piątek, 19 czerwca 2015

Mutanty, grubasy i zęby

Życie z chorobą to ciągłe łażenie po lekarzach, czyli jakby nie patrzeć przygody, z których czegoś nowego się można dowiedzieć. 


Dzisiaj minęło mi 10 lamp, jeszcze tylko 18 i będę mogła pożegnać się z "bunkrem" i ruszyć dalej. Pewnie w stronę kolejnej serii chemii. Już mnie to przestało przerażać, choć chciałabym móc powiedzieć "koniec leczenia", no ale trzeba to trzeba. Szczęśliwie złożyło się, że naświetlania mam od poniedziałku do piątku i w weekendy mogę się obijać, leżeć, pachnieć i...sprzątać też niestety trzeba. Ale ja nie o tym chciałam...Zadzwonili do mnie z poradni genetycznej, żebym przyjechała po odbiór wyników. W kwietniu byłam na pobraniu krwi celem wykluczenia lub potwierdzenia rzadszych niż brca1 i brca2 mutacji (tamte zrobiłam już wcześniej i wyszły negatywnie). 
Stawiłam się o umówionej porze do lekarza, przyjął mnie Pan doktor w wieku ok. 50 lat. Nim cokolwiek prócz "dzień dobry" powiedział siedziałam tam jak kołek 10 minut i patrzyłam jak czegoś szuka, gdzieś biega i coś wklepuje do komputera. No ale nauczyłam się już cierpliwości w kolejkach, więc jakoś specjalnie mnie to nie irytowało. W końcu wyjął z teczki moje papiery i mówi:
- Pacjentka, zachorowała na raka piersi w wieku 32 lat
- Niemożliwe Panie doktorze, bo dopiero co skończyłam 29
- A widzi Pani! To nawet Pani nie wiedziała, że Pani doktor już przewidziała, ze zachoruje Pani za trzy lata! (ale mi żarcik, o ja pier..le bardzo śmieszne)
Zaczął poprawiać w komputerze i czytać dalej, okazało się, że Pani doktor jeszcze więcej takich dziwnych rzeczy wpisała, ale mniejsza z tym. W końcu się pytam o wynik, a Pan doktor rzecze:
- Nie ma pani mutacji TP53, którą Pani doktor podejrzewała, chociaż patrząc na dane, które posiadam o zachorowaniach w Pani rodzinie, to dziwny wniosek wysnuła, sądząc, że to może być to. Możemy zrobić jeszcze jedno badanie - inne mutacje genu brca1, rzadsze, których zwykle się nie robi. To ostatnie co w ramach NFZ możemy sprawdzić.  
- No ale jeśli nie mam tych mutacji to co mogło spowodować tego raka? 
- Cóż, w przypadkach takich jak Pani, pojedynczego raka piersi w rodzinie, przeważnie badania nie wykazują żadnych mutacji. Są dwie możliwości- kumulacja czynników zewnętrznych, co w Pani wieku musiało by być wyjątkowym pechem i jest mało prawdopodobne, lub rzadka mutacja, której nie badamy, lub jeszcze nie została odkryta.
- I co teraz?
- Teraz do końca życia musi Pani się badać - sama w domu chociaż raz w miesiącu, usg piersi raz na 3 miesiące/pół roku, mammografia raz do roku lub tak jak wskaże lekarz onkolog. Ale jest Pani w grupie wysokiego ryzyka - przeważnie w takich wypadkach rak wraca.

KURTYNA

Co ja na to? Jestem czy nie jestem mutantem? Od zawsze przydarzały mi się w życiu dziwne i niespotykane sytuacje, urodziłam się z rozczepem wargi, ale nie miałam żółtaczki poporodowej. W wieku 1,5 roku wyskoczyłam z wózka prosto na twarz i połamałam sobie nochala i do tej pory mam go pokrzywionego (bo szpitalu uznali, że jestem za mała na prostowanie). W przeddzień pójścia do przedszkola biegałam po placu zabaw i wywaliłam się ścierając sobie pół twarzy - potem wyglądałam jak ten z batmana i dzieci w przedszkolu nie chciały się ze mną bawić.


W wieku 6 i 8 i 18 lat miałam mocno obitą (lub pękniętą) kość ogonową, przez co nie mogłam długi czas siedzieć na dupie (okoliczności różne, przeważnie nieuwaga i niedorajdowatość). Na maturze z polskiego (pierwszy rocznik nowej matury) nie poszła mi płyta z prezentacją i o mały włos bym nie zdała, ale komisja pozwoliła mi zadzwonić po rodzinę, żeby dowieźli inną płytę i zdawać na końcu...No i właśnie w każdej z tych historii (a mogłabym jeszcze długo wymieniać) jest jakieś szczęście w nieszczęściu, bo przecież, mogłam mieć rozczep całego podniebienia, a na wardze się skończyło, mogłam rozwalić sobie łeb a nie tylko połamać nos, na twarzy mogły mi zostać szpetne blizny, a jednak wszystko o dziwo ładnie się zagoiło, mogłam połamać sobie kręgosłup, a obiłam tylko dupala, mogłam nie zdać matury a tak tylko się podenerwowałam. Tym razem mam nadzieję, mój życiowy fart ochroni mnie przed przedwczesną śmiercią (już przed utratą cycka mnie ochronił)
Jestem dobrej myśli (bo po co być złej?)

Tak czy siak lubię swoje życie, choć nie zawsze usłane różami i nie zawsze wesołe, to nie mogę narzekać na nudę. I tak chociażby dzisiaj, poszłam do sklepu z moją przyjaciółką Mar, po zakupach stanęłyśmy na chodniku i zastanawiamy się co dalej robić. Mija nas starsza Pani z siatami w rękach i mówi w powietrze:
- Staną na środku chodnika, grube takie...
Zdało by się powiedzieć "tylko stoją, źrą i tyją!". Uśmiałyśmy się, jak to grubasy mają w zwyczaju i poszłyśmy cosik wciągnąć na ząb, żeby przypadkiem nie schudnąć zanadto.

Z Mar przyjaźnimy się już od 16 lat (więcej niż połowę życia naszego) i zawsze nam się przytrafiały śmieszne historie. I tak z 12 może 13 lat temu, jak byłyśmy z LO spotkałyśmy pewnego Pana-Żula na przystanku, wysiadając z tramwaju. Ów Pan stanął nam na drodze i rzecze:
- Nie było i nie będzie!
My na siebie na Pana i nic, a on:
- Nie było i nie będzie!
Powtórzył to jeszcze raz, na co my chórkiem:\
- Czego? - a on na to:
- Zębów w dupie!

KURTYNA 

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

Ps. A na koniec ja i Mar jakoś z tamtego czasu, kiedy to byłyśmy młode, piękne i szczupłe, teraz jesteśmy tylko piękne :)


czwartek, 11 czerwca 2015

Senne historie

Słyszeliście o ludziach, którzy potrafią kierować snami? Albo mają bardzo wyraźne sny, całe historie? Cóż, należę do nich, choć rzadko o tym mówię. Nie jest tak, że każdy sen potrafię "przeprojektować", ale umiem zmieniać bieg wydarzeń i przeważnie jestem świadoma, że śnię. Ale niekiedy nie pamiętam kompletnie co mi się śniło...



