poniedziałek, 13 kwietnia 2015

LEVEL IX - wiosna smutna i radosna

Jestem kiepską blogerką, zamiast pisać siedzę w domu i robię inne rzeczy. Ciężko mnie zmusić, żebym coś naskrobała kiedy nie mam ochoty, a jak już napiszę to mam tysiąc pomysłów na kolejne teksty, ale odkładam je na potem, a potem to czytajcie wyżej co robię :) Najlepiej jednak wziąć się za pisanie albo w nocy albo o nieludzkiej porannej porze typu czwarta czy piąta. Nie wiem czemu, ale tak jest. 
I oto wpis z 1:17.

Powoli dochodzę do siebie i całkiem nieźle mi to idzie. O takich rzeczach lubię pisać, kiedy jest dobrze i można się podzielić uśmiechem. Ale ostatnio zdarzyło się też kilka niefajnych rzeczy. Odeszła z grona amazonek nasza koleżanka Aganiszka, która od kilku lat borykała się z chorobą. A dzisiaj przeczytałam, że Marzena, która walczy z chłoniakiem ma znowu nawrót...i takie wiadomości demotywują i dołują, tylko niestety w tym naszym onko-świecie to się zdarza, zdarza się ku*wa za często. Nie mam słów, którymi mogę wyrazić nie tyle żal czy smutek ile wściekłość, bo ja po prostu mam ochotę krzyczeć bardzo głośno przeklinać i na czymś się wyżyć, a najlepiej pozabijać wszystkie pier*olone raki na tym świecie. Bezsilność wobec tego co się dzieje dookoła staram się jednak przemienić w siłę do walki o swoje życie, Tylko tyle mogę zrobić.

Dzisiaj bardzo dużą ilość złości postanowiłam wykorzystać przy strzelaniu z procy - i udało się, pokonałam chłopaków i wygrałam pierwsze wiosenne zawody. Kto jeszcze nie zna naszej pasji, niech zajrzy tutaj: PROCOHOLICY. Chyba wszyscy mi kibicowali pomimo, iż każdy chciał wygrać. Ja miałam w ogóle nie startować z powodu operacji, ale rehabilitantka pozwoliła mi strzelać z procy (nie pytałam co prawda od kiedy mogę;)). I mówiąc szczerze, ledwie dałam radę, bo wbrew pozorom, trzeba włożyć w strzelanie sporo siły i skupienia, żeby trafić w butelkę oddaloną o 15 metrów. W pierwszym sezonie ciągnęłam się na szarym końcu w rankingu, ale teraz postanowiłam wygrywać. Wygrywam z rakiem i wygrywam we wszystkim. Takie mam kurna postanowienie nowo-wiosenne i nowo-życiowe, bo po operacji jakbym zaczęła drugie życie.





Nadeszła wiosna i prócz zrzucenia ciepłych kurtek ja zrzuciłam chustę! W końcu mogę sobie na to pozwolić, bo moje włosy postanowiły mnie wesprzeć i rosnąć jak szalone. No i już nie wyglądam jak osoba chora, tylko może jak rockowy-grubas-ekscentryk.



Fryzurę mam na nieco "madmaxową" ale w sumie czemu nie wyglądać jak świr? Świrów wszyscy się boją, ale też świr może wszystko i nikt się temu nie dziwi. Dobrze być świrem (albo artystą, jak dla mnie ta sama kategoria;)

I kto wygląda bardziej świrowato? no kto?

Przy okazji rozpoczęcia bojów PROCESOWYCH (czyli w strzelaniu z procy, nie walki w sądzie) odwiedzają mnie znajomi w ilościach hurtowych. Bardzo mnie to cieszy, bo w końcu mam z kim pograć w dixita (polecam sobie wygooglować a potem zakupić - świetna gra nadająca się również do grania z dzieciakami). Dzięki temu odrywam się trochę od świata chorych i łapię równowagę. Nawet nie wiecie jak dobrze jest po 7 miesiącach poczuć się w końcu dobrze. Mówię o fizycznym poczuciu, bo psychicznie przeważnie dawałam radę. Szwy już tak nie ciągną, nawet chłonka napływająca rzeką do cyca zamienia się powoli w strumyk leśny i już tak nie przeszkadza. Najfajniejsze jest to, że tak dobrze, czuję się od dwóch dni, ale już mi się wydaje, że minęły tygodnie. Mam taką zdolność specjalną - szybko zapominam o tym co złe (plus 50 do samopoczucia, -50 do pamięci ;)) 
Nim nadszedł czas zapomnienia, był czas odparzonych szwów pod cyckiem, które bolały jakby ktoś wbijał mi rozżarzonego druta, czas nieprzespanych nocy, czas bólu i zakręcenia w głowie nonstop. Ale było-minęło. 
Jutro jadę do dr T na ściąganie chłonki do szpitala. Mam nadzieję, że będzie jej już trochę mniej niż ostatnio, bo chciałabym zacząć jakoś inaczej spędzać czas (chociażby ćwicząc strzelanie z procy:) Jutro również powinny być już moje histopaty (wyniki badań histopatologicznych wyciętego guza i węzłów chłonnych). Jakoś się nie denerwuję, bo ufam, że dr T wszystko dobrze wyciął, co więcej wierzę, że mało tego skur*ysyna tam już było i nie mieli czego badać. Ale zobaczymy, nie omieszkam wam napisać o wyniku. 

I jeszcze parę historyjek:

Jak wspominałam w ostatnim wpisie, podczas pobytu w szpitalu lekko się pochorowałam i leczyli mnie paracetamolem. W końcu kiedy wychodziłam Pan dr M, który był na niedzielnym dyżurze przyniósł mi wcześniej przygotowany przez dr T wypis. A przy wypisie dopięte recepty na leki od dr T.
- A na co te leki panie doktorze?
- Jak sobie pani wykupi, to sobie Pani zobaczy - fachowa odpowiedź.
Jak sobie je wykupiłam to sobie zobaczyłam skąd ta odpowiedź - Dr T przepisał mi antybiotyki, żeby rana po dwóch operacjach się nie babrała. Gdybym je brała, to bym sie również nie pochorowała pewnie. Wróciłam do domu, udałam się do mojej internistki i ona dopisała mi jeszcze jedno opakowanie tegoż antybiotyku, żebym wyszła z choróbska. 
Takie tam przeoczenie, że pacjent powinien coś brać, po co o tym wspominać.

Druga scenka. Pielęgniarka przyszła zbadać mi ciśnienie.
- A ile Ty masz lat kochana?
- W tym roku 29
- Oooo, to Ty jeszcze jesteś młodziutka
- Pani też jest młoda (na oko ok 40-stki)
- JA?? Tak Ci się tylko wydaje!! Nie wiesz, to nie mów
- Młoda i zdrowa, nie ma na co narzekać
- Zdrowa?? Ja już nie jestem zdrowa, teraz to już tylko z górki.
- Chce się Pani zamienić?
Typowe rozmowy szpitalne. Nie wiem czy tylko mnie wszyscy tak zazdroszczą wieku, nie myśląc o mojej sytuacji, czy paplają co im ślina na język przyniesie bez zastanowienia? Za każdym razem jak byłam na chemii też się jakiś zazdrośnik zdarzał.

A na koniec scenka z życia pozaszpitalnego. Moja przyjaciółka Mar poleciała dzisiaj do siostry do Wielkiej Brytanii (God, save the Queen). W sobotę wybrałyśmy się razem na zakupy. Siedzimy sobie na przystanku czekając na autobus, podjechał akurat nie nasz, z którego wysiadł swoisty jegomość. Czuć go było na odległość kilku metrów, buty dziurawe, spodnie ubłocone, kurtka brudna. Idzie sobie, nagle patrzy na swoje ramię a tam biała plama. Wyciągnął chusteczkę, poślinił i zaczął ją z pasją wycierać.

I już na koniec końców, motto na dziś:


Bywajcie w zdrowiu!
Anuk









środa, 1 kwietnia 2015

LEVEL VIII, chapter II: OPERACJA "KOMPLIKACJA"

Dziękuję Wam wszystkim za to, że trzymaliście kciuki, byliście, pisaliście, modliliście się.
Okazuje się, że być może dzięki waszej energii jeszcze tutaj jestem i do was piszę - brzmi bardzo dramatycznie, ale dopiero dzisiaj zdałam sobie sprawę, po rozmowie z koleżanką i przeczytaniu kilku informacji w necie, jak bardzo dramatycznie sytuacja wyglądała...

A było to tak:

Planowo udałam się do szpitala w poniedziałek o 12 i pełna pozytywnej energii wkroczyłam na korytarze Szpitala Wojewódzkiego w Legnicy. Dostałam dwuosobową salę z telewizorem i łazienką, jak w hotelu trochę. Cisza, spokój, świetne warunki. Do dnia następnego miałam być sama na sali, co mnie w sumie cieszyło - będzie po operacji luuuz i spokój (można sobie śmierdzieć swobodnie:)). 


Oprócz mnie operację miały jeszcze Helena i Kasia - leżały na sali obok. 
Jako pierwsza na operacyjną pojechała Helena, po 40 minutach zawieźli tam mnie. Dali mi jakąś śmieszną za małą koszulę, której nie szło zawiązać, kazali mi się położyć na łóżku i ZIUUU...wywieźli poza oddział. tam czekało kolejne łózko i kazali zdjąć tę koszulę i w samych gaciach przenieść się na nie, co usłużnie zrobiłam. Następnie wjechałam na salę przedoperacyjną gdzie pielęgniarka anestezjologiczna przygotowywała mnie do operacji - pogadałyśmy sobie o moich kiepskich żyłach, kilka razy próbowała znaleźć jakąś konkretną, która wytrzyma operację i w końcu udało umieścić się dren. Po kilkudziesięciu minutach zaiweźli mnie na operacyjną, gdzie znowu musiałam wskoczyć na kolejne łóżko, tym razem już to ostateczne - operacyjne. O dziwo jakoś strasznie się nie bałam. Podano mi tlen, pytano się mnie o różne pierdoły po czym wstrzyknięto narkozę i odpłynęłam. Następne co pamiętam to nieustające, strasznie WKU*wiające pikanie
- czy to musi tak pikać???- zapytałam, a Pani Anestezjolog zaczęła się śmiać. Wymieniłyśmy kilka zdań, nie do końca pamiętam o czym. Potem wiem, że przyszedł ordynator i zapytał czy chcę tu zostać całą noc, na co ja odpowiedziałam:
- NI CHUJA, PANIE DOKTORZE! 
- O widzę, że zbiera się Pani na żarty!
- Ja nie żartuję Panie doktorze, ni chuja nie chcę tu zostawać na noc.
I takie były moje pierwsze dialogi pooperacyjne, urocze, czyż nie?:)

I byłoby tak pięknie, bo dr T powiedział, że operacja się udała, na dodatek okazało się, że urodziliśmy się oboje 12.06 i żartowaliśmy sobie po operacji z dr T, że wtedy rodzą się najlepsi i byłam całkiem przytomna i zdążyłam nawet napisać szybką relację na fejsie, bo wiedziałam, że sporo osób na to czeka i wszystko było super...do czasu.



