro przyjmują mnie na odzdział na kolejną chemię z stamtąd raczej o tym nie napiszę, ale pewnie przedstawię kolejny level:))
Buziaki:*

piątek, 17 października 2014

BURAK-GAME level 2

Nigdy nie lubiłam nosić czegoś na głowie. Latem w kapeluszu jest za gorąco, zimą włosy pod czapką robią się oklapnięte i szybko się przetłuszczają, chusty natomiast, choć szalenie mi się zawsze podobały, zsuwają się z głowy i nie wyglądają już wtedy tak atrakcyjnie. Dlatego też całe moje dorosłe życie, jeśli nie musiałam (jedynym powodem mogły być przemarznięte uszy) to nakryć głowy nie nosiłam. Nie spodziewałam się, że kiedyś po prostu zostanę do tego zmuszona (na dodatek nie przez moją mamę:)
 
level 2: Chemical sister

 
cel 1: zdobycie magicznej many
cel 2: przetrwać... 

 
dzień 1:

 
Poprzednia misja skończyła się na diagnozie, ale to tak na prawdę dopiero początek tej gry. Od razu po odebraniu wyników lekarz skierował mnie do rejestracji, żebym oddała swoją kartę i zarejestrowała się na następny dzień do Onkologa od chemioterapii (Alchemik +150 do wiedzy o magicznych miksturach). Miła Pani z okienka powiedziała, ze nie muszę zjawiać się o świcie, ale tak około 8-9. Szczerze mnie to ucieszyło, gdyż podejrzewałam, że emocje mogą nie pozwolić mi spać (na szczęście tylko do trzeciej rano:)
Punktualnie o godzinie 8.17 zjawiłam się pod gabinetem 112 wraz z moją przyjaciółką Martyną (która dzielnie dotrzymywała mi towarzystwa, dodawała otuchy, a głównie to pozwalała zapomnieć o okolicznościach przyrody gadając ze mną o bzdurach; serialach, ciuchach, kosmetykach i naszym ulubionym temacie: JEDZENIU:) Jeśli ktoś nigdy nie był w DCO zapewne nie wie jak klaustrofobiczne mogą być korytarze w przychodniach - jeśli ludzie siedzą w poczekalni (a jeszcze nigdy nie widziałam, żeby była pusta), ledwie można się przecisnąć korytarzem. Zaś szczęśliwcy, którzy zajęli krzesełka i zapomnieli wziąć ze sobą czegoś do czytania (albo przyjaciółki:) mogą co najwyżej wgapiać się w ścianę pomalowaną beżową farbą olejną. Niezbyt miła perspektywa biorąc pod uwagę ilość spędzonego pod gabinetem czasu. Zajęłyśmy kolejkę i znalazłyśmy sobie jakieś miejsce zdala od ludzi przy oknie (zdaję się, że są całe dwa okna, które wpuszczają nieco światła na piętro, ale mieszczą się zdala od gabinetów dlatego nikt tam nie siada) Przede mną była kilka osób, więc zdążyłyśmy wypić 2 litry kawy, obejrzeć na tablecie kilka filmików na youtube, przejść się do sklepu, do ubikacji, znowu do sklepu i kiedy dochodziła godzina 11.30 nagle Pani Alchemik wyszła z gabinetu i powiedziała, że musi się udać na konsylium. Inni pacjenci w poczekalni wyjasnili mi, że to takie spotkanie lekarzy dotyczące pacjentów szpitala, których przypadki nalezy przedyskutować (+10 do wiedzy szpitalnej) Ile to potrwa? Nikt nie wie.
Pani doktor zjawiła się powtórnie ­- UWAGA- około godziny 13.30. W koncu doczekałam się konsultacji. Pani Alchemiczka okazała się bardzo energiczną i całkiem sympatyczną babką z mentalnym jajem. To już druga osoba (!), od której czegoś mogłam się dowiedzieć. Po wnikliwym wywiadzie i badaniu napisała mi szereg skierowań na różne badania i kazała jutro to wszystko zrobić i zjawić się u niej ponownie. Po zaledwie sześciu godzinach udało mi się wyjść z przychodni! Jupi! Już nie mogłam doczekać się jutra! 
Tego dnia jednak czekała mnie jeszcze wizyta u lekarza, który w tym wszystkim mi pomógł i tym razem również mnie nie zawiódł. Pojechałam do niego zaraz po wizycie w przychodni z łomoczącym sercem, trzymając w ręce wyniki biobsji. Doktor T. pozwolił mi wejśc z Martyną (mam nadzieję, że nie pomyślał, że to moja życiowa partnerka:), obejrzał wyniki i powiedział:
- Wyleczymy to, Pani Aniu. Najpierw trzeba zadziałać agresywnie chemią, a jak to się zmniejszy to wytniemy guza. W Pani przypadku uda nam się zachować pierś i przeprowadzić tylko częściową mastektomię. najnowsze badania wskazują, że ten przypadek możemy w 100% wyleczyć.
Te słowa z powiązaniu z jego radiowym głosem oraz aurą spokoju totalnie mnie wyluzowały i od tamtej pory już żadna czarna myśl nie zagnieżdża się w mojej głowie:)