Kilka dni temu przy obiedzie R. nagle do mnie mówi:
 A wiesz, że gadałaś przez sen?
- A co gadałam?
- Byłaś bardzo elokwentna.
Tutaj zapaliła mi się czerwona żarówka - czyżby?-
- Widać było, że z kimś gadasz...najpierw powiedziałaś "dupa, dupa" potem była chwila ciszy i dodałaś "kurwa" i za chwilę "dupa, dupa, kurwa, chuj!"

Popłakałam się ze śmiechu jak to usłyszałam. Zastanawiałam się co mi się mogło śnić i doszłam do wniosku, ze ktoś zwrócił mi uwagę, że przeklinam za dużo i udowadniałam mu, że mogę jeszcze gorzej. To by do mnie pasowało.


Dzień później już pamiętałam co mi się śniło. Szłam ulicą a na drugim piętrze na balkonie stał wielki włochaty pies i na mnie szczekał. Zagwizdałam na niego i ku mojemu zdziwieniu pies zeskoczył z balkonu i pełnym pędem zaczął na mnie biec. Byłam przerażona, więc przystanęłam bez ruchu. Kundel do mnie dobiegł, stanął na dwóch łapach i ściągnął głowę. Okazało się, że to koleś w przebraniu psa. Wyciągnął z kieszeni wielki worek z marihuaną i mówi do mnie:
- Może chcesz kupić takie specjalne zioła do kąpieli? Pomagają na skórę.
- Ale ja wiem co to jest - zaczęłam się śmiać - a koleś na to:
- To może pójdziemy zajarać?

Jak się obudziłam to nie wiedziałam skąd ten sen mi się wziął. Napisałam na fejsie i ktoś zwrócił uwagę, że motyw z człowiekiem przebranym za psa jest w reklamie t-mobile - pewnie gdzieś podświadomie to zapamiętałam...ale pies dealer?? 


O snach mogłabym długo gadać, bo lubię ten stan. Czasami budzę się i zasypiam, żeby szybko powrócić do jakiejś ciekawej historii...Na koniec zapodam wam opowiadanie, które kilka lat temu napisałam na podstawie swojego snu, który mną wstrząsnął kiedyś (rok 2011)...teraz to ma zupełnie inny wymiar w okolicznościach jakie dzisiaj mnie spotykają.

- Proszę się położyć. Pan pomoże tej młodej damie zejść na dół!- ksiądz zwrócił się do jednego z mężczyzn w czarnych garniturach. Tamten skinął głową i z niewzruszoną miną ruszył w moją stronę.
Dookoła stał tłum ludzi o ponurych twarzach, do tej pory zdawali się być bliscy. Teraz na wyciągnięcie ręki, wydawałoby się, że są tak samo fizycznie realni jak ja, jednak już niczego nie mogłam być pewna. W głowie kołatało mi się jedno zdanie, które niedawno przeczytałam: „rozsądkowe myślenie jest jedynym źródłem prawdy, które posiadamy.” To chyba z Kartezjusza, a może Augustyna, albo po prostu jedno zdanie z miliona w tym całym syfie jakie codziennie łykamy przez gazety i telewizję. Wypłynęło teraz na powierzchnię moich myśli i uporczywie drążyło.
- Proszę pani- ksiądz położył mi rękę na ramieniu - jeszcze jedno - czy chce być pani zakopana żywcem czy zostać wywieziona w specjalnie wyznaczone miejsce i nigdy więcej nie kontaktować się z ludźmi? Oczywiście przy pierwszej ewentualności zapewnimy pani jakieś napoje i trochę jedzenia. Względnie przez kilka godzin możemy puszczać z głośników umieszczonych w trumnie, muzykę. Myślę, że chociaż trochę wynagrodzi to pani zastaną sytuację.- poczułam jak oblewa mnie zimny pot. Krew dudniła w moim ciele, miałam wrażenie, że wszyscy widzą jak pulsuje pod skórą, jak cała przez to faluję. Myślałam o tym, że mój układ krwionośny skończy się ślepą uliczką – gdzieś na czubku głowy – i eksploduję obryzgując wszystkich dookoła krwawą fontanną. Swoją drogą czerwień byłaby niezłym dodatkiem do tej grobowej atmosfery.
- Czy was wszystkich popierdoliło?! – wrzeszczałam. Obejrzałam się dookoła i ruszyłam z miejsca próbując przebić się przez ludzi. Waliłam pięściami na oślep, plułam , gryzłam i szarpałam ale krąg wokół mnie się zawęził. Poczułam mocny uścisk na nadgarstkach i ramionach. Bez skutku próbowałam się wyrwać. Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach…ba! Nawet filmy nie są tak absurdalne. A jeśli nawet, to zawsze można wyłączyć telewizor, albo przewinąć taśmę. Tutaj nie ma szklanego ekranu, nie ma widzów którym to się może nie podobać.
- to nic nie da. Przykro mi. Takie rzeczy się zdarzają. Nie jest pani pierwsza, chociaż przeważnie było łatwiej…
Tylko, że nic co wiem nie uspokaja mojej jeszcze, wydawałoby się, zdrowej świadomości.
***