Jakieś 2-3 godziny po operacji przyszła do mnie pielęgniarka i zapytała czy chcę usiąść i że mi pomoże. Byłam chętna, a jakże. Wsparłam się na jej ręce podniosłam o jakieś 15-20 cm i ...straciłam przytomność.... następne co pamiętam jak lekarz i dwie pielęgniarki nade mną stoją a ja biorę wielki haust powietrza w płuca i wybałuszam oczy. Nie wiedziałam co się dzieje...potem wszystko działo się szybko. Otwieranie okien, sprawdzanie ciśnienia...80/60 (czy ja jeszcze żyję?) kolejne próby siadania zakończone tym samym skutkiem, podawanie tlenu. Nawet przez sen traciłam przytomność i budziłam się na bezdechu przerażona.
Pielęgniarki nazwały mnie panikarą. A ja nie bardzo wiedziałam co się dzieje.
Nad ranem zjawił się Pan ordynator i kazał zrobić badanie krwi. Kiedy przyszedł o 10 powiedział tylko: Musimy przetoczyć Pani krew i dzisiaj zrobić REWIZJĘ RANY, kolejną operację. Hemoglobina spadła Pani poniżej 4.
Nie wiedziałam co to znaczy, nie mam pojęcia jakie są wartości prawidłowe hemoglobiny. Zapytałam tylko czy to na pewno konieczne, ta operacja i dostałam odpowiedź jakiej nikt nie chciałby uzyskać:
- Tak, mamy zagrożenie życia.
Byłam sama w szpitalu. Sama w sali. Poczułam jak sufit spada mi na głowę, uwierzcie mi, że wszystkie moje optymistyczne wizje schowały się gdzieś w kiblu za sedesem. Zadzwoniłam do R i do moich rodziców. Byłam przerażona. Powiedziano mi tylko, że dr T przyjedzie za 2 godziny. DWIE GODZINY??? Myślałam, że przez ten czas zwariuję. Na szczęście byłam tak słaba że zasnęłam i czas minął dość szybko. W międzyczasie wpadły na chwilę Martynka z Olą (koleżanki z Legnicy), odrobinę poprawiły mi humor, nim wyrzucono je ze szpitala (bo odwiedziny zaczynamy od 13!) 
Przetoczono mi 2 worki krwi i gdzieś ok. południa zabrano znów na salę operacyjną. Chciałam mieć to szybko za sobą. Nie mogłam nic zrobić, przestałam się już nawet chyba bać. Byłam wkurzona tylko na ordynatora, że powiedział co powiedział, byłabym dużo spokojniejsza bez informacji o zagrożeniu życia.
No i dzień świstaka od początku...wjazd na salę, przebudzenie i te pieprzone PIII PIIII PIII
- Czy to musi tak piszczeć???

Tak to w skrócie wyglądało. Dr T wyjaśnił mi, że miałam krwotok wewnętrzny z rany - tak się zdarza podobno dość często po chemioterapii (krew ma mniejsze krzepnięcie). Trzeba było zrobić reoperację i zamknąć wszystkie naczynia krwionośne i usunąć krwiaka. Dr T poprawił też jeszcze trochę cycka:)) Wszystko skończyło się dobrze, choć dzisiaj doczytałam, ze hemoglobina poniżej 6,5 to stan zagrażający życiu...dobrze, że dopiero dzisiaj sobie to tak NA PRAWDĘ uświadomiłam, bo siedziałam w tym szpitalu prawie tydzień. 
Zastanawia mnie tylko jedno, jak to się stało, że zorientowali się, że to krwotok po 12 godzinach od operacji? Lekarz dyżurny nie zrobił praktycznie nic tylko czekał na poranną zmianę... Mam sporo wątpliwości i przemyśleń dotyczących opieki w tym szpitalu, ale o tym postaram się napisać już niedługo. Nie chce was zanudzać tyloma informacjami za jednym razem:)
Jeszcze raz wszystkim dziękuję, wierzę, że to WY pomogliście mi to przetrwać, wasza energia i modlitwy. To bardzo miłe i wzruszające i nie wiem co więcej mogę napisać. Jestem wdzięczna i nie wiem jak się odwdzięczę :)

Teraz dochodzę do siebie powoli. Szwy ciągną, chłonka się zbiera, na dodatek ze szpitala przywiozłam jeszcze koszmarne przeziębienie, ale nie narzekam. ŻYJĘ! i jeszcze dużo o mnie usłyszycie :)
BUZIAKI!

niedziela, 22 marca 2015

level VIII: operacja "OPERACJA"

Nadchodzi ten dzień. Już tylko kilkanaście godzin, to już jutro. W końcu Burak zostanie wycięty. I wiecie co? Czuję się jakoś dziwnie. Nie cieszę się bardzo, nie skaczę pod niebiosa, nie klnę na niego i go nie straszę, że już jutro go nie będzie. Wbrew pozorom dzięki BUrakowi stało się dużo dobrego.

Dziękuję wam bardzo za wiele słów wsparcia i historii dotyczących narkozy - pomogło, zdecydowanie przestałam się jej bać i zaczęła mnie ona nawet śmieszyć. Dużo bardziej przeraża mnie fakt, że nie będę mogła nic pić przez dwa dni! A najgorsze jest to, że operacja "OPERACJA" zaczyna się dopiero po godzinie 16! Na dodatek nie wiem czy będę pierwsza czy trzecia...ale od początku.




W piątek pojechałam na konsultację z anestezjologiem do Legnicy, gdzie będę cięta. Szpital jest ogromny, taki z lat 70-tych. Oddział Chirurgii onkologicznej jest na samym końcu w osobnym budynku. Byłam zaskoczona ciszą jaka tam panuje i ilością pacjentów (całych 2:)) Przyjęła mnie pielęgniarka oddziałowa, dała do wypełnienia ankietę, powiedziała, że pobiorą mi krew, zrobią ekg i pogada ze mną anestezjolog, ale mam poczekać na resztę pań, które również mają operację w poniedziałek. Wysłano nas (byłam z tatą) do sali zwanej "świetlicą" (6 krzeseł, dwa stoliki, lodówka i czajnik oraz półka na której leżało może 10 książek) Po kilkunastu minutach przyszła jedna z kobiet, z którymi będę dzieliła salę pooperacyjną - Kasia, a potem jeszcze Halina, każda z osobą towarzyszącą i tym sposobem zajęliśmy wszystkie miejsca dostępne w świetlicy. Czekaliśmy. Po kolejnych kilkunastu minutach przyszedł pielęgniarz i zaczął pobierać nam krew. Potem znów minęło kilkanaście, a może kilkadziesiąt minut. Przylazł do nas ordynator "Czy mają Panie pakiet onkologiczny i założoną kartę DiLO?". Szkoda, ze nikt nie robił zdjęć, bo nasze miny musiały być całkiem zabawne "ŻE CO MAMY???". 




Jak się okazało żadna z nas nie ma za bardzo pojęcia czy posiada takową i w ogóle o co chodzi. Po czym Pan ordynator oświadczył, że jeśli nie mamy to dobrze, bo nam założą tutaj, ale jeśli mamy to bardzo źle, bo bez oryginału nie zrobią nam operacji. No i zaczęło się dzwonienie do szpitali w których uprzednio się leczyłyśmy. Ja i Halina byłyśmy pacjentkami DCO a Kasia jakiegoś w Jeleniej.

Kiedy przyjmowałam magiczną manę obiło mi się o uszy, że wszyscy pacjenci DCO po nowym roku mieli założone te karty DILO, więc powtórzyłam tę wiadomość Halinie, która zapierała się nogami i rękoma, że nie ma żadnej karty, bo przecież ktoś coś by powiedział (taaaa, jeszcze ktoś wierzy, że lekarze nas o wszystkim informują??) Zadzwoniłam do sekretariatu i okazało się, że oczywiście takie karty są założone, ale wirtualnie, więc Panie muszą mi ją wydrukować i podbić i jeszcze lekarz musi wypełnić. Mam się po nią zgłosić w poniedziałek o 8 rano (w Legnicy mam być na 12). Przekazałam info Halinie i tu zaczęły się schody, ona również zadzwoniła, ale poinformowali ją, że ona nie ma karty Dilo, bo nie była przyjmowana na oddział tylko była na tak zwanym ambulansie (oddziale dziennym). Halina zadowolona, że nie musi nic załatwiać, bo w poniedziałek rano i tak nie może pojechać do DCO bo coś-tam (nie istotne:) Ale to nie koniec zabawy z DILO, bo za chwilę znowu przyszedł ordynator z telefonem przy uchu i przekazał od dr T, że jednak obie mamy te karty, ale on ich nie może wydobyć z DCO (+100 do zamętu i dezinformacji) Ja, jak to ja, wymyśliłam, żeby Halina napisała mi upoważnienie, to w poniedziałek odbiorę obie karty. Później pojechaliśmy z tatą do DCO wracając z Legnicy, tak na wszelki wypadek, bo może wcześniej się uda. I dobrze zrobiliśmy, bo okazało  się, że owszem- moją kartę odbiorę, ale Haliny już nie, bo po pierwsze ona ma tą kartę w przychodni zakładaną i Panie z oddziałowego sekretariatu nie mają jej w systemie a po drugie PACJENT MUSI BYĆ NA NIEJ PODPISANY I BEZ TEGO DILO NIE WYDADZĄ! No to zadzwoniłam do Haliny, że musi przyjechać przed 15 i to załatwić...Mówiłam już, że uwielbiam NFZ??
Wróćmy jeszcze na chwilę do Legnicy. Poszłyśmy w końcu po 2 godzinach czekania na ekg serca - bardzo miła pani nie kazała nam się rozbierać, co nas wszystkie zdziwiło, tylko podciągnąć bluzkę do góry i odsłonić kostki. Okazuje się, jak wyjaśniła nam ta miła Pani, że wcale nie trzeba się rozbierać do ekg! Stwierdziła, że to są jakieś barbarzyńskie wymysły i ona uważa, że dla wielu osób może być to upokarzające, szczególnie dla młodych. Mnie osobiście to wisi przed iloma osobami świecę cyckami, ale uważam, że ma rację i następnym razem jak mi się każą rozbierać to im w DCO powiem, że nie muszę i żeby się walili:))

Potem jeszcze długo czekaliśmy na anestezjologa, który w końcu nie przyszedł i zabrano nas do innego budynku na blok operacyjny, gdzie łapaliśmy dr SEN między operacjami - wywiad z nim trwał 3 min/ każda i mogłyśmy jechać do domu. Zbliżała się godzina 12. Pół dnia stracone, żeby spędzić 15 min na badaniach:) Na szczęście w międzyczasie idąc do dr Sen zobaczyłam zaćmienie słońca przez moją mammografię (w końcu na coś to zdjęcie się przydało). 

