wtorek, 9 czerwca 2015

Długi łikend i radio-cyc

Była impreza urodzinowa, potem dzień dziecka, następnie mały remoncik w domu i długi weekend nad morzem, zupełnie spontanicznie, teraz jest koniec laby. Od wczoraj jestem poddawana naświetlaniom!

Pamiętacie fluorescencyjne zabawki, które "nagrzewało się" pod lampką, a potem świeciły w ciemnościach? teraz takie gwiazdki sprzedają na sufit. Nie wiem czy to podgrzewanie pod żarówka coś dawało, ale tak robiliśmy z bratem. Miałam taką lalkę barbie murzynkę, która nosiła jeansową spódnice w fluorescencyjne ozdoby (znalazłam nawet zdjęcie ;) Spałam z nią, a raczej zamiast spać wgapiałam się w świecące punkciki. 


Dziś wiem, jak moja lalka się czuła, kiedy wpychałam ją pod gorącą żarówkę lampki. Różnica jest tylko taka, że nie mam figury Barbie, nie jestem z plastiku i moja lampka jest nieco inna. Ale czekam na efekt świecenia w ciemnościach - oszczędziłabym na prądzie trochę.


Tak wygląda to ustrojstwo. A nazywa się wdzięcznie "Clinac". Mam sześć tygodni na zaprzyjaźnienie się z clinackiem. Byłoby łatwiej gdybym nie musiała wstrzymywać oddechu przez 40 sekund za każdym razem kiedy lecą we mnie lecznicze promyki. Nim zaczyna się naświetlanie najpierw ze 3-4 razy mnie testują i przez głośniczki słychać "Proszę nabrać powietrza" a ja muszę wciągnąc powietrze przeponą i przepchnąć je do płuc wciągając brzuch. A potem jeszcze wytrzymać z tym powietrzem w płucach ok 40 sekund. Spróbujcie to zrobić w domu - wcale nie jest łatwo. Na szczęście mam w sobie cechę prawdziwego Polaka, zwaną "CO? JA NIE DAM RADY?", co oczywiście nie zawsze jest zaletą. Ta cecha przeważnie prowadzi do jakiś urazów fizycznych - "ŻE NIBY NIE DAM RADY PRZEJŚĆ 40 KM?/ PODNIEŚĆ 60 KG?/ ZAŁATWIĆ 7 RZECZY W GODZINĘ?/ NAUCZYĆ SIĘ NA 3 EGZAMINY W JEDNĄ NOC?/ZJEŚĆ 10 HAMBURGERÓW? itp. itd chyba każdy zna tego typu sytuacje z życia. Cecha janiedamrady? nie zawsze na szczęście przynosi straty, chociaż w moim przypadku prowadzi przeważnie na manowce...
albo do wycieńczenia organizmu.
Tak też było w długi weekend. Pojechałam do Gdańska z R, ale on wybył odwiedzić znajomych z Braniewa a ja zostałam w trójmieście. Plan był taki, żeby trochę pozwiedzać i trochę się spotkać z dziewczynami z grupy z fejsa (nomen omen, grupa nazywa się BUrak, zgadnijcie kto ją założył ;)) I tak pierwszego dnia przeszłam sobie, bagatela, około 15-18 km (obliczałam przez mapy google). No bo co? Ja nie dam rady? Dałam, ale następnego dnia szłam do kibla 10 min... całe 4 metry od łózka do drzwi kibelka :) No ale jak szaleć to szaleć. Spotkałam się z trzema świetnymi dziewczynami, niestety z Magdą nie zrobiłam sobie selfie i nie mogę pocynić trzema ładnymi koleżankami, więc pokaże wam tylko dwie:

z Krysią



i z Ewką

Było super, szkoda, że mamy do siebie tak daleko.
Poza towarzyskimi walorami, wyjazd miał również walory smakowe. Odwiedziłam w Sopocie restaurację "u Przyjaciół", która wcześniej widziałam w "Kuchennych rewolucjach" i zapragnęłam poczuć na własnym języku czy ta Gesslerowa coś umi czy nie umi. No i co mam wam powiedzieć? Nie zawiodłam się. Prócz pysznego jedzenia, była świetna obsługa i na prawdę fajne miejsce. Postaram się zrobić porządną recenzję na moim drugim blogu- Jadaczce, który ostatnio porzuciłam
na rzecz oddawania się przyjemnościom.Tymczasem pokażę wam tylko co nieco z pyszności jakich tam doznałam:


tatar z łososia

schab z dzika w panierce borowikowo-orzechowej

bezowy deser z kremem z mascarpone i polewą malinową

Byłam tam dwa dni po rząd, a co, jak się bawić to się bawić. 

Drugiego dnia już ledwie szurałam nogami, ale też kilka km pokonałam, tak, że na trzeci dzień, który spędziłam w Gdańsku bateryjki było niewiele, ale trochę połaziłam. 






Koniec weekendu spędziłam na grze w karty z Gdańszczanami, Torunianką i Wałbrzyszanami - czyli z całą Polską ;)





Było miło, ale co dobre szybko się kończy (niestety szybciej niż leczenie).


Tak to sobie spędzałam miło ostatnie dni przed naswietlaniami. Wiadomość o tym, że zaczynam w poniedziałek dopadła mnie w Sopocie na plaży, myślałam, że uda się urwać jeszcze kilka dni, no ale niestety. Od wczoraj nie morze, nie statki, nie pyszne jedzenie, ale taki widok będzie mi towarzyszył codziennie:

Także tego, jeszcze wam ponarzekam, że mi słabo i piecze i takie tam (znając moje szczęście...a nie będę krakać jak zwykle;)

Miałam napisać posta na dzień dziecka, ale było, minęło i już mi się nie chce nadużywać klawiatury, może jeszcze kiedyś te przemyślenia będą miały sens (wątpię;)) Ale przy okazji tamtych rozkminiań wygrzebałam z otchłani przeszłości kilka fajnych zdjęć. I takim jednym własnie was dzisiaj pożegnam moi czytacze!



Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

niedziela, 24 maja 2015

BEFORE BIRTHDAY-PARTY

Ostatnio zamęczam wam moimi przemyśleniami - raz wyłowionymi z ciszy, raz wyrwanymi z otchłani, dzisiaj będzie zgoła inaczej. Można powiedzieć, że wręcz bezmyślnie...

