Co za emocje! Czasami ich brakuje w tej grze w BUraka, czasami jest aż nadto. Ostatnie kilka dni było intensywne, miłe i niemiłe, ale takie jak lubię. Burzliwe i waleczne, ale chyba ten level zaliczony na 5. Kolejny szykuje się też ciekawy, niebezpieczny...ale to będzie już inna historia. Dzisiaj bohaterami wpisu będą: Anuk (czyli ja walcząca z BUrakiem, nfzetem i przeciwnościami losu, głupotą ludzką i nieludzką), Alchemiczka Dr D (kobieta konkretna i ludzka, empatyczna i mądra, która przejęła się moją sprawą i przejęła prowadzenie mojego przypadku na moje szczęście i nieszczęście BUraka) oraz Dr T, który od początku przewija się w moich wpisach (chirurg mądry, ceniony, o innowacyjnym podejściu. Przed diagnozą mi pomógł, po diagnozie postawił mnie do pionu a teraz będzie mnie ciął!)
No to zaczynajmy!
Tym, którzy nie śledzą od początku mojego bloga, oraz tym nieuważnie czytającym i tym z pamięcią złotej rybki pokrótce przypomnę jak to było od początku...
Wyczułam guza, poszłam na usg do przychodni - tam Pani radiolog zrobiła smutną minę i wysłała mnie do DCO. Totalnie zagubiona i "nicniewiedząca" wówczas, udałam się gdzie polecono. Zaczęła się ta zawiła gra... W DCO przyjęła mnie pierwsza czarownica - w szybkość rośnięcia guza nie uwierzyła, kręciła nosem, przewracała oczami, naprychała i nakrzyczała na mnie. Termin badań dostałam za trzy tygodnie i dowiedziałam się, że nigdzie nie mogę zrobić prywatnie takowych, bo tutaj ich nie będą uznawać...Sytuacja bez wyjścia (?).
Na szczęście koleżanka poleciła mi innego lekarza z DCO i do niego postanowiłam się udać. I tutaj wkracza nasz super-bohater Dr T. Udałam się do niego lekko przerażona. On mnie zbadał i po raz pierwszy ktoś cokolwiek mi powiedział. Spokojnie i klarownie - co to może być i jak to wyleczymy - podkreślam "WYLECZYMY". Choć jeszcze wtedy wierzyłam, ze to nie rak, jednak słowa te mnie uspokoiły i pozwoliły spać w nocy. Ale to nie było najważniejsze - dr T uwierzył w hiper-szybkość wzrostu mojego buraka i powiedział, że postara się przyspieszyć badania. Udało się, już po 5 dniach miałam zrobione USG Mammo i biobsję. Po minach radiologów z podziemi budynku B widziałam, że nie jest dobrze. Nie było, po 7 dniach dowiedziałam się, że to rak - dowiedziałam się w sposób brutalny i przygniatający do ziemi od złego czarnoksiężnika Oż - "TO PANI TEGO WCZEŚNIEJ NIE WYCZUŁA??" (wyczułam, tylko chciałam zobaczy Pana głupią minę...:/) "TO JEST TAKI RAK, CZEKA PANIĄ DŁUGIE LECZENIE (O ILE SIĘ UDA)". Wyszłam, poryczałam się potem się uśmiałam i stwierdziłam, ze nie będę się leczyć bo nie ma sensu. Sprzedam chatę, jadę na Bali czy inne Kanary, i ostatnie lata czy też miesiące życia będę się bawić do upadłego... Na szczęście moja kochana przyjaciółka Mar i mój poco-mąż powiedzieli - LEĆ DO DR T!
Tak też uczyniłam i po raz kolejny nasz bohater pomógł mi podjąć decyzję - dobrą jak sądzę. Poszła ze mną MAR (bałam się, że mogę nic nie zapamiętać:)) i słuchała jak to mnie poddadzą leczeniu i jak to z tego wyjdę. DR T nas przekonał, uspokoił i wyszłam stamtąd prawie się ciesząc, że mam raka :)
I tak zaczęła się moja gra. Dwa dni później po kilkugodzinnym czekaniu na korytarzu poznałam alchemiczkę dr D- drugą dobrą duszę w królestwie anty-raka, w której wszędzie pałętają się źli czarnoksiężnicy i złe czarownice czyhający na zagubionych pacjentów ( w dupie mam czy są dobrymi fachowcami, ludzi to oni nie lubią). Dr D była drugą osobą, która zainteresowała się moim losem, porozmawiała i wytłumaczyła, skierowała na badania i jakoś uspokoiła. I nagle zrozumiałam, że muszę walczyć i trzymać się tych dobrych postaci oraz uważnie przyglądać się każdemu kogo spotkam.
Resztę już mam nadzieję pamiętacie:) Skończyło się ostatnio na tym, że guz, który zmalał bardzo po 4 chemiach czerwonych wziął i się otorbielił po zmianie magicznej many na taksany. No i poprzednio usłyszałam od Pani Ordynator, że to w sumie chyba dobrze. A w poniedziałek okazało się, że w zasadzie to nic się nie zmieniło i to niedobrze. A pani radiolog z podziemnej krainy oznajmiła, że to takie dziwne i nietypowe i nie wie o co w tym chodzi. Trochę zwątpiłam. Ktoś tu mnie jak zwykle okłamuje albo sam nie wie jak jest.
Alchemiczka D się zmartwiła i powiedziała, że czas operować, nie ma na co czekać. Więcej chemii mi nie dadzą, bo nie ma po co mnie truć. Poczułam motyle w brzuchu (nie takie jak przy zakochaniu tylko takie jak przed skokiem na bungie) Przed weekendem byłam u DR T i ustaliliśmy operację na kwiecien - co więcej - operację oszczędzającą (czyli z zachowaniem cycka). Dr T ma podejście nowoczesne, może jak dla reszty lekarzy w Polsce ryzykowne, ale jakoś mu ufam (komuś muszę).
Cały bajer z tą mastektomią polega na tym, że jak guz jest duży to się obcina całego cycka, bez dyskusji. Tyle, że na zachodzie się od tego odchodzi, bo się okazuje, ze jak jest dobrze wszystko wycięte (tkanka, która była zajęta przez komórki rakowe) to prawdopodobieństwo nawrotu wcale nie jest większe niż przy obcięciu całości (może wrócić w miejsce blizny tak czy siak). Od początku z DR T rozmawialiśmy o oszczędzającej - bo jest z czego ciąć u mnie, a i drugiego cycucha się podciągnie i będą obie jędrne jak nigdy:) Nie, żebym się jakoś upierała, bo zdrowie najważniejsze, ale doktor mówi, że to bezpieczne... A tu nagle stanęłam w obliczu nagłej operacji. Więc od razu mówię, że chcę Dr T i nikogo innego...i tu zaczęły się schody.
Zamiast dr T przysłali mi Panią Dr S na konsultacje w sprawie nagłej operacji. No dobra, ale przecież ciąć mnie od razu nie będzie...Przyszła taka w białym fartuchu i każe się rozbierać. A w międzyczasie pyta: "A Pani do DR T gdzie chodziła na wizyty? tutaj czy prywatnie"? Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy i bąknęłam, ze i tu i tu. Oblicze Pani DR spowił ironiczny uśmieszek "I pewnie Pan DR chce zrobić operację oszczędzającą?" No tak, bo od początku zrobił mi wszystkie badania, rezonans, dokumentację fotograficzną, ryzunki na folii, wszystko, zeby dokładnie później usunąć rakowe miejsce...
W tym miejscu Pani Dr (przy 4 innych pacjentkach w sali) wypala "Pan Dr T i jego głupie pomysły!"
Trochę mnie to zaskoczyło i wgięło, bo takiego nieprofesjonalnego i żenującego podejścia ze strony lekarki się nie spodziewałam. Rozumiem - inne zdanie. Może uważa, ze mastektomia całkowita jest bezpieczniejsza, lepsza, ale nosz kuźwa, to się używa argumentów a nie podważa dobre imię i autorytet kolegi z oddziału! Potem Pani dr stwierdziła, że skoro jestem taka uparta, to "za wszelką cenę należy mi podać chemię do końca" (mimo iż taksany nie działają jak powinny) I poszła sobie. Pani Dr D chyba też nie wiedziała co myśleć, powiedziała tylko, że rozpisze mi chemię na jutro...
Jakże byłam podkurwiona tym wszystkim! W te pędy poszłam dzwonić do Dr T, żeby po raz kolejny mnie uratował, bo ja już nie wiem o co tutaj chodzi.
Nazajutrz zjawił się mój ulubiony chirurg i poszedł debatować z alchemiczką. Ja w międzyczasie przeciągałam moment podłączenia chemii, bo wiedziałam, że ani Dr D ani Dr T nie chcą mi jej więcej dawać... Zamieszanie trwało ponad godzinę, bo lekarze biegali w mojej sprawie od gabinetu dr D do gabinetu Ordynatorki a ja czekałam w nerwach i strachu. W końcu Dr T zawołał mnie do siebie i oznajmił, że:
1. Chemię jeszcze jedną, ostatnią, dostanę na życzenie Pani Ordynator
2. Operacji dokona on, jeśli nadal chcę to oszczęzającej
3. Zabieg będzie 23.03.2015r i odbędzie się w Legnicy, gdzie również pracuje i jest tam podobno bardziej komfortowo
Ucieszyło mnie to mimo wszystko. Przynajmniej coś się wyjaśniło. Postanowiłam jednak nie zostawiać sytuacji z dr S niewyjaśnionej i powtórzyłam DR T jak jego kolezanka "pochlebnie" się wyrażała. Na szczęście On tez jest z tych co mają wyje*ane:)
Porozmawialiśmy sobie, ustalilismy szczegóły i teraz czekam na telefon. Będę musiała pojechać przed operacją na rekonesans do Legnicy.
Rozmawiałam później z DR D i powiedziała, że jestem w dobrych rękach bo DR T to świetny chirurg. Też tak myślę i tak czuję. Ufam swojej intuicji. Komuś/czemuś muszę :)
Taka to historyjka. Ostatni wlew magicznej many za mną (mam nadzieję i wierzę, ze ostatni w życiu) Przede mną operacja, naświetlania, badanie histopatologiczne w celu ustalenia jeszcze ewentualnego dalszego leczenia, hormonoterapia. Brzmi strasznie, ale się nie boję. Nie jestem głupia, strach pomaga rakowi ;)
Mam nadzieję, że to jakoś logicznie wszystko napisałam, bo przez bóle chemiczne wpis robiłam z przerwami kilka dni. Teraz leżę i kwiczę i robię sobie creepy selfies z nudów, bo za bardzo nic innego mi nie wychodzi (a wyglądam jak wyłysiały zawodnik sumo)
Blog kulinarny ma opóźnienie, wybaczcie, ale nie zapomniałam...
Trzymajcie się w zdrowiu i spróbujcie mi tego torbiela myślami jakoś zmniejszyc ;)
Anuk
poniedziałek, 23 lutego 2015
środa, 11 lutego 2015
LEVEL VI - CZAS KRYZYSU
Życie płynie. Cóż za banalne zdanie jak na rozpoczęcie wpisu. Ale nie wiem od czego zacząć. Dawno nie pisałam, bo, nie będę ukrywać, nie chciałam marudzić, zalewać mojego BUraczanego bloga narzekaniem, bo i po co? Po prostu miałam zły czas psycho-fizyczny, ale minął:) Dzisiaj krótka relacja z tego i z czego innego.
Jestem po szóstej chemii, tuż przed siódmą (zostało mi 6 dni...). Ostatnia wizyta w szpitalu wiązała się z wielkimi emocjami. Tuż przed wyjazdem na wlew magicznej many zauważyłam, że znowu w mojej piersi jest wielki guz, chociaż już go tam nie było (ostatnio lekarka oznajmiła iż BURAK zmniejszył się do rozmiarów dwugroszówki). Kazano mi się nie macać i nie sprawdzać czy maleje no i słuchałam...aż przed szóstą chemią sprawdziłam i mało się nie przewróciłam - guz miał znowu ok 4 cm (-100 do motywacji)... W szpitalu następnego dnia okazało się, że mojej prowadzącej lekarki nie ma (jak zwykle) i przydzielono mi alchemiczkę, która przyjmowała mnie po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie wiedziałam z czym to się je. Ucieszyłam się, bo dr D od początku wydawała mi się fajną czarodziejką. Kiedy przyszła mnie zbadać przekazałam jej wieści z krainy Chorej Piersi. Bardzo ją to zmartwiło i wezwała Panią ordynator. Zarządziły wspólnie, że trzeba mnie wysłać na USG i sprawdzić o co chodzi.
Byłam spokojna. Nie bałam się, po prostu pomyślałam, że jeśli ten sku*wiel po zmianie chemii tak szybko znowu urósł to już po mnie. Co z tego, że go wytną, jak on wróci i urośnie sobie znowu taki wielki w kilka dni...i znów miesiace walki z wiatrakami. Nie płakałam, nie drżałam, po prostu stwierdziłam - trudno. I poszłam na usg.
Kraina Radiologii nie jest przyjemna. Jest zimna i promieniotwórcza a pomieszczenia ciemne i śmierdzące. Radio-doktorka kazała mi się położyć na leżance, polała mnie lodowatym żelem i zaczęła jeździć mi tym czymś, o czym nie mam pojęcia jak się fachowo nazywa, po piersi. Patrzyłam na ekranik i widziałam tego wielkoluda, ale wyglądał jakoś inaczej...
Po paru minutach dostałam zdjęcie z opisem i uciekłam czem prędzej prosto do Chemolandu. Tam Alchemiczka D powiedziała, że zaraz do mnie przyjdzie. Siedziałam na swoim łóżku (tym razem nie w głowie były mi wędrówki i pogaduszki, jakoś nie miałam humoru) i czekałam. Po kilkunastu minutach przyszła sekretarka i wezwała mnie do Pani ordynator. "GRUBO" pomyślałam i popełzłam za sekretarką. Co ma być to będzie (takie "błyskotliwe" myśli turlały mi się po głowie) W gabinecie czekały obie - Pani dr D i Pani Ordynator. Kazały mi usiąść (nie jest, ku*wa, dobrze)
Pani O rzekła: To torbiel. Nowotwór się otorbielił, guz jest wypełniony płynem, to nie rak urósł. Pod wpływem działania chemii i rozpadu zaczął się wytwarzać płyn. Nie jest źle, a nawet dobrze. Trzeba tylko obserwować czy nie ma stanu zapalnego i czy torbiel nie rośnie.
(+100 do motywacji)
Wzięłam głęboki oddech i...zaczęłam się śmiać w głos. Uff...powietrze ze mnie uszło i poczułam się zmęczona jakbym weszła właśnie na Śnieżkę.
Po raz kolejny miałam szczęście, więc może coś lub ktoś nade mną czuwa...
Dalszy pobyt w szpitalu był już tylko miły - po tej wiadomości pospałam sobie parę godzin a resztę dnia i całą noc spędziłam na pogawędce z miłą Panią z sali (byłyśmy tylko we dwie - szpital 5-gwiazdkowy, można by pomyśleć:) Przychodziła do nas tez Pani Basia, którą wcześniej poznałam. Opowiedziała ciekawą anegdotkę.
Otóż, poprzednim razem kiedy przyszła po swoją dawkę chemii, leżała na sali z miłą, grubszą Panią. Były tylko we dwie, więc Basia się ucieszyła, że będzie spokój. I tak było do momentu nadejścia zmierzchu, kiedy to obie postanowiły iść spać. I wtedy okazało się, ze współlokatorka Pani Basi zasypia w tempie pendolino, wytwarzając przy tym dźwięki parowej lokomotywy...słowem - chrapie. Pani Basia nie była w stanie przy tych dźwiękach zasnąć, ale przypomniało jej się, że na chrapiących działa "cmokanie", czem prędzej więc zaczęła cmokać. O dziwo metoda dała rezultaty - współlokatorka na moment przestała chrapać. Pani B chcąc wykorzystać moment ułożyła się wygodnie do snu...niestety po chwili znów usłyszała chrapanie, więc "dawaj" znowu cmoka... i tak minęło pół nocy- chrapanie, cmokanie i tak na zmianę. Rano przy śniadaniu Pani B niewyspana i zniesmaczona mówi do swojej współlokatorki:
- W ogóle nie mogłam spać! Pani cała noc chrapała!