Poranek przywitał mnie jak zwykle białym sufitem, kiedy otworzyłam oczy. Mój wewnętrzny budzik zwykle nie pozwala mi spać dłużej niż do 7. 30 więc przyjęłam, że jest coś około tego. Poczłapałam do łazienki potykając się po drodze o zostawione dzień wcześniej na środku przedpokoju buty. Zaklęłam cicho pod nosem i zapaliłam światło, a przynajmniej myślałam, że tak się stanie. Kilka razy poruszyłam włącznikiem. Nic. Pewnie żarówka – pomyślałam - i udałam się do pokoju w poszukiwaniu nowej. Zdążyłam się delikatnie rozbudzić i odruchowo spojrzałam na radio-budzik, a tam ciemny ekran. Jak to możliwe - żarówka, baterie, co jeszcze dzisiaj nie będzie działać? Wtedy nie przyszło mi do głowy jak bardzo ten dzień będzie inny od reszty dni i że tak wygląda koniec.
Intuicyjnie zaczęłam sprawdzając po kolei wszystkie urządzenia w moim mieszkaniu- telewizor, lodówkę, światło, telefon. Nic nie działało. Rozumiem, brak prądu może się zdarzyć, ale kiedy spojrzałam na komórkę a ta, mimo iż ładowana przez całą noc, nie działała, zaczęłam czuć ogromny niepokój. Niewiele myśląc ubrałam się w cokolwiek i wybiegłam do pracy.
Wrocławskie ulice jak zwykle ruchliwe. Samochody, tramwaje, ludzie, hałas. Pobiegłam co sił w nogach na przystanek i wepchnęłam się do pełnego autobusu. Myśli biegały w mojej głowie jak szaleni lekkoatleci szukający swojego toru. Nie wiedziałam gdzie jestem, nie zwróciłam uwagi nawet na numer autobusu do którego wsiadłam. Nagle zza swoich pleców usłyszałam „bileciki do kontroli”. Mężczyzna w szarej kurtce wyjął identyfikator i ruszył w tłum. Wyciągnęłam swoją przejazdówkę i grzecznie czekałam na swoją kolej. Kontroler zbliżył się do mnie, poprosił o bilet kobietę stojąca obok i grupę nastolatków jadących do szkoły i poszedł dalej. Nie zauważył mnie? Stałam dokładnie naprzeciwko niego. Nie miałam w zwyczaju upominać się o kontakt z kontrolerami, ale poczułam się publicznie odrzucona. Drzwi się otworzyły i wyszłam razem z innymi pasażerami, nie zważając na to czy to „mój” przystanek czy nie. Poszłam po prostu przed siebie powoli ogarniając widok ulicy podwale. Wszystko stało na swoim miejscu. Ptaki śpiewały jak zwykle, na rogu stał jak co dzień mężczyzna sprzedający biżuterię, tramwaje jeździły po torach…może to tylko moja paranoja? Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się do parku przy teatrze lalek- zwyczajowa droga do pracy, zawsze się tam uspokajałam.
Nie wiem ile metrów zdążyłam przejść ani ile czasu minęło, nagle ktoś chwycił mnie za rękę.
- Jest pani na czas. Wyjątkowo przewidywalnie jak na panią. Przed chwilą przyszedłem, nie musiałem długo czekać.
- Kim pan jest? To chyba jakaś pomyłka…nie znamy się...prawda?
- Pani mnie nie zna, to prawda. Ale to nie ma nic do rzeczy. Proszę - wskazał na ławkę - usiądźmy.
- Proszę mi wybaczyć, spieszę się do pracy, zresztą nie wiem o czym mogłabym z Panem rozmawiać. Do widzenia! – szarpnęłam rękę, ale on nie puścił.
- Nie tak szybko, tam i tak na panią nikt nie czeka. Proszę się uspokoić a zaraz wszystko wyjaśnię.
Tego już za wiele, nic nie rozumiałam, ale poczułam, że muszę mu zaufać. Nic innego mi nie pozostało. W moim życiu zawsze było miejsce na absurd i nieprzewidywalne zdarzenia. Wierzyłam, że nie ma przypadków i za chwilę miałam się dowiedzieć jak trafna była moja intuicja. Usiedliśmy na ławce.
- Na pewno zdziwił Panią dzisiaj brak prądu, światła i to, że nawet komórka nie działała.
- Skąd Pan…- uniósł rękę na wysokości mojego wzroku.
- Spokojnie, właśnie chcę to Pani wyjaśnić. Zawsze wierzyła Pani, ze nasze życie jest jakoś zaplanowane, prawda? Nie myliła się pani co do świata, jedynie co do siebie. To wszystko co odbierała pani jako dziwny „skok” w życiu, zakręty które nagle się pojawiały nie były wynikiem planu. Wręcz przeciwnie. Została pani obdarzona pewnymi, jakby to ująć, zdolnościami kreowania własnej drogi. Każdy człowiek ma poniekąd wpływ na swoje życie, ale to dotyczy minimalnych spraw…nie wiem od czego zacząć. Może od tego, ze pomyliliśmy się przy Pani urodzeniu. Nikt nie wyczuł nic dziwnego, nie przewidzieliśmy tego, jak bardzo potrafi Pani wchodzić nam w drogę. Wiem, że brzmi to wszystko nielogicznie. Po to tu jestem, żeby wszystko stało się bardziej przejrzyste.
- Ja pierdolę, o czym ty człowieku mówisz?! To nie jest śmieszne, idź się pan leczyć! – zerwałam się z ławki lecz on pociągnął mnie mocno za rękę i ściągnął powrotem na ławkę.
- Tutaj akurat niczym mnie Pani nie zaskakuje. Proszę mi uwierzyć, dla mnie ta sytuacja też jest obca. Wyjaśnię to Pani po ludzku, tak jak wy wszyscy lubicie sobie tłumaczyć. Powiedzmy, ze jest Bóg i przy urodzeniu dla każdej istoty ludzkiej przydziela się jego historię. Robią to…aniołowie, jeśli tak będzie prościej. Tacy którzy rozpoznają preferencję każdego. I odbywa się coś w rodzaju programowania…mówiąc w skrócie, Pani wymknęła się spod kontroli i właśnie dzisiaj minął termin…od trzech lat miałaś czas na śmierć. Przepraszam, że pozwoliłem sobie na przejście z formy oficjalnej, ale tak będzie łatwiej.- uśmiechnął się tak błogo jak gdyby mówił o smacznych lodach, albo odpoczynku nad morzem.
- Chcesz mi powiedzieć, że Bóg istnieje? Czy o co chodzi? Jak to miałam czas na śmierć, o czym ty do cholery…
- Posłuchaj uważnie dziewczyno! – zmienił ton głosu na bardziej srogi- to nie żarty. Świadomość wyprzedza wydarzenia- tego nie mogłaś się domyślić, mimo, że masz doskonałą intuicję. Dostałaś czas na swoją śmierć i on się skończył. Tylko, że nie umarłaś- nie było pogrzebu, nie było wypadku ani choroby. My nie mogliśmy cię zabić, mogliśmy jedynie podsuwać ci pod nos śmierć, ale ty ją sprytnie omijałaś. Spóźniłaś się na pociąg do Krakowa, przez co tam na dworcu facet z nożem zadźgał kogoś innego. Zmieniłaś pracę dzień przed zawaleniem się sufitu w nocy- a tylko ty siedziałaś w biurze o tej porze, bo inni jakoś wyrabiali się ze wszystkim w godzinach pracy…mógłbym mnożyć takie przykłady, ale to nie ma sensu. Nie wiedziałaś o tym, bo nigdy śmierć nie była blisko, inaczej może byś coś podejrzewała. Ale teraz…teraz świadomość w świecie wyprzedziła twoją śmierć. Jesteś, ale nie ma już kontynuacji twojego życia. Rozumiesz? Nikt cię teraz nie widzi…inaczej- widzą cię, ale w ich świadomości nie ma takiej osoby. Teraz jeżeli sama nie zadecydujesz, nic nie jest w stanie cię zabić. Niestety możesz mieć wpływ na innych- nie możesz z nimi rozmawiać, ale masz chociażby fizyczną siłę przenoszenia przedmiotów, jakimś głupim rzuceniem kamyka możesz zmienić czyjąś historię. Już wystarczy twojego rozrabiania.
- Czy Bóg istnieje?
- Żadna odpowiedź cię nie zadowoli, oboje o tym wiemy. A teraz chodź ze mną.