Urodziny mam 12 czerwca, ale już niedługo zaczynam naświetlania, potem chemię, więc stwierdziłam, że został jedyny i ostatni moment przed dalszą walką na chwilę relaksu i moją - tradycyjną już - coroczną imprezę urodzinową. Dla mnie ten dzień jest zawsze bardzo ważny. Wiem, że dziś mało kto obchodzi hucznie urodziny - co więcej ludzie zawsze pytają: "I z czego tu się cieszyć? Że jesteś rok starsza?" A ja na prawdę zawsze cieszyłam się z kolejnego roku przede mną i z tego za mną, dzisiaj to ma wymiar wręcz symboliczny. Bałam się, że tym razem się nie uda, że nie dam rady tego ogarnąć, na szczęście, dzięki Radkowi, Juremu i Alinie (która przyjechała mimo gorączki i bólu gardła i koniec końców przed imprezą wróciła do domu spać!) udało się przygotować imprezę na 25 osób!  Ostatnio pisałam wam o ludziach, którzy mnie zawiedli, dzisiaj będzie o ludziach na których mogę liczyć. Wszystkim, którzy pomagali bardzo dziękuję, w szczególności heroicznej Alinie :) Tym, którzy przybyli również jestem wdzięczna - zabawa była przednia! Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele takich imprez z 15-litrowym garem pełnym ponczu, sałatkami, żeberkami i karkówką, ale przede wszystkim z ludźmi, którzy przybywają z różnych stron Polski, żeby być na moich urodzinach (jeden przejechał prawie 800km, żeby dotrzeć, część zawitała z Wałbrzycha). 

Przed wami foto-wpis, bo co tu dużo pisać? Trzeba zobaczyć, choć nie oddam nimi gwaru rozmów, śmiechu i zapachu dymu z ogniska.



Na początek seria babskich selfies (które jak wiecie uwielbiam). U góry z kumpelami ze studiów - Dorotką i Martynką, które zawsze docierają na moją imprezę. Co roku wspominamy te same historie, ale i tak jest fajnie :D

Niżej Ja i Mar, która już dobrze znacie z poprzednich naszych wspólnych selfies - dzięki dla niej za zostanie prawie do samego końca i za sałatkę :)

A na dole ja i moje onko-koleżanki. Niby nowe, a jakbyśmy się znały wieki. Ala po lewej, która wystąpiła już w poprzednim wpisie - zrobiła najlepsze ciasto drożdżowe jakie w życiu jadłam, szkoda, ze nie możecie spróbować! A po prawej Aśka, która na co dzień wyciąga mnie na spacery albo zakupy, z których obie wracamy zmęczone jak psy po polowaniu na lisa.


A tutaj zlepek imprezowy - na górze stół z ponczem w roli głównej, ognisko i ludzie.


A na koniec sesja głupich min - która podoba wam się najbardziej??

To by było na tyle, idę odpocząć. Od wtorku trzyma mnie jakieś przeziębienie i w końcu wypadałoby się też wykurować, a nie tylko imprezy i imprezy! 

Bywajcie w zdrowiu i pielęgnujcie te znajomości, które warto pielęgnować!

Anuk

środa, 20 maja 2015

Myśli wyrwane z otchłani

"Jeśli spojrzysz w głąb otchłani, otchłań spojrzy także w głąb Ciebie" 
F. Nietzsche


Nie jestem fanką Nietschego, choć jestem przekonana, że Nitche byłby moim fanem, gdyby żył.
A tak na poważnie, życie z rakiem/po raku jest jak zaglądanie w otchłań. Wielka czarna dziura, która codziennie Ci towarzyszy - raz przed Tobą, raz za Tobą a raz obok Ciebie. Puka Cię w ramie i prosi "popatrz na mnie, a ja będę mógł spojrzeć na Ciebie". I gdzie się nie obrócisz wciąż zahaczasz, tę pieprzoną otchłań, czasami niechcący uczepisz się jej rękawa, jak skrawka spódnicy matki i jest pozamiatane. Zaczynasz myśleć (chociaż pewnie niektórym ten proces jest zupełnie obcy, jak tak spoglądam na ludzi). Myśli prowadzą Cię głębiej i głębiej ciemnym korytarzem w stronę przerzutów, nawrotów, śmierci. A jak już tam wleziesz, to kleją się te myśli jak błoto do butów, wgryzają w miękkie ciało, zaczynają płynąć w żyłach zjaranych chemioterapią.
Zaczyna się: głowa mnie boli - przerzut do mózgu, brzuch mnie boli- już nie mam wątroby, kręgosłup kłuje - niedługo po mnie, bo przerzut go złamie, przerwie się rdzeń, będę sparaliżowana i będę umierać w wielkich mękach...kaszel - płuca zajęte. I tak sobie dryfujesz, starając się nie wdawać w gierki z pieprzoną otchłanią, ale ona nie daje Ci spokoju.
Każde badanie kontrolne to zagryzanie zębów - tym razem się uda czy się nie uda? A jak masz w sobie spokój, to coś zaczyna się sypać - okazuje się, że badanie trzeba poprawić na przykład, a Ty już srasz w gacie. Wszyscy, którzy chorują lub chorowali znają to, czyż nie?
A jeszcze przychodzisz do lekarza, a on mówi "Guz był taki wielki??? węzły zajęte? I ma Pani her dodatni?" I robi wielkie oczy i się pyta czy na pewno nie masz przerzutów i Ci gratuluje, że żyjesz. I Ty masz świadomość, że miałeś kupę szczęścia, chociaż nie wiadomo ile to szczęście potrwa, bo ciągle słyszysz, że gdzieś obok komuś się nie udało.


Po chemioterapii i bieganiu ciągle po szpitalach masz masę znajomych, którzy też chorują. Z niektórymi się spotykasz, niektórych poznajesz wirtualnie przez fora lub blogi. I lubisz ich, bo oni wiedzą co czujesz i nie wmawiają Ci, że "będzie dobrze" i nie pytają co chwilę "jak się czujesz" i wiesz, że jak się rozpłaczesz, bo otchłań zajrzała Ci prosto w oczy, to Ci nie powiedzą "daj spokój, nie możesz tak myśleć" jakby choroby nie istniały. I codziennie walczysz o dobre myśli, dobrą zabawę, o powrót do starej rzeczywistości. Nie przeszkadza Ci, że jesteś za gruby, że farba ze ściany się łuszczy, że pogoda jest kijowa. Zaczynasz lubić te małe problemy. Co więcej chciałbyś się zamienić nawet - nie przeszkadzałaby Ci ch**owa praca, za rzadkie włosy, nawet pieprzony kredyt we frankach, gdybyś tylko mógł pozbyć się swojej przyjaciółki otchłani.
I starasz się żyć normalnie, ale już nie ma takiego słowa w Twoim słowniku, bo kiedy próbujesz wciąż natrafiasz na ścianę, albo na otchłań. Bo siły już nie te, bo odporność do bani, bo tego i tamtego już nie możesz. A ludzie zdrowi mówią Ci: "Przecież już go wycięli, przecież już jesteś zdrowa" i zaczyna ich irytować, że ich "spowalniasz", stajesz się nudny dla swoich dawnych znajomych, bo mało pijesz, bo wcześnie się zmywasz, bo nie możesz wysiedzieć na dworze całą noc i ciągle tłumaczysz się rakiem - no a przecież go nie masz! Ba! Zaczynają Ci zazdrościć, że nie musisz chodzić do pracy, że masz masę wolnego czasu, że masz na wszystko wymówki. Bo przecież super jest mieć raka, nagle osiągasz w życiu tyle korzyści!
Tak jak to ktoś napisał ostatnio Marzenie Erm w komentarzach na blogu - tyle siana zebrała i zarabia na swoim raku, bo ludzie naiwnie zapisują swój 1% podatku dla niej. Bo przecież jej lek kosztował pół miliona i to jest świetny interes mieć raka. A dlaczego jej rodzina nie sprzedała domu i samochodu? Przecież mogli by zamieszkać wszyscy w szpitalu, a nie ciągnąć kasę od ciężko pracujących ludzi. Taki to proszę Państwa jest interes - mieć raka - super sprawa, to jak dostać OSCARA.
Ostatnio usłyszałam od kogoś, po kim czegoś takiego chyba bym sie nie spodziewała: "inni tez mają problemy" (w domyśle- nie jesteś pępkiem świata) To fakt, nie jestem pępkiem świata na dodatek mam tylko jeden problem, jest nim bomba zegarowa w moim ciele, która w każdej chwili może odpalić licznik odliczający dni do końca, a jak się odpali to nie będzie to 10 lat, tylko może 2, jak będę szczęściarą to 5, na ciągłej chemii, bez poczucia godności. I wymagam od znajomych, żeby czasami się do mnie dostosowali - jak ja tak, ku*wa mogę! Niepojęte! Powinnam się cieszyć, że mam tylko jeden problem. I wiecie co? Cieszę się, że już nie jestem tak małostkowa, że nie pieprzę jak mi źle, bo mam szefa źle wychowanego, bo mi na piwo nie starcza, bo kredytu więcej muszę płacić. A ludzie, których uważałam za dobrych znajomych zaczynają dryfować w inną stronę, wciąż narzekający, wciąż nie szczęśliwi.
I wiecie co? Tak, czasami cieszę się, że mam raka. Bo może moje życie będzie krótkie, ale pewnie szczęśliwsze niż niejednego zdrowego nieszczęśnika.
Bo przestałam się przejmować pierdołami, bo cieszę się nawet najgorszą pogodą, bo uśmiech innych osób sprawia mi radość, bo już wiem co jest WAŻNE. I robię tylko to co chcę. I łapię każdą chwilę w locie.
Nie można tylko dać się otchłani - dajcie jej urlop, nawet kiedy boli was kręgosłup :)

