I oto wpis z 1:17.
Powoli dochodzę do siebie i całkiem nieźle mi to idzie. O takich rzeczach lubię pisać, kiedy jest dobrze i można się podzielić uśmiechem. Ale ostatnio zdarzyło się też kilka niefajnych rzeczy. Odeszła z grona amazonek nasza koleżanka Aganiszka, która od kilku lat borykała się z chorobą. A dzisiaj przeczytałam, że Marzena, która walczy z chłoniakiem ma znowu nawrót...i takie wiadomości demotywują i dołują, tylko niestety w tym naszym onko-świecie to się zdarza, zdarza się ku*wa za często. Nie mam słów, którymi mogę wyrazić nie tyle żal czy smutek ile wściekłość, bo ja po prostu mam ochotę krzyczeć bardzo głośno przeklinać i na czymś się wyżyć, a najlepiej pozabijać wszystkie pier*olone raki na tym świecie. Bezsilność wobec tego co się dzieje dookoła staram się jednak przemienić w siłę do walki o swoje życie, Tylko tyle mogę zrobić.
Dzisiaj bardzo dużą ilość złości postanowiłam wykorzystać przy strzelaniu z procy - i udało się, pokonałam chłopaków i wygrałam pierwsze wiosenne zawody. Kto jeszcze nie zna naszej pasji, niech zajrzy tutaj: PROCOHOLICY. Chyba wszyscy mi kibicowali pomimo, iż każdy chciał wygrać. Ja miałam w ogóle nie startować z powodu operacji, ale rehabilitantka pozwoliła mi strzelać z procy (nie pytałam co prawda od kiedy mogę;)). I mówiąc szczerze, ledwie dałam radę, bo wbrew pozorom, trzeba włożyć w strzelanie sporo siły i skupienia, żeby trafić w butelkę oddaloną o 15 metrów. W pierwszym sezonie ciągnęłam się na szarym końcu w rankingu, ale teraz postanowiłam wygrywać. Wygrywam z rakiem i wygrywam we wszystkim. Takie mam kurna postanowienie nowo-wiosenne i nowo-życiowe, bo po operacji jakbym zaczęła drugie życie.
Nadeszła wiosna i prócz zrzucenia ciepłych kurtek ja zrzuciłam chustę! W końcu mogę sobie na to pozwolić, bo moje włosy postanowiły mnie wesprzeć i rosnąć jak szalone. No i już nie wyglądam jak osoba chora, tylko może jak rockowy-grubas-ekscentryk.
Fryzurę mam na nieco "madmaxową" ale w sumie czemu nie wyglądać jak świr? Świrów wszyscy się boją, ale też świr może wszystko i nikt się temu nie dziwi. Dobrze być świrem (albo artystą, jak dla mnie ta sama kategoria;)
I kto wygląda bardziej świrowato? no kto?
Przy okazji rozpoczęcia bojów PROCESOWYCH (czyli w strzelaniu z procy, nie walki w sądzie) odwiedzają mnie znajomi w ilościach hurtowych. Bardzo mnie to cieszy, bo w końcu mam z kim pograć w dixita (polecam sobie wygooglować a potem zakupić - świetna gra nadająca się również do grania z dzieciakami). Dzięki temu odrywam się trochę od świata chorych i łapię równowagę. Nawet nie wiecie jak dobrze jest po 7 miesiącach poczuć się w końcu dobrze. Mówię o fizycznym poczuciu, bo psychicznie przeważnie dawałam radę. Szwy już tak nie ciągną, nawet chłonka napływająca rzeką do cyca zamienia się powoli w strumyk leśny i już tak nie przeszkadza. Najfajniejsze jest to, że tak dobrze, czuję się od dwóch dni, ale już mi się wydaje, że minęły tygodnie. Mam taką zdolność specjalną - szybko zapominam o tym co złe (plus 50 do samopoczucia, -50 do pamięci ;))
Nim nadszedł czas zapomnienia, był czas odparzonych szwów pod cyckiem, które bolały jakby ktoś wbijał mi rozżarzonego druta, czas nieprzespanych nocy, czas bólu i zakręcenia w głowie nonstop. Ale było-minęło.
Jutro jadę do dr T na ściąganie chłonki do szpitala. Mam nadzieję, że będzie jej już trochę mniej niż ostatnio, bo chciałabym zacząć jakoś inaczej spędzać czas (chociażby ćwicząc strzelanie z procy:) Jutro również powinny być już moje histopaty (wyniki badań histopatologicznych wyciętego guza i węzłów chłonnych). Jakoś się nie denerwuję, bo ufam, że dr T wszystko dobrze wyciął, co więcej wierzę, że mało tego skur*ysyna tam już było i nie mieli czego badać. Ale zobaczymy, nie omieszkam wam napisać o wyniku.
I jeszcze parę historyjek:
Jak wspominałam w ostatnim wpisie, podczas pobytu w szpitalu lekko się pochorowałam i leczyli mnie paracetamolem. W końcu kiedy wychodziłam Pan dr M, który był na niedzielnym dyżurze przyniósł mi wcześniej przygotowany przez dr T wypis. A przy wypisie dopięte recepty na leki od dr T.
- A na co te leki panie doktorze?
- Jak sobie pani wykupi, to sobie Pani zobaczy - fachowa odpowiedź.
Jak sobie je wykupiłam to sobie zobaczyłam skąd ta odpowiedź - Dr T przepisał mi antybiotyki, żeby rana po dwóch operacjach się nie babrała. Gdybym je brała, to bym sie również nie pochorowała pewnie. Wróciłam do domu, udałam się do mojej internistki i ona dopisała mi jeszcze jedno opakowanie tegoż antybiotyku, żebym wyszła z choróbska.
Takie tam przeoczenie, że pacjent powinien coś brać, po co o tym wspominać.
Druga scenka. Pielęgniarka przyszła zbadać mi ciśnienie.
- A ile Ty masz lat kochana?
- W tym roku 29
- Oooo, to Ty jeszcze jesteś młodziutka
- Pani też jest młoda (na oko ok 40-stki)
- JA?? Tak Ci się tylko wydaje!! Nie wiesz, to nie mów
- Młoda i zdrowa, nie ma na co narzekać
- Zdrowa?? Ja już nie jestem zdrowa, teraz to już tylko z górki.
- Chce się Pani zamienić?
Typowe rozmowy szpitalne. Nie wiem czy tylko mnie wszyscy tak zazdroszczą wieku, nie myśląc o mojej sytuacji, czy paplają co im ślina na język przyniesie bez zastanowienia? Za każdym razem jak byłam na chemii też się jakiś zazdrośnik zdarzał.
A na koniec scenka z życia pozaszpitalnego. Moja przyjaciółka Mar poleciała dzisiaj do siostry do Wielkiej Brytanii (God, save the Queen). W sobotę wybrałyśmy się razem na zakupy. Siedzimy sobie na przystanku czekając na autobus, podjechał akurat nie nasz, z którego wysiadł swoisty jegomość. Czuć go było na odległość kilku metrów, buty dziurawe, spodnie ubłocone, kurtka brudna. Idzie sobie, nagle patrzy na swoje ramię a tam biała plama. Wyciągnął chusteczkę, poślinił i zaczął ją z pasją wycierać.
I już na koniec końców, motto na dziś:
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk
