Tak w jedno popołudnie moje życie się skończyło. Wchodzę teraz o własnych siłach do trumny, dla dobra moich bliskich, żeby nie było dziury w ich historii, żeby zamknąć moją własną. Patrzę na tych ludzi, którzy płaczą, patrzę na księdza a nad nimi niebo, które dla wielu jest celem. Jest jeszcze kilka minut na podjęcie decyzji. A może jeśli naprawdę świadomość wyprzedza wydarzenia to…

Kompletnie nie wiem o co mi chodziło na końcu, pamiętam, ze miałam jakiś zamysł ciekawy (na pewno!:D) 



A wam co się ostatnio ciekawego śniło?
/wszystkie zdjęcia są zrobione przeze mnie chyba w 2007/08 roku w Pardubicach gdzie byłam na Erasmusie, to był bardzo dziwny czas, senny, dlatego zdjęcia pasują moim zdaniem do tematu:) /


Śpijcie zdrowo!
Anuk

Ps. A na koniec fota...- zgdanijcie czemu dzisiaj taka??? :)


wtorek, 9 czerwca 2015

Długi łikend i radio-cyc

Była impreza urodzinowa, potem dzień dziecka, następnie mały remoncik w domu i długi weekend nad morzem, zupełnie spontanicznie, teraz jest koniec laby. Od wczoraj jestem poddawana naświetlaniom!

Pamiętacie fluorescencyjne zabawki, które "nagrzewało się" pod lampką, a potem świeciły w ciemnościach? teraz takie gwiazdki sprzedają na sufit. Nie wiem czy to podgrzewanie pod żarówka coś dawało, ale tak robiliśmy z bratem. Miałam taką lalkę barbie murzynkę, która nosiła jeansową spódnice w fluorescencyjne ozdoby (znalazłam nawet zdjęcie ;) Spałam z nią, a raczej zamiast spać wgapiałam się w świecące punkciki. 


Dziś wiem, jak moja lalka się czuła, kiedy wpychałam ją pod gorącą żarówkę lampki. Różnica jest tylko taka, że nie mam figury Barbie, nie jestem z plastiku i moja lampka jest nieco inna. Ale czekam na efekt świecenia w ciemnościach - oszczędziłabym na prądzie trochę.


Tak wygląda to ustrojstwo. A nazywa się wdzięcznie "Clinac". Mam sześć tygodni na zaprzyjaźnienie się z clinackiem. Byłoby łatwiej gdybym nie musiała wstrzymywać oddechu przez 40 sekund za każdym razem kiedy lecą we mnie lecznicze promyki. Nim zaczyna się naświetlanie najpierw ze 3-4 razy mnie testują i przez głośniczki słychać "Proszę nabrać powietrza" a ja muszę wciągnąc powietrze przeponą i przepchnąć je do płuc wciągając brzuch. A potem jeszcze wytrzymać z tym powietrzem w płucach ok 40 sekund. Spróbujcie to zrobić w domu - wcale nie jest łatwo. Na szczęście mam w sobie cechę prawdziwego Polaka, zwaną "CO? JA NIE DAM RADY?", co oczywiście nie zawsze jest zaletą. Ta cecha przeważnie prowadzi do jakiś urazów fizycznych - "ŻE NIBY NIE DAM RADY PRZEJŚĆ 40 KM?/ PODNIEŚĆ 60 KG?/ ZAŁATWIĆ 7 RZECZY W GODZINĘ?/ NAUCZYĆ SIĘ NA 3 EGZAMINY W JEDNĄ NOC?/ZJEŚĆ 10 HAMBURGERÓW? itp. itd chyba każdy zna tego typu sytuacje z życia. Cecha janiedamrady? nie zawsze na szczęście przynosi straty, chociaż w moim przypadku prowadzi przeważnie na manowce...
albo do wycieńczenia organizmu.
Tak też było w długi weekend. Pojechałam do Gdańska z R, ale on wybył odwiedzić znajomych z Braniewa a ja zostałam w trójmieście. Plan był taki, żeby trochę pozwiedzać i trochę się spotkać z dziewczynami z grupy z fejsa (nomen omen, grupa nazywa się BUrak, zgadnijcie kto ją założył ;)) I tak pierwszego dnia przeszłam sobie, bagatela, około 15-18 km (obliczałam przez mapy google). No bo co? Ja nie dam rady? Dałam, ale następnego dnia szłam do kibla 10 min... całe 4 metry od łózka do drzwi kibelka :) No ale jak szaleć to szaleć. Spotkałam się z trzema świetnymi dziewczynami, niestety z Magdą nie zrobiłam sobie selfie i nie mogę pocynić trzema ładnymi koleżankami, więc pokaże wam tylko dwie:

z Krysią



i z Ewką

Było super, szkoda, że mamy do siebie tak daleko.
Poza towarzyskimi walorami, wyjazd miał również walory smakowe. Odwiedziłam w Sopocie restaurację "u Przyjaciół", która wcześniej widziałam w "Kuchennych rewolucjach" i zapragnęłam poczuć na własnym języku czy ta Gesslerowa coś umi czy nie umi. No i co mam wam powiedzieć? Nie zawiodłam się. Prócz pysznego jedzenia, była świetna obsługa i na prawdę fajne miejsce. Postaram się zrobić porządną recenzję na moim drugim blogu- Jadaczce, który ostatnio porzuciłam
na rzecz oddawania się przyjemnościom.Tymczasem pokażę wam tylko co nieco z pyszności jakich tam doznałam:


tatar z łososia

schab z dzika w panierce borowikowo-orzechowej

bezowy deser z kremem z mascarpone i polewą malinową

Byłam tam dwa dni po rząd, a co, jak się bawić to się bawić. 

Drugiego dnia już ledwie szurałam nogami, ale też kilka km pokonałam, tak, że na trzeci dzień, który spędziłam w Gdańsku bateryjki było niewiele, ale trochę połaziłam. 






Koniec weekendu spędziłam na grze w karty z Gdańszczanami, Torunianką i Wałbrzyszanami - czyli z całą Polską ;)





Było miło, ale co dobre szybko się kończy (niestety szybciej niż leczenie).


Tak to sobie spędzałam miło ostatnie dni przed naswietlaniami. Wiadomość o tym, że zaczynam w poniedziałek dopadła mnie w Sopocie na plaży, myślałam, że uda się urwać jeszcze kilka dni, no ale niestety. Od wczoraj nie morze, nie statki, nie pyszne jedzenie, ale taki widok będzie mi towarzyszył codziennie:

Także tego, jeszcze wam ponarzekam, że mi słabo i piecze i takie tam (znając moje szczęście...a nie będę krakać jak zwykle;)

Miałam napisać posta na dzień dziecka, ale było, minęło i już mi się nie chce nadużywać klawiatury, może jeszcze kiedyś te przemyślenia będą miały sens (wątpię;)) Ale przy okazji tamtych rozkminiań wygrzebałam z otchłani przeszłości kilka fajnych zdjęć. I takim jednym własnie was dzisiaj pożegnam moi czytacze!



Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

niedziela, 24 maja 2015

BEFORE BIRTHDAY-PARTY

Ostatnio zamęczam wam moimi przemyśleniami - raz wyłowionymi z ciszy, raz wyrwanymi z otchłani, dzisiaj będzie zgoła inaczej. Można powiedzieć, że wręcz bezmyślnie...

Urodziny mam 12 czerwca, ale już niedługo zaczynam naświetlania, potem chemię, więc stwierdziłam, że został jedyny i ostatni moment przed dalszą walką na chwilę relaksu i moją - tradycyjną już - coroczną imprezę urodzinową. Dla mnie ten dzień jest zawsze bardzo ważny. Wiem, że dziś mało kto obchodzi hucznie urodziny - co więcej ludzie zawsze pytają: "I z czego tu się cieszyć? Że jesteś rok starsza?" A ja na prawdę zawsze cieszyłam się z kolejnego roku przede mną i z tego za mną, dzisiaj to ma wymiar wręcz symboliczny. Bałam się, że tym razem się nie uda, że nie dam rady tego ogarnąć, na szczęście, dzięki Radkowi, Juremu i Alinie (która przyjechała mimo gorączki i bólu gardła i koniec końców przed imprezą wróciła do domu spać!) udało się przygotować imprezę na 25 osób!  Ostatnio pisałam wam o ludziach, którzy mnie zawiedli, dzisiaj będzie o ludziach na których mogę liczyć. Wszystkim, którzy pomagali bardzo dziękuję, w szczególności heroicznej Alinie :) Tym, którzy przybyli również jestem wdzięczna - zabawa była przednia! Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele takich imprez z 15-litrowym garem pełnym ponczu, sałatkami, żeberkami i karkówką, ale przede wszystkim z ludźmi, którzy przybywają z różnych stron Polski, żeby być na moich urodzinach (jeden przejechał prawie 800km, żeby dotrzeć, część zawitała z Wałbrzycha). 

Przed wami foto-wpis, bo co tu dużo pisać? Trzeba zobaczyć, choć nie oddam nimi gwaru rozmów, śmiechu i zapachu dymu z ogniska.



Na początek seria babskich selfies (które jak wiecie uwielbiam). U góry z kumpelami ze studiów - Dorotką i Martynką, które zawsze docierają na moją imprezę. Co roku wspominamy te same historie, ale i tak jest fajnie :D

Niżej Ja i Mar, która już dobrze znacie z poprzednich naszych wspólnych selfies - dzięki dla niej za zostanie prawie do samego końca i za sałatkę :)

A na dole ja i moje onko-koleżanki. Niby nowe, a jakbyśmy się znały wieki. Ala po lewej, która wystąpiła już w poprzednim wpisie - zrobiła najlepsze ciasto drożdżowe jakie w życiu jadłam, szkoda, ze nie możecie spróbować! A po prawej Aśka, która na co dzień wyciąga mnie na spacery albo zakupy, z których obie wracamy zmęczone jak psy po polowaniu na lisa.


A tutaj zlepek imprezowy - na górze stół z ponczem w roli głównej, ognisko i ludzie.


A na koniec sesja głupich min - która podoba wam się najbardziej??

To by było na tyle, idę odpocząć. Od wtorku trzyma mnie jakieś przeziębienie i w końcu wypadałoby się też wykurować, a nie tylko imprezy i imprezy! 

Bywajcie w zdrowiu i pielęgnujcie te znajomości, które warto pielęgnować!

Anuk

środa, 20 maja 2015

Myśli wyrwane z otchłani

"Jeśli spojrzysz w głąb otchłani, otchłań spojrzy także w głąb Ciebie" 
F. Nietzsche


Nie jestem fanką Nietschego, choć jestem przekonana, że Nitche byłby moim fanem, gdyby żył.
A tak na poważnie, życie z rakiem/po raku jest jak zaglądanie w otchłań. Wielka czarna dziura, która codziennie Ci towarzyszy - raz przed Tobą, raz za Tobą a raz obok Ciebie. Puka Cię w ramie i prosi "popatrz na mnie, a ja będę mógł spojrzeć na Ciebie". I gdzie się nie obrócisz wciąż zahaczasz, tę pieprzoną otchłań, czasami niechcący uczepisz się jej rękawa, jak skrawka spódnicy matki i jest pozamiatane. Zaczynasz myśleć (chociaż pewnie niektórym ten proces jest zupełnie obcy, jak tak spoglądam na ludzi). Myśli prowadzą Cię głębiej i głębiej ciemnym korytarzem w stronę przerzutów, nawrotów, śmierci. A jak już tam wleziesz, to kleją się te myśli jak błoto do butów, wgryzają w miękkie ciało, zaczynają płynąć w żyłach zjaranych chemioterapią.
Zaczyna się: głowa mnie boli - przerzut do mózgu, brzuch mnie boli- już nie mam wątroby, kręgosłup kłuje - niedługo po mnie, bo przerzut go złamie, przerwie się rdzeń, będę sparaliżowana i będę umierać w wielkich mękach...kaszel - płuca zajęte. I tak sobie dryfujesz, starając się nie wdawać w gierki z pieprzoną otchłanią, ale ona nie daje Ci spokoju.
Każde badanie kontrolne to zagryzanie zębów - tym razem się uda czy się nie uda? A jak masz w sobie spokój, to coś zaczyna się sypać - okazuje się, że badanie trzeba poprawić na przykład, a Ty już srasz w gacie. Wszyscy, którzy chorują lub chorowali znają to, czyż nie?
A jeszcze przychodzisz do lekarza, a on mówi "Guz był taki wielki??? węzły zajęte? I ma Pani her dodatni?" I robi wielkie oczy i się pyta czy na pewno nie masz przerzutów i Ci gratuluje, że żyjesz. I Ty masz świadomość, że miałeś kupę szczęścia, chociaż nie wiadomo ile to szczęście potrwa, bo ciągle słyszysz, że gdzieś obok komuś się nie udało.