A na koniec trzy szczęśliwe Buraczki - wiecie dlaczego tak lubię te dziewczyny? Bo mimo swoich okolicznych otchłani, nigdy nie narzekają, śmieją się z siebie i ze świata i starają się wykorzystać każdy dzień jak najlepiej. I nie mówią Ci, że masz fajnie, pewnie dlatego, że też mają tak fajnie jak TY :)


Pozdrowienia dla Bogusi i Ali :)

Życzę wszystkim zdrowym, którzy uważają, że fajnie jest mieć raka, żeby nigdy się o tym nie przekonali i życzę wszystkim - zdrowego rozsądku przede wszystkim.

Bywajcie w zdrowiu Kochani!
Anuk

poniedziałek, 11 maja 2015

Myśli wyłowione z ciszy

Pamiętam z czasów podstawówki (chyba 6 klasa) taką sytuację. Poszłyśmy z koleżanką do biblioteki publicznej - była wyprzedaż książek. Szukałyśmy jakiś powieści dla siebie, trwało to dosyć długo. W końcu coś wybrałyśmy i przy płaceniu moja koleżanka powiedziała do bibliotekarki:
- Siedzi Pani tutaj tak sama, w ciszy, nawet nie ma żadnej muzyki, nie nudzi się Pani?
Bibliotekarka uśmiechnęła się i odpowiedziała:
- Nie, inteligentni ludzie się nie nudzą.

Doskonale pamiętam tę sytuację, bo byłam już na tyle dojrzała (taa;), żeby docenić ripostę bibliotekarki. Bardzo lubię ciszę i zostawanie w świecie swoich myśli. To wcale nie oznacza, że jestem inteligentna, ale nie boje się tego co w swojej głowie znajdę. Rzadko słucham muzyki - ludzi to dziwi, do kogo bym nie przyszła to w tle ciągle coś gra - jak nie radio to tv. Strasznie mnie to rozdrażnia, szczególnie gadające głowy w tv (sama nie posiadam odbiornika). 
Nie zawsze tak było, lubiłam kiedyś zasypiać przy włączonym tv, ze słuchawkami na uszach itp. Ale coś się zmieniło i zaczęłam doceniać zewnętrzne i wewnętrzne dźwięki. Obserwować ludzi w autobusie, słuchać ich rozmów, choć może to niegrzeczne, ale pouczające. 

Myślałam ostatnio o tej mojej "ciszolubności"  i doszłam do wniosku, że mogę o sobie powiedzieć "poukładana wewnętrznie", "spokojna", "szczęśliwa". I samą mnie to zdziwiło. Jak połączyć raka i szczęście ze spokojem? A no tak zwyczajnie. Nie chcę umierać, a skoro chcę żyć, nie mogę stracić ani jednego dnia na zamartwianie się. Oczywiście są gorsze chwile, jak te kiedy muszę ciągle przypominać, że choroba mnie ogranicza i muszę bardziej dbać o swoją wygodę, że mam słabiutkie bateryjki, które nie pozwalają mi na spędzenie całego dnia na nogach itp. Wtedy mnie to strasznie wkurza, mam wrażenie, że ludzie patrzą jak na tą, do której trzeba się przystosować...bo nie możemy pójść na piechotę kilka przystanków, siedzieć całą noc w lesie itp. Tym bardziej, że ostatnio staram się nadrobić ostatnich 8 miesięcy spędzonych w domu. 
Na szczęście, mam szczęście i znajomych, którzy to rozumieją i zaciskają zęby, że czasami trzeba się do mnie dostosować. Zgrywam się trochę na tyrana, Ci którzy nie znają mnie osobiście, nie widzieli tej skrywanej za monitorem twarzy despoty. A tak serio - ukrywam pod nią trochę bólu, że jestem jakby nie patrzeć fizycznie upośledzona. Jak zwykle staram się wszystko obracać kota ogonem - ustawiłam się, nie muszę dźwigać, mogę zatrzymywać grupę kiedy chcę, bo przecież muszę odpocząć itp. Jednym słowem - rządzę. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia jak to mówi przyłowie...



Niestety o chorobie nie jest łatwo zapomnieć.
Jutro dowiem się kiedy zaczynam naświetlania. Koniec moich "wycieczek" i dobrej zabawy. Wychodzi na to, że kolejne cztery miesiące mieszkania w klatce przede mną - i to kiedy - w wakacje. Trudno. Na pewno coś wymyślę. 
W czwartek byłam w szpitalu na nauce oddychania i przy okazji odebrałam wynik TK klatki piersiowej. Ale Pani w okienku powiedziała, że muszę udać się do RTG celem zrobienia zdjęcia celowanego dolnego lewego płata płuca...czyli miejsca pod guzem. Nogi się pode mną ugięły i całe życie stanęło przed oczami. Pani w pracowni rentgenowskiej chyba to zauważyła, bo po zrobieniu zdjęcia kazała zaczekać chwilę. Stałam tam i trzęsłam się ze strachu, bałam się bardziej niż wtedy kiedy czekałam na wyniki biobsji. I wiecie co? Zaczęłam w myślach krzyczeć do Boga, że mimo iż nie do końca wierzę, że może coś zrobić, to jak może - niech coś zrobi, żeby to tylko nie były przerzuty. Po 3 minutach, które zdawały się być wiecznością przyszła Pani technik i powiedziała, że jest ok, to tylko jakieś niewielkie zwłóknienie. Wyszłam stamtąd i poryczałam się - taką dawkę emocji przyjęłam na klatę. To chyba już taki los "naznaczonych", że do końca życia każde badanie będzie przynosić ze sobą kopa emocjonalnego. 