- A Pani całą noc cmokała!
Panie się nie wyspały, za to my się uśmiałyśmy :)
Następnego dnia dostałam manę i poszłam do domu. Zapytałam czy nie można mi dac czegoś w zamian tego zastrzyku, który ostatnio sprowadził mnie do pozycji horyzontalnej na kilkanaście dni. Stwierdzono, że oszczędzą mi tego i zobaczą jak mój organizm poradzi sobie bez. Ucieszyło mnie, że tym razem nie będzie mnie tak wszystko bolało! Jakże się pomyliłam...
To chyba jednak nie zastrzyk, a działanie chemii ostatnim razem mnie tak przygniotło do ziemi, tym razem niestety, również tak się stało. Może nie było tak strasznie ale ból kości i mięśni towarzyszył mi dobry tydzień...potem były zawroty głowy, osłabienie i przez to wszystko bardzo, bardzo zły humor. Dlatego własnie nie pisałam. W tym stanie nie można ani leżeć, ani siedzieć, ani stać. Myśleć i pisać też ciężko.
Ale od piątku znów jestem sobą, albo przynajmniej czuję się dobrze. W lustrze nie bardzo się poznaję bo jestem mocno spuchnięta, ale to mały pikuś. Ważne, że ze szpitalnej potyczki wyszłam na zero.
A teraz czas na miłe wiadomości - ostatnimi czasy, jak już mogę chodzić i funkcjonować to dużo gotuję. Zawsze to lubiłam, ale teraz mam czas, żeby dodatkowo robić zdjęcia:) Dlatego też moja przyjaciółka zaprosiła mnie do wzięcia udziału w projekcie, jakim jest SEASON MAGAZYN (http://www.seasonmagazyn.pl/) facebook https://www.facebook.com/SeasonMagazyn?fref=ts . W najnowszym numerze (http://www.seasonmagazyn.pl/#magazine-menu) znajdziecie moje zdjęcia i przepisy na naturalne leki z czarnuszki w dziale "dopieprz". Serdecznie zapraszam was do oglądania, bo pomijając narcystyczne pobudki, uważam, ze Season jest najładniejszym i najorginalniejszym magazynem kulinarnym w Polsce i warto go zobaczyć.
Druga sprawa - ta moja sesja dla SEASONA i codzienne gotowanie, doprowadziło mnie po raz kolejny do myśli o swoim własnym blogu kulinarnym. Wiem, że teraz każdy gotuje, tańczy, śpiewa i każdy się tym chwali. Wiem. Ale ja jestem wyjątkowa :D (może nie tak bardzo jak mi się wydaje, ale widzieliście inne takie dziwne stworzenie, które jest grafikiem, gotuje, robi zdjęcia, strzela z procy, jest grube, ma krzywy nos i walczy z rakiem? w tej konfiguracji - nie sądzę:)) Myślę, jeszcze nad nazwą, ale materiał zdjęciowo-przepisowy mam już całkiem pokaźny:) Tymczasem pochwalę się wam fotografią, która na pewno na blogu zawiśnie:)
Mam nadzieję, że po kolejnej chemii napiszę coś szybciej, może w międzyczasie powstanie ten mój kulinarny blog, może coś jeszcze...intensywnie myślę i staram się działać.
Do napisania!
Nie dawajcie się kryzysom:)
Jestem po szóstej chemii, tuż przed siódmą (zostało mi 6 dni...). Ostatnia wizyta w szpitalu wiązała się z wielkimi emocjami. Tuż przed wyjazdem na wlew magicznej many zauważyłam, że znowu w mojej piersi jest wielki guz, chociaż już go tam nie było (ostatnio lekarka oznajmiła iż BURAK zmniejszył się do rozmiarów dwugroszówki). Kazano mi się nie macać i nie sprawdzać czy maleje no i słuchałam...aż przed szóstą chemią sprawdziłam i mało się nie przewróciłam - guz miał znowu ok 4 cm (-100 do motywacji)... W szpitalu następnego dnia okazało się, że mojej prowadzącej lekarki nie ma (jak zwykle) i przydzielono mi alchemiczkę, która przyjmowała mnie po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie wiedziałam z czym to się je. Ucieszyłam się, bo dr D od początku wydawała mi się fajną czarodziejką. Kiedy przyszła mnie zbadać przekazałam jej wieści z krainy Chorej Piersi. Bardzo ją to zmartwiło i wezwała Panią ordynator. Zarządziły wspólnie, że trzeba mnie wysłać na USG i sprawdzić o co chodzi.
Byłam spokojna. Nie bałam się, po prostu pomyślałam, że jeśli ten sku*wiel po zmianie chemii tak szybko znowu urósł to już po mnie. Co z tego, że go wytną, jak on wróci i urośnie sobie znowu taki wielki w kilka dni...i znów miesiace walki z wiatrakami. Nie płakałam, nie drżałam, po prostu stwierdziłam - trudno. I poszłam na usg.
Kraina Radiologii nie jest przyjemna. Jest zimna i promieniotwórcza a pomieszczenia ciemne i śmierdzące. Radio-doktorka kazała mi się położyć na leżance, polała mnie lodowatym żelem i zaczęła jeździć mi tym czymś, o czym nie mam pojęcia jak się fachowo nazywa, po piersi. Patrzyłam na ekranik i widziałam tego wielkoluda, ale wyglądał jakoś inaczej...
Po paru minutach dostałam zdjęcie z opisem i uciekłam czem prędzej prosto do Chemolandu. Tam Alchemiczka D powiedziała, że zaraz do mnie przyjdzie. Siedziałam na swoim łóżku (tym razem nie w głowie były mi wędrówki i pogaduszki, jakoś nie miałam humoru) i czekałam. Po kilkunastu minutach przyszła sekretarka i wezwała mnie do Pani ordynator. "GRUBO" pomyślałam i popełzłam za sekretarką. Co ma być to będzie (takie "błyskotliwe" myśli turlały mi się po głowie) W gabinecie czekały obie - Pani dr D i Pani Ordynator. Kazały mi usiąść (nie jest, ku*wa, dobrze)
Pani O rzekła: To torbiel. Nowotwór się otorbielił, guz jest wypełniony płynem, to nie rak urósł. Pod wpływem działania chemii i rozpadu zaczął się wytwarzać płyn. Nie jest źle, a nawet dobrze. Trzeba tylko obserwować czy nie ma stanu zapalnego i czy torbiel nie rośnie.
(+100 do motywacji)
Wzięłam głęboki oddech i...zaczęłam się śmiać w głos. Uff...powietrze ze mnie uszło i poczułam się zmęczona jakbym weszła właśnie na Śnieżkę.
Po raz kolejny miałam szczęście, więc może coś lub ktoś nade mną czuwa...
Dalszy pobyt w szpitalu był już tylko miły - po tej wiadomości pospałam sobie parę godzin a resztę dnia i całą noc spędziłam na pogawędce z miłą Panią z sali (byłyśmy tylko we dwie - szpital 5-gwiazdkowy, można by pomyśleć:) Przychodziła do nas tez Pani Basia, którą wcześniej poznałam. Opowiedziała ciekawą anegdotkę.
Otóż, poprzednim razem kiedy przyszła po swoją dawkę chemii, leżała na sali z miłą, grubszą Panią. Były tylko we dwie, więc Basia się ucieszyła, że będzie spokój. I tak było do momentu nadejścia zmierzchu, kiedy to obie postanowiły iść spać. I wtedy okazało się, ze współlokatorka Pani Basi zasypia w tempie pendolino, wytwarzając przy tym dźwięki parowej lokomotywy...słowem - chrapie. Pani Basia nie była w stanie przy tych dźwiękach zasnąć, ale przypomniało jej się, że na chrapiących działa "cmokanie", czem prędzej więc zaczęła cmokać. O dziwo metoda dała rezultaty - współlokatorka na moment przestała chrapać. Pani B chcąc wykorzystać moment ułożyła się wygodnie do snu...niestety po chwili znów usłyszała chrapanie, więc "dawaj" znowu cmoka... i tak minęło pół nocy- chrapanie, cmokanie i tak na zmianę. Rano przy śniadaniu Pani B niewyspana i zniesmaczona mówi do swojej współlokatorki:
- W ogóle nie mogłam spać! Pani cała noc chrapała!
- A Pani całą noc cmokała!
Panie się nie wyspały, za to my się uśmiałyśmy :)
Następnego dnia dostałam manę i poszłam do domu. Zapytałam czy nie można mi dac czegoś w zamian tego zastrzyku, który ostatnio sprowadził mnie do pozycji horyzontalnej na kilkanaście dni. Stwierdzono, że oszczędzą mi tego i zobaczą jak mój organizm poradzi sobie bez. Ucieszyło mnie, że tym razem nie będzie mnie tak wszystko bolało! Jakże się pomyliłam...
To chyba jednak nie zastrzyk, a działanie chemii ostatnim razem mnie tak przygniotło do ziemi, tym razem niestety, również tak się stało. Może nie było tak strasznie ale ból kości i mięśni towarzyszył mi dobry tydzień...potem były zawroty głowy, osłabienie i przez to wszystko bardzo, bardzo zły humor. Dlatego własnie nie pisałam. W tym stanie nie można ani leżeć, ani siedzieć, ani stać. Myśleć i pisać też ciężko.
Ale od piątku znów jestem sobą, albo przynajmniej czuję się dobrze. W lustrze nie bardzo się poznaję bo jestem mocno spuchnięta, ale to mały pikuś. Ważne, że ze szpitalnej potyczki wyszłam na zero.
A teraz czas na miłe wiadomości - ostatnimi czasy, jak już mogę chodzić i funkcjonować to dużo gotuję. Zawsze to lubiłam, ale teraz mam czas, żeby dodatkowo robić zdjęcia:) Dlatego też moja przyjaciółka zaprosiła mnie do wzięcia udziału w projekcie, jakim jest SEASON MAGAZYN (http://www.seasonmagazyn.pl/) facebook https://www.facebook.com/SeasonMagazyn?fref=ts . W najnowszym numerze (http://www.seasonmagazyn.pl/#magazine-menu) znajdziecie moje zdjęcia i przepisy na naturalne leki z czarnuszki w dziale "dopieprz". Serdecznie zapraszam was do oglądania, bo pomijając narcystyczne pobudki, uważam, ze Season jest najładniejszym i najorginalniejszym magazynem kulinarnym w Polsce i warto go zobaczyć.
Druga sprawa - ta moja sesja dla SEASONA i codzienne gotowanie, doprowadziło mnie po raz kolejny do myśli o swoim własnym blogu kulinarnym. Wiem, że teraz każdy gotuje, tańczy, śpiewa i każdy się tym chwali. Wiem. Ale ja jestem wyjątkowa :D (może nie tak bardzo jak mi się wydaje, ale widzieliście inne takie dziwne stworzenie, które jest grafikiem, gotuje, robi zdjęcia, strzela z procy, jest grube, ma krzywy nos i walczy z rakiem? w tej konfiguracji - nie sądzę:)) Myślę, jeszcze nad nazwą, ale materiał zdjęciowo-przepisowy mam już całkiem pokaźny:) Tymczasem pochwalę się wam fotografią, która na pewno na blogu zawiśnie:)
Mam nadzieję, że po kolejnej chemii napiszę coś szybciej, może w międzyczasie powstanie ten mój kulinarny blog, może coś jeszcze...intensywnie myślę i staram się działać.
Do napisania!
Nie dawajcie się kryzysom:)
środa, 14 stycznia 2015
O raku piersi na poważnie
Kiedy zachorowałam jedna myśl pozwoliła mi przetrwać ten pierwszy szok i niedowierzanie - "to nie mogło wydarzyć się bez powodu". Pomyślicie "Jaki cel może mieć rak?" "Do czego może się przydać?". Ja zawsze, kiedy przydarzały się złe rzeczy, powtarzałam sobie, że są one po to, żeby się czegoś nauczyć, wyciągnąć wnioski i żyć lepiej. Dlatego wymyśliłam sobie, że mój bu-rak jest moją grą, w której ja- postać z krwi i kości będzie się uczyć, ale postara się też z wami podzielić doświadczeniem.
Przeważnie staram się was rozśmieszyć, pokazywać, że można z uśmiechem przechodzić przez chorobę (oczywiście nie zawsze - kiedy ból doskwiera bywa ciężko). Staram się wspierać wszystkich, którzy do mnie piszą o swoich problemach, pomóc chociaż słowem, jeśli inaczej nie mogę. Dzisiaj będzie o raku piersi na poważnie.
Ostatnio pisałam wam o tym, że kiedy byłam w szpitalu pojawiła sie tam WROCŁAWSKA TVP. Udzieliłam "wywiadu" Pani redaktor przed kamerą. Właściwie to wypowiedziałam kilka zdań na temat mojej choroby - opowiedziałam, że rak urósł bardzo szybko, że rok wcześniej byłam u lekarza i w piersi nic nie było a po roku okazało się że mam 6cm guza. Niestety - TV wszystko zmontowali i przekręcili - wyszło na to, że poszłam do lekarza on nic nie wyczuł a ja sama sobie usg zrobiłam i wyszło że mam guza. JUŻ NIGDY NIE POWIEM NIC W TV BEZ ZATWIERDZANIA. I co z tego, że "jestem nikim"? Pie*dolę taką telewizję, która nie mówi prawdy. Wiecie dlaczego tak się zdenerwowałam? BO CHCIAŁAM, ŻEBY W KOŃCU KTOŚ POWIEDZIAŁ GŁOŚNO, ŻE RAK PIERSI BARDZO SZYBKO SIĘ ROZWIJA.
To co możemy przeczytać na temat raka w internecie, o czym informują nas plakaty, ulotki i inne materiały propagujące walkę z rakiem piersi JEST W DUŻEJ MIERZE NIEPRAWDĄ. Duże słowa jak na kogoś kto nie jest autorytetem w dziedzinie medycyny, prawda? Nie boję się tego powiedzieć głośno. Mój lekarz powiedział mi przy pierwszej wizycie "dziś coraz młodsze kobiety chorują i nie ma reguł". Przez moją chorobę poznałam dziesiątki kobiet chorych na raka piersi - większość z nich to były młode kobiety, których profilaktyka mammograficzna nie dotyczy (przed 50 r.ż.), albo takie które chadzały do lekarzy, samobadały się, "obserwowały niegroźne zmiany w piersiach". Powtarza się mit, że 1 cm guz rośnie 8 lat! Nic bardziej bzdurnego.
Nie jesteśmy lekarzami, żeby wam mówić jak macie postępować - to fakt. Ale wszystkie mamy raka piersi i każda z nas w jakimś stopniu zawierzyła lekarzowi i znalazła się tam, gdzie się znalazła - w szpitalu, na operacji, na chemii, z diagnozą raka piersi.
Z góry mówię - nie uważam, że lekarze to partacze, że się nie znają, że nic nie wiedzą - nie o to mi chodzi, żeby podważać ich decyzje, jednak chciałabym Was - Kobiety - uczulić! Lekarz to też człowiek - ludzki czynnik, który nie jest WRÓŻKĄ. Po badaniu palpacyjnym ciężko stwierdzić czy dana zmiana jest czy nie jest rakiem. Nie daje tego również pewności usg. DBAJĄC O SWOJE ZDROWIE MUSIMY PAMIĘTAĆ, ŻE MAMY JE JEDNO I NIE BAĆ SIĘ PROSIĆ O DODATKOWE BADANIA (BIOBSJĘ) A LEPIEJ DOMAGAĆ SIĘ WYCIĘCIA ZMIANY, PÓKI JEST ŁAGODNA. BĄDŹ NIEPOKORNĄ PACJENTKĄ!
Chcę żebyście przez te kilka historii zobaczyli (mężczyźni również:)), że rak przychodzi nagle i właściwie tylko regularne samobadanie może pozwolić nam szybko zareagować i przede wszystkim - nie pozwalajcie się dać odesłać "z kwitkiem".
Tyle ode mnie słowem wstępu. Resztę opowiedzą wam moje koleżanki z forum amazonki.net, które poprosiłam o kilka słów. Dziewczynom bardzo, bardzo dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze do was przemówią większą ilością historii. Zgodziły się na opublikowanie ich u mnie, ponieważ wierzą tak jak ja, że możemy pomóc kobietom, które nie wiedzą z czym to się je. My też nie wiedziałyśmy przed chorobą NIC. Nikt nas nie ostrzegał, dzisiaj My chcemy ostrzec Was.