Po chemioterapii i bieganiu ciągle po szpitalach masz masę znajomych, którzy też chorują. Z niektórymi się spotykasz, niektórych poznajesz wirtualnie przez fora lub blogi. I lubisz ich, bo oni wiedzą co czujesz i nie wmawiają Ci, że "będzie dobrze" i nie pytają co chwilę "jak się czujesz" i wiesz, że jak się rozpłaczesz, bo otchłań zajrzała Ci prosto w oczy, to Ci nie powiedzą "daj spokój, nie możesz tak myśleć" jakby choroby nie istniały. I codziennie walczysz o dobre myśli, dobrą zabawę, o powrót do starej rzeczywistości. Nie przeszkadza Ci, że jesteś za gruby, że farba ze ściany się łuszczy, że pogoda jest kijowa. Zaczynasz lubić te małe problemy. Co więcej chciałbyś się zamienić nawet - nie przeszkadzałaby Ci ch**owa praca, za rzadkie włosy, nawet pieprzony kredyt we frankach, gdybyś tylko mógł pozbyć się swojej przyjaciółki otchłani.
I starasz się żyć normalnie, ale już nie ma takiego słowa w Twoim słowniku, bo kiedy próbujesz wciąż natrafiasz na ścianę, albo na otchłań. Bo siły już nie te, bo odporność do bani, bo tego i tamtego już nie możesz. A ludzie zdrowi mówią Ci: "Przecież już go wycięli, przecież już jesteś zdrowa" i zaczyna ich irytować, że ich "spowalniasz", stajesz się nudny dla swoich dawnych znajomych, bo mało pijesz, bo wcześnie się zmywasz, bo nie możesz wysiedzieć na dworze całą noc i ciągle tłumaczysz się rakiem - no a przecież go nie masz! Ba! Zaczynają Ci zazdrościć, że nie musisz chodzić do pracy, że masz masę wolnego czasu, że masz na wszystko wymówki. Bo przecież super jest mieć raka, nagle osiągasz w życiu tyle korzyści!
Tak jak to ktoś napisał ostatnio Marzenie Erm w komentarzach na blogu - tyle siana zebrała i zarabia na swoim raku, bo ludzie naiwnie zapisują swój 1% podatku dla niej. Bo przecież jej lek kosztował pół miliona i to jest świetny interes mieć raka. A dlaczego jej rodzina nie sprzedała domu i samochodu? Przecież mogli by zamieszkać wszyscy w szpitalu, a nie ciągnąć kasę od ciężko pracujących ludzi. Taki to proszę Państwa jest interes - mieć raka - super sprawa, to jak dostać OSCARA.
Ostatnio usłyszałam od kogoś, po kim czegoś takiego chyba bym sie nie spodziewała: "inni tez mają problemy" (w domyśle- nie jesteś pępkiem świata) To fakt, nie jestem pępkiem świata na dodatek mam tylko jeden problem, jest nim bomba zegarowa w moim ciele, która w każdej chwili może odpalić licznik odliczający dni do końca, a jak się odpali to nie będzie to 10 lat, tylko może 2, jak będę szczęściarą to 5, na ciągłej chemii, bez poczucia godności. I wymagam od znajomych, żeby czasami się do mnie dostosowali - jak ja tak, ku*wa mogę! Niepojęte! Powinnam się cieszyć, że mam tylko jeden problem. I wiecie co? Cieszę się, że już nie jestem tak małostkowa, że nie pieprzę jak mi źle, bo mam szefa źle wychowanego, bo mi na piwo nie starcza, bo kredytu więcej muszę płacić. A ludzie, których uważałam za dobrych znajomych zaczynają dryfować w inną stronę, wciąż narzekający, wciąż nie szczęśliwi.
I wiecie co? Tak, czasami cieszę się, że mam raka. Bo może moje życie będzie krótkie, ale pewnie szczęśliwsze niż niejednego zdrowego nieszczęśnika.
Bo przestałam się przejmować pierdołami, bo cieszę się nawet najgorszą pogodą, bo uśmiech innych osób sprawia mi radość, bo już wiem co jest WAŻNE. I robię tylko to co chcę. I łapię każdą chwilę w locie.
Nie można tylko dać się otchłani - dajcie jej urlop, nawet kiedy boli was kręgosłup :)

A na koniec trzy szczęśliwe Buraczki - wiecie dlaczego tak lubię te dziewczyny? Bo mimo swoich okolicznych otchłani, nigdy nie narzekają, śmieją się z siebie i ze świata i starają się wykorzystać każdy dzień jak najlepiej. I nie mówią Ci, że masz fajnie, pewnie dlatego, że też mają tak fajnie jak TY :)


Pozdrowienia dla Bogusi i Ali :)

Życzę wszystkim zdrowym, którzy uważają, że fajnie jest mieć raka, żeby nigdy się o tym nie przekonali i życzę wszystkim - zdrowego rozsądku przede wszystkim.

Bywajcie w zdrowiu Kochani!
Anuk

poniedziałek, 11 maja 2015

Myśli wyłowione z ciszy

Pamiętam z czasów podstawówki (chyba 6 klasa) taką sytuację. Poszłyśmy z koleżanką do biblioteki publicznej - była wyprzedaż książek. Szukałyśmy jakiś powieści dla siebie, trwało to dosyć długo. W końcu coś wybrałyśmy i przy płaceniu moja koleżanka powiedziała do bibliotekarki:
- Siedzi Pani tutaj tak sama, w ciszy, nawet nie ma żadnej muzyki, nie nudzi się Pani?
Bibliotekarka uśmiechnęła się i odpowiedziała:
- Nie, inteligentni ludzie się nie nudzą.

Doskonale pamiętam tę sytuację, bo byłam już na tyle dojrzała (taa;), żeby docenić ripostę bibliotekarki. Bardzo lubię ciszę i zostawanie w świecie swoich myśli. To wcale nie oznacza, że jestem inteligentna, ale nie boje się tego co w swojej głowie znajdę. Rzadko słucham muzyki - ludzi to dziwi, do kogo bym nie przyszła to w tle ciągle coś gra - jak nie radio to tv. Strasznie mnie to rozdrażnia, szczególnie gadające głowy w tv (sama nie posiadam odbiornika). 
Nie zawsze tak było, lubiłam kiedyś zasypiać przy włączonym tv, ze słuchawkami na uszach itp. Ale coś się zmieniło i zaczęłam doceniać zewnętrzne i wewnętrzne dźwięki. Obserwować ludzi w autobusie, słuchać ich rozmów, choć może to niegrzeczne, ale pouczające. 

Myślałam ostatnio o tej mojej "ciszolubności"  i doszłam do wniosku, że mogę o sobie powiedzieć "poukładana wewnętrznie", "spokojna", "szczęśliwa". I samą mnie to zdziwiło. Jak połączyć raka i szczęście ze spokojem? A no tak zwyczajnie. Nie chcę umierać, a skoro chcę żyć, nie mogę stracić ani jednego dnia na zamartwianie się. Oczywiście są gorsze chwile, jak te kiedy muszę ciągle przypominać, że choroba mnie ogranicza i muszę bardziej dbać o swoją wygodę, że mam słabiutkie bateryjki, które nie pozwalają mi na spędzenie całego dnia na nogach itp. Wtedy mnie to strasznie wkurza, mam wrażenie, że ludzie patrzą jak na tą, do której trzeba się przystosować...bo nie możemy pójść na piechotę kilka przystanków, siedzieć całą noc w lesie itp. Tym bardziej, że ostatnio staram się nadrobić ostatnich 8 miesięcy spędzonych w domu. 
Na szczęście, mam szczęście i znajomych, którzy to rozumieją i zaciskają zęby, że czasami trzeba się do mnie dostosować. Zgrywam się trochę na tyrana, Ci którzy nie znają mnie osobiście, nie widzieli tej skrywanej za monitorem twarzy despoty. A tak serio - ukrywam pod nią trochę bólu, że jestem jakby nie patrzeć fizycznie upośledzona. Jak zwykle staram się wszystko obracać kota ogonem - ustawiłam się, nie muszę dźwigać, mogę zatrzymywać grupę kiedy chcę, bo przecież muszę odpocząć itp. Jednym słowem - rządzę. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia jak to mówi przyłowie...