Opowiadałam o tym później znajomym. Każdy starał się mnie pocieszyć mówiąc coś w stylu: "Przestań! Pozbyłaś się raka i on nie wróci. Musisz tak myśleć. Musisz w to wierzyć" I wiem, że chca dobrze, ale...  Wyparcie nie zmienia faktu istnienia pewnych rzeczy. Wiem, że to ma pomóc, ale działa czasami jak płachta na byka. 
Ostatnio Rybeńka i Ida  udostępniały u siebie na blogu wypowiedź księdza Kaczkowskiego o tym jak rozmawiać z chorymi. Bardzo mądry facet. większość tego co mówi jest wyjęte z naszych (chorych;) głów, choć nie każdy potrafi to wyrazić słowami. Polecam obejrzeć ten filmik wszystkim, którzy mają wśród bliskich osoby chore:

 

"Dlaczego My- chorzy nie znosimy pocieszactwa? Bo ono bywa puste.(...) Musimy pokazać kawał wnętrza, bo jak wyskoczymy z gotową gadką, ze wszystko będzie dobrze to /choremu/ tylko gul skoczy. Początkowo mnie to wkurzało, a teraz to mnie śmieszy, kiedy ludzie mówią "dobrze ksiadz wygląda"- na wygląd się nie choruje. (...)Najważniejsze jest, żeby powiedzieć /choremu/ o swoim strachu, im bardziej będziemy autentyczni i powiemy "Słuchaj, ja po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji, ja nie wiem co do Ciebie mówić, boję się." Ważne, żeby powiedzieć prawdę, a nie wyuczone teksty. W mówieniu, że będzie dobrze widzę podprogowy strach - Powiedz nam, że nie ma chorób, powiedz nam, że nie ma śmierci, powiedz nam, że Ty z tego wyjdziesz, czyli ja nie jestem zagrożony i paradoksalnie od Ciebie się tym nie zarażę. Oczywiście, ze nowotworami się nie zarażamy, ale ludzie mają gdzieś ten podprogowy lęk.(...) I nie gadajcie z chorymi tylko o chorobach "jak się czujesz?" - po raz kolejny muszę opowiadać jak się czuję. "Jak się czujesz, jak Ty dasz radę" - dajcie chorym wolność. To są wolni ludzie do samego końca."  

Wyrwałam kilka zdań z wypowiedzi księdza, tych, które dla mnie są istotne, a wiem, że większość osób nie będzie oglądało tej wypowiedzi, bo przecież jest długa :) Warto tego mimo wszystko posłuchać, bo mowa też o zmuszaniu chorych do podejmowania różnych "magicznych" terapii, "teorii spiskowej" i wielu innych typowych rzeczach dotyczących relacji z chorymi.

Ja doskonale rozumiem, że wiele osób nie wie co powiedzieć. Staram się już nie denerwować, kiedy po raz setny tego dnia słyszę "jak się czujesz?" Choć wiem, że to nie jest wynik troski, a raczej takie pytanie wynikające z poczucia, że musimy o to zapytać, albo nie wiemy jak zagadać inaczej. Nie mam nikomu za złe, ale lepszym dla mnie byłoby zapytanie o najbliższe plany - wtedy z pewnością dowiecie się jak się czuję przy okazji odpowiedzi :) 

Ciężko jest być ciężko chorym. Bo nawet jeśli pokonasz chorobę i jej skutki uboczne, trzeba pokonać strach przed nawrotem, złóść na innych ludzi (którzy w większości nie zdają sobie nawet sprawy, że wkurzają stwierdzeniami lub pytaniami, o których wyżej napisałam) i wiele innych przeciwności. Ale ja jestem dobrej myśli - bo po co być złej - jak to powiedział St. Lem :)

Dochodzi 12.30 a ja jak zwykle ponad godzinę spędziłam na pisaniu. W ciszy, szukając tylko odpowiednich myśli między literami. Myślę teraz o tym co będzie, kiedy znowu wpadnę w wir leczenia...i dochodzę do wniosku, że kto jak kto, ale ja na pewno nie będę się nudzić :)

P.S. Ostatnio odwiedziłam Wrocławskie ZOO i Afrykarium, które się tam znajduje. W czwartki osoby z orzeczeniem niepełnosprawności maja wstęp po 10zł (normalnie bilet kosztuje 40zł)
na koniec kilka zdjęć - seria selfies ze zwierzakami plus mój brat, który "walnął karpia" ;)











I FOKA DlA OKA!

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

wtorek, 5 maja 2015

Chwile wolności

Żyję.
Staram się robić wszystko, żeby to poczuć, bo w końcu po wielu miesiącach bycia więźniem własnego mieszkania, dziś czuję się dobrze. Staram się wykorzystać ten czas, między jednym a drugim etapem leczenia, który już niedługo znowu sprowadzi mnie do roli "domatora z przymusu".

W zeszłym tygodniu zrobiłam wszelkie potrzebne badania, żeby przyjąć na klatę kolejna chemię. Dziewięć sesji co tydzień, potem 7 tygodni naświetlań plus herceptyna. Udało mi się dosyć sprawnie - w ciągu dwóch dni - zrobić ekg, badanie krwi i kardiologa. Od tego ostatniego usłyszałam, że mam serce jak dzwon tylko jestem za gruba. Nie kłamał, to pierwsze jest chyba przez chęć życia, a to drugie...cóż, mam nadzieję, że uda się zmienić "po wszystkim".
W poniedziałek dzwoniłam do przychodni, miałam się przypomnieć, żeby znaleźli moją kartę. Pielęgniarka, która asystuje mojej dr D oznajmiła, iż dr D jest chora i jak tylko będzie to do mnie zadzwoni. Chemia została odroczona. Nie powiem, żebym była z tego powodu szczególnie niezadowolona. W środę telefon od Pani dr - cały oddział dumał co ze mną zrobić na konsylium i uradzili następująco: najpierw będę miała naświetlania a potem wstawienie portu naczyniowego i chemia oraz herceptyna, podawane jednocześnie (chemia co tydzień, hercia co 3). Znowu mam iść do radioterapeuty (ostatnio pisałam, że już tam byłam - niepotrzebnie). Badania, o których wyżej mowa, będą w takiej sytuacji nieaktualne, więc dwa dni, z które udało mi się wszystko załatwić uważam za stracone (chociaż przynajmniej wiem, ze mam serce spoko).
W czwartek grzecznie udałam się do radioterapeuty - w kolejce z 15 osób. Zajęłam miejsce i wybyłam. Nie cierpię tych korytarzy w DCO - strasznie są klaustrofobiczne, a ludzie często działają depresyjnie (tak wygląda poczekalnia - zero okien, wąskie przejście, kiedy siedzą tam ludzie, ktoś kto chce iść na koniec korytarza, musi tulić się do ściany - zdjęcie znalezione w sieci, ale świetnie oddaje klimat tego miejsca)