Najfajniejsza tego dnia była rozmowa z Kasią i Haliną w świetlicy. Mój tato akurat wyszedł porozmawiać przez telefon a K zaczęla mówić o swoim strachu związanym z zabiegiem do czego dołączyła H. Ja po wysłuchaniu obu stron, powiedziałm to co mówię zwykle na temat strachu : "wiecie, ze strach nic nie zmieni, a tylko pogorszy sprawę, bo rak lubi strach. Ja narkozy bałam się najbardziej ze wszystkiego do tej pory podczas choroby, ale potem sobie pomyślałam <<jak się nie obudzę, to przecież i tak nie będę o tym wiedziała>>". Po tych słowach nastąpiło lekkie poruszenie wśród słuchających, że jak ja tak mogę myślec itp. Przecież to logiczne...po chwili przyszedł mój tato i słysząc, że gadamy o operacjach mówi tak "Ja jak miałem robione bajpasy, to też się bałem, ale potem sobie pomyślałem <<przecież jak się nie obudzę to i tak nie będę o tym wiedział>>" I tym sposobem dowiedziałam się po kim mam tę zimna logikę :D

Wieczorem wpadła do mnie Mar z Polą i obie ścinałam (jestem domorosłym fryzjerem jakby kto nie wiedział, ale dzieci już więcej nie ścinam,bo mają jakieś za miękkie włosy i widać wszystkie niedoskonałości :) Sobotę postanowiłam spędzić tak, jak lubię - postrzelaliśmy z procy, potem pojechaliśmy na najlepsze burgery w mieście do Moaburger i do knajpy na drinka. Po drodze spotkałam moje dwie koleżanki ze studiów, które od pół roku nie mogły się zebrać, żeby mnie odwiedzić (jedna z nich pracuje 300 m od mojego domu). Oczywiście głośno o ponarzekałam na ten fakt po czym zaciągnęłam do knajpy na pogaduchy. Dziewczyny wyraziły skruchę, przewinienie zostało wybaczone, ale nie obyło się bez opier*...niczu. Kto mnie zna ten wie, że zawsze mówię to co myślę i nie owijam w bawełnę - jedni mnie za to lubią inni za to samo nie cierpią, dla mnie ważni są tylko CI pierwsi :)

Sobota była idealna. A dzisiaj muszę się pozbierać, spakować i ogarnąć. Nie chce mi się. Nie czuję już strachu co prawda, ale czuję lenia. A druga sprawa - może to zabrzmi trochę dziwnie, ale polubiłam poniekąd tego mojego Buraka. Nie chcę, żeby był ze mną do końca życia, chcę się go pozbyć, ale on stał się moim nauczycielem i przez ostatnie pół roku był gwiazdą programu i najważniejszym przeciwnikiem w grze w Buraka. 

Czego się nauczyłam? Miłosci do świata, doceniania każdego dnia, spokoju, odrzuciłam wszystkie "ale", "potem" i "kiedyś", przestałam się bać. Nigdy nie zapytam"dlaczego ja?", bo wiem dlaczego. Bo ja zdołałam odwrócić kota ogonem i dostrzec wszystkie dobre strony choroby, a o dziwo znalazłam ich wiele. Nie, żeby nie było tych złych, bo owszem, są - szczególnie kontakty z polskim NFZ-etem, ale i one mnie czegoś nauczyły. Ból - on jest najbardziej dołujący, gdybym była skazana na ciągły ból, pewnie nie byłby ze mnie taki chojrak (chójRAk??:)) 
Dzisiaj jestem lepszym człowiekiem, wiem czego chcę, odnalazłam w sobie siłę o której nie miałam pojęcia i obudziłam wikinga, który przeważnie drzemał (pewnie w cycku). Gdyby to był amerykański film, walnęłabym wzruszającą przemową, podczas której wszyscy by się popłakali a potem opowiadali jaki to był dobry film. Ale to jest tylko Polska gra, pozbawiona patosu (no może czasami go trochę dodaję tu i tam).

Jutro operacja "OPERACJA" i na pewno odezwę się z relacją później, jak już będe przytomna i wrócę do domu (czyli pewnie w weekend). 
Buziaki




PS. Ostatnio koleżanka MIśnia zrobiła dla mnie wpis na swoim blogu (cycek). Zrobiło mi się strasznie miło i dziękuję oficjalnie - DZIĘKUJĘ :) A wszystkich, którzy lubią się pośmiać zapraszam do jej "ogródka" bo zajebiście pisze: SIOSTRZYCA

PS2. Dzisiaj pisałam już na fejsie, ale powtórze tutaj: Informacja dla wszystkich, którzy pytają czy mogą mnie odwiedzić w szpitalu - od pół roku siedzę w domu, myślicie, że naprawdę chcę, żeby akurat w szpitalu, po operacji ktokolwiek mnie odwiedzał? kiedy będę leżeć, nie będę mogła pić i jeść, będę wyglądać jak ch*j wie co, nie będę mogła ruszać ręką, będę słaba i wkurwiona, na prawdę myślicie że własnie wtedy chciałabym, żebyście mnie odwiedzali? I jeszcze pewnie przynosili mi banany jak małpce w ZOO:)

Nie wiem co ludzie mają z tym szpitalem, żeby koniecznie WŁAŚNIE WTEDY kogoś odwiedzać:) jeśli ktoś przez pół roku nie miał czasu ruszyć dupy parę przystanków, żeby mnie odwiedzić w domu, kiedy czuje się dobrze i panuję nad swoim ciałem, a nagle chce przyjeżdżać do Legnicy to chyba mu cegła na łeb spadła 
Emotikon smile (pomijam koleżanki z Legnicy w tej sytuacji:)) Bez obrazy, ale trochę logicznego myślenia nie zaszkodzi nikomu.

I może myślicie sobie teraz, że jestem niemiła i opryskliwa, ale wielokrotnie pisałam na fejsie albo pisałam smsy, że siedzę w domu sama i zapraszam. Jak wrócę do chaty i będę czuła się jak człowiek, to wtedy zapraszam szczerze wszystkich którzy chcą mnie odwiedzić, jeżeli to was zmobilizuje to powieszę nad wejściem do kamienicy szyld z napisem "SZPITAL" wtedy pewnie więcej osób przyjedzie:)

anuk

czwartek, 19 marca 2015

POMIĘDZY LEVELAMI: wewnętrzny Smigol

Wielkimi krokami zbliża się dzień operacji. Staram się o tym nie myśleć, dlatego też nie pisałam. Chciałam napisać i kilkukrotnie się za to zabierałam, ale za każdym razem wszystko w końcu kasowałam. Chciałam poruszyć sto tematów i jak zwykle je odłożę, w końcu pewnie nadejdzie odpowiedni czas. Zawsze nadchodzi.

Staram się w życiu nic nie robić na siłę - mówią na to "słomiany zapał". Przestało mi przeszkadzać to określenie, przestało mi przeszkadzać, że za coś się biorę a potem to zostawiam. W końcu życie jest jedno, dlaczego marnować czas na coś czego się nie lubi, co zaczyna męczyć? A z drugiej strony czasami warto walczyć...Właśnie teraz miałabym ochotę uciec przed skalpelem, chociaż to nie jego się boję. Zdradzę wam tajemnicę - dygam przed narkozą. To ona nie pozwala mi myśleć o operacji. Najgorsze jest to, że myślę sobie tak "Nie ma się co bać, przecież tyle ludzi przez to przeszło i nic złego się nie stało...A JEŚLI MOJE PRZECZUCIE JEST TRAFNE? CO Z TEGO, ŻE INNYM NIC SIĘ NIE STAŁO, TY NIE JESTEŚ INNI...nie no, bez jaj, nie można się tak nakręcać, to siedzi tylko w mojej głowie...TAA, MOŻE LEPIEJ NAPISZ JAKIŚ LIST POŻEGNALNY, JAKBY COŚ SIĘ JEDNAK STAŁO...taaa, list pożegnalny, jak go napiszę to na pewno się coś stanie...tfuuu...co ja bredzę, o czym ja k***a myślę!!! A WIDZISZ? JEDNAK MOŻE TRZEBA SIĘ BAĆ?" I taki dialog prowadzę ze sobą - z moim wewnętrznym Smigolem.



Ostatnie 3 tygodnie spędziłam na robieniu sobie wielu przyjemnościwewnętrzny  - spotkania z przyjaciółmi, spacery, kino, najlepsze na świecie burgery ;) I tak mija mi okres oczekiwania na zabieg. Wczoraj zadzwonił doktorek, że w piątek mam się stawić w szpitalu na badania  i spotkanie z anestezjologiem, wyjdzie mi pewnie ciśnienie 200/180 jak go zobaczę. Mam zamiar mu powiedzieć, że jak coś spie***i to go będę jako zjawa nawiedzać do końca życia, może zadziała i wyjdę z tego cało. Taki żarcik oczywiście...tak naprawdę stworzyłam taki program, który w razie mojej śmierci będzie gnębił tych, którzy mi podpadli, w szczególności anestezjologa...to też żarcik (dowcipniś, boki zrywać :/)
Widzicie? właśnie dlatego staram się o tym nie myśleć i nie pisać, bo wychodzą same głupoty. Mam nadzieję, że uda mi się do was jeszcze napisać przed operacją. Może wymyślę coś sensownego.
Tymczasem idę się napić porannej herbaty.
Miłego dnia! nie myślcie o nieprzyjemnych rzeczach (ja się postaram;))

A to ja chowam się przed strachem :) (tu już z makeupem;))

poniedziałek, 23 lutego 2015

LEVEL VII: Batalia o cycek

Co za emocje! Czasami ich brakuje w tej grze w BUraka, czasami jest aż nadto. Ostatnie kilka dni było intensywne, miłe i niemiłe, ale takie jak lubię. Burzliwe i waleczne, ale chyba ten level zaliczony na 5. Kolejny szykuje się też ciekawy, niebezpieczny...ale to będzie już inna historia. Dzisiaj bohaterami wpisu będą: Anuk (czyli ja walcząca z BUrakiem, nfzetem i przeciwnościami losu, głupotą ludzką i nieludzką), Alchemiczka Dr D (kobieta konkretna i ludzka, empatyczna i mądra, która przejęła się moją sprawą i przejęła prowadzenie mojego przypadku na moje szczęście i nieszczęście BUraka) oraz Dr T, który od początku przewija się w moich wpisach (chirurg mądry, ceniony, o innowacyjnym podejściu. Przed diagnozą mi pomógł, po diagnozie postawił mnie do pionu a teraz będzie mnie ciął!) 
No to zaczynajmy!

