wtorek, 29 września 2015

3,2,1...akcja!

Niedawno minął rok od mojej diagnozy. Miałam zamiar napisać post podsumowujący wszystko co zdarzyło się w tym czasie, ale ponieważ moje leczeni wciąż trwa i przedłuża się z różnych powodów, stwierdziłam, że to jeszcze nie czas na to. Mam dla was coś dużo ciekawszego.

Październik, jak pewnie większość osób zainteresowanych tematem wie, jest miesiącem walki z rakiem piersi. Temat bardzo mi bliski (za bardzo;). Jako, że zawodowo zajmuję się grafiką i tematami pokrewnymi postanowiłam przygotować coś specjalnego. Połączyłam przyjemne z pożytecznym i wymyśliłam, że zrobię swoją własną akcję promowania badań i profilaktyki, ale nie tylko piersi. Pomyślałam również o innych "kobiecych sprawach", nie pomijając przy tym i męskich.

Nie spałam kilka nocy myśląc co mogę zrobić i jak, żeby trafić do jak największej ilości osób zdrowych. Przekopałam internet w poszukiwaniu różnych akcji promujących profilaktykę, uruchomiłam dwie szare komórki i stworzyłam kilka grafik, które mam nadzieję trafią hasłami i obrazami do osób zdrowych, które chcą o siebie zadbać i do tych, które myślą, że nic złego nei może im się przytrafić. Mam świadomość, ze część z nich jest kontrowersyjna, ale wiem, że czasami tylko tak można trafić z przekazem. Wszystkie grafiki, zdjęcia i hasła są mojego autorstwa.

Przed wami moja BU-raczana akcja:







I dwie, bardziej dosadne grafiki:



Jeżeli chcecie i trafia do was co przygotowałam, zachęcam do udostępniania grafik na portalach społecznościowych, przesyłania znajomym i generalnie propagowaniu ich. Zależy mi na tym, żeby to po prostu działało. Jeżeli chociaż jedna osoba dzięki zobaczeniu obrazka pójdzie się zbadać, będę wiedziała, że zrobiłam dobrą robotę.

Profilaktyka jest bardzo ważna, gdyż może zapobiec wielu nieprzyjemnym skutkom leczenia raka. pamiętajmy, że szybkie wykrycie raka daje większe szanse na całkowite wyleczenie. Mój rak miał 6,5 cm kiedy go wykryłam, miałam zajęte również węzły chłonne. Od roku zmagam się z leczeniem, z nadzieją, że jeszcze trochę pozyje i uda mi się wygrać z burakiem.


Prócz akcji mam dla was jeszcze jedną niespodziankę - możecie mnie śledzić na facebooku. Prócz wrzucania linków do bloga, mam zamiar dodawać różne nowości i ciekawostki w temacie onkologii i leczenia.

Na dzisiaj to tyle. Piszcie z komentarzach co myślicie na temat grafik, co do was trafia a co nie. Każda opinia się dla mnie liczy:)

I jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk
 

środa, 16 września 2015

Jak to jest z tym pomaganiem?

Dzisiaj miałam intensywnie onkologiczny dzień. Czyli również dzień pełen czekania w różnego maści kolejkach, ale nie ma tego złego. Miałam dużo czasu, żeby obserwować i myśleć, choć to drugie nie jest łatwe w sytuacji pochemicznej kiedy w mózgu zostają dwie szare komórki, lewitujące w puste, które, żeby zadziałać muszą się ze sobą zderzyć. Ale wytworzona w ten sposób myśl jest często ciekawa, albo sprowadza się do jakiegoś niebywale odkrywczego stwierdzenia typu. "jestem głodna". Tak czy siak wynikają z tego przeważnie jakieś wnioski (np. "muszę zjeść") a niekiedy powstaje coś w rodzaju drogi mlecznej składającej się z małych żarzących punkcików-myśli. Tak właśnie powstaje strumień świadomości (mniej lub bardziej odkrywczy).

Najpierw kilka faktów - byłam w ZUSie, dostałam zasiłek rehabilitacyjny jeszcze na pół roku. To dobra wiadomość. Byłam również u lekarza, pokazać się przed chemią, pełna radości, że to już półmetek - piąta z dziewięciu chemii. Pod koniec wizyty sekretarka poprosiła mnie o moją kartę wizyt (taka mała karteczka gdzie wpisuje się kolejne daty i godziny wizyt u lekarza) i wpisała mi dziesiątą datę. Zmarszczyłam brwi i wybąkałam "ale jak to? miało być 9 cykli" na co lekarka spokojnym głosem odpowiedziała "Chyba dwanaście, taki jest standard przy leczeniu, które Pani wyznaczono". Konsternacja. Jakie ku*wa dwanaście, chyba ktoś tu oszalał. "Pani karta jest (gdzieśtam) sprawdzimy to przy następnej wizycie, ale jestem prawie pewna, że 12". Zajebiście, dodatkowe trzy tygodnie zamuły i mrowienia kończyn, o niczym innym nie marzyłam.