dzień 2: 

 
Tym razem towarzyszył mi przyjaciel mojego... R. (nie cierpię słowa partner, chłopak, facet jako okreslenie osoby z którą się żyje i którą się kocha, mąż też brzmi głupio, więc będę pisać R.:) Kudłaty, bo taką ma ksywę, jest osobą bardzo przydatną i pełną specyficznego humoru. Kto go poznał, raczej go polubił, jeśli się nie wystraszył jego bezpośredniego podejścia do...wszystkiego:) My go w każdym razie uwielbiamy. Wracając do sedna, miałam do zrobienie kilka badań, więc musieliśmy podejść do tego strategicznie. Poszłam najpierw na badanie krwi, zajęłam miejsce w kolejce na ekg serca, zajęłam miejsce w kolejce do ginekologa, poszłam w międzyczasie na TK klatki piersiowej, potem odczekałam swoje pod gabinetem ekg i na koniec pobiegłam do ginekologa, gdzie jeszcze zdążyłam na swoją kolej (+25 do ogarnięcia) Zdążyliśmy jeszcze pójść do sklepu a potem odebrać wyniki. Wyglądało na to, że wszystko jest ok i będę mogła zacząć chemię.


dzień 3 (i kolejne):

Znowu gabinet 212 i kolejka do Pani alchemik. Udało mi się wejść po (bagatela!) czterech godzinach przesiedzianych w poczekalni. Pani doktor na wszystko spojrzała, powiedziała, że mogę iść na pierwszą dawkę magicznej mikstury i wysłała mnie do jaskini białych dam gdzie zaaplikują mi odpowiednie płyny.
Zawędrowałam do szpitala w odpowiednie miejsce, atam znowu kolejka. Łyse Panie w perukach  i łysi Panowie czekają na swoje mikstury. Kiedy w końcu nadeszła moja kolej to jakaś inna czarownica chaosu w peruce wepchnęła się przede mnie. Ok, mogę poczekać (w ciągu 3 dni zdobyłam jakieś 50 punktów cierpliwości)
Kiedy w końcu weszłam do jaskini moim oczom ukazała się dość duża sala gdzie stały: cztery łóżka, 6 foteli podobnych do dentystycznych i 12 krzesełek. Do każdego z miejsc była przyczepiona jedna osoba, a do niej stojak z miksturami. Niektórzy mieli woreczki z czerwonym płynem, inni z przezroczystym. Mnie przydzielono trochę czerwonego i trochę przezroczystego (mana magiczna i mikstura życia z tego co się zorientowałam). Niestety okazało się, że moje żyły nie chcą współpracować z Białymi Damami - ukryły się gdzieś głęboko i nie dają się nakłuć (wcale im się nie dziwię) Jakaś starsza Biała Dama poradziła, żebym podeszła do zlewu i moczyła ręce aż do łokci w gorącej wodzie przez 10 minut. Dziwna to praktyka powodująca zaczerwienie rąk i dużą wilgotność podłogi, ale podobno skutkuje wyjściem żył na powieżchnię. I faktycznie, udało się, choć wcale nie było łatwo.
Zostałam doczepiona do krzesełka i kazano mi tam siedzieć dopóki wszystkie mikstury nie zostaną wchłonięte. Trwało to ponad dwie godziny.





Po chemii nieco dziwnie się czułam. trochę kręciło mi się w głowie, trochę było mi niedobrze, ale najgorsze zaczęło się po kilku godzinach. Odruch wymiotny, osłabienie i brak apetytu to objawy, o których lekarze wspominali, że mogą się pojawić. Nikt natomiast nie powiedział mi, że dostanę premię +500 do węchu! Nigdy w życiu zapachy nei były mi tak bliskie i tak bardzo mnie nie odrzucały! Na szczęście to wszystko tymczasowy efekt, który trwał ok 4-5 dni. Innym efektem ubocznym miało być wypadanie włosów - kobieta, która obok mnie pobierała magiczną miksturę powiedziała, że ona straciła włosy po 2 tygodniach od pierwszej chemii. 