Naomi (wiek w chwili wykrycia raka: 34 lata)
Zacznę od tego, że funkcjonowałam przez prawie 1,5 roku (o zgrozo !) w przeświadczeniu, przekonaniu , że mój guzek to gruczolakowłókniak ...A zaczęło się tak ( w dużym skrócie) :W 2011 r. po wielkim trudzie donoszenia ciąży , urodziłam wspaniałą , zdrową córeczkę. Postanowiłam ją karmić jak najdłużej piersią, co też czyniłam przez 13 miesięcy :) W końcu nadszedł czas odstawienia już biegającej małej Zuzi od tzw. cyca , co nie było łatwe , ale udało się ...To był sierpień 2012 r.Zakończyłam laktację i właściwie natychmiast wyczułam niewielki guzek w prawej piersi. Prawie natychmiast umówiłam wizytę u ginekologa, który wykonał USG i stwierdził, że to jakiś węzeł chłonny. Nic strasznego , nic wielkiego ale trzeba sprawdzić.Następna wizyta u radiologa , która twierdzi ,że to gruczolakowłókniak z całym swoim przekonaniem. Nic wielkiego , gdyby rósł należy go usunąć. Zaleciła ewentualna biopsję mammotomiczną gdyby tak było, ale dopiero za pół roku ze względu na niedawną laktację.Uspokojona, że nic mi nie jest wróciłam do domu do obowiązków, do pracy i tak się przebujałam , wręcz nawet zapomniałam o włókniaku, którego muszę usunąć jak zacznie rosnąć.Więc zaczął rosnąć pod koniec 2013 r. jak już byłam pewna, że jest większy, a był to styczeń 2014 r wykonałam telefon do chirurga i umówiłam się na usunięcie włókniaka, jak na usunięcie brwi u kosmetyczki... prywatnie się leczyłam jak do tej pory, więc i tu również stwierdziłam, że nie będę czekać na terminy jakie są u nas w szpitalach i poradniach. Chirurg zaleca jednak biopsję cienkoigłową. Luty 2014r. wynik biopsji - obraz budzi podejrzenie raka !!! Szok!!! Jak to rak??? Niemożliwe , przecież włókniak to nie rak !!!Weryfikacja biopsji już w IO w Gliwicach czekam dwa tygodnie , ale już wiem, że tamto życie już było i teraz zaczyna się inne...Wynik biopsji gruboigłowej potwierdza się : rak rdzeniasty, inwazyjny , trójujemny G3. T2NOMOWpadam w otchłań czarnej rozpaczy, żeby szybko się z niej podnieść i walczyć o życie. Walczę!Plan leczenia: 4x AC , 4x Paklitaksel, operacja radykalna , radioterapia.Guz zmniejszył się bardzo więc chirurg decyduje o operacji oszczędzającej. 13 sierpnia 2014r. operacja oszczędzająca, węzły chłonne bez przerzutu. Szybko wracam do formy.wyniki hist - pat - jednak przewodowy( nie rdzeniasty) reszta jak wyżej.
Magda (wiek w chwili wykrycia raka: 39 lat)
Byłam badana w maju i październiku 2006 r ...było wszystko w porządku...kwiecień GUZ wielkości 4,5 na 5 cm
Kass (wiek w chwili wykrycia raka: 37 lat)
Co do mojego przypadku.. trafił mi sie przedinwazyjny, w wieku 37 lat. Na mammo dostałam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu, choć każdy jeden lekarz, z którym przez ostatnie kilka miesiecy rozmawiałam dociekał, dlaczego prosiłam o mammo, skoro jestem przed 40-tka... a ja tylko pamiętałam, że jak miałam 28 lat to mi onk powiedział, żebym regularnie piersi badała, ponieważ mam naturalne nieregularności i trzeba to kontrolować.. a że przez ostatnie kilka lat leczyłam niepłodność i przyjmowałam kupę hormonów, po których - szczególnie pod koniec - strasznie źle się czułam - chciałam mieć pewność, że te hormony nie spaprały mi czegoś w życiorysie.. i chociaż jest to moje prywatne zdanie - to w/g mnie te hormony były czynnikiem, który przyczynił się do mojego DCIS - ale glośno żaden lekarz tego nie potwierdzi (mimo tego, ze po cichu polowa lekarzy, z którymi się spotkałam przyznała mi rację, że jest taka możliwość)
Elapl (w chwili wykrycia raka 57 lat)
Ja należę do tych kobiet ,które się systematycznie badały . Byłam pod kontrola lekarza onkologa-prywatnie. Niestety jakieś 5 lat temu zmarł mój onkolog i przeszłam jako pacjentka do innego prywatnego gabinetu. Raz na rok USG,Co dwa lata MM i raz na rok macanko. W kwietniu 2012r wynik MM super - nie stwierdza sie zadnych niepokojacych zmian- nawet USG nie zalecili.Jaka bylam szczesliwa....... W lutym 2013r. normalna kontrola w gabinecie- macanko i USG- cos tam jest w lewej piersi ale to torbiel nie ma czym sie przejmowac. Znowu jestem szczesliwa...... W związku z tym ,ze planowałam wyjazd (USA) do córki taki dłuższy -8 m-c coś mnie tknęło i 1 lipca wrócilam do gabinetu aby pan doktor raz jeszcze zobaczył tą niby torbiel. Zobaczyl ale juz nie byl taki pewny . Zrobil biopsje cienkoiglowa i 6 lipca usluszalam -rak zlosliwy. (1 cm)Jak to panie doktorze w lutym torbiel a teraz rak????? No, wie pani -- uslyszalam- diagnostyka raka jest bardzo trudna.Myslalam ,ze zemdleje.Maz mnie wyprowadzil z gabinetu bo chyba bym sie na niego rzucila. 2 sierpnia mialam operacje ( 29mm) w tak krotkim czasie -1 miesiac- taka roznica w okresleniu przez lekarzy wielkosci guza??? a wspomnianego lekarza nie chce na oczy widziec.
Mea (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
czerwiec 2012 mammografia, nic niepokojącego nie było, wynik prawidłowy.
Pod koniec roku zauważyłam, że coś zaczyna się dziać, ale wszystko zwalałam na hormony ( pół roku wcześniej zmieniłam pigułki antykoncepcyjne).
luty 2013 - odstawienie proszków
13 marca 2013 biopsja i mammografia - guz 32x28mm - lekarz badający powiedział cytuję: "nie wyglada to dobrze"...
25 marca 2013 wyniki: rak!!!
05 kwietnia 2013 wizyta w szpitalu, chirurg stwierdza palpacyjnie, ze guz jest większy
najpierw chemioterapia i we wrześniu 2013 operacja...to co wycieli miało obszar 6cm...
Jak o tym myślę, robi mi się słabo
Ania_soWhat (wiek w chwili wykrycia: 33 lata)
Guzka maluśkiego znalazłam u siebie niecałe 2 miesiące temu, jednakże przy USG doktorek powiedział: "tam nic nie ma, i to pewnie hormonalnie przy cyklu, proszę przyjść za rok..."
Dwa tygodnie później zaczyna pierś boleć znienacka jak cholercia...
Łapię się na szybko ginekologa... on wykrywa guzka z łatwością wg niego na 1,67cm następnego dnia ten sam doktorek co wcześniej mówił że "nic nie ma" w tej piersi (lewa), znajduje wg zdjęcia od gina guzek na godzinie drugiej wielkości 1,74cm...
Następnego dnia zgłaszam się do niego na biopsję cieńkoigłową, boli jak cholercia, treść gęsta okropnie także udaje mu się pobrać tylko parę kropelek przy pięciu (!!!) wkłuciach... (i tu już jakoś "czuję" że to nie będzie nic "lekkiego" )
Po tygodniu wynik, niestety znalezione komórki rakowe.
Dodam że guzek naprawdę szybko rósł aż do pierwszej chemii.. ale to już dłuższy temat...
Co do stwierdzenia że guzy to dopiero po pięćdziesiątce to jest niemoralny żart... na te wszystkie kobitki które spotkałam w czasie swojego leczenia to tylko dwie były po 50...
Małgonia (wiek w chwili wykrycia raka: 51 lat)
Ja w listopadzie 2011 miałam mammografię robioną prywatnie i wszystko było OK a w sierpniu następnego roku był już rak na 3 cm!
Aquila (wiek w chwili wykrycia raka: 29 lat)
mnie z diagnozą: liczne łagodne torbiele (powstałe na tle hormonalnym) odesłali najlepsi spece z CO. Po kilku miesiącach wróciłam tam już z wynikiem prywatnie zrobionej biopsji. Radiolog, który skierował mnie na biopsję, też nic podejrzanego nie widział, biopsja była "dla pewności". Nie uważam tych wszystkich lekarzy za konowałów, trochę sobie poczytałam na temat swojego przypadku i wiem, że on często wygląda jak zupełnie niepodejrzane torbiele, a ekstremalnie rzadko się zdarza u kobiet w młodym wieku, mieli prawo tego nie podejrzewać, ale ci z CO mogli mi chociaż zasugerować wtedy zrobienie rezonansu, nawet prywatnie, ja wówczas byłam kompletnie zielona w temacie raka piersi, diagnostyki itp.; nie miałam pojęcia, że mammografia i usg są tak niemiarodajne przy "gęstych" cyckach
z tym że trzeba mieć pieniądze żeby tę w/w "pewność" uzyskać/stracić już się pogodziłam, nie mogę pogodzić się z tym, że pacjent musi wiedzieć dużo więcej niż lekarz mu mówi
Magenta (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
Wrzesień 2013r: usg i guzek ok 1cm - zapewniono mnie, że zmiana łagodna i zalecono usg po 6 miesiacach. Marzec 2014r guzek w stabilizacji taki jak byl wczesniej. ( jestem wtedy juz w ciazy) Wrzesien 2014r usg i znow zmiana lagodna z tym, ze ma juz prawie 3cm - zalecono kontrol za 6 miesiecy. Ja jednak poszlam do onkologa... Cytuje: zle to wyglada. Potem biopsja cienka igla potem gruba igla - RAK! 2 pazdziernika cc a 13 listopada mastektomia. Lekarze ogólnie mówili, że w ciąży nie ma co się badać, bo są zmiany hormonalne i po co siać panikę!
Ikka (wiek w chwili wykrycia raka: 42 lata)
Radiolożka na usg zapewniała mnie , że moje guzy sztuk 2 to zwykłe gruczalowłókniaki, chirurg w badaniu palpacyjnym tez nie widział nic podejrzanego, dopiero wyniki biopsji zrobiona tak naprawdę dla potwierdzenia tych przypuszczeń były jak grom z jasnego nieba : RAK!!! Chirurg zapytany jak to możliwe? odpowiedział, że dla wykrycia raka można stosować tylko:
- mammografię - jej skuteczność zależy jednak od budowy piersi ( w przypadku struktury gruczołowej wartość diagnostyczna jest mocno ograniczona ) i umiejętności robiącego mammografię :
- badanie palpacyjne - i tutaj znaczenie ma samobadanie , żeby znać swoje piersi i dzięki temu zauważyć niepokojące zmiany
- usg - które jest badaniem bardzo obiektywnym i zależy od umiejętności radiologa
I tylko tyle - w każdym przypadku pojawia się czynnik ludzki , który jest omylny niestety smutny
A do tego raczysko jest złośliwym stworzeniem i próbuje się kamuflować - dlatego trzeba czujnym i drążyc temat jeśli są jakies wątpliwości...
W moim przypadku guza wychwyciłam sama mammografia nic nie wykazała, usg wykazało zmiany ale w ocenie radiologa miały być łagodne
Tutaj na forum są same "specjalistki" od raka ale teraz kiedy temat ten przewija się wśród moich znajomych wiem ,że należę do zdecydowanej mniejszości...Kobiety lekceważą temat profilaktyki, badań nie dopuszczając do siebie myśli , ze im tez może przydarzyć się niechciany sublokator...
Teraz jeśli zorientuje się , ze jakaś moja znajoma/ kolezanka jest na bakier z profilaktyką daję jej zadanie domowe : idż i zrób usg..Zresztą podejrzewam, że moja historia dała co niektórym do zrozumienia żeby to zrobić.
Agaba ( wiek w chwili wykrycia raka: 46 lat)
2001 rok -styczeń , wyczułam zgrubienie pod piersią. Prywatne badanie USG - diagnoza tłuszczak. 3 lata macałam sobie tego tłuszczaka pokazując go dwa razy ginekologowi i dwa razy endokrynologowi. Nic z tym nie zrobili, powtarzali jak mantrę - tłuszczak . Pani endokrynolog to nawet powiedziała (pamiętam to do dziś :" a co, czy ja jestem od diagnostyki piersi". Wreszcie poszłam w 2004 roku prywatnie na biopsję. Wynik rak. Po operacji okazało się, że 2 węzły zajęte + nacieka okoliczne tkanki.
A teraz żeby było zabawnie: Z wynikiem biopsji wizyta w CO. Zlecono mammografię - nic nie wyszło, bo guz wysuwał się z aparatu. Zlecono USG - próbowałam zasugerować gdzie ma tą głowicą jeździć, ale "przesympatyczna" pani radiolog nie pozwoliła sobie nic zasugerować, po prostu kazała mi milczeć. Wynik USG - nie ma zmian. Dopiero jak moja lekarka, wściekła jak cholera, przyleciała do gabinetu USG i nakrzyczała na wykonującą badanie, to znaleźli tę zmianę.
Wg mnie już w 2001 roku to był rak, tylko trafiłam na niedouczonych lekarzy. Gdyby wycięli go 3 lata wcześniej, to być może węzły byłyby czyste.
Endżi (wiek w chwili wyrycia raka: 31 lat)
Od kilku lat w prawej piersi miałam zmianę łagodną, dwukrotnie weryfikowaną w biopsji, która choc niegroźna (fibroademona) wymagała kontroli co pół roku. Zgodnie z zaleceniami lekarza karnie co pół roku stawiałam się na usg. I tak 29.11.2013 poza wspomnianą zmianą w prawej piersi nic nie budziło podejrzeń i zastrzeżeń lekarza. Pięć miesięcy później (pierwsze dni kwietnia 2013) podczas kolejnego usg okazało się że owszem zmiana w prawej piersi jest jak była, ale w lewej pojawiło się coś co od razu zostało zaklasyfikowane jako "zmiana podejrzana" (w obrazie usg 17mm, po operacji 14mm). Do momentu biopsji mialam jeszcze złudzenia że to kolejny gruczolakowłókniak (no przecież na raka piersi nie choruje się w wieku 31 lat??!!). 8 maja zrobiłam biopsję, a dzień później zadzwoniła do mnie położna i mój świat przewrócił się do góry nogami...
Nikulam (wiek w chwili wykrycia raka: 35 lat)
Piersi badałam regularnie od jakiś 12 lat u tej samej pani doktor.Luty 2013 lewa pierś czysta a w prawej coś nie budzącego podejrzeń, prawdopodobnie poszerzone przewody mlekowe, może uraz po zabawach z córka. Dla pewności prywatnie biopsja i wszystko ok. Zalecenia by zbadać za rok dostaję od chirurga onkologa do którego pognałam z wynikiem.
Wrzesień 2013 mam wracać do pracy po wychowawczym więc pomyślałam że zbadam teraz już piersi bo nie będzie po powrocie do pracy czasu i znowu na rok będzie spokój. Leżę u mojej pani doktor, bada prawą i ok.nic nie ma po tym dziwnym czymś sprzed 6mc ale zaraz zaraz w lewej piersi za to aż 2 albo 3 guzy! W panice wciska mnie na biopsję do swojej znajomej na drugi dzień, oczywiście prywatnie.Przed biopsja robię jeszcze mamografie, która potwierdza 3 guzy. 16 września kończę 35 lat a 17 września odbieram diagnozę-rak
Po biopsji niewyczuwalne wcześniej guzy rosną jak szalone, pierś robi się wklęsła, moja pani dr na usg widzi 4-ego guza.....10.10 po operacji okazuje się że były 3 które przez ten krótki czas od biopsji do operacji potroiły swoją wielkość. ...