Na szczęście w przychodni tego dnia pojawiły się moje onko-koleżanki, które po załatwieniu swoich spraw przyłączyły się do mnie, umilając mi godziny oczekiwania na wizytę. Usiadłyśmy sobie na klatce schodowej, gdzie przynajmniej jest okno i kilka krzesełek. Tam mogłyśmy do woli trajkotać. Po około 3 godzinach czekania wreszcie nadeszła moja kolej, więc przeniosłyśmy się pod gabinet, kontynuując opowieści z życia (żeby nie było - nie gadamy ciągle o raku, wręcz przeciwnie - potrafimy cieszyć się wszystkim co z nim niezwiązane) Przyznaję, że rozmawiałyśmy dość głośno i ciągle z czegoś się śmiałyśmy. Minęło może 5 minut tego naszego gadania, kiedy odezwał się starszy Pan, który obok nas siedział:
- Jak Panie tak mogą! Panie się nawet nie krygują! To jest PRZYCHODNIA!!! Tu się nie rozmawia! Tu ma być cisza! To jest oburzające!! Tutaj siedzą pacjenci!! (A ja to co? Przyszłam na kawę?)
Widziałam miny dziewczyn i miałam wrażenie, ze zaraz zacznie się chryja. Wzięłam głęboki oddech:
- Bardzo przepraszamy, trochę się zagalopowałyśmy. (tu nastąpiła kilkudziesięcio-sekundowa cisza) Po czym dodałam lekko ściszonym głosem:
- Nie śmiej się Aśka! I tak masz raka! I ty też Ala się nei śmiej, też masz raka. 
Po czym wybuchnęłyśmy kontrolowanym, cichuteńkim śmiechem.

U radio-doktórki dowiedziałam się, że muszę zrobić rtg klatki piersiowej i iść nauczyć się oddychać (przecież ja umiem oddychać! Inaczej bym tu nie siedziała!). Grzecznie polecenia wykonałam.
Pewnie zastanawiacie się o co chodzi z tym oddychaniem. Otóż, punktem najważniejszym jest Pani z budynku C, która miała mnie tego nauczyć. Kolejne punkty to:
1) wdychamy powietrze przeponą (podnosi się brzuch)
2) na wdechu dobieramy powietrze płucami (lub przepychamy powietrze z przepony do płuc)
3) trzymamy tak 20 sek.
A wszystko po to, żeby odsunąć serce od naświetlanego miejsca (lewa pierś i pacha). Nie jest to łatwe. Ale mam ćwiczyć i przyjść jeszcze 8 maja się pochwalić tymże oddychaniem. Z kolei 12 maja będę miała "tomograf oceniający" czy jakoś tak. Będą ustalali, w którym miejscu mnie naświetlać. Z tego co zrozumiałam przygotują mi jeszcze coś w tym stylu:



Żeby za każdym razem naświetlać to samo miejsce. Ale tego się dowiem niebawem.

W międzyczasie leczeniowym, postanowiłam korzystać z życia i robić fajne rzeczy:) Zaczęłam od oglądania świata z góry (z bratem)



Najwyższy punkt w mieście Wrocław - taras widokowy na 50 piętrze Sky Tower. Budynek jest dokładnie naprzeciw szpitala i przychodni onkologicznej. Tak zachowują się dorośli ludzie widzący panoramę Wrocławia :)



Takie tam widoczki:)



A tutaj ja i DCO w tle :)

Z mniej górnolotnych wycieczek, odwiedziłam Sławę i mieszkających tam w "budce w lesie" naszych "starych znajomych" (może nie takich starych, ale ustaliliśmy,że już się znamy kilka ładnych lat, choć co to jest w stosunku do wieczności??)

Majówka się udała, a jakże, zresztą sami zobaczcie:




Udawałam na koncercie malamuta.




Niestety po kilku minutach skakania i zabawy moje bateryjki szybko się wyczerpały (nabieranie sił po chemiach to niestety długotrwały proces)




I odpoczynek z barłogu ;)




Uważajcie na monitory!




A na koniec Ja z R., którego możecie znać, a jak nie znacie to (UWAGA! REKLAMA!) zapraszam do oglądania "Poszukiwaczy historii" na Polsat Play w każdy wtorek o godz. 21.30 lub na stronę ipli, gdzie możecie obejrzeć stare odcinki za darmo: POSZUKIWACZE HISTORII. Myślę, że program zainteresuje nawet ignorantów historycznych (do których należę ja ;)) 

To by było na tyle. Dzisiaj też mam zamiar nie próżnować ŻYĆ. Wybaczcie mi ciszę, ale jak widzicie, miałam dużo zajęć, a może ciężko w to uwierzyć, ale taki wpis na blogu zajmuje mi ponad godzinę pisania bez przerwy (bez poprawiania ;)) 

I na koniec piosenka, która zawsze mnie wzrusza, choć jest bardzo pozytywna w sumie:)



Zróbcie dla siebie coś dobrego. Żyjcie!

Anuk 

sobota, 25 kwietnia 2015

Szczury, DCO, Kuźnia i Nietota, czyli podróże przedchemiczne

Chodzenie po lekarzach - samo zdrowie! A jak? Chorujesz? To wyślemy Cię do przychodni, posiedzisz sobie w jednej kolejce...albo nie, czemu tylko w jednej? Posiedzisz sobie w jednej kolejce dzisiaj, jutro w czterech, za tydzień w siedmiu i będziesz siedział tyle, aż Ci się człowieku chory, chorować odechce!!

czwartek
Po spotkaniu z instytutem genetyki (swoją drogą poszłam tam w koszulce z żółwiami ninja, które są mutantami ;)) o godzinie 18 udałam się na spotkanie autorskie z Robertem Szmidtem, autorem książki "Szczury Wrocławia". Zwykle mi się nie chce uczestniczyć w takich wydarzeniach, choć to z pewnością cenne. Tym razem jednak coś bardzo ważnego skłoniło mnie do odwiedzenia empiku. Po pierwsze: miałam odebrać wersję kolekcjonerską, po drugie (odpowiedź na obrazku):



Tak jest! umieram na łamach książki - i to nie na raka! Rozszarpują mnie zombiaki, a to bardziej optymistyczne niż być zeżartym przez kolesia ze szczypcami. 