Lekarz potwierdził.
Ja potwierdzam.


Dziś minęły dokładnie dwa tygodnie od pierwszej magicznej i włosy wyłażą garściami. Wieczorem czeka mnie ścięcie na łyso (+10 do opływowości, tylko na co mnie to w domu?:D) Tymczasem przymierzam chusty, które niedawno sobie zakupiłam, gdyż peruki nosić nie będę! (o wyprawie po perukę, wielkiej głowie, chustach i wizycie u dr.RZ w kolejnym poście)


Tutaj ja w turbanach - ten pierwszy to chusta przyszyta do opaski, a drugi to taka specjalna "czapeczka" do której doczepiłam chustę (taki trochę styl jak z bajki Disney`a Alladyn:D)


Nawet jestem podekscytowana możliwościami kombinowania z turbanami i wymyślania nowych wiązań. Może mam pożyczy mi maszynę i pokaże wam jak zrobić sobie turban i nie przepłacać w "specjalnym" sklepie z wyposażeniem dla łysych?:) (nie mówię tu o sklepie kibica:)

Do następnego!

środa, 15 października 2014

BURAK-GAME LEVEL.1

Zawsze lubiłam grać. W cokolwiek. Nie zawsze interesuje mnie wygrana, po prostu bawi mnie sama gra, emocje z nią związane, rozwiązywanie zadań/problemów. Najbardziej lubię gry strategiczne albo ekonomiczne, chociaż w gruncie rzeczy lubię grać we wszystko. Lubię wyzwania. (I męczę wszystkich znajomych, zeby ze mną grali w planszówki;)
Jakiś czas temu, gdzieś w czeluściach inteRnetu natknęłam się na teorię jakoby emocje związane ze strachem i te towarzyszące podekscytowaniu były tymi samymi emocjami tylko o przeciwnym wektorze. Jedne działają na nas stymulująco, drugie destruktywnie. Dlatego należy "wkręcić" sobie, że to czego się boimy jest wyzwaniem, wtedy nasz organizm odwróci działanie emocji. Przypomniałam sobie o tym, kiedy dowiedziałam się o mojej diagnozie. Jedno wam powiem - to działa!:)
Od początku zakodowałam sobie w głowie, że choroba  to tylko gra, na której wygraniu mi zależy, ale trzeba do niej podejść strategicznie i bez zbędnych emocji, które, jak każde dziecko wie, są złymi doradcami. Już w trakcie pierwszej chemii wymyśliłam, że blogowi nadam nazwę "cancer-game" i będzie swoistym scenariuszem RPG. Niestety nazwa była zajęta a innej sensownej nie wymyśliłam. Bu-rak jest bardziej swojski, a jak wiadomo dzisiaj wszystko co swojskie jest w modzie (choć nie chciałabym wylansować buraka na gwiazdę czy przedmiot pożądania wszystkich kobiet:) Druga sprawa, że skoro Pomidor mógł się stać jedną z popularniejszych gier dzieciństwa, dlaczego dziś Bu-rak nie może być moją prywatną super-ekscytującą grą?
Zapraszam was do śledzenia kolejnych leveli - będzie się działo!

level 1: NFZ-adventure
cel: zdobycie diagnozy
wskazówka: Pamiętaj, że każda spotkana postać może okazać się kluczem do przejścia misji.