Ewka (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
Ja miałam 36 lat,a w tym wieku nie choruje się na raka piersi.Znaleziony guz mnie bolał,a przecież nie powinien,bo rak piersi nie boli to zmiany hormonalne.Głupia i naiwna byłam słuchając tych bredni. Prawda była zupełnie inna: miałam raka i wcale w tej "bajce" nie byłam taka młoda,przekonałam się o tym wkrótce tu na forum. Mastektomia (16mm guz, usunięte węzły w tym 3 zajęte,6x AC brrr. Według mądrych głów rak piersi dotyka kobiety po menopauzie i im każe się baczniej obserwować.A w rzeczywistości jest zupełnie inaczej,bo skurczybyk czyha za plecami dużo młodszych kobiet,a menopauzę daje im w gratisie,taki jest rozrzutny
To tylko kilka historii i nie są jakoś specjalnie przeze mnie "wybrane". To wierzchołek góry lodowej. To nie są wyjątki, to jest właśnie reguła, którą możemy zaobserwować wśród pacjentek leczących się na raka piersi. Nie wiem gdzie te wszystkie kobiety, które się nie badały, którym rak rósł kilka lat. Jeżeli takie znajdziecie to napiszcie. Tymczasem wszystkie, które to dzisiaj przeczytałyście - zbadajcie swoje piersi już dzisiaj! Rak to burak i przychodzi nie proszony!
Zdrowia i mam nadzieję, że dotrę do was jeszcze z innymi historiami!
Anuk
I jeszcze jedna wiadomość: Z obecnie żyjących, co 14 Polka zachoruje na raka piersi w ciągu swojego życia. Biorąc pod uwagę wzrostowy wskaźnik zachorowalności, istnieje realne zagrożenie zwiększenia się liczby Polek, które zachorują w najbliższej przyszłości na ten nowotwór. Nowotwory złośliwe są pierwszą przyczyną zgonów u kobiet do 65 roku życia w Polsce, a rak piersi jest pierwszą przyczyną zgonów u kobiet w wieku 40-55 lat.(źródło: http://portal.abczdrowie.pl/wystepowanie-raka-piersi-w-polsce)
Przeważnie staram się was rozśmieszyć, pokazywać, że można z uśmiechem przechodzić przez chorobę (oczywiście nie zawsze - kiedy ból doskwiera bywa ciężko). Staram się wspierać wszystkich, którzy do mnie piszą o swoich problemach, pomóc chociaż słowem, jeśli inaczej nie mogę. Dzisiaj będzie o raku piersi na poważnie.
Ostatnio pisałam wam o tym, że kiedy byłam w szpitalu pojawiła sie tam WROCŁAWSKA TVP. Udzieliłam "wywiadu" Pani redaktor przed kamerą. Właściwie to wypowiedziałam kilka zdań na temat mojej choroby - opowiedziałam, że rak urósł bardzo szybko, że rok wcześniej byłam u lekarza i w piersi nic nie było a po roku okazało się że mam 6cm guza. Niestety - TV wszystko zmontowali i przekręcili - wyszło na to, że poszłam do lekarza on nic nie wyczuł a ja sama sobie usg zrobiłam i wyszło że mam guza. JUŻ NIGDY NIE POWIEM NIC W TV BEZ ZATWIERDZANIA. I co z tego, że "jestem nikim"? Pie*dolę taką telewizję, która nie mówi prawdy. Wiecie dlaczego tak się zdenerwowałam? BO CHCIAŁAM, ŻEBY W KOŃCU KTOŚ POWIEDZIAŁ GŁOŚNO, ŻE RAK PIERSI BARDZO SZYBKO SIĘ ROZWIJA.
To co możemy przeczytać na temat raka w internecie, o czym informują nas plakaty, ulotki i inne materiały propagujące walkę z rakiem piersi JEST W DUŻEJ MIERZE NIEPRAWDĄ. Duże słowa jak na kogoś kto nie jest autorytetem w dziedzinie medycyny, prawda? Nie boję się tego powiedzieć głośno. Mój lekarz powiedział mi przy pierwszej wizycie "dziś coraz młodsze kobiety chorują i nie ma reguł". Przez moją chorobę poznałam dziesiątki kobiet chorych na raka piersi - większość z nich to były młode kobiety, których profilaktyka mammograficzna nie dotyczy (przed 50 r.ż.), albo takie które chadzały do lekarzy, samobadały się, "obserwowały niegroźne zmiany w piersiach". Powtarza się mit, że 1 cm guz rośnie 8 lat! Nic bardziej bzdurnego.
Nie jesteśmy lekarzami, żeby wam mówić jak macie postępować - to fakt. Ale wszystkie mamy raka piersi i każda z nas w jakimś stopniu zawierzyła lekarzowi i znalazła się tam, gdzie się znalazła - w szpitalu, na operacji, na chemii, z diagnozą raka piersi.
Z góry mówię - nie uważam, że lekarze to partacze, że się nie znają, że nic nie wiedzą - nie o to mi chodzi, żeby podważać ich decyzje, jednak chciałabym Was - Kobiety - uczulić! Lekarz to też człowiek - ludzki czynnik, który nie jest WRÓŻKĄ. Po badaniu palpacyjnym ciężko stwierdzić czy dana zmiana jest czy nie jest rakiem. Nie daje tego również pewności usg. DBAJĄC O SWOJE ZDROWIE MUSIMY PAMIĘTAĆ, ŻE MAMY JE JEDNO I NIE BAĆ SIĘ PROSIĆ O DODATKOWE BADANIA (BIOBSJĘ) A LEPIEJ DOMAGAĆ SIĘ WYCIĘCIA ZMIANY, PÓKI JEST ŁAGODNA. BĄDŹ NIEPOKORNĄ PACJENTKĄ!
Chcę żebyście przez te kilka historii zobaczyli (mężczyźni również:)), że rak przychodzi nagle i właściwie tylko regularne samobadanie może pozwolić nam szybko zareagować i przede wszystkim - nie pozwalajcie się dać odesłać "z kwitkiem".
Tyle ode mnie słowem wstępu. Resztę opowiedzą wam moje koleżanki z forum amazonki.net, które poprosiłam o kilka słów. Dziewczynom bardzo, bardzo dziękuję i mam nadzieję, że jeszcze do was przemówią większą ilością historii. Zgodziły się na opublikowanie ich u mnie, ponieważ wierzą tak jak ja, że możemy pomóc kobietom, które nie wiedzą z czym to się je. My też nie wiedziałyśmy przed chorobą NIC. Nikt nas nie ostrzegał, dzisiaj My chcemy ostrzec Was.
Naomi (wiek w chwili wykrycia raka: 34 lata)
Zacznę od tego, że funkcjonowałam przez prawie 1,5 roku (o zgrozo !) w przeświadczeniu, przekonaniu , że mój guzek to gruczolakowłókniak ...A zaczęło się tak ( w dużym skrócie) :W 2011 r. po wielkim trudzie donoszenia ciąży , urodziłam wspaniałą , zdrową córeczkę. Postanowiłam ją karmić jak najdłużej piersią, co też czyniłam przez 13 miesięcy :) W końcu nadszedł czas odstawienia już biegającej małej Zuzi od tzw. cyca , co nie było łatwe , ale udało się ...To był sierpień 2012 r.Zakończyłam laktację i właściwie natychmiast wyczułam niewielki guzek w prawej piersi. Prawie natychmiast umówiłam wizytę u ginekologa, który wykonał USG i stwierdził, że to jakiś węzeł chłonny. Nic strasznego , nic wielkiego ale trzeba sprawdzić.Następna wizyta u radiologa , która twierdzi ,że to gruczolakowłókniak z całym swoim przekonaniem. Nic wielkiego , gdyby rósł należy go usunąć. Zaleciła ewentualna biopsję mammotomiczną gdyby tak było, ale dopiero za pół roku ze względu na niedawną laktację.Uspokojona, że nic mi nie jest wróciłam do domu do obowiązków, do pracy i tak się przebujałam , wręcz nawet zapomniałam o włókniaku, którego muszę usunąć jak zacznie rosnąć.Więc zaczął rosnąć pod koniec 2013 r. jak już byłam pewna, że jest większy, a był to styczeń 2014 r wykonałam telefon do chirurga i umówiłam się na usunięcie włókniaka, jak na usunięcie brwi u kosmetyczki... prywatnie się leczyłam jak do tej pory, więc i tu również stwierdziłam, że nie będę czekać na terminy jakie są u nas w szpitalach i poradniach. Chirurg zaleca jednak biopsję cienkoigłową. Luty 2014r. wynik biopsji - obraz budzi podejrzenie raka !!! Szok!!! Jak to rak??? Niemożliwe , przecież włókniak to nie rak !!!Weryfikacja biopsji już w IO w Gliwicach czekam dwa tygodnie , ale już wiem, że tamto życie już było i teraz zaczyna się inne...Wynik biopsji gruboigłowej potwierdza się : rak rdzeniasty, inwazyjny , trójujemny G3. T2NOMOWpadam w otchłań czarnej rozpaczy, żeby szybko się z niej podnieść i walczyć o życie. Walczę!Plan leczenia: 4x AC , 4x Paklitaksel, operacja radykalna , radioterapia.Guz zmniejszył się bardzo więc chirurg decyduje o operacji oszczędzającej. 13 sierpnia 2014r. operacja oszczędzająca, węzły chłonne bez przerzutu. Szybko wracam do formy.wyniki hist - pat - jednak przewodowy( nie rdzeniasty) reszta jak wyżej.
Magda (wiek w chwili wykrycia raka: 39 lat)
Byłam badana w maju i październiku 2006 r ...było wszystko w porządku...kwiecień GUZ wielkości 4,5 na 5 cm
Kass (wiek w chwili wykrycia raka: 37 lat)
Co do mojego przypadku.. trafił mi sie przedinwazyjny, w wieku 37 lat. Na mammo dostałam skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu, choć każdy jeden lekarz, z którym przez ostatnie kilka miesiecy rozmawiałam dociekał, dlaczego prosiłam o mammo, skoro jestem przed 40-tka... a ja tylko pamiętałam, że jak miałam 28 lat to mi onk powiedział, żebym regularnie piersi badała, ponieważ mam naturalne nieregularności i trzeba to kontrolować.. a że przez ostatnie kilka lat leczyłam niepłodność i przyjmowałam kupę hormonów, po których - szczególnie pod koniec - strasznie źle się czułam - chciałam mieć pewność, że te hormony nie spaprały mi czegoś w życiorysie.. i chociaż jest to moje prywatne zdanie - to w/g mnie te hormony były czynnikiem, który przyczynił się do mojego DCIS - ale glośno żaden lekarz tego nie potwierdzi (mimo tego, ze po cichu polowa lekarzy, z którymi się spotkałam przyznała mi rację, że jest taka możliwość)
Elapl (w chwili wykrycia raka 57 lat)
Ja należę do tych kobiet ,które się systematycznie badały . Byłam pod kontrola lekarza onkologa-prywatnie. Niestety jakieś 5 lat temu zmarł mój onkolog i przeszłam jako pacjentka do innego prywatnego gabinetu. Raz na rok USG,Co dwa lata MM i raz na rok macanko. W kwietniu 2012r wynik MM super - nie stwierdza sie zadnych niepokojacych zmian- nawet USG nie zalecili.Jaka bylam szczesliwa....... W lutym 2013r. normalna kontrola w gabinecie- macanko i USG- cos tam jest w lewej piersi ale to torbiel nie ma czym sie przejmowac. Znowu jestem szczesliwa...... W związku z tym ,ze planowałam wyjazd (USA) do córki taki dłuższy -8 m-c coś mnie tknęło i 1 lipca wrócilam do gabinetu aby pan doktor raz jeszcze zobaczył tą niby torbiel. Zobaczyl ale juz nie byl taki pewny . Zrobil biopsje cienkoiglowa i 6 lipca usluszalam -rak zlosliwy. (1 cm)Jak to panie doktorze w lutym torbiel a teraz rak????? No, wie pani -- uslyszalam- diagnostyka raka jest bardzo trudna.Myslalam ,ze zemdleje.Maz mnie wyprowadzil z gabinetu bo chyba bym sie na niego rzucila. 2 sierpnia mialam operacje ( 29mm) w tak krotkim czasie -1 miesiac- taka roznica w okresleniu przez lekarzy wielkosci guza??? a wspomnianego lekarza nie chce na oczy widziec.
Mea (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
czerwiec 2012 mammografia, nic niepokojącego nie było, wynik prawidłowy.
Pod koniec roku zauważyłam, że coś zaczyna się dziać, ale wszystko zwalałam na hormony ( pół roku wcześniej zmieniłam pigułki antykoncepcyjne).
luty 2013 - odstawienie proszków
13 marca 2013 biopsja i mammografia - guz 32x28mm - lekarz badający powiedział cytuję: "nie wyglada to dobrze"...
25 marca 2013 wyniki: rak!!!
05 kwietnia 2013 wizyta w szpitalu, chirurg stwierdza palpacyjnie, ze guz jest większy
najpierw chemioterapia i we wrześniu 2013 operacja...to co wycieli miało obszar 6cm...
Jak o tym myślę, robi mi się słabo
Ania_soWhat (wiek w chwili wykrycia: 33 lata)
Guzka maluśkiego znalazłam u siebie niecałe 2 miesiące temu, jednakże przy USG doktorek powiedział: "tam nic nie ma, i to pewnie hormonalnie przy cyklu, proszę przyjść za rok..."
Dwa tygodnie później zaczyna pierś boleć znienacka jak cholercia...
Łapię się na szybko ginekologa... on wykrywa guzka z łatwością wg niego na 1,67cm następnego dnia ten sam doktorek co wcześniej mówił że "nic nie ma" w tej piersi (lewa), znajduje wg zdjęcia od gina guzek na godzinie drugiej wielkości 1,74cm...
Następnego dnia zgłaszam się do niego na biopsję cieńkoigłową, boli jak cholercia, treść gęsta okropnie także udaje mu się pobrać tylko parę kropelek przy pięciu (!!!) wkłuciach... (i tu już jakoś "czuję" że to nie będzie nic "lekkiego" )
Po tygodniu wynik, niestety znalezione komórki rakowe.
Dodam że guzek naprawdę szybko rósł aż do pierwszej chemii.. ale to już dłuższy temat...
Co do stwierdzenia że guzy to dopiero po pięćdziesiątce to jest niemoralny żart... na te wszystkie kobitki które spotkałam w czasie swojego leczenia to tylko dwie były po 50...
Małgonia (wiek w chwili wykrycia raka: 51 lat)
Ja w listopadzie 2011 miałam mammografię robioną prywatnie i wszystko było OK a w sierpniu następnego roku był już rak na 3 cm!
Aquila (wiek w chwili wykrycia raka: 29 lat)
mnie z diagnozą: liczne łagodne torbiele (powstałe na tle hormonalnym) odesłali najlepsi spece z CO. Po kilku miesiącach wróciłam tam już z wynikiem prywatnie zrobionej biopsji. Radiolog, który skierował mnie na biopsję, też nic podejrzanego nie widział, biopsja była "dla pewności". Nie uważam tych wszystkich lekarzy za konowałów, trochę sobie poczytałam na temat swojego przypadku i wiem, że on często wygląda jak zupełnie niepodejrzane torbiele, a ekstremalnie rzadko się zdarza u kobiet w młodym wieku, mieli prawo tego nie podejrzewać, ale ci z CO mogli mi chociaż zasugerować wtedy zrobienie rezonansu, nawet prywatnie, ja wówczas byłam kompletnie zielona w temacie raka piersi, diagnostyki itp.; nie miałam pojęcia, że mammografia i usg są tak niemiarodajne przy "gęstych" cyckach
z tym że trzeba mieć pieniądze żeby tę w/w "pewność" uzyskać/stracić już się pogodziłam, nie mogę pogodzić się z tym, że pacjent musi wiedzieć dużo więcej niż lekarz mu mówi
Magenta (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
Wrzesień 2013r: usg i guzek ok 1cm - zapewniono mnie, że zmiana łagodna i zalecono usg po 6 miesiacach. Marzec 2014r guzek w stabilizacji taki jak byl wczesniej. ( jestem wtedy juz w ciazy) Wrzesien 2014r usg i znow zmiana lagodna z tym, ze ma juz prawie 3cm - zalecono kontrol za 6 miesiecy. Ja jednak poszlam do onkologa... Cytuje: zle to wyglada. Potem biopsja cienka igla potem gruba igla - RAK! 2 pazdziernika cc a 13 listopada mastektomia. Lekarze ogólnie mówili, że w ciąży nie ma co się badać, bo są zmiany hormonalne i po co siać panikę!