Tym, którzy nie śledzą od początku mojego bloga, oraz tym nieuważnie czytającym i tym z pamięcią złotej rybki pokrótce przypomnę jak to było od początku... 

Wyczułam guza, poszłam na usg do przychodni - tam Pani radiolog zrobiła smutną minę i wysłała mnie do DCO. Totalnie zagubiona i "nicniewiedząca" wówczas, udałam się gdzie polecono. Zaczęła się ta zawiła gra... W DCO przyjęła mnie pierwsza czarownica - w szybkość rośnięcia guza nie uwierzyła, kręciła nosem, przewracała oczami, naprychała i nakrzyczała na mnie. Termin badań dostałam za trzy tygodnie i dowiedziałam się, że nigdzie nie mogę zrobić prywatnie takowych, bo tutaj ich nie będą uznawać...Sytuacja bez wyjścia (?).
Na szczęście koleżanka poleciła mi innego lekarza z DCO i do niego postanowiłam się udać. I tutaj wkracza nasz super-bohater Dr T. Udałam się do niego lekko przerażona. On mnie zbadał i po raz pierwszy ktoś cokolwiek mi powiedział. Spokojnie i klarownie - co to może być i jak to wyleczymy - podkreślam "WYLECZYMY". Choć jeszcze wtedy wierzyłam, ze to nie rak, jednak słowa te mnie uspokoiły i pozwoliły spać w nocy. Ale to nie było najważniejsze - dr T uwierzył w hiper-szybkość wzrostu mojego buraka i powiedział, że postara się przyspieszyć badania. Udało się, już po 5 dniach miałam zrobione USG Mammo i biobsję. Po minach radiologów z podziemi budynku B widziałam, że nie jest dobrze. Nie było, po 7 dniach dowiedziałam się, że to rak - dowiedziałam się w sposób brutalny i przygniatający do ziemi od złego czarnoksiężnika Oż - "TO PANI TEGO WCZEŚNIEJ NIE WYCZUŁA??" (wyczułam, tylko chciałam zobaczy Pana głupią minę...:/) "TO JEST TAKI RAK, CZEKA PANIĄ DŁUGIE LECZENIE (O ILE SIĘ UDA)". Wyszłam, poryczałam się potem się uśmiałam i stwierdziłam, ze nie będę się leczyć bo nie ma sensu. Sprzedam chatę, jadę na Bali czy inne Kanary, i ostatnie lata czy też miesiące życia będę się bawić do upadłego... Na szczęście moja kochana przyjaciółka Mar i mój poco-mąż powiedzieli - LEĆ DO DR T!
Tak też uczyniłam i po raz kolejny nasz bohater pomógł mi podjąć decyzję - dobrą jak sądzę. Poszła ze mną MAR (bałam się, że mogę nic nie zapamiętać:)) i słuchała jak to mnie poddadzą leczeniu i jak to z tego wyjdę. DR T nas przekonał, uspokoił i wyszłam stamtąd prawie się ciesząc, że mam raka :) 
I tak zaczęła się moja gra. Dwa dni później po kilkugodzinnym czekaniu na korytarzu poznałam alchemiczkę dr D- drugą dobrą duszę w królestwie anty-raka, w której wszędzie pałętają się źli czarnoksiężnicy i złe czarownice czyhający na zagubionych pacjentów ( w dupie mam czy są dobrymi fachowcami, ludzi to oni nie lubią). Dr D była drugą osobą, która zainteresowała się moim losem, porozmawiała i wytłumaczyła, skierowała na badania i jakoś uspokoiła. I nagle zrozumiałam, że muszę walczyć i trzymać się tych dobrych postaci oraz uważnie przyglądać się każdemu kogo spotkam. 

Resztę już mam nadzieję pamiętacie:) Skończyło się ostatnio na tym, że guz, który zmalał bardzo po 4 chemiach czerwonych wziął i się otorbielił po zmianie magicznej many na taksany. No i poprzednio usłyszałam od Pani Ordynator, że to w sumie chyba dobrze. A w poniedziałek okazało się, że w zasadzie to nic się nie zmieniło i to niedobrze. A pani radiolog z podziemnej krainy oznajmiła, że to takie dziwne i nietypowe i nie wie o co w tym chodzi. Trochę zwątpiłam. Ktoś tu mnie jak zwykle okłamuje albo sam nie wie jak jest.

Alchemiczka D się zmartwiła i powiedziała, że czas operować, nie ma na co czekać. Więcej chemii mi nie dadzą, bo nie ma po co mnie truć. Poczułam motyle w brzuchu (nie takie jak przy zakochaniu tylko takie jak przed skokiem na bungie) Przed weekendem byłam u DR T i ustaliliśmy operację na kwiecien - co więcej - operację oszczędzającą (czyli z zachowaniem cycka). Dr T ma podejście nowoczesne, może jak dla reszty lekarzy w Polsce ryzykowne, ale jakoś mu ufam (komuś muszę).
Cały bajer z tą mastektomią polega na tym, że jak guz jest duży to się obcina całego cycka, bez dyskusji. Tyle, że na zachodzie się od tego odchodzi, bo się okazuje, ze jak jest dobrze wszystko wycięte (tkanka, która była zajęta przez komórki rakowe) to prawdopodobieństwo nawrotu wcale nie jest większe niż przy obcięciu całości (może wrócić w miejsce blizny tak czy siak). Od początku z DR T rozmawialiśmy o oszczędzającej - bo jest z czego ciąć u mnie, a i drugiego cycucha się podciągnie i będą obie jędrne jak nigdy:) Nie, żebym się jakoś upierała, bo zdrowie najważniejsze, ale doktor mówi, że to bezpieczne... A tu nagle stanęłam w obliczu nagłej operacji. Więc od razu mówię, że chcę Dr T i nikogo innego...i tu zaczęły się schody. 
Zamiast dr T przysłali mi Panią Dr S na konsultacje w sprawie nagłej operacji. No dobra, ale przecież ciąć mnie od razu nie będzie...Przyszła taka w białym fartuchu i każe się rozbierać. A w międzyczasie pyta: "A Pani do DR T gdzie chodziła na wizyty? tutaj czy prywatnie"? Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i bąknęłam, ze i tu i tu. Oblicze Pani DR spowił ironiczny uśmieszek "I pewnie Pan DR chce zrobić operację oszczędzającą?" No tak, bo od początku zrobił mi wszystkie badania, rezonans, dokumentację fotograficzną, ryzunki na folii, wszystko, zeby dokładnie później usunąć rakowe miejsce...
W tym miejscu Pani Dr (przy 4 innych pacjentkach w sali) wypala "Pan Dr T i jego głupie pomysły!" 
Trochę mnie to zaskoczyło i wgięło, bo takiego nieprofesjonalnego i żenującego podejścia ze strony lekarki się nie spodziewałam. Rozumiem - inne zdanie. Może uważa, ze mastektomia całkowita jest bezpieczniejsza, lepsza, ale nosz kuźwa, to się używa argumentów a nie podważa dobre imię i autorytet kolegi z oddziału! Potem Pani dr stwierdziła, że skoro jestem taka uparta, to "za wszelką cenę należy mi podać chemię do końca" (mimo iż taksany nie działają jak powinny) I poszła sobie. Pani Dr D chyba też nie wiedziała co myśleć, powiedziała tylko, że rozpisze mi chemię na jutro...
Jakże byłam podkurwiona tym wszystkim! W te pędy poszłam dzwonić do Dr T, żeby po raz kolejny mnie uratował, bo ja już nie wiem o co tutaj chodzi. 
Nazajutrz zjawił się mój ulubiony chirurg i poszedł debatować z alchemiczką. Ja w międzyczasie przeciągałam moment podłączenia chemii, bo wiedziałam, że ani Dr D ani Dr T nie chcą mi jej więcej dawać... Zamieszanie trwało ponad godzinę, bo lekarze biegali w mojej sprawie od gabinetu dr D do gabinetu Ordynatorki a ja czekałam w nerwach i strachu. W końcu Dr T zawołał mnie do siebie i oznajmił, że:
1. Chemię jeszcze jedną, ostatnią, dostanę na życzenie Pani Ordynator
2. Operacji dokona on, jeśli nadal chcę to oszczęzającej
3. Zabieg będzie 23.03.2015r i odbędzie się w Legnicy, gdzie również pracuje i jest tam podobno bardziej komfortowo
Ucieszyło mnie to mimo wszystko. Przynajmniej coś się wyjaśniło. Postanowiłam jednak nie zostawiać sytuacji z dr S niewyjaśnionej i powtórzyłam DR T jak jego kolezanka "pochlebnie" się wyrażała. Na szczęście On tez jest z tych co mają wyje*ane:)
Porozmawialiśmy sobie, ustalilismy szczegóły i teraz czekam na telefon. Będę musiała pojechać przed operacją na rekonesans do Legnicy.
Rozmawiałam później z DR D i powiedziała, że jestem w dobrych rękach bo DR T to świetny chirurg. Też tak myślę i tak czuję. Ufam swojej intuicji. Komuś/czemuś muszę :)

Taka to historyjka. Ostatni wlew magicznej many za mną (mam nadzieję i wierzę, ze ostatni w życiu) Przede mną operacja, naświetlania, badanie histopatologiczne w celu ustalenia jeszcze ewentualnego dalszego leczenia, hormonoterapia. Brzmi strasznie, ale się nie boję. Nie jestem głupia, strach pomaga rakowi ;)

Mam nadzieję, że to jakoś logicznie wszystko napisałam, bo przez bóle chemiczne wpis robiłam z przerwami kilka dni. Teraz leżę i kwiczę i robię sobie creepy selfies z nudów, bo za bardzo nic innego mi nie wychodzi (a wyglądam jak wyłysiały zawodnik sumo) 

Blog kulinarny ma opóźnienie, wybaczcie, ale nie zapomniałam...