 
dzień 1. piątek
Po zrobieniu USG w mojej przychodni dowiedziałam się, że muszę zrobić dodatkowe badania. Dostałam dwa zadania: udać się do dr Rz. oraz do Dolnośląkiego Centrum Onkologicznego przy ul. Hirszfelda. Trochę na początku skopałam tę misję, bo od dr Rz. dałam się odesłać z kwitkiem (z przerażenia nie powiedziałam, że muszę się natychmiast z nim spotkać bo prawdopodobnie mam raka, tylko kiwnęłam głową i poszłam, ale jak w każdej grze RPG później i tak musiałam się do niego udać po informacje) Poszłam więc do DCO. Nikt mi nie powiedział gdzie dokładnie mam się udać, więc wylądowałam na terenie szpitala, który, jak się okazało, mieści się w dziewięciu budynkach...Poczułam się jak żołnierz zrzucony na obce ziemie. Wlazłam do pierwszego lepszego budynku i zaczepiłam pierwszą lepszą osobę w białym kitlu, którą napotkałam. Skierowano mnie do przychodni. Tam odstałam swoje w kolejce i w końcu kiedy dotarłam do recepcjonistki nie wiedziałam co mam powiedzieć, wyglądało to mniej więcej tak:
- Dzień dobry, zostałam skierowana tutaj po badaniu usg piersi, wykryto u mnie guzy i nie wiem co mam robić dalej,
- Zapiszę Panią na profilaktykę. Proszę zaczekać...na 30 października.
(tutaj trochę mnie zatkało) Proszę Pani, ale ja mogę mieć raka, powiedziano mi, że tutaj mi pomożecie, nie mogę tyle czekać.
- Aha. W takim razie proszę przyjść w poniedziałek rano na 6 i zarejestrować się do onkologa.
Misja wykonana, potrzebne informacje zdobyte. Weekend niewiedzy przede mną.


dzień 2. poniedziałek

Przybyłam o 6.15 do przychodni. Stanęłam w kolejce jako mniej-więcej trzydziesta osoba. Szybko zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno, a rejestrację otwierają dopiero o 7. Po godzinie byłam zarejestrowana i skierowałam się pod podany gabinet. I tutaj znowu czekanie - lekarz przyjmuje od 8. Na szczęście wzięłam książkę (bonus za myślenie +5pkt). Lekarka przyszła o 9, pewnie po drodze musiała pokonać jakiegoś smoka czy inną kreaturę, normalka. W końcu kiedy weszłam wizyta przebiegła z lekka hardkorowo. Pani dr podczas wywiadu prychała i przewracała oczami (czyżby była po drugiej stronie mocy? może wcale nie walczyła ze smokiem tylko unicestwiała dzielnych rycerzy?) Najwięcej gębo-noso-ocznych oznak wysłała kiedy powiedziałam, że guz musiał bardzo szybko urosnąć (to chyba znaczyło, że mi nie uwierzyła, albo po prostu pomyślała, że czym szybciej guz urośnie tym szybciej mnie unicestwi) Dostałam skierowanie na USG i mammografię - jak się zapytałam czy zrobią mi to na miejscu to się tylko zaśmiała (jednak to zła czarownica była). Poprosiłam ją na koniec o zaświadczenie, że byłam u lekarza, żeby w pracy pokazać. I tutaj po raz pierwszy w życiu w gabinecie ktoś na mnie nakrzyczał: (rzuciła na mnie czar zamętu)
- Przecież mogła Pani przyjść popołudniu! nie musiała się Pani zwalniać z pracy!
- ale...kazano mi przyjść rano...
- nic Pani nie kazano! nawet się Pani nie spytała!
czar zadziałał bo nie zareagowałam w pierwszej chwili, ale:
1. Zaświadczenie dostałam.
 2. Nazwisko Pani dr sprawdziłam i odpowiednią opinię w internecie wystawiłam.

Udałam się do budynku E, gdzie miła Pani z recepcji dała mi termin badań za dwa tygodnie. Okazało się, ze nie można zrobić badań gdzie indziej, bo oni innych niż swoje nie przyjmują. Nie można również zapłacić i zrobić badań u nich, ale prywatnie. Nie drodzy Panstwo, trzeba łaskawie czekać na ich terminy i modlić się, zeby były w miarę szybko "proszę Pani, ja i tak wpisałam Panią na miejsce kogoś wykreślonego" Przebiegła mi myśl przez głowę czy ten ktoś po prostu w trakcie czekania nie zszedł z tego świata... (czar grząska droga -10 do prędkości poruszania)
Na szczęście koleżanka poleciła mi onkologa, który również pracuje w DCO ale ma własny gabinet i jest wysokiej klasy specjalistą. Poszłam do niego prywatnie i to był mój najlepszy ruch w tej rundzie. Dr T zbadał mnie i stwierdził, że tu nie ma na co czekać i postara mi się przyspieszyć badania. Poza tym on pierwszy mi powiedział, żebym się przygotowała, że to może być rak. W tej grze dr T jest Magiem życia z aurą spokoju (+5 do ogarnięcia emocji)
Następnego dnia zadzwonił do mnie, żebym przyszła po weekendzie na badania. Od razu zrobią mi biobsję. Cud nad Odrą proszę Państwa! A jednak da się:) W szpitalu wszyscy byli w szoku, że mam robione USG, mammografię i biobsję jednego dnia ("Na specjalne życzenie dr T!") Całe szczęście, że tak się stało, USG wykazało, że bu-rak urósł. ale na wynik biobsji trzeba czekać kolejny tydzień.