No i oczywiscie na spotkaniu z autorem wtryniłam się na kanapę obok niego, a co, w końcu trzeba być w życiu trochę bezczelnym. Na dodatek jestem gruba, więc łatwo mi było się przepchać ;)


zdj. wyk. Natalia Szymacha

Zaraz napiszecie, ze was taka tematyka nie obchodzi, bo to głupie, ale oprócz mnie gibnie tam jeszcze ponad 200 prawdziwych osób, może ktoś z waszych znajomych? Poza tym rzecz dzieje się we Wrocławiu w latach 60. i epidemia ospy przerobiona tu została na epidemię zombie. Polecam zajrzec na stronę i sobie poczytać (link podałam wyżej). To tyle o Szczurach (swoją drogą pozdrowienia dla Roberta ;)

piątek
Dzień badań. Rano na krew, potem ekg i w międzyczasie zarejestrować się do kardiologa a na koniec wizyta u radioterapeuty. JUPI! Pół dnia wypełnione, jak to dobrze, że mam co robić. Pierwsze trzy rzeczy załatwiłam w pół godziny. W międzyczasie spotkałam Alę, która szła na chemię. Powiedziałam, ze jak będzie długa kolejka u radioterapeuty to przyjdę do niej potowarzyszyć. Polazłam sprawdzić, a tam pusty korytarz, drzwi do gabinetu otwarte, Pani dr siedzi i z uśmiechem mówi - Czekałam na Panią! Dobrze, że Pani dotarła, już zaparzyłam herbatkę, bałam się, że wystygnie... 

Żartowałam

Przychodzę a tam korytarz pełen ludzi. Z 10 osób siedzi pod gabinetem. Pani dr przyjęła dopiero jednego pacjenta. Optymistycznie. Poszłam więc coś zjeść, pogadać z Alą, przejśc się na spacer i jak wróciłam to było może 7 pacjentów pod drzwiami... W końcu o 11.30 (pod gabinetem byłam o 9) nadeszła moja kolej. Pani dr akurat była uśmiechnięta i miła (tutaj nie skłamałam), ale nie było herbatki a i dialog był krótki...
- Ale co ja mogę dla Pani zrobić, skoro Pani ma chemię od poniedziałku? Nie wiem jaką wizję miała Dr D skoro tu Panią wysłała (próba dodzwonienia się, ale Dr D nie ma w szpitalu). Proszę przyjść do mnie po skończonej chemii.
- Czyli niepotrzebnie się tu dzisiaj zjawiłam?
- Niestety...
Żeby to pierwszy raz. Ku*wa.
No dobra, ale muszę jeszcze wyniki odebrać, miały być o 12. Czekałam pod okienkiem do 12.30, bo mieli jakiś poślizg, ale się okazało, że moich jeszcze nie ma. Następna partia przyjdzie za godzinę.
Pie**olcie się drogie DCO.

Wróciłam do domu zmęczona i zła. Ostatni weekend przed chemią...a co sobie będę żałować? Zadzwoniłam do znajomych i umówiliśmy się na mieście. Postanowiłam zaszaleć - najpierw kolacja w restauracji, potem drinki w clubie i nie wracam do domu przed północą! Kto wie kiedy będę w stanie do powtórzyć. 
Wybrałyśmy się z Kaśką do Kuźni Smaku. W necie ma zachęcające opinie. Poszalałam i zamówiłam steka z antrykotu z ziemniaczkami ziołowymi i surówką. Naprawdę zaszalałam, bo chyba nigdy nie jadłam tak drogiego dania w restauracji. I o ile stek był ok, to podano go z surówką z kapusty pekińskiej, z groszkiem, kukurydzą, fasolą polane majonezem! Toż to skandal nie surówka w restauracji... Wiecie, znajomi czasami na mnie mówią "gesslerowa" :) Surówka do dania z ryba, które zamówiła Kaśka była...co najmniej 2-3 dniowa - kapusta biała czyli znowu najtańsza, barowa surówa, do dostania za 2zł. Jak ktoś ma ochotę, to na ich stronie na fejsie dodałam opinię, opisując szczegółowo wszystkie mankamenty. Cóż, to szaleństwo nie do końca mi się udało, za to potem...

Po wyjściu z tej "restauracji" dołączyli do nas Michał i Piotrek i poszliśmy do klubu, który ma wdzięczną nazwę Nietota (a obok jest Tota :)) Już raz tam byłam i mając ochotę na drinka, dowiedziałam się, ze karty nie ma - kartą jest barman, któremu mówisz na jaki smak masz ochotę i on go czaruje. Tak było tez tym razem. Za barem stało dwóch młodych, przystojnych, dobrze wychowanych panów, którzy spełniali nasze zachcianki w postaci:
- Ja bym chciała coś trochę słodkiego i trochę kwaśnego, ale dodbrego
- A dla mnie coś ziołowego, może z bazylią?
- A ja chcę, żeby to był seks (a jaki rodzaj seksu- zapytał grzecznie barman) Seks bez ograniczeń! (to nie było moje życzenie ;))
I o dziwo dostawaliśmy naprawdę pyszne drinki! jestem pod wrażeniem kreatywności i zdolności młodych baristów (i jak dla mnie to już zahacza o sztukę:))
A poza drinkami miałam cudowne towarzystwo przy którym uśmiałam się do łez. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. To zdecydowanie był fajny wieczór, jak na pożegnanie bezchemicznego okresu. 

sobota

Ale to nie koniec weekendu. Dzisiaj spotkanie z Mar a jutro zawody w strzelaniu z procy! Moje życie jest takie fajne, nie mogę umrzeć na raka:)

Ps. Myślałam, ze trochę odeśpię te szaleństwa nocne, niestety:



Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

Ps. Żaden z moich słoni nie dostał się do finału konkursu:( Czyli maszyny nie wygram, a tak się starałam, trudno. Oby dzieciakom się spodobały. Ale mam prośbę - głosujcie na tego słonia: słoń Ewki. Z góry dziękuję :) 

czwartek, 23 kwietnia 2015

again and again and again...

Świat wciąż mnie zaskakuje. Kiedy mówię sobie: "Już chyba nic mnie nie zaskoczy"(robiąc przy tym minę wytrawnego znawcy życia) wtedy właśnie dostaję między oczy jakąś wiadomością, która sprowadza mnie do roli małego pełzającego robaczka (nie mylić z buraczkiem). Obuch w łeb - jeb i leżę. Tym razem było podobnie.

Miałam małego stracha ostatnio. W niedzielę złapał mnie jakiś skurcz pod prawym żebrem - a co jest pod prawym żebrem? Albo woreczek żółciowy, albo promieniowanie od wątroby (tak przynajmniej piszą). A gdzie są najczęstsze przerzuty w raku piersi? Zgadliście. Do wątroby(+150 do strachu o życie). No, ale przecież nie będę schizować - zapytam mojego doktorka, na pewno mi powie, że to nic takiego...no ale powiedział, żebym zrobiła usg. W środę miałam iść do Alchemiczki i żeby ona mi dała skierowanie (bo do niego przychodzę na ściąganie chłonki nieoficjalnie, więc nie może mi wypisać takowego). Ale ja nauczona doświadczeniem nie będę czekać. Idę prywatnie do przychodni. Już, teraz, natychmiast - jutro (w środę) akurat przed wizytą u Dr D. 
Nie powiem, dygałam dość mocno przed tym USG. A jeśli mam przerzuty? Co wtedy? chyba tylko sprzedać chatę i na Malediwy, a potem położyć się i umrzeć...W końcu nadeszła środa, wzięłam leki uspokajające i poszłam. na wstępie powiedziałam dlaczego tutaj jestem i dlaczego "szybko, natychmiast, już" trzeba zrobić USG. 
Zrobiłam.
I to nie był ten obuch, o którym pisałam wyżej. Nie mam przerzutów i wszystko w brzuchu git-majonez, bo to majonez mi pewnie zaszkodził... (+500 do radości, -100 do strachu)