Tak jak wcześniej wspomniałam, mimo wszystko cały dzień spędzony w Zusach (srusach) i szpitalach (sralach) nie uważam za stracony. Mianowicie rozwijałam w głowie myśl wiążącą się mocno z poprzednim wpisem - o pomaganiu. Dużo się o tym mówi, dużo się o tym słyszy, ale intensywnie starałam się uchwycić istotę pomagania i jakoś to wszystko poukładać.

Altruizm jest pojęciem bezsprzecznie wiążącym się z pomaganiem. Słownik języka polskiego określa go jako "kierowanie się w swym postępowaniu dobrem innych, gotowość do poświęceń" oraz (za wikipedią) "zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Według J. Poleszczuka polega ono na dobrowolnym ponoszeniu pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki lub grupy, przeciwstawne zachowaniu egoistycznemu. Zachowania altruistyczne mogą występować zarówno wśród ludzi, jak i w obrębie innych gatunków biologicznych. Jest to podstawowe pojęcie socjobiologii" 
Powszechnie altruizm kojarzy się z "bezinteresownym działaniem", ale tak na "chłopski rozum" (z tymi moimi dwiema szarymi komórkami), czy możemy powiedzieć, że naprawdę potrafimy postępować bezinteresownie? Dla mnie osobiście, altruizm jest najwyższą formą egoizmu i nie uważam, żeby to było złe, mimo, że egoizm kojarzy się mocno pejoratywnie. Tylko, że pomagając, poświęcając swój czas, czasami pieniądze, emocje, dobra materialne, jednocześnie "robimy sobie dobrze". Zastanówmy się nad tym głębiej.

Jest kilka powodów, dla których zaczynamy pomagać, część z nich jest powodami, które ciężko sobie uzmysłowić i raczej nie lubimy o tym myśleć, bo to powody, które nie są chlubne.

WYRZUTY SUMIENIA.
Część ludzi po prostu ma wyrzuty sumienia, mniej lub bardziej uświadomione. Wynikać one mogą z naszego postępowania (kiedyś zrobiłam komuś krzywdę, odkupię swoje winy pomagając komuś innemu i poczuję się lepiej). Z naszej sytuacji życiowej - powodzi mi się dobrze, żyję jak pączek w maśle, masa ludzi nie ma tak dobrze jak ja - dam pieniądze potrzebującym. Poczuje się lepiej. I tak dalej. Można mnożyć przykłady w nieskończoność. Często oczywiście są to absurdalne powody, niekiedy bliskie - życzyłam komuś źle, teraz temu komuś na prawdę jest źle i jeśli mu pomogę, może może ugaszę pożar mojego sumienia. 
Brzmi dość niefajnie, mało heroicznie, ale chyba każdy miał taką sytuację i według mnie nie ma się czego wstydzić - jesteśmy tylko ludźmi.



WSPÓŁCZUCIE
Kolejny powód, dość częsty, mniej drażliwy niż poprzedni. Zwyczajnie czujemy żal i niesprawiedliwość losu, który spotkał kogoś innego, człowieka, czasami zwierzę. Nasze serce porusza jakaś historia, w porywie emocji i poczuciu smutku pomagamy. Co z tego mamy? Uczucie ciepła na sercu, że spełniliśmy dobry uczynek. Czyli jakby nie patrzeć jakaś korzyść. 

ANALOGIA
Odnajdujemy w czyjejś historii siebie. Przeżyliśmy podobne nieszczęście, Może ktoś wtedy wyciągnął do nas rękę i pomógł nam, a może wręcz odwrotnie, nikt taki się nie znalazł. Może byliśmy w ciężkiej sytuacji finansowej i brakowało na chleb, dobrze znamy dylematy czy zapłacić rachunki czy zrobić zakupy. Dziś jest lepiej i dzięki temu możemy podzielić się z kimś innym tym co mamy. Wykonujemy gest w stronę drugiej osoby. Czy nie czujemy radości? Czujemy. I nie ma w tym nic złego.