Niestety o chorobie nie jest łatwo zapomnieć.
Jutro dowiem się kiedy zaczynam naświetlania. Koniec moich "wycieczek" i dobrej zabawy. Wychodzi na to, że kolejne cztery miesiące mieszkania w klatce przede mną - i to kiedy - w wakacje. Trudno. Na pewno coś wymyślę. 
W czwartek byłam w szpitalu na nauce oddychania i przy okazji odebrałam wynik TK klatki piersiowej. Ale Pani w okienku powiedziała, że muszę udać się do RTG celem zrobienia zdjęcia celowanego dolnego lewego płata płuca...czyli miejsca pod guzem. Nogi się pode mną ugięły i całe życie stanęło przed oczami. Pani w pracowni rentgenowskiej chyba to zauważyła, bo po zrobieniu zdjęcia kazała zaczekać chwilę. Stałam tam i trzęsłam się ze strachu, bałam się bardziej niż wtedy kiedy czekałam na wyniki biobsji. I wiecie co? Zaczęłam w myślach krzyczeć do Boga, że mimo iż nie do końca wierzę, że może coś zrobić, to jak może - niech coś zrobi, żeby to tylko nie były przerzuty. Po 3 minutach, które zdawały się być wiecznością przyszła Pani technik i powiedziała, że jest ok, to tylko jakieś niewielkie zwłóknienie. Wyszłam stamtąd i poryczałam się - taką dawkę emocji przyjęłam na klatę. To chyba już taki los "naznaczonych", że do końca życia każde badanie będzie przynosić ze sobą kopa emocjonalnego. 

Opowiadałam o tym później znajomym. Każdy starał się mnie pocieszyć mówiąc coś w stylu: "Przestań! Pozbyłaś się raka i on nie wróci. Musisz tak myśleć. Musisz w to wierzyć" I wiem, że chca dobrze, ale...  Wyparcie nie zmienia faktu istnienia pewnych rzeczy. Wiem, że to ma pomóc, ale działa czasami jak płachta na byka. 
Ostatnio Rybeńka i Ida  udostępniały u siebie na blogu wypowiedź księdza Kaczkowskiego o tym jak rozmawiać z chorymi. Bardzo mądry facet. większość tego co mówi jest wyjęte z naszych (chorych;) głów, choć nie każdy potrafi to wyrazić słowami. Polecam obejrzeć ten filmik wszystkim, którzy mają wśród bliskich osoby chore:

 

"Dlaczego My- chorzy nie znosimy pocieszactwa? Bo ono bywa puste.(...) Musimy pokazać kawał wnętrza, bo jak wyskoczymy z gotową gadką, ze wszystko będzie dobrze to /choremu/ tylko gul skoczy. Początkowo mnie to wkurzało, a teraz to mnie śmieszy, kiedy ludzie mówią "dobrze ksiadz wygląda"- na wygląd się nie choruje. (...)Najważniejsze jest, żeby powiedzieć /choremu/ o swoim strachu, im bardziej będziemy autentyczni i powiemy "Słuchaj, ja po raz pierwszy jestem w takiej sytuacji, ja nie wiem co do Ciebie mówić, boję się." Ważne, żeby powiedzieć prawdę, a nie wyuczone teksty. W mówieniu, że będzie dobrze widzę podprogowy strach - Powiedz nam, że nie ma chorób, powiedz nam, że nie ma śmierci, powiedz nam, że Ty z tego wyjdziesz, czyli ja nie jestem zagrożony i paradoksalnie od Ciebie się tym nie zarażę. Oczywiście, ze nowotworami się nie zarażamy, ale ludzie mają gdzieś ten podprogowy lęk.(...) I nie gadajcie z chorymi tylko o chorobach "jak się czujesz?" - po raz kolejny muszę opowiadać jak się czuję. "Jak się czujesz, jak Ty dasz radę" - dajcie chorym wolność. To są wolni ludzie do samego końca."  

Wyrwałam kilka zdań z wypowiedzi księdza, tych, które dla mnie są istotne, a wiem, że większość osób nie będzie oglądało tej wypowiedzi, bo przecież jest długa :) Warto tego mimo wszystko posłuchać, bo mowa też o zmuszaniu chorych do podejmowania różnych "magicznych" terapii, "teorii spiskowej" i wielu innych typowych rzeczach dotyczących relacji z chorymi.

Ja doskonale rozumiem, że wiele osób nie wie co powiedzieć. Staram się już nie denerwować, kiedy po raz setny tego dnia słyszę "jak się czujesz?" Choć wiem, że to nie jest wynik troski, a raczej takie pytanie wynikające z poczucia, że musimy o to zapytać, albo nie wiemy jak zagadać inaczej. Nie mam nikomu za złe, ale lepszym dla mnie byłoby zapytanie o najbliższe plany - wtedy z pewnością dowiecie się jak się czuję przy okazji odpowiedzi :) 

Ciężko jest być ciężko chorym. Bo nawet jeśli pokonasz chorobę i jej skutki uboczne, trzeba pokonać strach przed nawrotem, złóść na innych ludzi (którzy w większości nie zdają sobie nawet sprawy, że wkurzają stwierdzeniami lub pytaniami, o których wyżej napisałam) i wiele innych przeciwności. Ale ja jestem dobrej myśli - bo po co być złej - jak to powiedział St. Lem :)

Dochodzi 12.30 a ja jak zwykle ponad godzinę spędziłam na pisaniu. W ciszy, szukając tylko odpowiednich myśli między literami. Myślę teraz o tym co będzie, kiedy znowu wpadnę w wir leczenia...i dochodzę do wniosku, że kto jak kto, ale ja na pewno nie będę się nudzić :)

P.S. Ostatnio odwiedziłam Wrocławskie ZOO i Afrykarium, które się tam znajduje. W czwartki osoby z orzeczeniem niepełnosprawności maja wstęp po 10zł (normalnie bilet kosztuje 40zł)
na koniec kilka zdjęć - seria selfies ze zwierzakami plus mój brat, który "walnął karpia" ;)











I FOKA DlA OKA!

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

wtorek, 5 maja 2015

Chwile wolności

Żyję.
Staram się robić wszystko, żeby to poczuć, bo w końcu po wielu miesiącach bycia więźniem własnego mieszkania, dziś czuję się dobrze. Staram się wykorzystać ten czas, między jednym a drugim etapem leczenia, który już niedługo znowu sprowadzi mnie do roli "domatora z przymusu".