Ikka (wiek w chwili wykrycia raka: 42 lata)
Radiolożka na usg zapewniała mnie , że moje guzy sztuk 2 to zwykłe gruczalowłókniaki, chirurg w badaniu palpacyjnym tez nie widział nic podejrzanego, dopiero wyniki biopsji zrobiona tak naprawdę dla potwierdzenia tych przypuszczeń były jak grom z jasnego nieba : RAK!!! Chirurg zapytany jak to możliwe? odpowiedział, że dla wykrycia raka można stosować tylko:
- mammografię - jej skuteczność zależy jednak od budowy piersi ( w przypadku struktury gruczołowej wartość diagnostyczna jest mocno ograniczona ) i umiejętności robiącego mammografię :
- badanie palpacyjne - i tutaj znaczenie ma samobadanie , żeby znać swoje piersi i dzięki temu zauważyć niepokojące zmiany
- usg - które jest badaniem bardzo obiektywnym i zależy od umiejętności radiologa
I tylko tyle - w każdym przypadku pojawia się czynnik ludzki , który jest omylny niestety smutny
A do tego raczysko jest złośliwym stworzeniem i próbuje się kamuflować - dlatego trzeba czujnym i drążyc temat jeśli są jakies wątpliwości...
W moim przypadku guza wychwyciłam sama mammografia nic nie wykazała, usg wykazało zmiany ale w ocenie radiologa miały być łagodne
Tutaj na forum są same "specjalistki" od raka ale teraz kiedy temat ten przewija się wśród moich znajomych wiem ,że należę do zdecydowanej mniejszości...Kobiety lekceważą temat profilaktyki, badań nie dopuszczając do siebie myśli , ze im tez może przydarzyć się niechciany sublokator...
Teraz jeśli zorientuje się , ze jakaś moja znajoma/ kolezanka jest na bakier z profilaktyką daję jej zadanie domowe : idż i zrób usg..Zresztą podejrzewam, że moja historia dała co niektórym do zrozumienia żeby to zrobić.
Agaba ( wiek w chwili wykrycia raka: 46 lat)
2001 rok -styczeń , wyczułam zgrubienie pod piersią. Prywatne badanie USG - diagnoza tłuszczak. 3 lata macałam sobie tego tłuszczaka pokazując go dwa razy ginekologowi i dwa razy endokrynologowi. Nic z tym nie zrobili, powtarzali jak mantrę - tłuszczak . Pani endokrynolog to nawet powiedziała (pamiętam to do dziś :" a co, czy ja jestem od diagnostyki piersi". Wreszcie poszłam w 2004 roku prywatnie na biopsję. Wynik rak. Po operacji okazało się, że 2 węzły zajęte + nacieka okoliczne tkanki.
A teraz żeby było zabawnie: Z wynikiem biopsji wizyta w CO. Zlecono mammografię - nic nie wyszło, bo guz wysuwał się z aparatu. Zlecono USG - próbowałam zasugerować gdzie ma tą głowicą jeździć, ale "przesympatyczna" pani radiolog nie pozwoliła sobie nic zasugerować, po prostu kazała mi milczeć. Wynik USG - nie ma zmian. Dopiero jak moja lekarka, wściekła jak cholera, przyleciała do gabinetu USG i nakrzyczała na wykonującą badanie, to znaleźli tę zmianę.
Wg mnie już w 2001 roku to był rak, tylko trafiłam na niedouczonych lekarzy. Gdyby wycięli go 3 lata wcześniej, to być może węzły byłyby czyste.
Endżi (wiek w chwili wyrycia raka: 31 lat)
Od kilku lat w prawej piersi miałam zmianę łagodną, dwukrotnie weryfikowaną w biopsji, która choc niegroźna (fibroademona) wymagała kontroli co pół roku. Zgodnie z zaleceniami lekarza karnie co pół roku stawiałam się na usg. I tak 29.11.2013 poza wspomnianą zmianą w prawej piersi nic nie budziło podejrzeń i zastrzeżeń lekarza. Pięć miesięcy później (pierwsze dni kwietnia 2013) podczas kolejnego usg okazało się że owszem zmiana w prawej piersi jest jak była, ale w lewej pojawiło się coś co od razu zostało zaklasyfikowane jako "zmiana podejrzana" (w obrazie usg 17mm, po operacji 14mm). Do momentu biopsji mialam jeszcze złudzenia że to kolejny gruczolakowłókniak (no przecież na raka piersi nie choruje się w wieku 31 lat??!!). 8 maja zrobiłam biopsję, a dzień później zadzwoniła do mnie położna i mój świat przewrócił się do góry nogami...
Nikulam (wiek w chwili wykrycia raka: 35 lat)
Piersi badałam regularnie od jakiś 12 lat u tej samej pani doktor.Luty 2013 lewa pierś czysta a w prawej coś nie budzącego podejrzeń, prawdopodobnie poszerzone przewody mlekowe, może uraz po zabawach z córka. Dla pewności prywatnie biopsja i wszystko ok. Zalecenia by zbadać za rok dostaję od chirurga onkologa do którego pognałam z wynikiem.
Wrzesień 2013 mam wracać do pracy po wychowawczym więc pomyślałam że zbadam teraz już piersi bo nie będzie po powrocie do pracy czasu i znowu na rok będzie spokój. Leżę u mojej pani doktor, bada prawą i ok.nic nie ma po tym dziwnym czymś sprzed 6mc ale zaraz zaraz w lewej piersi za to aż 2 albo 3 guzy! W panice wciska mnie na biopsję do swojej znajomej na drugi dzień, oczywiście prywatnie.Przed biopsja robię jeszcze mamografie, która potwierdza 3 guzy. 16 września kończę 35 lat a 17 września odbieram diagnozę-rak
Po biopsji niewyczuwalne wcześniej guzy rosną jak szalone, pierś robi się wklęsła, moja pani dr na usg widzi 4-ego guza.....10.10 po operacji okazuje się że były 3 które przez ten krótki czas od biopsji do operacji potroiły swoją wielkość. ...
Ewka (wiek w chwili wykrycia raka: 36 lat)
Ja miałam 36 lat,a w tym wieku nie choruje się na raka piersi.Znaleziony guz mnie bolał,a przecież nie powinien,bo rak piersi nie boli to zmiany hormonalne.Głupia i naiwna byłam słuchając tych bredni. Prawda była zupełnie inna: miałam raka i wcale w tej "bajce" nie byłam taka młoda,przekonałam się o tym wkrótce tu na forum. Mastektomia (16mm guz, usunięte węzły w tym 3 zajęte,6x AC brrr. Według mądrych głów rak piersi dotyka kobiety po menopauzie i im każe się baczniej obserwować.A w rzeczywistości jest zupełnie inaczej,bo skurczybyk czyha za plecami dużo młodszych kobiet,a menopauzę daje im w gratisie,taki jest rozrzutny
To tylko kilka historii i nie są jakoś specjalnie przeze mnie "wybrane". To wierzchołek góry lodowej. To nie są wyjątki, to jest właśnie reguła, którą możemy zaobserwować wśród pacjentek leczących się na raka piersi. Nie wiem gdzie te wszystkie kobiety, które się nie badały, którym rak rósł kilka lat. Jeżeli takie znajdziecie to napiszcie. Tymczasem wszystkie, które to dzisiaj przeczytałyście - zbadajcie swoje piersi już dzisiaj! Rak to burak i przychodzi nie proszony!
Zdrowia i mam nadzieję, że dotrę do was jeszcze z innymi historiami!
Anuk
I jeszcze jedna wiadomość: Z obecnie żyjących, co 14 Polka zachoruje na raka piersi w ciągu swojego życia. Biorąc pod uwagę wzrostowy wskaźnik zachorowalności, istnieje realne zagrożenie zwiększenia się liczby Polek, które zachorują w najbliższej przyszłości na ten nowotwór. Nowotwory złośliwe są pierwszą przyczyną zgonów u kobiet do 65 roku życia w Polsce, a rak piersi jest pierwszą przyczyną zgonów u kobiet w wieku 40-55 lat.(źródło: http://portal.abczdrowie.pl/wystepowanie-raka-piersi-w-polsce)
niedziela, 11 stycznia 2015
Level 5 - RAK W WIELKIM MIEŚCIE
Gdyby na googlu można było publikować prosto z mózgu, ten blog wyglądał by zgoła inaczej. Byłoby na nim mnóstwo wpisów, połowa zupełnie bez sensu i nikt by tutaj nie zaglądał prócz wielbicieli "nawiedzonych ludzi".
Dziękuję Ci google, że nie masz jeszcze takiej opcji!
Rok zaczął się dla mnie tak jak planowałam - miło, przyjemnie, w gronie przyjaciół, pośród gier towarzyskich i planszowych w niebieskiej peruce na łysej głowie. Tak właśnie wyglądał mój "Rak w wielkim mieście" w Sylwestra 2015. Dla was może nic specjalnego, ale ja miałam masę zabawy z nie-rzygania w ten wieczór. Wszystko dzięki doktorkowi, który dał mi odroczenie od NOWEJ CHEMII z 31.12 aż do 5.01, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Moja wdzięczność rośnie dziś, kiedy już wiem z czym to się je.
Otóż kochani, NOWA CHEMIA brzmi jak nazwa super-modnego klubu w centrum miasta i patrząc na świat z lekką nutką ironii można by było przy tym zostać, ale nie wiem jakim trzeba by było być "lanserem", żeby bez przymusu wstąpić do tego klubu i pląsać "popijając drinka". Ja w każdym razie chciałabym ominąć z dala ten klub chemoholika i zostać wśród przyjaciół w swojej niebieskiej peruce za 14,99 zł z Lidla, choćbym miała pozostać łysa jeszcze przez 20 lat. Ale zacznijmy od początku.
Zachęcona gadaniem doktorka o NOWEJ CHEMII poszłam do szpitala pełna nadziei na spokojne dni "po" (+50 do naiwności). Miałam dostać TAXANY (cokolwiek to znaczy:) i do tego sterydy chroniące mnie przed tymi pierwszymi (moja wiedza chemiczna rośne, ale się gubię w tym świecie cytostatyków) W szpitalu było sporo znajomych twarzy - posiadaczy ekskluzywnej karty klubowej "RAK W WIELKIM MIEŚCIE". Wszyscy po świętach i Sylwestrze pełni dobrego humoru, spokoju i nadziei na wyzdrowienie. Nie było nas zaś jakoś strasznie dużo, więc nawet udało mi się dorwać łóżko szpitalne bez czekania (taki bonus dodawany do piątej chemii). Jak tylko ogarnęłam temat badań, sali i zajrzałam do stałych bywalców klubu, odwiedziła mnie koleżanka z forum AMAZONKI (taki klub dla babek, które mają "wyjątkowe cycki" ale nie w sposób pożądany, choć wyglądają niczego sobie) Moja nowa koleżanka, do tej pory wirtualna okazała się "lekiem" na szpitalną nudę i została ze mną do późnych godzin obiadowych (nie wiem kiedy minęło 6 godzin, ale dzięki Prezesowo, świetnie się bawiłam).
Szpitalna rzeczywistość tym razem zapowiadała się naprawdę zachęcająco (nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę). Prócz wspomnianej nowej koleżanki poznałam również żwawą i kochaną 82-letnią Panią Marię z łóżka obok oraz uśmiechniętą, piękną Asię. Wolałabym jednak, żeby tak dużo fajnych ludzi tu nie przychodziło na drinki. Dla mnie tego dnia, był to klub "NOWA CHEMIA" dla Asi "SZÓSTY ROK CHEMII" a dla Pani Marii "RED-HOT-CHEMIA". Każdy może nazwać to inaczej, ale łączy nas tutaj jeden cel - wydymać raka bez wazeliny. Niestety przy okazji dymamy tez swój organizm i właśnie do tego dążę. Ale jeszcze chwila...
W szpitalu była również telewizja Wrocław, która kręciła news o nowym sposobie określania sposobu leczenia raka piersi (podobno będzie można przed rozpoczęciem leczenia określić czy chemia pomoże czy też trzeba będzie zastosować coś innego) Szukali pacjentki, która powie parę słów o swojej chorobie. Jak zwykle podjęłam się wyzwania (wszystkie inne pacjentki z rakiem piersi udawały, że ich nie ma) Nie widziałam materiału, ale może i dobrze. Nie wystąpiłam, żeby jarać się swoją gębą w telewizji, ale żeby dotrzeć do ludzi z wiadomością - RAK MOŻE ROSNĄĆ JAK NA DROŻDŻACH I NIE DAWAĆ ŻADNYCH OBJAWÓW. Jeżeli komunikat dotarł do chociaż jednej osoby i dzięki temu poszła się ona zbadać to było warto poświecić pyzatym pyskiem w tv:)
Dzień w szpitalu mijał szybko, przyjemnie na rozmowach, śmiesznie na występowaniu w tv i ...mdłościowo z powodu psychosomatycznych odruchów. Nie pomyślałabym, ale po moich chemicznych przygodach, teraz, kiedy miałam dostać NOWĄ CHEMIĘ, wystarczył widok starej, "czerwonej mikstury" albo nawet sama myśl, albo nawet sama myśl o zapachu, żebym dostawała odruchu wymiotnego. Tak, to była ta mało przyjemna część pobytu. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, wypita herbata próbuje wydostać się z mojego żołądka. Tutaj wypadałoby przytoczyć anegdotkę, którą usłyszałam od pielęgniarki. Otóż, pewna Pani Dr poszła na zakupy do marketu naprzeciwko szpitala i spotkała tam swojego byłego pacjenta. Po uprzejmym przywitaniu się, pacjent rzekł "Pani Doktor, jak Panią widzę to rzygać mi się chce".
Śmieszne, ale prawdziwe :)
Żeby przyjąć nowe Taxole, Taxany czy jak je tam zwał, musiałam o 23 łyknąć 8 sterydów, potem o 7 rano i 9, musiałam więc spędzić noc w szpitalu. Jak mus to mus. Tym razem miało się obyć bez mdłości, rozdrażnienia zapachami i takich tam efektów. Lekarz powiedział, że mogą mnie jedynie boleć stawy i mięśnie - brzmi super w porównaniu do ciągłego przytulania muszli. Oprócz mojej NOWEJ miałam również sama podać sobie w domu "sprytny" zastrzyk, który ma odbudować czerwone krwinki po chemii. Spoko, dam radę, wszystko tylko nie czerwona mana... Jakże dałam się zwieźć tym doktorkom-szarlatanom! Chemię przyjęłam, efektów ubocznych nie było (WOW). Pojechałam do domu, tam miałam jeszcze przyjąć przez 2 dni 30 sterydów - pikuś - jedyne co po nich następuje to czerwona gęba i poty w nocy. Ale zapomniałam zakupić "SERUM NA KRWINKI". Lekarz powiedział, że to tak na wszelki wypadek i powinnam go sobie wstrzyknąć 24h po chemii. Przez moje zapominalstwo zakupiłam go dwie doby po chemii, ale z tego co wiem to nie aż takie ważne. Byłam zadowolona, że nic mnie nie boli i nawet samowstrzykiwanie sobie czegokolwiek mnie nie przerażało. Ba! Nawet cena 100% leku na opakowaniu (3280zł!!) jakoś szczególnie mnie nie przeraziła (to straszne, ale człowiek przyzwyczaja się do wszystkich absurdów, kiedy chodzi o ratowanie życia) Jednak gdybym wiedziała co mnie czeka po tym magicznym SERUM SIŁY to byłabym przerażona...
W bajkach Papaj żarł szpinak w puszkach i to mu wystarczało (chociaż wyglądał jakby sterydy też tam były). W rzeczywistości, żebym ja mogła być silna, trzeba mi tę siłę odebrać. Podstępnie. W tej małej plastikowej strzykawce za 3 tys zł czaiło się ZŁO. ZŁO o sile 5 gryp i zębach jak szpilki do pożerania kości. Efekty uboczne zaczęły się kilka godzin po zastrzyku i trwają 3 dobę. Moje ciało zostało opanowane. Prawdopodobnie to czerwone krwinki sa takie popie**olone i mnożą się przez wbijanie mi ostrych przedmiotów w mięśnie i stawy. Tak to przynajmniej odczuwam. Od 3 dni moim najlepszym przyjacielem jest ketonal. Nawet opuszki palców bolą od stukania w klawiaturę (Już myślałam, że nie dotrę do momentu kiedy będę mogła się wyżalić i napisać jak mi źle, nie sprawiło mi to jednak tak wielkiej ulgi jak myślałam:) Jakoś to przetrwam (powtarzam jak mantrę) Jakoś to przetrwam...