5 dni później

Kazano mi przyjechać po wynik biobsji i znów odczekać swoje w kolejce (jakieś 2 godziny) Przez cały czas wierzyłam, ze to nie rak, że to coś dziwnego co da się zlikwidować lekami. Niestety Pan dr rozwiał moje nadzieje stwierdzeniem: Proszę Pani! To jest TAKI rak! Wielki! Pani tego wcześniej nie wyczuła?? I co miałam odpowiedzieć? Wyczułam, tylko go hodowałam, żeby Pana zaskoczyć? (-100 do morale)
Na szczęście była ze mną moja przyjaciółka Martyna. Wyszłyśmy na zewnątrz, najpierw się popłakałyśmy a potem zaczęłyśmy się śmiać, bo mnie zawsze przydarzają się absurdalne i dziwne sytuacje. Poza tym co mi da strach czy płacz? (+100 do morale)
Tego dnia stwierdziłam, że sprzedam wszystko i wyjadę spełniać marzenia. Tego dnia postanowiłam, że postaram się wszystko zmienić, bez względu na to czy wyzdrowieję czy nie. Tego dnia zrozumiałam, że nie można odkładać czegoś na jutro czy na za tydzień, nie warto czekać na gwiazdkę z nieba. 


Mam dla was misję na dziś za 100 pkt do szczęścia:
1.  jeżeli odkładasz spotkanie z kimś bliskim, bo "nie masz czasu", praca, zakupy i inne duperele Ci go zabierają, zadzwoń do tej osoby jeszcze dziś, nie czekaj. Potem może być za późno.
2. Jeżeli jest miejsce, które chcesz zwiedzić, ale brakuje Ci pieniędzy odłóż chociaż 50zł już dziś i zaplanuj datę, nie czekaj na lepsze czasy, mogą nie nadejść.
3. Jeśli nie lubisz swojej pracy, przestań narzekać i wyślij swoje cv już dziś tam gdzie chcesz pracować. Zadziałaj niekonwencjonalnie. Nie bój się, jutro możesz nie móc pracować.
To są trzy rzeczy, których ja nie zrobiłam nim dowiedziałam się, że jestem chora, bo czekałam na lepsze czasy. Teraz muszę czekać do końca leczenia (no może oprócz punktu 1:))

Wracając do mojej historii ­­- nie sprzedałam wszystkiego, nie wyjechałam, zaczęłam leczenie. Zdecydowałam się na wtłaczanie mi magicznej many co 3 tygodnie przez pół roku. ale o tym i o jej skutkach ubocznych następnym razem w levelu 2:)

P.S. Jeżeli ktoś uronił łzę czytając to dostaję bonus +100 punktów do poruszania innych (prawie jak milka;))

Rak to burak

Wcześniej nie zadzwonił, nie zapukał do drzwi, nie przedstawił się ani nie powiedział "dzień dobry"! Ba! Wszedł po cichu, schował się i w ukryciu rósł, bardzo szybko rósł, tak, że zorientowałam się dopiero kiedy był naprawdę spory. Nie dość, ze to rak, to w dodatku niewychowany burak!


Trzy tygodnie temu dowiedziałam się, że w moim ciele ukrył się rak, a dokładniej w lewej piersi. Jest niezbyt urodziwy, źle wychowany i na dodatek zachłanny, bo postanowił zająć się moimi węzłami chłonnymi. Niczego nieświadoma wykarmiłam go na własnej piersi aż dorósł do 6 cm. Właściwie to po pierwszym USG był bliźniętami 4-ro i 2 centymetrowymi, a już półtora tygodnia później duży pochłonął mniejszego i stał się wielkim grubasem. Nie wiem kiedy się tak rozgościł, ale badania wskazują, że działał bardzo szybko, chyba mu się spieszyło...