Pewnie można byłoby podzielić te motywy jeszcze bardziej i poszatkować to drobniej, ale myślę, że uchwyciłam trzy główne powody jakie nami kierują przy decyzji wspomożenia drugiej istoty. Są jeszcze oczywiście istotne różnice w udzielaniu tej pomocy: cicha i publiczna. Tutaj też mozna wyłuszczyc mnóstwo kontrowersji;

CICHA POMOC, o której nikt nie wie, przekazanie pieniędzy, zrobienie zakupów starszej sąsiadce, uratowanie bezdomnego psa. Taka pomoc wydaje się bardziej szlachetna, czasami nawet bohaterska. Często słyszę opinię ludzi typu "Znam pewnego XY, który bardzo pomaga ludziom i on NIGDY SIĘ TYM NIE CHWALI". Taka osoba staje się naszym osobistym bohaterem, To się chwalii podziwia.

POMOC "GŁOŚNA" czyli wystawiona na świeczniku, myślę o publicznych akcjach fundacji, stowarzyszeń i osób prywatnych, które organizują różne zbiórki, akcje, koncerty itp. Temat kontrowersyjny. Chociażby najbardziej spektakularna "Orkiestra świątecznej pomocy" i osoba Jurka Owsiaka, którą zna cała Polska. Z jednej strony rzecz niebywale chwalebna i dobra, z drugiej opluwana i hejtowana. I tutaj też mieści się całe "onkocelebryctwo" i wystawianie swojej twarzy jako "sztandaru" czy też swoistego "loga" przy jakiejś pomocowej akcji. 
Bardzo lubimy oceniać takie rzeczy. Szukać dziury w całym. Zawsze znajduje się ktoś kto zarzuci, że ktoś robi to dla sławy i poklasku i pewnie po części jest w tym racja, Bo czy te znane publicznie osoby również nie czują radości i nie mają satysfakcji z pomagania? Ostatnio Dorota Wellman przekazała potężną sumę pieniędzy na cele charytatywne. Zrobiła to bo mogła. I tutaj też znajdą się osoby, którym nie będzie się to podobać, bo może nie powinna się tym chwalić, a może to taki PR-owy chwyt?

Nie mnie oceniać postępowanie i motywy tegoż innych. Tylko zastanawiam się dlaczego to zawsze budzi tyle niepotrzebnych negatywnych emocji w ludziach (wystarczy poczytać sobie komentarze dotyczące jakiejkolwiek publicznej pomocy). Ja uważam, że każda pomoc czy ta mniej czy bardziej spektakularna niesie za sobą coś dobrego. Nie ważne, jakie mamy ku temu powody.
Uważam, że nie powinniśmy się wstydzić, że mimo wszystko altruizm jest podszyty egoizmem, czym bardziej sobie to uświadomimy, tym lepiej i skuteczniej będziemy mogli działać.

Nie boję się powiedzieć, że mam egoistyczne pobudki, chociażby pisząc tego bloga czy biorąc udział w innych pomocowych akcjach. Lubię to uczucie, które pozwala mi myśleć o sobie jak o dobrej osobie. I oczywiście, mam na koncie masę tych gorszych uczynków, którym może czasami się wstydzę, może czasami żałuję, ale nie boję się do tego przyznać. Nikt nie jest kryształowy. Mam w głowie od dłuższego czasu myśl o zrobieniu czegoś bardziej spektakularnego i wiem z jakim wielkim ryzykiem się to wiąże. Z patrzeniem na ręce, ocenianiem i hejtem. Ale też z tym ciepłem w sercu, które lubię. Ocenianie innych to nasz ludzki ulubiony sport, szczególnie dzisiaj w dobie internetu. Strach przed tym jest mimo wszystko dość duży a ryzyko budzi we mnie wikinga.

Pomaganie to temat rzeka - długi, porywisty, wiążący się z nieokiełznanym prądem, który może ponieść na manowce. Piękny, ale równiez okraszony wstydem, strachem i niezdrowymi emocjami. Sądzę jednak, że warto, mimo wszystko. Ja podziwiam ludzi, którzy to robią, bo to naprawdę nie jest wcale łatwe i przyjemne, a popełnienie jakiegoś błędu może skończyć się bardzo fiaskiem i utratą dobrego imienia. Mimo wszystko - kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.

Reasumując, uważam, ze pomagając innym, pomagamy też sobie i to jest ten dobry egoizm, który lubię. Ja wierzę też w magiczne myślenie "co w świat wysyłasz, to odbierasz" (czyli znów z aspektem egoistycznym ;)) 

Mam nadzieję, że udało mi się uchwycić istotę problemu, chociaż jak zwykle czuję niedosyt. Zachęcam was do dyskusji w komentarzach i rozwijania tematu - myślę, ze jest jeszcze dużo do dodania.