Ucieszona i radosna obdzwoniłam wszystkich zainteresowanych (czyli tych, których wcześniej zamęczałam wizją przerzutów i śmierci - z pewnością rychłej) i jak na skrzydłach poleciałam do DCO. Tam jak zwykle kolejka, ale przecież dzisiaj one mi nie straszne. Przepuściłam wszystkich - a co mi tam - będę żyła, 5 minut czy godzina mnie nie zbawi, a może kogoś innego zbawi.
Weszłam do gabinetu przedostatnia. Pani doktor chwilę ze mną pogawędziła, obejrzała histopaty, popatrzyła na bliznę, zapytała: Jak się czujesz? nie kaszlesz, nie plujesz? 
I tak mi było błogo i miło. I się pochwaliłam czystą wątrobą. I pochwaliłam dr T. I tylko czekałam co powie na te zmienione wyniki badań (po biobsji guz hormonozależny po operacji - przeciwnie). Pani dr D powiedziała, że skoro zmienił charakter, to jednak hormony będą niepotrzebne (ja się ucieszyłam, bo nie chcę, ale podobno było by dla mnie lepiej. Trudno.) Dowiedziałam się, że kwalifikuję się do herceptyny, tylko jeszcze kardiolog i badania krwi...i chemia. Dziewięć sesji chemii. Co tydzień przez dziewięć tygodni. 

Jak młotkiem w łeb.
Dobrze,że siedziałam, bo bym upadła.
Tak musiałam wyglądać jak to usłyszałam:

bo zaraz Pani dr zaczęła mi tłumaczyć, ze to dla mojego dobra, bo ten torbiel był taki duży, i gdyby guz był hormonozależny to moglibyśmy nie dawać chemii, a tak lepiej dać..."A bo Pani już włosy zaczęły odrastać..." 
Włosy? A brwi o które walczyłam z odżywką? A te kiełkujące rzęsy, w końcu po prawie 2,5 miesiącach od ostatniej chemii? A moja kondycja, tak podupadła, którą próbuję dźwignąc na nogi ze skutkiem średnio-marnym? A moje nastawienie psychiczne, że już tuż-tuż będzie koniec tego koszmaru? 
CHYBA KOGOŚ POJE*AŁO!!! (tak chciałam krzyczeć, ale mnie jeszcze nie poje*ało <w przeciwieństwie do KOGOŚ>)

Niestety. Od poniedziałku zaczynam znowu chemię. Żegnajcie marzenia o wakacjach. Żegnajcie marzenia o bujnym owłosieniu oczu! Żegnaj piękny irokezie! Kolejne 14 tygodni życia, 3,5 miesiąca wyjęte z życiorysu... maj, czerwiec, lipiec pewnie również sierpień - chemia, naświetlania, herceptyna...badania. 

Wróciłam, podołowałam się i poszłam spać - Jutro będzie lepiej- pomyślałam i o 1:30 obudził mnie telefon. Ki czort??? Patrzę - kolega S. dzwoni. Nabombiony jak meserszmit.
-Anuuuuk, cześć! Mogę u Ciebie przenocować?
- A jakie masz inne opcje?
- 20 km na piechotę do domu 
- To przyjeżdżaj...

No i tak do ok. 2.20 co 10 minut tłumaczyłam gdzie ma pójść i w co wsiąść, gdzie wysiąść, żeby do mnie trafić (próbowaliście kiedyś tłumaczyć drogę pijanemu??). Po godzinie dotarł. Mój pies, który z reguły wszystkich kocha, chciał S. zjeść. Nigdy nie widziałam jej tak wkurzonej. Chyba gdybym jej nie uspokajała to mogłoby być groźnie...


Czyż Awaria nie wygląda groźnie?

S męczył strasznie, naszykowałam mu łóżku w drugim pokoju i chciałam wysłać spać, po czym usłyszałam: A nie masz czegoś do jedzenia? 
Nie pytajcie czemu mam dobre serce. Nie wiem, kurka, po prostu nie wiem. Odgrzałam mu makaron ze szpinakiem. 

Rano wstałam tuż po 8 i zaczęłam się krzątać. O 9 postanowiłam pozbyć się intruza, więc wchodząc z impetem do pokoju krzyknęłam: nie ma spania, kur*a! (nie można być ZBYT miłym ;)) Ale za moment słyszę mój telefon. 
- Dzień dobry, dzwonie z poradni genetycznej, dzisiaj Pani Anna I ma u nas wizytę na godzinę 10, czy Pani dotrze??

Niech mnie kule biją, dunder ściśnie i inne takie - ZAPOMNIAŁAM! Pół roku wcześniej się rejestrowałam do poradni genetycznej i kompletnie ze łba chemicznego mi wypadło. Na zegarku 9.15. Do przejechania pół miasta. Anuk włączyła turbodopalanie - prysznic, kreska na oko, brwi podmalować, ubranie na siebie wrzucić, wezwać taksówkę - 15 minut. Nie wiem jak, nie pytajcie.

S został z Awarią, nie miałam już czasu go wywalić (nie wymagajmy cudów). Zdążyłam do poradni! Tam zrobiono ze mną wywiad i dowiedziałam się, że mogą mi zaproponować badania mutacji genów (BRCA1 i 2 już zrobiłam, z wynikiem negatywnym) Pani pobrała mi krew (po 15 minutach szukania żyły) i zadowolona jeszcze na koniec zapytała:

- Aha, czy miała Pani transfuzję krwi w ciągu ostatnich trzech miesięcy?
- no...miałam, 23 marca po pierwszej operacji...
- Yyyyy...będe musiała to skonsultować, ale w takim razie badania będziemy mogli zrobić dopiero za dwa miesiące...

Jak nie urok to sraczka.
Takie to są przygody Anuka Walecznego. Raz na wozie, raz pod wozem, raz na chemii raz przed chemią... Dzisiaj już mnie to nie dołuje. Mam tylko ochotę dużo przeklinać. (a se ku*wa poprzeklinam, żaden ch*j mi nie zabroni ;) )

Nie będę przepraszać za wulgaryzmy, Wy tez sobie dzisiaj poprzeklinajcie, jak was coś wku*wi ok?

Na koniec piosenka, która swoją końcówką nawiązuje do mojego początku (tytułu). Usłyszałam ją w głowie po wyroku: 9 CHEMII!




Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

sobota, 18 kwietnia 2015

Histopaty i akcja z bu!rakiem

Dzisiaj krótko.