NOWA CHEMIA okazała się nie być super-fajnym klubem, ale mam nadzieję, że dla raka również i wykidajło nakopie mu do dupy. Tymczasem ja oddaję się nowej pasji - szyciu z filcu breloczków:) Pozwala mi to oderwać się trochę od bólu i przy dobrym filmie, igle i nitce przetrwać kolejne dni. Dzisiaj niedziela i kolejne zawody w strzelaniu z procy. Dzisiaj pierwszy raz od 8 tygodni beze mnie. Tym razem osłabiona bohaterka poddaje się i procę wymienia na igłę i nitkę, ale nie martwcie się - za tydzień będę jak nowa:)
moje breloczki ;)
PS. Mam masę rzeczy do napisania, chciałabym poruszyć tyle tematów okoliczno-rakowo-społecznych, ale kurna, nie mam jeszcze siły:) Jak tylko efekty uboczne ustąpią, obiecuję zanudzać was dalej. Tymczasem trzymajcie się w zdrowiu!
Dziękuję Ci google, że nie masz jeszcze takiej opcji!
Rok zaczął się dla mnie tak jak planowałam - miło, przyjemnie, w gronie przyjaciół, pośród gier towarzyskich i planszowych w niebieskiej peruce na łysej głowie. Tak właśnie wyglądał mój "Rak w wielkim mieście" w Sylwestra 2015. Dla was może nic specjalnego, ale ja miałam masę zabawy z nie-rzygania w ten wieczór. Wszystko dzięki doktorkowi, który dał mi odroczenie od NOWEJ CHEMII z 31.12 aż do 5.01, za co jestem niezmiernie wdzięczna. Moja wdzięczność rośnie dziś, kiedy już wiem z czym to się je.
Otóż kochani, NOWA CHEMIA brzmi jak nazwa super-modnego klubu w centrum miasta i patrząc na świat z lekką nutką ironii można by było przy tym zostać, ale nie wiem jakim trzeba by było być "lanserem", żeby bez przymusu wstąpić do tego klubu i pląsać "popijając drinka". Ja w każdym razie chciałabym ominąć z dala ten klub chemoholika i zostać wśród przyjaciół w swojej niebieskiej peruce za 14,99 zł z Lidla, choćbym miała pozostać łysa jeszcze przez 20 lat. Ale zacznijmy od początku.
Zachęcona gadaniem doktorka o NOWEJ CHEMII poszłam do szpitala pełna nadziei na spokojne dni "po" (+50 do naiwności). Miałam dostać TAXANY (cokolwiek to znaczy:) i do tego sterydy chroniące mnie przed tymi pierwszymi (moja wiedza chemiczna rośne, ale się gubię w tym świecie cytostatyków) W szpitalu było sporo znajomych twarzy - posiadaczy ekskluzywnej karty klubowej "RAK W WIELKIM MIEŚCIE". Wszyscy po świętach i Sylwestrze pełni dobrego humoru, spokoju i nadziei na wyzdrowienie. Nie było nas zaś jakoś strasznie dużo, więc nawet udało mi się dorwać łóżko szpitalne bez czekania (taki bonus dodawany do piątej chemii). Jak tylko ogarnęłam temat badań, sali i zajrzałam do stałych bywalców klubu, odwiedziła mnie koleżanka z forum AMAZONKI (taki klub dla babek, które mają "wyjątkowe cycki" ale nie w sposób pożądany, choć wyglądają niczego sobie) Moja nowa koleżanka, do tej pory wirtualna okazała się "lekiem" na szpitalną nudę i została ze mną do późnych godzin obiadowych (nie wiem kiedy minęło 6 godzin, ale dzięki Prezesowo, świetnie się bawiłam).
Szpitalna rzeczywistość tym razem zapowiadała się naprawdę zachęcająco (nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę). Prócz wspomnianej nowej koleżanki poznałam również żwawą i kochaną 82-letnią Panią Marię z łóżka obok oraz uśmiechniętą, piękną Asię. Wolałabym jednak, żeby tak dużo fajnych ludzi tu nie przychodziło na drinki. Dla mnie tego dnia, był to klub "NOWA CHEMIA" dla Asi "SZÓSTY ROK CHEMII" a dla Pani Marii "RED-HOT-CHEMIA". Każdy może nazwać to inaczej, ale łączy nas tutaj jeden cel - wydymać raka bez wazeliny. Niestety przy okazji dymamy tez swój organizm i właśnie do tego dążę. Ale jeszcze chwila...
W szpitalu była również telewizja Wrocław, która kręciła news o nowym sposobie określania sposobu leczenia raka piersi (podobno będzie można przed rozpoczęciem leczenia określić czy chemia pomoże czy też trzeba będzie zastosować coś innego) Szukali pacjentki, która powie parę słów o swojej chorobie. Jak zwykle podjęłam się wyzwania (wszystkie inne pacjentki z rakiem piersi udawały, że ich nie ma) Nie widziałam materiału, ale może i dobrze. Nie wystąpiłam, żeby jarać się swoją gębą w telewizji, ale żeby dotrzeć do ludzi z wiadomością - RAK MOŻE ROSNĄĆ JAK NA DROŻDŻACH I NIE DAWAĆ ŻADNYCH OBJAWÓW. Jeżeli komunikat dotarł do chociaż jednej osoby i dzięki temu poszła się ona zbadać to było warto poświecić pyzatym pyskiem w tv:)
Dzień w szpitalu mijał szybko, przyjemnie na rozmowach, śmiesznie na występowaniu w tv i ...mdłościowo z powodu psychosomatycznych odruchów. Nie pomyślałabym, ale po moich chemicznych przygodach, teraz, kiedy miałam dostać NOWĄ CHEMIĘ, wystarczył widok starej, "czerwonej mikstury" albo nawet sama myśl, albo nawet sama myśl o zapachu, żebym dostawała odruchu wymiotnego. Tak, to była ta mało przyjemna część pobytu. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, wypita herbata próbuje wydostać się z mojego żołądka. Tutaj wypadałoby przytoczyć anegdotkę, którą usłyszałam od pielęgniarki. Otóż, pewna Pani Dr poszła na zakupy do marketu naprzeciwko szpitala i spotkała tam swojego byłego pacjenta. Po uprzejmym przywitaniu się, pacjent rzekł "Pani Doktor, jak Panią widzę to rzygać mi się chce".
Śmieszne, ale prawdziwe :)
Żeby przyjąć nowe Taxole, Taxany czy jak je tam zwał, musiałam o 23 łyknąć 8 sterydów, potem o 7 rano i 9, musiałam więc spędzić noc w szpitalu. Jak mus to mus. Tym razem miało się obyć bez mdłości, rozdrażnienia zapachami i takich tam efektów. Lekarz powiedział, że mogą mnie jedynie boleć stawy i mięśnie - brzmi super w porównaniu do ciągłego przytulania muszli. Oprócz mojej NOWEJ miałam również sama podać sobie w domu "sprytny" zastrzyk, który ma odbudować czerwone krwinki po chemii. Spoko, dam radę, wszystko tylko nie czerwona mana... Jakże dałam się zwieźć tym doktorkom-szarlatanom! Chemię przyjęłam, efektów ubocznych nie było (WOW). Pojechałam do domu, tam miałam jeszcze przyjąć przez 2 dni 30 sterydów - pikuś - jedyne co po nich następuje to czerwona gęba i poty w nocy. Ale zapomniałam zakupić "SERUM NA KRWINKI". Lekarz powiedział, że to tak na wszelki wypadek i powinnam go sobie wstrzyknąć 24h po chemii. Przez moje zapominalstwo zakupiłam go dwie doby po chemii, ale z tego co wiem to nie aż takie ważne. Byłam zadowolona, że nic mnie nie boli i nawet samowstrzykiwanie sobie czegokolwiek mnie nie przerażało. Ba! Nawet cena 100% leku na opakowaniu (3280zł!!) jakoś szczególnie mnie nie przeraziła (to straszne, ale człowiek przyzwyczaja się do wszystkich absurdów, kiedy chodzi o ratowanie życia) Jednak gdybym wiedziała co mnie czeka po tym magicznym SERUM SIŁY to byłabym przerażona...
W bajkach Papaj żarł szpinak w puszkach i to mu wystarczało (chociaż wyglądał jakby sterydy też tam były). W rzeczywistości, żebym ja mogła być silna, trzeba mi tę siłę odebrać. Podstępnie. W tej małej plastikowej strzykawce za 3 tys zł czaiło się ZŁO. ZŁO o sile 5 gryp i zębach jak szpilki do pożerania kości. Efekty uboczne zaczęły się kilka godzin po zastrzyku i trwają 3 dobę. Moje ciało zostało opanowane. Prawdopodobnie to czerwone krwinki sa takie popie**olone i mnożą się przez wbijanie mi ostrych przedmiotów w mięśnie i stawy. Tak to przynajmniej odczuwam. Od 3 dni moim najlepszym przyjacielem jest ketonal. Nawet opuszki palców bolą od stukania w klawiaturę (Już myślałam, że nie dotrę do momentu kiedy będę mogła się wyżalić i napisać jak mi źle, nie sprawiło mi to jednak tak wielkiej ulgi jak myślałam:) Jakoś to przetrwam (powtarzam jak mantrę) Jakoś to przetrwam...
NOWA CHEMIA okazała się nie być super-fajnym klubem, ale mam nadzieję, że dla raka również i wykidajło nakopie mu do dupy. Tymczasem ja oddaję się nowej pasji - szyciu z filcu breloczków:) Pozwala mi to oderwać się trochę od bólu i przy dobrym filmie, igle i nitce przetrwać kolejne dni. Dzisiaj niedziela i kolejne zawody w strzelaniu z procy. Dzisiaj pierwszy raz od 8 tygodni beze mnie. Tym razem osłabiona bohaterka poddaje się i procę wymienia na igłę i nitkę, ale nie martwcie się - za tydzień będę jak nowa:)
moje breloczki ;)
PS. Mam masę rzeczy do napisania, chciałabym poruszyć tyle tematów okoliczno-rakowo-społecznych, ale kurna, nie mam jeszcze siły:) Jak tylko efekty uboczne ustąpią, obiecuję zanudzać was dalej. Tymczasem trzymajcie się w zdrowiu!
wtorek, 23 grudnia 2014
Święta!!!
Witajcie Kochani!
Nadchodzą nietypowe dni, więc przygotowałam dla was nietypowy wpis:)
Dzisiaj nie będzie narzekania na służbę zdrowia, opowiadania o kolejnych levelach ani refleksji nad śmiercią i życiem:)
Dzisiaj będę ja - ja przemawiająca do was:) Nie mam super dykcji, nie mam twarzy modelki, ale mam dla Was życzenia:)
\
I jeszcze moja choinka - bombki ze starych kluczy, upleciony w piórek łańcuch i gwiazda z nakrętek 12mm (z takich strzelamy w klubie PROCOHOLIKA;))
I mój renifer:
Czytamy się po świętach!
Anuk
Nadchodzą nietypowe dni, więc przygotowałam dla was nietypowy wpis:)
Dzisiaj nie będzie narzekania na służbę zdrowia, opowiadania o kolejnych levelach ani refleksji nad śmiercią i życiem:)
Dzisiaj będę ja - ja przemawiająca do was:) Nie mam super dykcji, nie mam twarzy modelki, ale mam dla Was życzenia:)
I jeszcze moja choinka - bombki ze starych kluczy, upleciony w piórek łańcuch i gwiazda z nakrętek 12mm (z takich strzelamy w klubie PROCOHOLIKA;))
I mój renifer:
Czytamy się po świętach!
Anuk
środa, 10 grudnia 2014
Gra w grze
Rodzimy
się z wyrokiem śmierci. Brniemy przez życie mając nadzieję na
długi czas, intensywny, szczęśliwy. W trakcie tych lat zdobywamy
kolejne levele – roczek, pasowanie na ucznia, komunia,
bierzmowanie, matura – nieskończenie wiele leveli o różnych
nazwach i wielorakim przebiegu. Misja za misją brniemy przez nie raz
zdobywając bonusowe punkty, a niekiedy cofając się o krok i
powtarzając któryś poziom. Niektórzy skupiają się na zdobywaniu
potrzebnych umiejętności by przetrwać. Inni chcą swoją grę
tworzyć świadomie. Są tacy, którzy traktują każdy level jak
swój ostatni. To gracze chcący urwać jak najwięcej, czuć
najintensywniej i tacy, którzy dostali wyrok śmierci w zawieszeniu.
Kiedyś
bardzo bałam się tematu śmierci. Kiedyś? Jeszcze trzy miesiące
temu na samo słowo dostawałam białej gorączki – bo po co kusić
los? Tak jakby samo słowo mogło ją przywołać. Nie chciałam o
niej myśleć, nie chciałam mieć z nią nic wspólnego. Chciałam
być nieśmiertelna. Byłam nieśmiertelna. Chyba każdy tak ma. Aż
tu nagle – BUM! Kostucha z kosą staje za naszymi plecami i czujemy
jej oddech na karku (nie wiem jak kostucha może oddychać, ale
uwierzcie mi, chucha w plecy jak szalona!) I nagle nadchodzi albo
jeszcze większy strach albo...oswojenie?
<<„Oswoić”
znaczy „stworzyć więzy”.>>
(lis
do Małego Księcia, w odpowiedzi na pytanie, co to znaczy „oswoić”.
)
Coś w tym jest. Ja ze swoja kostuchą
zawarłam umowę – nie wchodzimy sobie w drogę, szanujemy się,
ale nie gadamy ze sobą, czasami szydzimy, ironizujemy i podchodzimy
do siebie z pełnym cynizmem. Na pewno nigdy nie zostaniemy
przyjaciółkami. Tyle, że zrozumiałam, iż dalsze ignorowanie jej
nie zmieni faktu, że istnieje na dodatek przeprowadziła się jakoś bliżej
mnie. Czuję, że czasami mnie obserwuje, staram się tym nie
przejmować.
Można powiedzieć, że stworzyłyśmy jakąś więź.
Oswoiłyśmy się ze sobą.
Gorzej jest z innymi, tymi obok mnie
bliższymi i dalszymi. Nie rozumieją, że jak mówię „Nie obrażaj
się na mnie z byle powodu, bo jak umrę to będziesz sobie to
wyrzucał i będziesz smutny” nie jest szantażem emocjonalnym
tylko najprawdziwszą prawdą. To nie groźba, to fakt. Jak zmarła
moja babcia, żałowałam, że nie miałam czasu jej odwiedzić, że
więcej nie rozmawiałyśmy. Pewnie gdyby mi wtedy tak powiedziała
jak ja dzisiaj, poczułabym się dziwnie. Tylko, że nagle te słowa nabierają innego sensu. Dziś jest inaczej. Nie mam
czasu, żeby być delikatną.
Nie mam pretensji jak ktoś nie zrozumie.
„Zawiasy” zmieniają ogląd na
życie. Nie chcę tracić dni na niepotrzebne emocje. Mam w dupie te
pierdoły – brudne naczynia, spóźnienia, zapominalstwo. Kiedyś żądło wysuwało mi się na samą myśl
o niektórych przewinieniach. Dziś mogę wam powiedzieć jedno –
zdobyłam umiejętność „WDUPIEMAMIZM” +100. Nie mylić z
obojętnością. I nie mam czasu na NIEMANIECZASU. I na obrażanie się.
Gra w BURAKA to gra w grze – trzeba
ją przejść, żeby móc kontynuować poprzednią – ŻYWOT. Jak
zaliczymy grę w BURAKA i nie stracimy życia, kontynuujemy zaczętą
wcześniej z wyższym poziomem, ale i z kosą wiszącą nad głową. Co zrobić, żeby nie (kolokwialnie i brzydko mówiąc) uje*ała nam łba za szybko?