Trzymajcie się w zdrowiu i spróbujcie mi tego torbiela myślami jakoś zmniejszyc ;)

Anuk

środa, 11 lutego 2015

LEVEL VI - CZAS KRYZYSU

Życie płynie. Cóż za banalne zdanie jak na rozpoczęcie wpisu. Ale nie wiem od czego zacząć. Dawno nie pisałam, bo, nie będę ukrywać, nie chciałam marudzić, zalewać mojego BUraczanego bloga narzekaniem, bo i po co? Po prostu miałam zły czas psycho-fizyczny, ale minął:) Dzisiaj krótka relacja z tego i z czego innego.

Jestem po szóstej chemii, tuż przed siódmą (zostało mi 6 dni...). Ostatnia wizyta w szpitalu wiązała się z wielkimi emocjami. Tuż przed wyjazdem na wlew magicznej many zauważyłam, że znowu w mojej piersi jest wielki guz, chociaż już go tam nie było (ostatnio lekarka oznajmiła iż BURAK zmniejszył się do rozmiarów dwugroszówki). Kazano mi się nie macać i nie sprawdzać czy maleje no i słuchałam...aż przed szóstą chemią sprawdziłam i mało się nie przewróciłam - guz miał znowu ok 4 cm (-100 do motywacji)... W szpitalu następnego dnia okazało się, że mojej prowadzącej lekarki nie ma (jak zwykle) i przydzielono mi alchemiczkę, która przyjmowała mnie po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie wiedziałam z czym to się je. Ucieszyłam się, bo dr D od początku wydawała mi się fajną czarodziejką. Kiedy przyszła mnie zbadać przekazałam jej wieści z krainy Chorej Piersi. Bardzo ją to zmartwiło i wezwała Panią ordynator. Zarządziły wspólnie, że trzeba mnie wysłać na USG i sprawdzić o co chodzi. 
Byłam spokojna. Nie bałam się, po prostu pomyślałam, że jeśli ten sku*wiel po zmianie chemii tak szybko znowu urósł to już po mnie. Co z tego, że go wytną, jak on wróci i urośnie sobie znowu taki wielki w kilka dni...i znów miesiace walki z wiatrakami. Nie płakałam, nie drżałam, po prostu stwierdziłam - trudno. I poszłam na usg. 
Kraina Radiologii nie jest przyjemna. Jest zimna i promieniotwórcza a pomieszczenia ciemne i śmierdzące. Radio-doktorka kazała mi się położyć na leżance, polała mnie lodowatym żelem i zaczęła jeździć mi tym czymś, o czym nie mam pojęcia jak się fachowo nazywa, po piersi. Patrzyłam na ekranik i widziałam tego wielkoluda, ale wyglądał jakoś inaczej...
Po paru minutach dostałam zdjęcie z opisem i uciekłam czem prędzej prosto do Chemolandu. Tam Alchemiczka D powiedziała, że zaraz do mnie przyjdzie. Siedziałam na swoim łóżku (tym razem nie w głowie były mi wędrówki i pogaduszki, jakoś nie miałam humoru) i czekałam. Po kilkunastu minutach przyszła sekretarka i wezwała mnie do Pani ordynator. "GRUBO" pomyślałam i popełzłam za sekretarką. Co ma być to będzie (takie "błyskotliwe" myśli turlały mi się po głowie) W gabinecie czekały obie - Pani dr D i Pani Ordynator. Kazały mi usiąść (nie jest, ku*wa, dobrze) 
Pani O rzekła: To torbiel. Nowotwór się otorbielił, guz jest wypełniony płynem, to nie rak urósł. Pod wpływem działania chemii i rozpadu zaczął się wytwarzać płyn. Nie jest źle, a nawet dobrze. Trzeba tylko obserwować czy nie ma stanu zapalnego i czy torbiel nie rośnie.
(+100 do motywacji)
Wzięłam głęboki oddech i...zaczęłam się śmiać w głos. Uff...powietrze ze mnie uszło i poczułam się zmęczona jakbym weszła właśnie na Śnieżkę.
Po raz kolejny miałam szczęście, więc może coś lub ktoś nade mną czuwa...
Dalszy pobyt w szpitalu był już tylko miły - po tej wiadomości pospałam sobie parę godzin a resztę dnia i całą noc spędziłam na pogawędce z miłą Panią z sali (byłyśmy tylko we dwie - szpital 5-gwiazdkowy, można by pomyśleć:) Przychodziła do nas tez Pani Basia, którą wcześniej poznałam. Opowiedziała ciekawą anegdotkę.
Otóż, poprzednim razem kiedy przyszła po swoją dawkę chemii, leżała na sali z miłą, grubszą Panią. Były tylko we dwie, więc Basia się ucieszyła, że będzie spokój. I tak było do momentu nadejścia zmierzchu, kiedy to obie postanowiły iść spać. I wtedy okazało się, ze współlokatorka Pani Basi zasypia w tempie pendolino, wytwarzając przy tym dźwięki parowej lokomotywy...słowem - chrapie. Pani Basia nie była w stanie przy tych dźwiękach zasnąć, ale przypomniało jej się, że na chrapiących działa "cmokanie", czem prędzej więc zaczęła cmokać. O dziwo metoda dała rezultaty - współlokatorka na moment przestała chrapać. Pani B chcąc wykorzystać moment ułożyła się wygodnie do snu...niestety po chwili znów usłyszała chrapanie, więc "dawaj" znowu cmoka... i tak minęło pół nocy- chrapanie, cmokanie i tak na zmianę. Rano przy śniadaniu Pani B niewyspana i zniesmaczona mówi do swojej współlokatorki:  
- W ogóle nie mogłam spać! Pani cała noc chrapała!
- A Pani całą noc cmokała!
Panie się nie wyspały, za to my się uśmiałyśmy :)
Następnego dnia dostałam manę i poszłam do domu. Zapytałam czy nie można mi dac czegoś w zamian tego zastrzyku, który ostatnio sprowadził mnie do pozycji horyzontalnej na kilkanaście dni. Stwierdzono, że oszczędzą mi tego i zobaczą jak mój organizm poradzi sobie bez. Ucieszyło mnie, że tym razem nie będzie mnie tak wszystko bolało! Jakże się pomyliłam...
To chyba jednak nie zastrzyk, a działanie chemii ostatnim razem mnie tak przygniotło do ziemi, tym razem niestety, również tak się stało. Może nie było tak strasznie ale ból kości i mięśni towarzyszył mi dobry tydzień...potem były zawroty głowy, osłabienie i przez to wszystko bardzo, bardzo zły humor. Dlatego własnie nie pisałam. W tym stanie nie można ani leżeć, ani siedzieć, ani stać. Myśleć i pisać też ciężko. 
Ale od piątku znów jestem sobą, albo przynajmniej czuję się dobrze. W lustrze nie bardzo się poznaję bo jestem mocno spuchnięta, ale to mały pikuś. Ważne, że ze szpitalnej potyczki wyszłam na zero.
A teraz czas na miłe wiadomości - ostatnimi czasy, jak już mogę chodzić i funkcjonować to dużo gotuję. Zawsze to lubiłam, ale teraz mam czas, żeby dodatkowo robić zdjęcia:) Dlatego też moja przyjaciółka zaprosiła mnie do wzięcia udziału w projekcie, jakim jest SEASON MAGAZYN (http://www.seasonmagazyn.pl/) facebook https://www.facebook.com/SeasonMagazyn?fref=ts . W najnowszym numerze (http://www.seasonmagazyn.pl/#magazine-menu) znajdziecie moje zdjęcia i przepisy na naturalne leki z czarnuszki w dziale "dopieprz". Serdecznie zapraszam was do oglądania, bo pomijając narcystyczne pobudki, uważam, ze Season jest najładniejszym i najorginalniejszym magazynem kulinarnym w Polsce i warto go zobaczyć. 
Druga sprawa - ta moja sesja dla SEASONA i codzienne gotowanie, doprowadziło mnie po raz kolejny do myśli o swoim własnym blogu kulinarnym. Wiem, że teraz każdy gotuje, tańczy, śpiewa i każdy się tym chwali. Wiem. Ale ja jestem wyjątkowa :D (może nie tak bardzo jak mi się wydaje, ale widzieliście inne takie dziwne stworzenie, które jest grafikiem, gotuje, robi zdjęcia, strzela z procy, jest grube, ma krzywy nos i walczy z rakiem? w tej konfiguracji - nie sądzę:)) Myślę, jeszcze nad nazwą, ale materiał zdjęciowo-przepisowy mam już całkiem pokaźny:) Tymczasem pochwalę się wam fotografią, która na pewno na blogu zawiśnie:)



Mam nadzieję, że po kolejnej chemii napiszę coś szybciej, może w międzyczasie powstanie ten mój kulinarny blog, może coś jeszcze...intensywnie myślę i staram się działać.

Do napisania!
Nie dawajcie się kryzysom:)

środa, 14 stycznia 2015

O raku piersi na poważnie

Kiedy zachorowałam jedna myśl pozwoliła mi przetrwać ten pierwszy szok i niedowierzanie - "to nie mogło wydarzyć się bez powodu". Pomyślicie "Jaki cel może mieć rak?" "Do czego może się przydać?". Ja zawsze, kiedy przydarzały się złe rzeczy, powtarzałam sobie, że są one po to, żeby się czegoś nauczyć, wyciągnąć wnioski i żyć lepiej. Dlatego wymyśliłam sobie, że mój bu-rak jest moją grą, w której ja- postać z krwi i kości będzie się uczyć, ale postara się też z wami podzielić doświadczeniem. 