W zeszłym tygodniu zrobiłam wszelkie potrzebne badania, żeby przyjąć na klatę kolejna chemię. Dziewięć sesji co tydzień, potem 7 tygodni naświetlań plus herceptyna. Udało mi się dosyć sprawnie - w ciągu dwóch dni - zrobić ekg, badanie krwi i kardiologa. Od tego ostatniego usłyszałam, że mam serce jak dzwon tylko jestem za gruba. Nie kłamał, to pierwsze jest chyba przez chęć życia, a to drugie...cóż, mam nadzieję, że uda się zmienić "po wszystkim".
W poniedziałek dzwoniłam do przychodni, miałam się przypomnieć, żeby znaleźli moją kartę. Pielęgniarka, która asystuje mojej dr D oznajmiła, iż dr D jest chora i jak tylko będzie to do mnie zadzwoni. Chemia została odroczona. Nie powiem, żebym była z tego powodu szczególnie niezadowolona. W środę telefon od Pani dr - cały oddział dumał co ze mną zrobić na konsylium i uradzili następująco: najpierw będę miała naświetlania a potem wstawienie portu naczyniowego i chemia oraz herceptyna, podawane jednocześnie (chemia co tydzień, hercia co 3). Znowu mam iść do radioterapeuty (ostatnio pisałam, że już tam byłam - niepotrzebnie). Badania, o których wyżej mowa, będą w takiej sytuacji nieaktualne, więc dwa dni, z które udało mi się wszystko załatwić uważam za stracone (chociaż przynajmniej wiem, ze mam serce spoko).
W czwartek grzecznie udałam się do radioterapeuty - w kolejce z 15 osób. Zajęłam miejsce i wybyłam. Nie cierpię tych korytarzy w DCO - strasznie są klaustrofobiczne, a ludzie często działają depresyjnie (tak wygląda poczekalnia - zero okien, wąskie przejście, kiedy siedzą tam ludzie, ktoś kto chce iść na koniec korytarza, musi tulić się do ściany - zdjęcie znalezione w sieci, ale świetnie oddaje klimat tego miejsca)



Na szczęście w przychodni tego dnia pojawiły się moje onko-koleżanki, które po załatwieniu swoich spraw przyłączyły się do mnie, umilając mi godziny oczekiwania na wizytę. Usiadłyśmy sobie na klatce schodowej, gdzie przynajmniej jest okno i kilka krzesełek. Tam mogłyśmy do woli trajkotać. Po około 3 godzinach czekania wreszcie nadeszła moja kolej, więc przeniosłyśmy się pod gabinet, kontynuując opowieści z życia (żeby nie było - nie gadamy ciągle o raku, wręcz przeciwnie - potrafimy cieszyć się wszystkim co z nim niezwiązane) Przyznaję, że rozmawiałyśmy dość głośno i ciągle z czegoś się śmiałyśmy. Minęło może 5 minut tego naszego gadania, kiedy odezwał się starszy Pan, który obok nas siedział:
- Jak Panie tak mogą! Panie się nawet nie krygują! To jest PRZYCHODNIA!!! Tu się nie rozmawia! Tu ma być cisza! To jest oburzające!! Tutaj siedzą pacjenci!! (A ja to co? Przyszłam na kawę?)
Widziałam miny dziewczyn i miałam wrażenie, ze zaraz zacznie się chryja. Wzięłam głęboki oddech:
- Bardzo przepraszamy, trochę się zagalopowałyśmy. (tu nastąpiła kilkudziesięcio-sekundowa cisza) Po czym dodałam lekko ściszonym głosem:
- Nie śmiej się Aśka! I tak masz raka! I ty też Ala się nei śmiej, też masz raka. 
Po czym wybuchnęłyśmy kontrolowanym, cichuteńkim śmiechem.

U radio-doktórki dowiedziałam się, że muszę zrobić rtg klatki piersiowej i iść nauczyć się oddychać (przecież ja umiem oddychać! Inaczej bym tu nie siedziała!). Grzecznie polecenia wykonałam.
Pewnie zastanawiacie się o co chodzi z tym oddychaniem. Otóż, punktem najważniejszym jest Pani z budynku C, która miała mnie tego nauczyć. Kolejne punkty to:
1) wdychamy powietrze przeponą (podnosi się brzuch)
2) na wdechu dobieramy powietrze płucami (lub przepychamy powietrze z przepony do płuc)
3) trzymamy tak 20 sek.
A wszystko po to, żeby odsunąć serce od naświetlanego miejsca (lewa pierś i pacha). Nie jest to łatwe. Ale mam ćwiczyć i przyjść jeszcze 8 maja się pochwalić tymże oddychaniem. Z kolei 12 maja będę miała "tomograf oceniający" czy jakoś tak. Będą ustalali, w którym miejscu mnie naświetlać. Z tego co zrozumiałam przygotują mi jeszcze coś w tym stylu:



Żeby za każdym razem naświetlać to samo miejsce. Ale tego się dowiem niebawem.

W międzyczasie leczeniowym, postanowiłam korzystać z życia i robić fajne rzeczy:) Zaczęłam od oglądania świata z góry (z bratem)



Najwyższy punkt w mieście Wrocław - taras widokowy na 50 piętrze Sky Tower. Budynek jest dokładnie naprzeciw szpitala i przychodni onkologicznej. Tak zachowują się dorośli ludzie widzący panoramę Wrocławia :)



Takie tam widoczki:)



A tutaj ja i DCO w tle :)

Z mniej górnolotnych wycieczek, odwiedziłam Sławę i mieszkających tam w "budce w lesie" naszych "starych znajomych" (może nie takich starych, ale ustaliliśmy,że już się znamy kilka ładnych lat, choć co to jest w stosunku do wieczności??)

Majówka się udała, a jakże, zresztą sami zobaczcie:




Udawałam na koncercie malamuta.




Niestety po kilku minutach skakania i zabawy moje bateryjki szybko się wyczerpały (nabieranie sił po chemiach to niestety długotrwały proces)




I odpoczynek z barłogu ;)




Uważajcie na monitory!




A na koniec Ja z R., którego możecie znać, a jak nie znacie to (UWAGA! REKLAMA!) zapraszam do oglądania "Poszukiwaczy historii" na Polsat Play w każdy wtorek o godz. 21.30 lub na stronę ipli, gdzie możecie obejrzeć stare odcinki za darmo: POSZUKIWACZE HISTORII. Myślę, że program zainteresuje nawet ignorantów historycznych (do których należę ja ;)) 

To by było na tyle. Dzisiaj też mam zamiar nie próżnować ŻYĆ. Wybaczcie mi ciszę, ale jak widzicie, miałam dużo zajęć, a może ciężko w to uwierzyć, ale taki wpis na blogu zajmuje mi ponad godzinę pisania bez przerwy (bez poprawiania ;)) 

I na koniec piosenka, która zawsze mnie wzrusza, choć jest bardzo pozytywna w sumie:)



Zróbcie dla siebie coś dobrego. Żyjcie!

Anuk