Myślę, że scenariusz nigdy nie jest
określony, my go tworzymy jeśli nie wrzucamy „auto gry” i nie
zwalamy wszystkiego na los, przypadek i siły wyższe (oj, jak ja to
kiedyś lubiłam:) Postanowiłam sama ustanawiać zasady, łamać
schematy, nie poddawać się ograniczeniom (że niby nie można wyjść
poza planszę? Pfff...)
Trochę jest jak w tym kawale gdzie
przychodzi baba z żabą na głowie, lekarz pyta „co Pani jest?”
a żaba na to „coś mi się przykleiło do dupy”. Ja jestem tym
przyklejonym babskiem do dupy kostuchy – to ja decyduję dokąd
idziemy.
POWODZENIA!
P.S. Ależ wywaliłam patetyczny wpis, choć
miało być z humorem i przymrużeniem oka:) Ta chemia rzuca mi się
na mózg i przynosi na bloga takie wpisy dziwne, póki co muszę to
tolerować. Jakby nie patrzeć to część gry.
Jutro wybywam na
kolejną magiczną manę. Jeszcze nie wiem czy ją dostanę bo nadal
jestem przeziębiona.
Ale, ale! Są i dobre wieści – odwołano
dyrektora Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego, gdzie się leczę:)
Może coś się zmieni na lepsze i może usuną ten głupi zapis o
skierowaniu do onkologa. I może mój dr T powróci i będzie mógł
mnie operować...Tyle pytań, noc taka krótka, ja taka
śpiąca...DOBRANOC moi mili.
Trzymajcie kciuki. Już niedługo
kolejna relacja z twierdzy onkologicznej!
Ps. Zróbcie dzisiaj coś fajnego i
napiszcie mi co to było, nie traćcie dnia, ok?:)
Anuk
poniedziałek, 1 grudnia 2014
Level IV- chapters 1 & 2 - Fucking NFZ
Są dobre i lepsze chwile. Bywają też
gorsze, kiedy czuję się bezsilna i bezwolna, jakby nic nie zależało
ode mnie. Wtedy staram się skupić na tej jednej myśli, którą
powtarzam sobie od samego początku „JESTEM ZDROWA”. I wtedy
zderzam się swoim pełnym marzeń i wiary łbem z naszym cudownym
systemem, który nie ma nic wspólnego ze zdrowiem ani leczeniem. I
wtedy ogarnia mnie wielki, obrzydliwie spasiony potwór o jakże
słodkim imieniu WKURW. Rośnie i pasie się dzięki naszej kochanej
służbie zdrowia.
W środę 19.11. miałam kolejną dawkę
magicznej many. Tym razem obyło się bez przedłużającej się
szpitalnej wizyty, za to zaczęło się od fall startu.
Byłam przekonana, że do szpitala mam
przyjechać 18.11 i właśnie w tym dniu tam się wybraliśmy – o 7
rano, spakowana, wystrojona (dla poprawy humoru i podniesienia
morale) oraz pełna lęku w sercu, ze znowu mnie zatrzymają i będą
dręczyć. Weszłam pewnym krokiem na izbę przyjęć, a tam...nie ma
mnie na liście. Okazało się, że mam być przyjęta 19.11. Nie
wiem już sama czy zakręcona doktórka podała mi zły dzień czy
zakręcona ja sobie go ubzdurałam w tej łysej główce, w każdym
razie musiałam wrócić dnia następnego.
Motyle (ale nie takie jak przy
zakochaniu) latały mi w brzuchu i wierciły dziurę aż do rana.
Mało spałam, dużo się niepokoiłam i na oddział dotarłam
dziewiętnastego o 7.05. Przyjęto mnie, ale łóżka znowu zabrakło.
Do „mojej” sali przyjęto jeszcze 3 kobiety, dla których łózek
brakło. Powiedziano mi, ze mam czekać na lekarza i jak mnie
przebada to potem poszukają mi innej sali. Usiadłam więc pokornie
na stołeczku i zaczęłam gadać ze współchorymi. Tym razem los
był łaskawy i zesłał mi Baśkę – wesołą kobietę w wieku
mojej mamy, ale bardzo młodą duchem. Jak się okazało też miała
raka piersi, tylko, że prawej, więc we dwie miałyśmy obustronnego
raka co strasznie nas bawiło, choć nikt inny się nie śmiał.
Baśka okazała się świetną kompanką w pokonywaniu nudy i rutyny
szpitalnej. Czekając na wyniki badań i chemię usadowiłyśmy się
w szpitalnym korytarzu przy stoliku i gawędziłyśmy sobie wesoło.
Dołączyła do nas potem jeszcze jedna Baśka, równolatka swojej
imienniczki z takimże samym humorem i pogodą ducha. Dostałam bonus
do dobrego humoru +300.
Gdyby ktoś wszedł wtedy na oddział
pomyślałby, że to wariatkowo a nie miejsce leczenia ludzi z
rakiem. Śmiech może pomóc we wszystkim.
Cóż, Baśki pozwoliły mi jakoś
przetrwać ten czas oczekiwania na łóżko i chemię, a czekać
musiałam do 17. Przydzielono mnie do sali, w której leżała jedna
kobitka od kilku już dni i druga, która jak ja przyszła na podanie
chemii. Pogadałyśmy. I humor mi zrzedł. Jedna miała ciężkiego
raka jelit, druga raka trzustki. Sama nie wiem czy pisać wam
szczegóły. Powiem wam tylko, że kobitka z chorą trzustką,
chodziła z rakiem, którego uznano za „guza zapalnego” i
powiedziano jej, że „sam się wchłonie” przez 7 miesięcy, póki
ów guz nie zaczął naciekać na inne narządy i stwierdzono, że
teraz jest „za późno”...Dziewczyna jest gdzieś w moim wieku,
może trochę starsza... od roku przyjeżdża co tydzień na chemię,
która ma przedłużyć jej życie...Nie wiem czy łzy czy krzyk
ciśnie się na zewnątrz, ale takie historie po prostu bolą.
I rodzi się zwątpienie, czy aby na
pewno mnie uleczą? Czy mi pomogą? Czy się nie mylą?
Wieczorem na szczęście byłam już w
domu i zasnęłam w swojej pościeli, szczęśliwa, że nie muszę
zostawać TAM.
Ta trzecia chemia jest dla mnie
wyjątkowo nieprzyjemna. Mój żołądek ciężko ją zniósł i mimo
leków przeciwwymiotnych cztery dni spędziłam trzymając w
objęciach muszlę i to nie taką znad morza. Ale to nie było
najgorsze, najgorsza była wizyta w przychodni onkologicznej, gdzie
miałam spotkać się z moim chirurgiem – doktorem T. Zadzwoniłam,
dowiedziałam się, że będzie 21.11 czyli dwa dni po chemii –
trudno – mówię, dam radę. Tym, którzy nie znają tej historii
ani przychodni Onko przy DCO Wrocław, wyjaśnię pokrótce zasady:
- Jeżeli chcemy zarejestrować się na wizytę musimy czekać jakieś 2-3 miesiące
- Jeśli chcemy, żeby wizyta była szybciej to rano są dodatkowe „numerki”, żeby je zdobyć należy przybyć do przychodni ok. 6 rano i stać w kolejce po zdobycie miejsca (może się również okazać, ze już go nie ma)
Dotarłam do przychodni w piątek o
6.15. Nie mogłam spać całą noc bo było mi niedobrze, ale jakoś
udało mi się wstać. Okazało się, że jednak nieco za późno-
kolejka liczyła już jakieś 30-40 osób i zawijała się jak muszla
ślimaka na korytarzu, żeby wszyscy się zmieścili.
Stanęłam i postanowiłam przeczekać
swoje. O siódmej otwierają rejestrację. Od dziewiątej przychodzą
lekarze. Dam radę, dam radę – pozostało mi tylko powtarzanie
sobie tego. Na szczęście w kolejce poznałam cudowną istotę, jak
się okazało moją imienniczkę, z którą czas minął jakoś
szybko i przyjemnie. I znowu bonus! Anka popilnowała mi kolejki
kiedy pobiegłam do kibla obrzygać pół kabiny (bo przecież wc
jest na pierwszym piętrze a pacjent po chemii na pewno zdąży tam
dobiec nim wyrzuci z siebie wnętrzności) Potem dzielnie
podtrzymywała mnie na duchu, kiedy prawie się przewracałam...W
końcu o 7.20 doszłam do okienka i czego się dowiedziałam? Że
dzisiaj dr T nie ma i nie ma już również „numerków” do
gabinetu 108. Dr ma być za tydzień. Super, cudownie, to może
chociaż wydadzą mi wyniki rezonansu (pójdę sobie do niego
prywatnie, ale potrzebuję wyników!). Pani w okienku powiedziała,
że może mi je wydadzą, ale raczej bez wizyty nie. Nie pytajcie
mnie dlaczego. Nie mam pojęcia o co chodzi, ale poszłam do gabinetu
gdzie była pielęgniarka, żeby poprosić o ten pieprzony wynik
rezonansu, ale usłyszałam, że nie ma takiej opcji. Gdybym była w
lepszym stanie fizycznym nie dałabym sobie w kaszę dmuchać, ale
nie miałam siły. I tak straciłam blisko 2h życia i wyszłam z
niczym. No nie do końca z niczym – wyszłam z nową znajomością.
Wymieniłyśmy się nr telefonu, namiarami na fejsa i czekam, aż
Anka mnie odwiedzi w końcu (mam nadzieję, że to czyta;))
Ten dzień, chociaż dla mnie fizycznie
bardzo ciężki, umiliłam sobie wizyta u Martyny, z którą
zrobiłyśmy sobie „mroczną sesję”:) Nie ma tego złego jak
widać, a makijaż może zamaskować największe wory pod oczami:)
Minął tydzień, którego streszczenia
wam oszczędzę i znowu nadszedł piątek – dzień wizyty u
lekarza. Tym razem wstałam o 5 i o 5.45 byłam już pod rejestracją
– i tu niespodzianka – byłam w kolejce jedynie 12.
Jest nadzieja.
Udało mi się zapisać do lekarza, ale
okazało się, że nie ma znaczenia kolejka bo lekarz i tak wyczytuje
pacjentów. Ok, nie spieszy mi się (znając realia nie planowałam
nic do późnego popołudnia). Znów minęły trzy godziny mojego
życia i tym razem nie było tam nikogo fajnego do umilenia czasu
rozmową. Było za to wyjątkowo irytujące małżeństwo, tacy
nowobogaccy koło 50-tki w drogich ciuchach, co to wszystko im się
należy, dużo mówią, nie słuchają innych i mają gorzej od
innych. Cała przychodnia poznała ich historię. Szkoda mi miejsca
na tę historię:)
O 9 przyszedł dr T. Przeprosił
wszystkich pacjentów i powiedział, że musi iść robić operację
i będzie po 11, ale w zastępstwie przyjdzie inny dr. Jak ktoś
chce, może na niego zaczekać.
Siła wyższa, ktoś potrzebował go
bardziej. Stwierdziłam, ze poczekam, w końcu to on mam mnie
operować za kilka miesięcy.
Poczekałam, jak się okazało do 12.
Przy okazji od innych pacjentów dowiedziałam się, ze w DCO był
strajk lekarzy i wszyscy (prawie) chirurdzy złożyli wypowiedzenia,
łącznie z „moim” dr T.
Załamka. Kto mnie zoperuje? - 100 pkt
do motywacji.
Potem przyszli pacjenci, którzy na
wizytę czekali od kilku miesięcy – większość przyszła
SPECJALNIE do dr T, więc w poczekalni zrobiło się tłoczno i
czekaliśmy do 12. Normalnie najpierw, między 9-10 są przyjmowani
pacjenci z tego samego dnia a ok 10-11 przychodzą Ci wcześniej
umówieni. Wszystko niestety przesunęło się w czasie i Ci poranni
(m.in. ja) spadają na koniec kolejki. +100 do straty czasu.
W końcu o 13.45 przyszła pora na mnie
i weszłam do gabinetu. Wizyta trwała dosłownie 5 minut, bo
chodziło tylko o odebranie wyników rezonansu, który będzie
potrzebny dopiero przy operacji. Jedyne co dobre, to dowiedziałam
się, że dr T zoperuje mnie w Legnicy jeśli tutaj nic się nie
zmieni (tego dnia miały być rozmowy z dyrekcją na temat
polepszenia warunków lekarzom).
Osiem godzin. Dzień pracy. Wiecie jaką
dostałam „zapłatę”? Przeziębienie. - 100 do zdrowia, - 100 do
motywacji, +100 do poirytowania.
Zapomniałabym wspomnieć – nfz
wymyślił, że od listopada tego roku trzeba mieć skierowanie od
lekarza pierwszego kontaktu do CHIRURGA ONKOLOGA.
Nie wiem jak mam się powstrzymać od
przeklinania.
Co ma wspólnego internista z
onkologiem? Długą kolejkę pod gabinetem, od listopada jeszcze
dłuższą u internisty. I co powinnam napisać Może, że PACJENCI
ONKOLOGICZNI PRZEPRASZAJĄ CHORYCH LUDZI CZEKAJĄCYCH W KOLEJCE DO
INTERNISTY, ZA NIEPOTRZEBNE ZAJMOWANIE MIEJSCA, ZA NIEPOTRZEBNE
WYDŁUŻANIE KOLEJEK – ale nie za siebie przepraszamy, za pieprzone
NFZ, które pogrążą nas i was w chorobach, które nie dba o nikogo
tylko o swoje kieszenie.
I jak człowiek ma wyzdrowieć? Jak mam
powtarzać sobie, że wszystko będzie dobrze?
Powiem wam – inaczej się nie da,
więc mimo przeciwności losu, mimo wielkiego WKURWU, mimo cieknącego
kataru z nosa, mimo załzawionych oczu, mimo chorego systemu –
wstaję rano i mówię sobie „JESTEM ZDROWA” i staram się
uśmiechać i się nie bać.
I od razu jest mi lepiej.
Chociaż DCO, NFZ i całego systemu
nienawidzę.
Bądźcie zdrowi kochani i pełni
wiary, bo trzeba być zdrowym, żeby chorować w tym kraju!
Łysy Anuk
poniedziałek, 17 listopada 2014
Dodatki do gry
Gra z bu-raka przybrała na wadze o kilka wątków, które nierozerwalnie wiążą sie z brakiem czasu, ale i dobrą zabawą:) Jak wcześniej wspominałam uważam, że to co mi się przytrafiło ma więcej stron pozytywnych niż negatywnych (może dlatego, że nie trzeba chodzić do pracy, można spać ile się chce i mieć różne zachcianki?:)
Jutro znowu szpital i kolejna magiczna mana zostanie wtłoczona do moich zmęczonych bolących żył. Według planu lekarzy, prócz niej dostanę jeszcze 5, według mnie jeszcze jedna porcję. Tak postanowiłam i już (że mój bu-rak zniknie w tak szybkim czasie, nie, że zrezygnuję z leczenia;). Niedługo powinnam dostać wyniki badań genetycznych na mutację genów BRCA 1 i BRCA 2 (dzisiaj dzwonili, że wyniki już są, poprosiłam o wysłanie, bo laboratorium jest na końcu świata) i może w szpitalu dowiem się co z wynikiem mojego rezonansu. O tym wam nie opowiadałam. Otóż rezonans to najdziwniejsze badanie, które mi robiono!
Przyszłam niczego nie świadoma (tym razem nie czytałam nic w internetach, bo znowu bym się nakręciła). Miła Pani, która poprzednio podawała mi kontrast przy tomografii, tym razem wbiła mi wenflon w rękę i kazała iść do kabiny, rozebrać się do połowy (od góry rzecz jasna). Wprowadziła mnie do gabinetu z rezonansem i moim oczom ukazała się wąska rura z wysuwaną „leżanką”. Na szczęście kazano mi się położyć głową w dół, bo przedmiotem badania tym razem były piersi. Oczy oparte miałam na zagłówku, więc kompletnie nic nie widziałam. Biorąc pod uwagę, że rura rezonansu jest wąska bardzo się z tego cieszyłam. Do wenflona została podłączona rurka, do drugiej ręki coś mi wsunięto, ale nie wiem co bo nikt nie powiedział i wjechałam do rury. Gabarytowo jestem raczej z tych większych kobiet, więc nie dziwi mnie, że było mi nieco ciasno, ale czułam jak ścianki rezonansu przygniatają moje ręce do ciała. To zdecydowanie nie było przyjemne. W ogóle. Na dodatek kazano mi się nie ruszać. Spoko. Tyle potrafię. Zapomniałabym! Założono mi na uszy słuchawki, takie duże, gąbkowe. Chwilę później dowiedziałam się dlaczego...ŁUP,ŁUP,ŁUP,ŁUP, TOTOTOTOTO, TIIII,TIII,TIII... ogromny hałas zaczął penetrować moje ciało. Czułam go w każdej komórce, aż bebechy zaczęły mi się przewracać do góry nogami i nazad.