Dwa miesiące temu nie wiedziałam, że rak może tak szybko rosnąć, ba! lekarze mówili, że tak młodych jak ja (28 lat) kobiet nie nawiedzają bu-raki piersi tym bardziej kiedy w rodzinie nikt takowego nie posiadał! No cóż, ja zawsze byłam wyjątkowa!:)

Od diagnozy minęły 2 tygodnie i jeden dzień. Dziś jestem po pierwszej i przed drugą chemią. Czuję się dobrze i gdyby nie to, że po godzinnym spacerze czuję się jakbym weszła na Śnieżkę, to nie zauważyłabym, że jestem w trakcie leczenia. Włosy jeszcze mam, dobry humor również i mam nawet apetyt (co chyba nikogo kto mnie zna nie dziwi:)) Ale nie od razu było tak kolorowo. Droga od znalezienia przeze mnie mojego dzikiego lokatora do dzisiaj była dość nieprzyjemna i pokrętna...

Był początek września i jeszcze głową byłam na urlopie, który w tym roku był wyjątkowo długi i udany. Oglądałam w domu jakiś film i coś mnie tknęło, żeby się "pomacać" (nie, to nie był film porno;))) Wyczułam coś w lewej piersi, wydawało się duże, nieregularne i wyjątkowo nieprzyjemne w dotyku. Zaczęłam szperać w internetach i czytać. Wszystko wskazywało, że to rak, jednakże nauczona doświadczeniem, że szukanie objawów w internecie i porównywanie z diagnozami Wikipedii zawsze wskazuje na raka - w zależności od objawów - raka mózgu, żołądka, wątroby, jelit, pępka i rzęs. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam się zbadać i przekonać co to za świństwo noszę. I tu zaczęły się schody bo co właściwie zrobić? Nie miałam pojęcia. Mówi się głośno w mediach o mammografii, zaczęłam więc szperać - niestety młodym kobietom nie poleca się robić tego badania. Co więc mam zrobić?
Wierzcie lub nie, ale okazuje się, że na prawdę nie jest łatwo znaleźć klarownej odpowiedzi w internecie: "znalazłaś guz? nie martw się, to prawdopodobnie nie rak, ale skonsultuj się z lekarzem, żeby skierował Cię na badania" Do jakiego lekarza mam iść?! Jakie badania zrobić? Może od razu zrobić badania, będzie szybciej? Ale co? i gdzie? Takie myśli wtedy mnie nachodziły. Przyszła mi nawet myśl, żeby to zignorować i na pewno "samo zniknie":)
Jako osoba zielona zupełnie w tym temacie postanowiłam zrobić wywiad środowiskowy i dowiedzieć się czegoś od mojej starszej koleżanki z pracy Pani Małgosi, która robi co roku badania (wiem, bo kiedyś mi mówiła:)) Nie powiedziałam nic o moich obawach, ale wypytałam co i jak. Okazało się, że dla mnie najlepszym rozwiązaniem jest zrobienie USG. Zadzwoniłam więc do mojej przychodni i zarejestrowałam się prywatnie, termin był za kilka dni.
Do tej pory starałam się o tym nie myśleć, ponieważ strach mnie zżerał, a czytanie o guzach piersi go pogłębiało. W końcu nadszedł dzień badania i poszłam na nie z podniesioną głową - wyszłam zaryczana i podłamana. Pani doktor powiedziała mi, że "to nie wygląda dobrze" i "trzeba zrobić biobsję" i tutaj zaczęła się moja "NFZ-adventure - level 1" Ale o tym w następnym poście...:)

P.S.
Wiem, że mogą to czytać moi znajomi, którzy nic nie wiedzieli o mojej chorobie. Chciałabym was uspokoić - psychicznie czuję się dobrze i z pewnością w skali złośliwości wygrywam z bu-rakiem. Mam tylko obniżoną odporność i nie można mnie odwiedzać z katarem ani inną zarazą, bo każda bakteria jest dla mnie dużo bardziej niebezpieczna niż dla was.
Druga sprawa - jeszcze się nigdzie nie wybieram - lekarze mówią, że mnie wyleczą tylko potrzeba na to trochę czasu - 8 sesji chemii i jeśli zmniejszymy drania, to potem operacji i rehabilitacji. O tym jeszcze dokładnie wam opowiem:)

Nie bójcie się do mnie zadzwonić - nie siedzę w kącie i nie płaczę, można przy mnie mówić słowo na "r" i można wypytywać o szczegóły:)) Ten blog ma mi pomóc zrobić coś z masą wolnego czasu, który mam i może pomóc komuś kto tak jak ja na początku był zagubiony i kompletnie nie wiedział co ze sobą zrobić.

Rak to nie wyrok. Rak to BURAK:)