Odebrałam w czwartek histopaty (badania pooperacyjne guza). Z tego co wyczytałam i wywnioskowałam to tak: wycięli mi torbiela, który miał 5cm średnicy (!) w środku były resztki raka w rozpadzie. Więc materiał do badań był. Doktorek zrobił mi marginesy dookoła od 3 do 4 cm (!!!) i nigdzie nie było komórek BUrakowych! Czyli cycek zostaje! (swoją drogą nie wiem jak dr T to zrobił, że tyle wyciął i tyle zostało i wygląda dobrze i jest niewiele mniejszy ten cyc od drugiego - +500 za zdolności z chirurgii plastycznej dla dr T) Węzłów chłonnych miałam 13 (wiedzieliście, ze każdy człowiek ma inną ilość węzłów??) i wszystkie czyste! Ale najciekawsze, że mój guz zmienił charakter (człowiekowi charakteru podobno nie zmienisz, a rakowi zmienisz!) Z biobsji wynikało, że był hormonozależny (ponad 50% na obu hormonach) a z histopata wynika, że nie!! poza tym w końcu określono mi paskudnego HERa i jest dodatni, czyli dostanę herceptynkę - nawet mnie to cieszy:) 

Tyle ode mnie z wiadomości (histo)patologicznych.
A teraz akcja! Czyli co robi Anuk jak się jej nudzi :)

Ostatnimi czasy przychodziło do mnie mnóstwo wiadomości na fejsie, o treści (pisownia oryginalna):  

"Cześć Kobieto! ;-)]Umieść serce na swojej tablicy ogłoszeń, bez żadnego komentarza, tylko serce. Wyślij tą wiadomość do swoich koleżanek, tylko do kobiet! Następnie wklej serce na tablicy osoby,od której otrzymałaś tą wiadomość. Jeśli ktoś zapyta, dlaczego masz tyle serduszek na tablicy ogłoszeń- nie odpowiadaj. Robimy to, bo to tydzień nad rakiem piersi.Mały gest (żeńskiej) solidarności.Serce zrobisz < i 3 bez spacji. W imieniu wszystkich kobiet, dzieki"

Ja nie wiem i nie rozumiem do końca takich akcji. Jestem może staromodna, ale nie uważam, żeby taka akcja coś za sobą niosła. I powtórzę się, że wolałabym wstawiać rysunek gówna na tablicy i wtedy pewnie wszyscy by pytali o co chodzi, a ja bym powiedziała, że rak jest gorszy od gówna i dlatego. Wywiązała się długa dyskusja na temat takich akcji czy inaczej zwąc "łańcuszków" i jak ktoś chce poczytać to proszę bardzo: 
Pomyślałam, podrapałam się po głowie, odpaliłam photoshopa i zrobiłam. Pierwsza akcja propagująca samobadanie, pod szyldem BU!raka. Niedoskonała, zrobiona pod wpływem emocji, ale myślę, że jest lepsza niż wstawianie serduszek na tablicy. Kto się ze mną zgadza i popiera inicjatywę, może udostępnić u siebie:) 



Uciekam oglądać "Most nad Sunden"
Bywajcie w zdrowiu kochani!
Anuk

wtorek, 14 kwietnia 2015

(poza levelami) dwudziestka, drzwi do łazienki, tajemniczy pomysł i taka karma

Ida wyzwała mnie do napisania dzisiaj posta. Jestem leniwym stworzeniem i strasznie długo mi zwykle zajmuje zebranie się do napisania czegoś konstruktywnego, albo może po prostu jestem leniem i mi się nie chce:) Ale ponieważ lubię wyzwania, postanowiłam się przemóc i pokonać swojego wewnętrznego leniwca. Długo się zastanawiałam jak was nie zanudzić i chyba wymyśliłam...

Ida dzisiaj dobija setki. Ja dobiłam dwudziestki. Oczywiście chodzi o posty. Ja zaczęłam pisać w październiku a Iga w grudniu...Bez komentarza. Pocieszam się tym, że moje posty są długie (i pewnie nikomu się ich nie chce czytać do końca :)) Nie ważne.
Właśnie R. i jego przyjaciel Kudłaty wstawiają mi drzwi do łazienki. Pewnie dla wielu z was wyda się dziwne, ze nie miałam takowych, ale faktem jest, że od kilku lat miałam zasłonkę zamiast drzwi. Na początku, po remoncie, po prostu nie mieliśmy kasy, a potem przywykliśmy do zasłonki i polubiła ją moja kotka, która siadała z głową wbitą w zasłonkę i myślała, ze nikt jej nie widzi. Poza tym fajnie było widzieć miny znajomych, którzy byli u nas po raz pierwszy - nie macie drzwi??? Cóż, skończyła się jakaś era. Ja tam jestem zadowolona, choć kolor drzwi na zdjeciu w internecie był ładniejszy niż w rzeczywistości, ale nie czepiajmy się szczegółów. Cały montaż drzwi przespałam, żebym przypadkiem nie okazała się pomocna przy ich zakładaniu(+50 do sprytu).


'



Z mniej technicznych tematów, to sobie wczoraj coś wymyśliłam. Wydaje mi się, ze fajnie wymyśliłam, ale jeszcze nie zdradzę wam co, taka będę jak te wszystkie laski na fejsie, które ustawiają opis typu "Jest bardzo źle...", "Nie dam rady dłużej" albo "szczęśliwa jak nigdy (w pizdu serduszek)", "To było coś!" a jak w komentarzu zapytasz "co się stało?" to dostaniesz odpowiedź "a nic...nie ważne". Mnie to zawsze wkurza na maksa, więc postanowiłam też tak zrobić z mojej wrodzonej złośliwości (chociaż może tylko mnie to denerwuje a nikogo innego nie obchodzi "co się stało" i nikt wcale się nie zainteresuje tym co wymyśliłam...to by było smutne). W każdym razie już niedługo poproszę was o wasze historie związane z diagnozą i leczeniem...To co wymyśliłam i planuję zrobić pomoże nam wszystkim - zdrowym i chorym, przynajmniej mam taką nadzieję. 

A na koniec taka karma...czyli posiłki ze szpitala w Legnicy (nie oglądać przy jedzeniu - grozi utratą apetytu:)





Obiad, którego nie ogarniam - kasza z mięsem, którego pochodzenia nie ustaliłam (ale chyba to były podroby), brokuły nie posolone i rozgotowane i zupa wyglądająca jak popłuczyny po garnku od zupy...





Smakowita pasta rybna, czy nie leci wam ślinka na sam widok??




Sałatka (???) z rozgotowanej marchewki, pietruszki, selera i ziemniaków oraz pseudo-wędliny. Smacznego pacjenci... 




Sami widzicie


Śniadanko! ten brokuł to chyba ten sam co z obiadu sprzed dwóch dni


Piątkowy obiad - kotlet rybny i marchewka...zobaczcie niżej:





Sobotnia kolacja - kotlet rybny w marchewce ala ryba po grecku...dejavu?


Ziemny makaron z serem- bez soli, bez cukru i zupa - jedyna zjadliwa buraczana




I hit na koniec - groszek z puszki z majonezem! mmm, muszę wziąć przepis od nich :)


Bywajcie w zdrowiu!
Anuk