Przeważnie staram się was rozśmieszyć, pokazywać, że można z uśmiechem przechodzić przez chorobę (oczywiście nie zawsze - kiedy ból doskwiera bywa ciężko). Staram się wspierać wszystkich, którzy do mnie piszą o swoich problemach, pomóc chociaż słowem, jeśli inaczej nie mogę. Dzisiaj będzie o raku piersi na poważnie.
 Ostatnio pisałam wam o tym, że kiedy byłam w szpitalu pojawiła sie tam WROCŁAWSKA TVP. Udzieliłam "wywiadu" Pani redaktor przed kamerą. Właściwie to wypowiedziałam kilka zdań na temat mojej choroby - opowiedziałam, że rak urósł bardzo szybko, że rok wcześniej byłam u lekarza i w piersi nic nie było a po roku okazało się że mam 6cm guza. Niestety - TV wszystko zmontowali i przekręcili - wyszło na to, że poszłam do lekarza on nic nie wyczuł a ja sama sobie usg zrobiłam i wyszło że mam guza. JUŻ NIGDY NIE POWIEM NIC W TV BEZ ZATWIERDZANIA. I co z tego, że "jestem nikim"? Pie*dolę taką telewizję, która nie mówi prawdy. Wiecie dlaczego tak się zdenerwowałam? BO CHCIAŁAM, ŻEBY W KOŃCU KTOŚ POWIEDZIAŁ GŁOŚNO, ŻE RAK PIERSI BARDZO SZYBKO SIĘ ROZWIJA.
To co możemy przeczytać na temat raka w internecie, o czym informują nas plakaty, ulotki i inne materiały propagujące walkę z rakiem piersi JEST W DUŻEJ MIERZE NIEPRAWDĄ. Duże słowa jak na kogoś kto nie jest autorytetem w dziedzinie medycyny, prawda? Nie boję się tego powiedzieć głośno. Mój lekarz powiedział mi przy pierwszej wizycie "dziś coraz młodsze kobiety chorują i nie ma reguł". Przez moją chorobę poznałam dziesiątki kobiet chorych na raka piersi - większość z nich to były młode kobiety, których profilaktyka mammograficzna nie dotyczy (przed 50 r.ż.), albo takie które chadzały do lekarzy, samobadały się, "obserwowały niegroźne zmiany w piersiach". Powtarza się mit, że 1 cm guz rośnie 8 lat! Nic bardziej bzdurnego.
 Nie jesteśmy lekarzami, żeby wam mówić jak macie postępować - to fakt. Ale wszystkie mamy raka piersi i każda z nas w jakimś stopniu zawierzyła lekarzowi i znalazła się tam, gdzie się znalazła - w szpitalu, na operacji, na chemii, z diagnozą raka piersi. 
Z góry mówię - nie uważam, że lekarze to partacze, że się nie znają, że nic nie wiedzą - nie o to mi chodzi, żeby podważać ich decyzje, jednak chciałabym Was - Kobiety - uczulić! Lekarz to też człowiek - ludzki czynnik, który nie jest WRÓŻKĄ. Po badaniu palpacyjnym ciężko stwierdzić czy dana zmiana jest czy nie jest rakiem. Nie daje tego również pewności usg. DBAJĄC O SWOJE ZDROWIE MUSIMY PAMIĘTAĆ, ŻE MAMY JE JEDNO I NIE BAĆ SIĘ PROSIĆ O DODATKOWE BADANIA (BIOBSJĘ) A LEPIEJ DOMAGAĆ SIĘ WYCIĘCIA ZMIANY, PÓKI JEST ŁAGODNA. BĄDŹ NIEPOKORNĄ PACJENTKĄ!
Chcę żebyście przez te kilka historii zobaczyli (mężczyźni również:)), że rak przychodzi nagle i właściwie tylko regularne samobadanie może pozwolić nam szybko zareagować i przede wszystkim - nie pozwalajcie się dać odesłać "z kwitkiem".  
Tyle ode mnie słowem wstępu. Resztę opowiedzą wam moje koleżanki z forum amazonki.net, które poprosiłam o kilka słów. Dziewczynom bardzo, bardzo dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze do was przemówią większą ilością historii. Zgodziły się na opublikowanie ich u mnie, ponieważ wierzą tak jak ja, że możemy pomóc kobietom, które nie wiedzą z czym to się je. My też nie wiedziałyśmy przed chorobą NIC. Nikt nas nie ostrzegał, dzisiaj My chcemy ostrzec Was.

Naomi (wiek w chwili wykrycia raka: 34 lata)
Zacznę od tego, że funkcjonowałam przez prawie 1,5 roku (o zgrozo !) w przeświadczeniu, przekonaniu , że mój guzek to gruczolakowłókniak ...A zaczęło się tak ( w dużym skrócie) :W 2011 r. po wielkim trudzie donoszenia ciąży , urodziłam wspaniałą , zdrową córeczkę. Postanowiłam ją karmić jak najdłużej piersią, co też czyniłam przez 13 miesięcy :) W końcu nadszedł czas odstawienia już biegającej małej Zuzi od tzw. cyca , co nie było łatwe , ale udało się ...To był sierpień 2012 r.Zakończyłam laktację i właściwie natychmiast wyczułam niewielki guzek w prawej piersi. Prawie natychmiast umówiłam wizytę u ginekologa, który wykonał USG i stwierdził, że to jakiś węzeł chłonny. Nic strasznego , nic wielkiego ale trzeba sprawdzić.Następna wizyta u radiologa , która twierdzi ,że to gruczolakowłókniak z całym swoim przekonaniem. Nic wielkiego , gdyby rósł należy go usunąć. Zaleciła ewentualna biopsję mammotomiczną gdyby tak było, ale dopiero za pół roku ze względu na niedawną laktację.Uspokojona, że nic mi nie jest wróciłam do domu do obowiązków, do pracy i tak się przebujałam , wręcz nawet zapomniałam o włókniaku, którego muszę usunąć jak zacznie rosnąć.Więc zaczął rosnąć pod koniec 2013 r. jak już byłam pewna, że jest większy, a był to styczeń 2014 r wykonałam telefon do chirurga i umówiłam się na usunięcie włókniaka, jak na usunięcie brwi u kosmetyczki... prywatnie się leczyłam jak do tej pory, więc i tu również stwierdziłam, że nie będę czekać na terminy jakie są u nas w szpitalach i poradniach. Chirurg zaleca jednak biopsję cienkoigłową. Luty 2014r. wynik biopsji - obraz budzi podejrzenie raka !!! Szok!!! Jak to rak??? Niemożliwe , przecież włókniak to nie rak !!!Weryfikacja biopsji już w IO w Gliwicach czekam dwa tygodnie , ale już wiem, że tamto życie już było i teraz zaczyna się inne...Wynik biopsji gruboigłowej potwierdza się : rak rdzeniasty, inwazyjny , trójujemny G3. T2NOMOWpadam w otchłań czarnej rozpaczy, żeby szybko się z niej podnieść i walczyć o życie. Walczę!Plan leczenia: 4x AC , 4x Paklitaksel, operacja radykalna , radioterapia.Guz zmniejszył się bardzo więc chirurg decyduje o operacji oszczędzającej.  13 sierpnia 2014r. operacja oszczędzająca, węzły chłonne bez przerzutu. Szybko wracam do formy.wyniki hist - pat - jednak przewodowy( nie rdzeniasty) reszta jak wyżej.

Magda (wiek w chwili wykrycia raka: 39 lat)
Byłam badana w maju i październiku 2006 r ...było wszystko w porządku...kwiecień GUZ wielkości 4,5 na 5 cm

Kass (wiek w chwili wykrycia raka: 37 lat)
Co do mojego przypadku.. trafił mi sie przedinwazyjny, w wieku 37 lat. Na mammo dostałam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu, choć każdy jeden lekarz, z którym przez ostatnie kilka miesiecy rozmawiałam dociekał, dlaczego prosiłam o mammo, skoro jestem przed 40-tka... a ja tylko pamiętałam, że jak miałam 28 lat to mi onk powiedział, żebym regularnie piersi badała, ponieważ mam naturalne nieregularności i trzeba to kontrolować.. a że przez ostatnie kilka lat leczyłam niepłodność i przyjmowałam kupę hormonów, po których - szczególnie pod koniec - strasznie źle się czułam - chciałam mieć pewność, że te hormony nie spaprały mi czegoś w życiorysie.. i chociaż jest to moje prywatne zdanie - to w/g mnie te hormony były czynnikiem, który przyczynił się do mojego DCIS - ale glośno żaden lekarz tego nie potwierdzi (mimo tego, ze po cichu polowa lekarzy, z którymi się spotkałam przyznała mi rację, że jest taka możliwość)

Elapl (w chwili wykrycia raka 57 lat)
Ja należę do tych kobiet ,które się systematycznie badały . Byłam pod kontrola lekarza onkologa-prywatnie. Niestety jakieś 5 lat temu zmarł mój onkolog i przeszłam jako pacjentka do innego prywatnego gabinetu. Raz na rok USG,Co dwa lata MM i raz na rok macanko. W kwietniu 2012r wynik MM super - nie stwierdza sie zadnych niepokojacych zmian- nawet USG nie zalecili.Jaka bylam szczesliwa....... W lutym 2013r. normalna kontrola w gabinecie- macanko i USG- cos tam jest w lewej piersi ale to torbiel nie ma czym sie przejmowac. Znowu jestem szczesliwa...... W związku z tym ,ze planowałam wyjazd (USA) do córki taki dłuższy -8 m-c coś mnie tknęło i 1 lipca wrócilam do gabinetu aby pan doktor raz jeszcze zobaczył tą niby torbiel. Zobaczyl ale juz nie byl taki pewny . Zrobil biopsje cienkoiglowa i 6 lipca usluszalam -rak zlosliwy. (1 cm)Jak to panie doktorze w lutym torbiel a teraz rak????? No, wie pani -- uslyszalam- diagnostyka raka jest bardzo trudna.Myslalam ,ze zemdleje.Maz mnie wyprowadzil z gabinetu bo chyba bym sie na niego rzucila. 2 sierpnia mialam operacje ( 29mm) w tak krotkim czasie -1 miesiac- taka roznica w okresleniu przez lekarzy wielkosci guza??? a wspomnianego lekarza nie chce na oczy widziec.