Dobrze, że nie przeczytałam wcześniej ile to badanie trwa. Wiedziałam tylko, że będzie bez i z kontrastem, jak się okazało, to, bagatela, 40 minut rezonowania! Nie można się zdrzemnąć, nie można się ruszyć, a po 20 min. wszystko zaczyna cierpnąć. Po skończonym badaniu przez kilka minut obraz był totalnie rozmazany a ja nie mogłam złapać pionu (czasowe -50 do orientacji w terenie). Ale da się przeżyć.
A teraz trochę o przyjemnościach, a tych w okresie od ostatniej chemii było bardzo dużo. Jak już przestałam wymiotować z byle powodu i trochę siły odzyskałam poszliśmy z R. i kolega Niedzielem postrzelać z procy! To nasze hobby, które od kilku miesięcy karmimy naszym czasem (albo na odwrót). W każdym razie miłość do procy zaszczepił w nas ww. NIedziel a my kupiliśmy sobie własne super-wypasione proce i strzelamy:) To jakby osobny rozdział mojej gry i tutaj punkty liczą się inaczej:) O tym co to są PROCOHOLICY, na czym polega PROCES oraz jak wygląda i co robi nasza drużyna, możecie przeczytać o tutaj: https://www.facebook.com/procoholicy


Serdecznie wszystkich zapraszam, może ktoś się zarazi i również zacznie strzelać?:) To właśnie zajmuje mi masę czasu, ponieważ to ja (a co, pochwalę się;) stworzyłam fanpejdż, zdjęcia, grafiki i staram się jakoś nad tym zapanować (Oczywiście z pomocą R. i innych procoholików:))
Druga moja przyjemność, której daję się wykorzystywać, to pichcenie. Dostałam spóźniony o kilka miesięcy urodzinowy prezent - nowiutką extra-turbo-wypasiona kuchenkę, która muffinki robi w 20 min a pizzę w 10:) I tak pochłonęła mnie kuchnia, a bardziej szczegółowo to piekarnik, którego do tej pory nie miałam i wszystko piekłam w prodiżu. Dziś wiem ile traciłam:)
Trzecia moja przyjemność, która zawsze ze mną była, ale zaniedbywałam ją przez ostatnie kilka lat to fotografia. Myślałam, że mój obiektyw się popsuł i nie mając pieniędzy wówczas na naprawę oraz nie znajdując wyjścia z sytuacji zamknęłam aparat w szafce, gdzie zbierał kurz i wzbudzał moje wyrzuty sumienia - przecież zawsze to kochałam! Teraz, przez, a może "dzięki" rakowi, odkurzyłam aparat i postanowiłam naprawić obiektyw. Poprosiłam mojego kolegę fotografa, żeby przyjrzał się problemowi lub zawiózł go do jakiegoś magika od lustrzanek. Tomasz popatrzył, podmuchał, pokręcił pokrętełkami i – niespodzianka! - zaczęło działać! Dawno się tak nie ucieszyłam:) Zabrałam się ochoczo do cykania – zaczęłam od łączenia przyjemności, czyli robienia zdjęć podczas strzelania oraz potrawom, które urodziła moja kuchenka. Wszystko działało aż do wczoraj, kiedy to na pierwszych zawodach w historii procologii mój obiektyw znów zaniemówił i wyświetlił tylko tajemniczy komunikat FEE. Byłam zrozpaczona i pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu to zadzwoniłam do Tomasza, ale nie ustaliliśmy nic nowego - przypadek (?) "obudził" wtedy mój obiektyw. Zasiadłam, więc do tego co umiem najlepiej - przeszukiwania na wskroś sieci. Po 10 minutach wygrzebałam co zrobić. Nie będę was zanudzać szczegółami technicznymi, ale okazało się, że obiektyw był sprawny cały czas - trzeba było tylko ustawić coś, przekręcić i pstryknąć. Eh, nie wiem dlaczego wcześniej nie znalazłam tegoż sposobu. Widać tak miało być. Dzięki tak długiej przerwie dziś mam niesamowitą frajdę i masę pomysłów w głowie na zdjęcia:)
W związku z powyższymi hobby, mam mniej czasu na pisanie, ale na pewno tego nie porzucę. Tyle talentów nagle obudziło się w mojej głowie, tyle przyjemności czerpię z życia, że nie omieszkam tego opisywać i zanudzać was moim bu-raczanym życiem.
Zastanawiam się nad założeniem bloga kulinarnego, skoro i tak robię zdjęcia żarciu, co wy na to? Baking of Anuk to dobra nazwa? Czy zdobędę dzięki temu punkty w grze z bu-rakiem?
Buziole
Ps. teraz kiedy już mam czynny aparat będę mogła zrobić ładne zdjęcia turbanów:) Tylko niechże mnie w końcu do tego coś pchnie:) Trzymajcie kciuki za jutrzejszą manę - żeby mnie nie trzymali jak ostatnio 6 dni tylko szybko wypuścili do domu:)
poniedziałek, 3 listopada 2014
Jeszcze o szpitalu...
Najtrudniejsze w radzeniu sobie z codziennymi problemami jest to, że trzeba robić to codziennie...
Zbieram się i zbieram do napisania czegoś i zebrać nie mogę. Od kilku dni jestem już w domu, ale trochę brakuje mi sił do czegokolwiek. Głównie to w coś gram (jak wspominałam - nie umiem w nic nie grać:) gotuję i śpię. Powoli czuję się coraz lepiej i nie biorę już tabletek przeciwwymiotnych (jupi!). Nie jest źle.
W skrócie zdam wam jeszcze relację ze szpitala, czyli ten ciąg dalszy, który obiecałam.
Przetrzymali mnie sześć dni - najpierw stwierdzili, że mam podwyższone enzymy wątrobowe i trzeba "przepłukać" wątrobę, a potem zaczęli mi wpierać nadciśnienie i nie chcieli z tego powodu podać magicznej many. Kiedy tam przyszłam ciśnienie było prawie ok (134/92) a potem było już tylko gorzej...od soboty wieczór ciśnienie miałam w granicach 150/100-160/110 więc podawali mi leki, po których zamiast spadać, ciśnienie jeszcze wzrastało. Wszystko prawdopodobnie było doprawione faktem, iż Panie z którymi byłam w sali od rana do nocy rozmawiały o swoich chorobach, chorobach swoich sąsiadów i chorobach znanych osób. Uciekałam z sali jak tylko była okazja i siedziałam na korytarzu, a moja frustracja rosła. Zastanawiałam się jak nazwać te Panie i nie przychodzi mi nic innego jak szpitalne trolle, choć nie chciałabym nikogo urazić. Ja na prawdę jestem głęboko empatyczną istotą i współczuję wszystkim chorym, ale do cholery jasnej i stu tysięcy rozlanych mikstur - nie da się funkcjonować słysząc ciągle o przerzutach i złych diagnozach! Koniec końców nie wytrzymałam i w niedzielę poryczałam się z tego wszystkiego - że ciśnienie nie chce spadać, że lekarze mnie nie słuchają kiedy im mówię, że to z nerwów, że nie mogę leżeć w łóżku, bo jestem nękana czyimiś przerzutami i, że jest mi źle w tym cholernym szpitalu gdzie karmią gorzej niż w więzieniu.
Pomogło. Lekarz dał mi tabletkę uspakajającą, ciśnienie spadło, a ja wkroczyłam do jaskini trolli, żeby je natchnąć pozytywnym duchem zdrowego myślenia (+100 do charyzmy). Kiedy nadszedł czas spania, weszłam do sali i powiedziałam "DOŚĆ GADANIA O CHOROBACH!" Nastała cisza i drogie Panie trollowe zaczęły mnie słuchać. Nie wiem co im powiedziałam, bo gadałam jak natchniona, ale Wilk z Wall Street by się nie powstydził. Zrobiłam im wykład o wpływaniu pozytywnego myślenia na nasz organizm i takie tam. W każdym razie podziałało, a drogie chore jakby poczuły się lepiej i zaczęły się uśmiechać. Może taka właśnie była moja ukryta misja. Nie wiem na jak długo to pomogło w każdym razie tego wieczora oraz kolejnego dnia już tyle nie rozprawiały o nękających je dolegliwościach, a temat został zmieniony na zdrowe odżywianie, modę i przystojnych doktorów. Było dużo śmiechu i nawet zaczęłam lubić moje współchore, a nie tylko współczuć. Po tym magicznym wieczorze ciśnienie się uspokoiło i następnego dnia dostałam chemię.
W końcu mogłam wyjść do domu, spokojna, zadowolona z efektów swojego działania i działania magicznej many.
Postanowiłam, że bu-rak zostaje maksymalnie jeszcze na dwie chemie a potem opuszcza mnie na zawsze. Lekarka powiedziała, że to możliwe, a dla mnie możliwe stało się konieczne i nie ma dyskusji. Z planowanych 8 sesji magicznej many postanowiłam przyjąć 4, doprawiając wszystko "czarami uzdrawiającymi" i pozbyć się intruza.
Powiecie "oby tak było". Ja mówię "tak będzie".
Tymczasem jeszcze krótka relacja fotograficzna o szpitalnym żarciu. Oto czym nas karmili. Nie zrobiłam zdjęć wszystkiego, bo parę razy byłam tak głodna, że zjadłam nim zrobiłam zdjęcie. Obiady może nie były najgorsze, ale uwierzcie, że po 6 dniach takiego jedzenia człowiek marzy o misce warzyw z warzywami:) Jeśli zaś ktoś chce schudnąć to polecam jeść według szpitalnego manu - mało i niedobre:)
P.S. Dla tych, którzy nie wiedzą - podczas chemioterapii nie powinno się jeść mięsa, ew. raz-dwa w tyg. kurczak a najlepiej indyk, nie wolno jeść przetworzonych rzeczy, czyli wędlin, serów, pasztetów, nic z puszek. Generalnie żadnych gotowych przetworów. Przede wszystkim nie WOLNO jeść cukru - cukier karmi raka. Tutaj nie ma, ale jednego dnia dano nam kromkę chleba z kleksem wysoko słodzonego dżemu. Wywaliłam.
Zbieram się i zbieram do napisania czegoś i zebrać nie mogę. Od kilku dni jestem już w domu, ale trochę brakuje mi sił do czegokolwiek. Głównie to w coś gram (jak wspominałam - nie umiem w nic nie grać:) gotuję i śpię. Powoli czuję się coraz lepiej i nie biorę już tabletek przeciwwymiotnych (jupi!). Nie jest źle.
W skrócie zdam wam jeszcze relację ze szpitala, czyli ten ciąg dalszy, który obiecałam.
Przetrzymali mnie sześć dni - najpierw stwierdzili, że mam podwyższone enzymy wątrobowe i trzeba "przepłukać" wątrobę, a potem zaczęli mi wpierać nadciśnienie i nie chcieli z tego powodu podać magicznej many. Kiedy tam przyszłam ciśnienie było prawie ok (134/92) a potem było już tylko gorzej...od soboty wieczór ciśnienie miałam w granicach 150/100-160/110 więc podawali mi leki, po których zamiast spadać, ciśnienie jeszcze wzrastało. Wszystko prawdopodobnie było doprawione faktem, iż Panie z którymi byłam w sali od rana do nocy rozmawiały o swoich chorobach, chorobach swoich sąsiadów i chorobach znanych osób. Uciekałam z sali jak tylko była okazja i siedziałam na korytarzu, a moja frustracja rosła. Zastanawiałam się jak nazwać te Panie i nie przychodzi mi nic innego jak szpitalne trolle, choć nie chciałabym nikogo urazić. Ja na prawdę jestem głęboko empatyczną istotą i współczuję wszystkim chorym, ale do cholery jasnej i stu tysięcy rozlanych mikstur - nie da się funkcjonować słysząc ciągle o przerzutach i złych diagnozach! Koniec końców nie wytrzymałam i w niedzielę poryczałam się z tego wszystkiego - że ciśnienie nie chce spadać, że lekarze mnie nie słuchają kiedy im mówię, że to z nerwów, że nie mogę leżeć w łóżku, bo jestem nękana czyimiś przerzutami i, że jest mi źle w tym cholernym szpitalu gdzie karmią gorzej niż w więzieniu.
Pomogło. Lekarz dał mi tabletkę uspakajającą, ciśnienie spadło, a ja wkroczyłam do jaskini trolli, żeby je natchnąć pozytywnym duchem zdrowego myślenia (+100 do charyzmy). Kiedy nadszedł czas spania, weszłam do sali i powiedziałam "DOŚĆ GADANIA O CHOROBACH!" Nastała cisza i drogie Panie trollowe zaczęły mnie słuchać. Nie wiem co im powiedziałam, bo gadałam jak natchniona, ale Wilk z Wall Street by się nie powstydził. Zrobiłam im wykład o wpływaniu pozytywnego myślenia na nasz organizm i takie tam. W każdym razie podziałało, a drogie chore jakby poczuły się lepiej i zaczęły się uśmiechać. Może taka właśnie była moja ukryta misja. Nie wiem na jak długo to pomogło w każdym razie tego wieczora oraz kolejnego dnia już tyle nie rozprawiały o nękających je dolegliwościach, a temat został zmieniony na zdrowe odżywianie, modę i przystojnych doktorów. Było dużo śmiechu i nawet zaczęłam lubić moje współchore, a nie tylko współczuć. Po tym magicznym wieczorze ciśnienie się uspokoiło i następnego dnia dostałam chemię.
W końcu mogłam wyjść do domu, spokojna, zadowolona z efektów swojego działania i działania magicznej many.
Postanowiłam, że bu-rak zostaje maksymalnie jeszcze na dwie chemie a potem opuszcza mnie na zawsze. Lekarka powiedziała, że to możliwe, a dla mnie możliwe stało się konieczne i nie ma dyskusji. Z planowanych 8 sesji magicznej many postanowiłam przyjąć 4, doprawiając wszystko "czarami uzdrawiającymi" i pozbyć się intruza.
Powiecie "oby tak było". Ja mówię "tak będzie".
Tymczasem jeszcze krótka relacja fotograficzna o szpitalnym żarciu. Oto czym nas karmili. Nie zrobiłam zdjęć wszystkiego, bo parę razy byłam tak głodna, że zjadłam nim zrobiłam zdjęcie. Obiady może nie były najgorsze, ale uwierzcie, że po 6 dniach takiego jedzenia człowiek marzy o misce warzyw z warzywami:) Jeśli zaś ktoś chce schudnąć to polecam jeść według szpitalnego manu - mało i niedobre:)
P.S. Dla tych, którzy nie wiedzą - podczas chemioterapii nie powinno się jeść mięsa, ew. raz-dwa w tyg. kurczak a najlepiej indyk, nie wolno jeść przetworzonych rzeczy, czyli wędlin, serów, pasztetów, nic z puszek. Generalnie żadnych gotowych przetworów. Przede wszystkim nie WOLNO jeść cukru - cukier karmi raka. Tutaj nie ma, ale jednego dnia dano nam kromkę chleba z kleksem wysoko słodzonego dżemu. Wywaliłam.
"szyneczka" nie wiadomo z czego plus 3 kromki weki
zupa szpinakowa, smakująca jak woda z solą oraz pulpet w sosie, kasza jęczmienna i kilka liści sałaty.
chleb i jajko. jajko wczorajsze. pyszności.
niedzielny obiad: woda z maggi i makaronem (ani jednego oka tłuszczu- fit) noga z kuraka, łyżka zimnych ziemniaków i marchewka.
1/4 pasztetu z puszki i 2 kromki chleba + masło
ryż z gulaszem i burakami oraz jakaś zupa (?)
poprosiłam o dietę lekką, bo normalnie pacjentki dostały kotleta mielonego w panierce, który udawał schabowego i kapustę ze słoika. Tutaj widzimy pulpeta, ziemniaki i szpinak oraz krupnik.
chleb z serem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