Mea (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
czerwiec 2012 mammografia, nic niepokojącego nie było, wynik prawidłowy. 
Pod koniec roku zauważyłam, że coś zaczyna się dziać, ale wszystko zwalałam na hormony ( pół roku wcześniej zmieniłam pigułki antykoncepcyjne). 
luty 2013 - odstawienie proszków 
13 marca 2013 biopsja i mammografia - guz 32x28mm - lekarz badający powiedział cytuję: "nie wyglada to dobrze"... 
25 marca 2013 wyniki: rak!!! 
05 kwietnia 2013 wizyta w szpitalu, chirurg stwierdza palpacyjnie, ze guz jest większy 
najpierw chemioterapia i we wrześniu 2013 operacja...to co wycieli miało obszar 6cm... 
Jak o tym myślę, robi mi się słabo

Ania_soWhat (wiek w chwili wykrycia: 33 lata)
Guzka maluśkiego znalazłam u siebie niecałe 2 miesiące temu, jednakże przy USG doktorek powiedział: "tam nic nie ma, i to pewnie hormonalnie przy cyklu, proszę przyjść za rok..." 
Dwa tygodnie później zaczyna pierś boleć znienacka jak cholercia... 
Łapię się na szybko ginekologa... on wykrywa guzka z łatwością wg niego na 1,67cm następnego dnia ten sam doktorek co wcześniej mówił że "nic nie ma" w tej piersi (lewa), znajduje wg zdjęcia od gina guzek na godzinie drugiej wielkości 1,74cm... 
Następnego dnia zgłaszam się do niego na biopsję cieńkoigłową, boli jak cholercia, treść gęsta okropnie także udaje mu się pobrać tylko parę kropelek przy pięciu (!!!) wkłuciach... (i tu już jakoś "czuję" że to nie będzie nic "lekkiego" ) 
Po tygodniu wynik, niestety znalezione komórki rakowe. 
Dodam że guzek naprawdę szybko rósł aż do pierwszej chemii.. ale to już dłuższy temat... 
Co do stwierdzenia że guzy to dopiero po pięćdziesiątce to jest niemoralny żart... na te wszystkie kobitki które spotkałam w czasie swojego leczenia to tylko dwie były po 50... 

Małgonia (wiek w chwili wykrycia raka: 51 lat)
Ja w listopadzie 2011 miałam mammografię robioną prywatnie i wszystko było OK a w sierpniu następnego roku był już rak na 3 cm!

Aquila (wiek w chwili wykrycia raka: 29 lat)
mnie z diagnozą: liczne łagodne torbiele (powstałe na tle hormonalnym) odesłali najlepsi spece z CO. Po kilku miesiącach wróciłam tam już z wynikiem prywatnie zrobionej biopsji. Radiolog, który skierował mnie na biopsję, też nic podejrzanego nie widział, biopsja była "dla pewności". Nie uważam tych wszystkich lekarzy za konowałów, trochę sobie poczytałam na temat swojego przypadku i wiem, że on często wygląda jak zupełnie niepodejrzane torbiele, a ekstremalnie rzadko się zdarza u kobiet w młodym wieku, mieli prawo tego nie podejrzewać, ale ci z CO mogli mi chociaż zasugerować wtedy zrobienie rezonansu, nawet prywatnie, ja wówczas byłam kompletnie zielona w temacie raka piersi, diagnostyki itp.; nie miałam pojęcia, że mammografia i usg są tak niemiarodajne przy "gęstych" cyckach 
z tym że trzeba mieć pieniądze żeby tę w/w "pewność" uzyskać/stracić już się pogodziłam, nie mogę pogodzić się z tym, że pacjent musi wiedzieć dużo więcej niż lekarz mu mówi

Magenta (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
Wrzesień 2013r: usg i guzek ok 1cm - zapewniono mnie, że zmiana łagodna i zalecono usg po 6 miesiacach. Marzec 2014r guzek w stabilizacji taki jak byl wczesniej. ( jestem wtedy juz w ciazy) Wrzesien 2014r usg i znow zmiana lagodna z tym, ze ma juz prawie 3cm - zalecono kontrol za 6 miesiecy. Ja jednak poszlam do onkologa... Cytuje: zle to wyglada. Potem biopsja cienka igla potem gruba igla - RAK! 2 pazdziernika cc a 13 listopada mastektomia. Lekarze ogólnie mówili, że w ciąży nie ma co się badać, bo są zmiany hormonalne i po co siać panikę!

Ikka (wiek w chwili wykrycia raka: 42 lata)
Radiolożka na usg zapewniała mnie , że moje guzy sztuk 2 to zwykłe gruczalowłókniaki, chirurg w badaniu palpacyjnym tez nie widział nic podejrzanego, dopiero wyniki biopsji zrobiona tak naprawdę dla potwierdzenia tych przypuszczeń były jak grom z jasnego nieba : RAK!!! Chirurg zapytany jak to możliwe? odpowiedział, że dla wykrycia raka można stosować tylko: 
- mammografię - jej skuteczność zależy jednak od budowy piersi ( w przypadku struktury gruczołowej wartość diagnostyczna jest mocno ograniczona ) i umiejętności robiącego mammografię : 
- badanie palpacyjne - i tutaj znaczenie ma samobadanie , żeby znać swoje piersi i dzięki temu zauważyć niepokojące zmiany 
- usg - które jest badaniem bardzo obiektywnym i zależy od umiejętności radiologa 
I tylko tyle - w każdym przypadku pojawia się czynnik ludzki , który jest omylny niestety smutny 
A do tego raczysko jest złośliwym stworzeniem i próbuje się kamuflować - dlatego trzeba czujnym i drążyc temat jeśli są jakies wątpliwości... 
W moim przypadku guza wychwyciłam sama mammografia nic nie wykazała, usg wykazało zmiany ale w ocenie radiologa miały być łagodne 
Tutaj na forum są same "specjalistki" od raka ale teraz kiedy temat ten przewija się wśród moich znajomych wiem ,że należę do zdecydowanej mniejszości...Kobiety lekceważą temat profilaktyki, badań nie dopuszczając do siebie myśli , ze im tez może przydarzyć się niechciany sublokator... 
Teraz jeśli zorientuje się , ze jakaś moja znajoma/ kolezanka jest na bakier z profilaktyką daję jej zadanie domowe : idż i zrób usg..Zresztą podejrzewam, że moja historia dała co niektórym do zrozumienia żeby to zrobić.

Agaba ( wiek w chwili wykrycia raka: 46 lat)
2001 rok -styczeń , wyczułam zgrubienie pod piersią. Prywatne badanie USG - diagnoza tłuszczak. 3 lata macałam sobie tego tłuszczaka pokazując go dwa razy ginekologowi i dwa razy endokrynologowi. Nic z tym nie zrobili, powtarzali jak mantrę - tłuszczak . Pani endokrynolog to nawet powiedziała (pamiętam to do dziś :" a co, czy ja jestem od diagnostyki piersi". Wreszcie poszłam w 2004 roku prywatnie na biopsję. Wynik rak. Po operacji okazało się, że 2 węzły zajęte + nacieka okoliczne tkanki. 
A teraz żeby było zabawnie: Z wynikiem biopsji wizyta w CO. Zlecono mammografię - nic nie wyszło, bo guz wysuwał się z aparatu. Zlecono USG - próbowałam zasugerować gdzie ma tą głowicą jeździć, ale "przesympatyczna" pani radiolog nie pozwoliła sobie nic zasugerować, po prostu kazała mi milczeć. Wynik USG - nie ma zmian. Dopiero jak moja lekarka, wściekła jak cholera, przyleciała do gabinetu USG i nakrzyczała na wykonującą badanie, to znaleźli tę zmianę. 
Wg mnie już w 2001 roku to był rak, tylko trafiłam na niedouczonych lekarzy. Gdyby wycięli go 3 lata wcześniej, to być może węzły byłyby czyste.

Endżi (wiek w chwili wyrycia raka: 31 lat)
Od kilku lat w prawej piersi miałam zmianę łagodną, dwukrotnie weryfikowaną w biopsji, która choc niegroźna (fibroademona) wymagała kontroli co pół roku. Zgodnie z zaleceniami lekarza karnie co pół roku stawiałam się na usg. I tak 29.11.2013 poza wspomnianą zmianą w prawej piersi nic nie budziło podejrzeń i zastrzeżeń lekarza. Pięć miesięcy później (pierwsze dni kwietnia 2013) podczas kolejnego usg okazało się że owszem zmiana w prawej piersi jest jak była, ale w lewej pojawiło się coś co od razu zostało zaklasyfikowane jako "zmiana podejrzana" (w obrazie usg 17mm, po operacji 14mm). Do momentu biopsji mialam jeszcze złudzenia że to kolejny gruczolakowłókniak (no przecież na raka piersi nie choruje się w wieku 31 lat??!!). 8 maja zrobiłam biopsję, a dzień później zadzwoniła do mnie położna i mój świat przewrócił się do góry nogami...

Nikulam (wiek w chwili wykrycia raka: 35 lat)
Piersi badałam regularnie od jakiś 12 lat u tej samej pani doktor.Luty 2013 lewa pierś czysta a w prawej coś nie budzącego podejrzeń, prawdopodobnie poszerzone przewody mlekowe, może uraz po zabawach z córka. Dla pewności prywatnie biopsja i wszystko ok. Zalecenia by zbadać za rok dostaję od chirurga onkologa do którego pognałam z wynikiem. 
Wrzesień 2013 mam wracać do pracy po wychowawczym więc pomyślałam że zbadam teraz już piersi bo nie będzie po powrocie do pracy czasu i znowu na rok będzie spokój. Leżę u mojej pani doktor, bada prawą i ok.nic nie ma po tym dziwnym czymś sprzed 6mc ale zaraz zaraz w lewej piersi za to aż 2 albo 3 guzy! W panice wciska mnie na biopsję do swojej znajomej na drugi dzień, oczywiście prywatnie.Przed biopsja robię jeszcze mamografie, która potwierdza 3 guzy. 16 września kończę 35 lat a 17 września odbieram diagnozę-rak 
Po biopsji niewyczuwalne wcześniej guzy rosną jak szalone, pierś robi się wklęsła, moja pani dr na usg widzi 4-ego guza.....10.10 po operacji okazuje się że były 3 które przez ten krótki czas od biopsji do operacji potroiły swoją wielkość. ...


Ewka (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
Ja miałam 36 lat,a w tym wieku nie choruje się na raka piersi.Znaleziony guz mnie bolał,a przecież nie powinien,bo rak piersi nie boli to zmiany hormonalne.Głupia i naiwna byłam słuchając tych bredni. Prawda była zupełnie inna: miałam raka i wcale w tej "bajce" nie byłam taka młoda,przekonałam się o tym wkrótce tu na forum. Mastektomia (16mm guz, usunięte węzły w tym 3 zajęte,6x AC brrr. Według mądrych głów rak piersi dotyka kobiety po menopauzie i im każe się baczniej obserwować.A w rzeczywistości jest zupełnie inaczej,bo skurczybyk czyha za plecami dużo młodszych kobiet,a menopauzę daje im w gratisie,taki jest rozrzutny

To tylko kilka historii i nie są jakoś specjalnie przeze mnie "wybrane". To wierzchołek góry lodowej. To nie są wyjątki, to jest właśnie reguła, którą możemy zaobserwować wśród pacjentek leczących się na raka piersi. Nie wiem gdzie te wszystkie kobiety, które się nie badały, którym rak rósł kilka lat. Jeżeli takie znajdziecie to napiszcie. Tymczasem wszystkie, które to dzisiaj przeczytałyście - zbadajcie swoje piersi już dzisiaj! Rak to burak i przychodzi nie proszony!

Zdrowia i mam nadzieję, że dotrę do was jeszcze z innymi historiami!
Anuk


I jeszcze jedna wiadomość: Z obecnie żyjących, co 14 Polka zachoruje na raka piersi w ciągu swojego życia. Biorąc pod uwagę wzrostowy wskaźnik zachorowalności, istnieje realne zagrożenie zwiększenia się liczby Polek, które zachorują w najbliższej przyszłości na ten nowotwór. Nowotwory złośliwe są pierwszą przyczyną zgonów u kobiet do 65 roku życia w Polsce, a rak piersi jest pierwszą przyczyną zgonów u kobiet w wieku 40-55 lat.(źródło: http://portal.abczdrowie.pl/wystepowanie-raka-piersi-w-polsce)




niedziela, 11 stycznia 2015

Level 5 - RAK W WIELKIM MIEŚCIE

Gdyby na googlu można było publikować prosto z mózgu, ten blog wyglądał by zgoła inaczej. Byłoby na nim mnóstwo wpisów, połowa zupełnie bez sensu i nikt by tutaj nie zaglądał prócz wielbicieli "nawiedzonych ludzi". 
Dziękuję Ci google, że nie masz jeszcze takiej opcji!

Rok zaczął się dla mnie tak jak planowałam - miło, przyjemnie, w gronie przyjaciół, pośród gier towarzyskich i planszowych w niebieskiej peruce na łysej głowie. Tak właśnie wyglądał mój "Rak w wielkim mieście" w Sylwestra 2015. Dla was może nic specjalnego, ale ja miałam masę zabawy z nie-rzygania w ten wieczór. Wszystko dzięki doktorkowi, który dał mi odroczenie od NOWEJ CHEMII z 31.12 aż do 5.01, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Moja wdzięczność rośnie dziś, kiedy już wiem z czym to się je. 

Otóż kochani, NOWA CHEMIA brzmi jak nazwa super-modnego klubu w centrum miasta i patrząc na świat z lekką nutką ironii można by było przy tym zostać, ale nie wiem jakim trzeba by było być "lanserem", żeby bez przymusu wstąpić do tego klubu i pląsać "popijając drinka". Ja w każdym razie chciałabym ominąć z dala ten klub chemoholika i zostać wśród przyjaciół w swojej niebieskiej peruce za 14,99 zł z Lidla, choćbym miała pozostać łysa jeszcze przez 20 lat. Ale zacznijmy od początku.
Zachęcona gadaniem doktorka o NOWEJ CHEMII poszłam do szpitala pełna nadziei  na spokojne dni "po" (+50 do naiwności). Miałam dostać TAXANY (cokolwiek to znaczy:) i do tego sterydy chroniące mnie przed tymi pierwszymi (moja wiedza chemiczna rośne, ale się gubię w tym świecie cytostatyków) W szpitalu było sporo znajomych twarzy - posiadaczy ekskluzywnej karty klubowej "RAK W WIELKIM MIEŚCIE". Wszyscy po świętach i Sylwestrze pełni dobrego humoru, spokoju i nadziei na wyzdrowienie. Nie było nas zaś jakoś strasznie dużo, więc nawet udało mi się dorwać łóżko szpitalne bez czekania (taki bonus dodawany do piątej chemii). Jak tylko ogarnęłam temat badań, sali i zajrzałam do stałych bywalców klubu, odwiedziła mnie koleżanka z forum AMAZONKI (taki klub dla babek, które mają "wyjątkowe cycki" ale nie w sposób pożądany, choć wyglądają niczego sobie) Moja nowa koleżanka, do tej pory wirtualna okazała się "lekiem" na szpitalną nudę i została ze mną do późnych godzin obiadowych (nie wiem kiedy minęło 6 godzin, ale dzięki Prezesowo, świetnie się bawiłam).
Szpitalna rzeczywistość tym razem zapowiadała się naprawdę zachęcająco (nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę). Prócz wspomnianej nowej koleżanki poznałam również żwawą i kochaną 82-letnią Panią Marię z łóżka obok oraz uśmiechniętą, piękną Asię. Wolałabym jednak, żeby tak dużo fajnych ludzi tu nie przychodziło na drinki. Dla mnie tego dnia, był to klub "NOWA CHEMIA" dla Asi "SZÓSTY ROK CHEMII" a dla Pani Marii "RED-HOT-CHEMIA". Każdy może nazwać to inaczej, ale łączy nas tutaj jeden cel - wydymać raka bez wazeliny. Niestety przy okazji dymamy tez swój organizm i właśnie do tego dążę. Ale jeszcze chwila...
W szpitalu była również telewizja Wrocław, która kręciła news o nowym sposobie określania sposobu leczenia raka piersi (podobno będzie można przed rozpoczęciem leczenia określić czy chemia pomoże czy też trzeba będzie zastosować coś innego) Szukali pacjentki, która powie parę słów o swojej chorobie. Jak zwykle podjęłam się wyzwania (wszystkie inne pacjentki z rakiem piersi udawały, że ich nie ma) Nie widziałam materiału, ale może i dobrze. Nie wystąpiłam, żeby jarać się swoją gębą w telewizji, ale żeby dotrzeć do ludzi z wiadomością - RAK MOŻE ROSNĄĆ JAK NA DROŻDŻACH I NIE DAWAĆ ŻADNYCH OBJAWÓW. Jeżeli komunikat dotarł do chociaż jednej osoby i dzięki temu poszła się ona zbadać to było warto poświecić pyzatym pyskiem w tv:)
Dzień w szpitalu mijał szybko, przyjemnie na rozmowach, śmiesznie na występowaniu w tv i ...mdłościowo z powodu psychosomatycznych odruchów. Nie pomyślałabym, ale po moich chemicznych przygodach, teraz, kiedy miałam dostać NOWĄ CHEMIĘ, wystarczył widok starej, "czerwonej mikstury" albo nawet sama myśl, albo nawet sama myśl o zapachu, żebym dostawała odruchu wymiotnego. Tak, to była ta mało przyjemna część pobytu. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, wypita herbata próbuje wydostać się z mojego żołądka. Tutaj wypadałoby przytoczyć anegdotkę, którą usłyszałam od pielęgniarki. Otóż, pewna Pani Dr poszła na zakupy do marketu naprzeciwko szpitala i spotkała tam swojego byłego pacjenta. Po uprzejmym przywitaniu się, pacjent rzekł "Pani Doktor, jak Panią widzę to rzygać mi się chce".
Śmieszne, ale prawdziwe :)
Żeby przyjąć nowe Taxole, Taxany czy jak je tam zwał, musiałam o 23 łyknąć 8 sterydów, potem o 7 rano i 9, musiałam więc spędzić noc w szpitalu. Jak mus to mus. Tym razem miało się obyć bez mdłości, rozdrażnienia zapachami i takich tam efektów. Lekarz powiedział, że mogą mnie jedynie boleć stawy i mięśnie - brzmi super w porównaniu do ciągłego przytulania muszli. Oprócz mojej NOWEJ miałam również sama podać sobie w domu "sprytny" zastrzyk, który ma odbudować czerwone krwinki po chemii. Spoko, dam radę, wszystko tylko nie czerwona mana... Jakże dałam się zwieźć tym doktorkom-szarlatanom! Chemię przyjęłam, efektów ubocznych nie było (WOW). Pojechałam do domu, tam miałam jeszcze przyjąć przez 2 dni 30 sterydów - pikuś - jedyne co po nich następuje to czerwona gęba i poty w nocy. Ale zapomniałam zakupić "SERUM NA KRWINKI". Lekarz powiedział, że to tak na wszelki wypadek i powinnam go sobie wstrzyknąć 24h po chemii. Przez moje zapominalstwo zakupiłam go dwie doby po chemii, ale z tego co wiem to nie aż takie ważne. Byłam zadowolona, że nic mnie nie boli i nawet samowstrzykiwanie sobie czegokolwiek mnie nie przerażało. Ba! Nawet cena 100% leku na opakowaniu (3280zł!!) jakoś szczególnie mnie nie przeraziła (to straszne, ale człowiek przyzwyczaja się do wszystkich absurdów, kiedy chodzi o ratowanie życia) Jednak gdybym wiedziała co mnie czeka po tym magicznym SERUM SIŁY to byłabym przerażona...
W bajkach Papaj żarł szpinak w puszkach i to mu wystarczało (chociaż wyglądał jakby sterydy też tam były). W rzeczywistości, żebym ja mogła być silna, trzeba mi tę siłę odebrać. Podstępnie. W tej małej plastikowej strzykawce za 3 tys zł czaiło się ZŁO. ZŁO o sile 5 gryp i zębach jak szpilki do pożerania kości. Efekty uboczne zaczęły się kilka godzin po zastrzyku i trwają 3 dobę. Moje ciało zostało opanowane. Prawdopodobnie to czerwone krwinki sa takie popie**olone i mnożą się przez wbijanie mi ostrych przedmiotów w mięśnie i stawy. Tak to przynajmniej odczuwam. Od 3 dni moim najlepszym przyjacielem jest ketonal. Nawet opuszki palców bolą od stukania w klawiaturę (Już myślałam, że nie dotrę do momentu kiedy będę mogła się wyżalić i napisać jak mi źle, nie sprawiło mi to jednak tak wielkiej ulgi jak myślałam:) Jakoś to przetrwam (powtarzam jak mantrę) Jakoś to przetrwam...
NOWA CHEMIA okazała się nie być super-fajnym klubem, ale mam nadzieję, że dla raka również i wykidajło nakopie mu do dupy. Tymczasem ja oddaję się nowej pasji - szyciu z filcu breloczków:) Pozwala mi to oderwać się trochę od bólu i przy dobrym filmie, igle i nitce przetrwać kolejne dni. Dzisiaj niedziela i kolejne zawody w strzelaniu z procy. Dzisiaj pierwszy raz od 8 tygodni beze mnie. Tym razem osłabiona bohaterka poddaje się i procę wymienia na igłę i nitkę, ale nie martwcie się - za tydzień będę jak nowa:)


moje breloczki ;)



PS. Mam masę rzeczy do napisania, chciałabym poruszyć tyle tematów okoliczno-rakowo-społecznych, ale kurna, nie mam jeszcze siły:) Jak tylko efekty uboczne ustąpią, obiecuję zanudzać was dalej. Tymczasem trzymajcie się w zdrowiu!