Tymczasem idę ułożyć swoje wypełnione chemią ciało do wyra.
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk



czwartek, 10 września 2015

Kim jesteś mityczny onkocelebryto?

Jestem stworzeniem często i dużo myślącym. Przeważnie o niczym, albo o czym innym. najczęściej o tym co tu zrobić, żeby było mi dobrze, co dobrego zjeść, z kim się spotkać, co sobie kupić i innych rzeczach kręcących się wokół mojej własnej przyjemności. Ale są też chwile, biorąc pod uwagę to, że w nocy mało sypiam, to trochę więcej chwil, kiedy zastanawiam się nad różnymi problemami. I tak jak dzisiaj, wyrywają mnie one z łózka, żeby coś sprawdzić, o czymś przeczytać i czasami wylać te myśli w otmęty internetów. 

Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Martyny jej wpis na temat kultu chorego (polecam przeczytać, bo sporo tam mądrych przemyśleń). Przeczytałam, skinęłam głową i poszłam robić coś innego. Jednak gdzieś z tyłu mózgu coś mnie kuło i drażniło cały czas. Zaczęłam się zastanawiać jak to właściwie z tym naszym chorowaniem jest. I z tymi, którzy stali się dzięki rakowi "sławni" czy też po prostu rozpoznawalni.

/Nie będę odnosić się konkretnie i wprost do ww wpisu, ale on i kilka innych wypowiedzi z różnych kanałów skłoniło mnie do przemyśleń i napisania kilku słów./

Często czytam negatywne wypowiedzi na temat "onkocelebrytów", o "lansie na raka", o tym, że robi się bohaterów z osób, które są chore, tylko dlatego, że zachorowały. No i z jednej strony racja - to, że chorujesz nie czyni z Ciebie nikogo wyjątkowego, nie sprawia, że nagle jesteś lepszy od innych. Ale z drugiej strony dzięki temu, że ktoś o tym mówi czy pisze, jest pokazywany w mediach, ludzie mogą dowiedzieć się więcej o temacie, który wciąż mimo wszystko jest dość "tajemniczy" i objęty swoistym "tabu". Martyna w swoim tekście wspomniała o tym, że promuje się przeważnie młode kobiety o nienagannej prezencji i przedstawia je jako bohaterki. Nie pokazuje się starszych chorych ludzi. Ale czy jest w tym coś dziwnego? Okrutność życia polega na tym, że z reguły umiera się i choruje kiedy dochodzi się do pewnego wieku. Nasz organizm się starzeje, organy zaczynają zawodzić, taka jest kolej rzeczy. Kiedy rak czy inna okrutna choroba spada na młode osoby, w kwiecie wieku, wychowujące małe dzieci, robiące karierę, to jest czymś nienaturalnym i sprawiającym poczucie niesprawiedliwości.
Nim zachorowałam sama czytałam blogi osób chorych na raka - Joanny Sałygi "Chustki", Marzeny Erm i kilka innych. Uświadamiały mi one kruchość życia. Otwierały oczy na chorobę, która wtedy była dla mnie czymś egzotycznym, dziwnym i strasznym. Sprawiły, że zainteresowałam się tematami, które wtedy jeszcze mnie nie dotyczyły. Dzisiaj sama jestem chora i piszę o tym, bo wierzę, że mogę komuś pomóc, bo pomagam sama sobie. Czy jestem już złą onkocelebrytką? Czy powinnam siedzieć cicho w kącie i "godnie chorować po cichu"?

Kim jest ten niefajny, lansujący się na swojej chorobie onkocelebryta? Czy była nią Ś.P. Magda Prokopowicz, która otworzyła fundację wszystkim dobrze znaną, dzięki której wiele dziewczyn chorych na raka dostało peruki z prawdziwych włosów, dzięki którym poczuły się lepiej? Walczyła o propagowanie wiedzy na temat raka piersi i nie tylko, trafiła do szerokiej publiczności, poszerzyła świadomość o chorobie, czy ona powinna była siedzieć cicho? Czy może Ś.P. Kasia Markiewicz, która poszła do programu The Voice, żeby spełnić swoje ostatnie marzenie i powiedziała na wizji, że umiera na raka? Myślę, ze wiele młodych kobiet dzięki niej poszło zrobić cytologię niedługo po emisji programu. A może Ś.P. Joanna Sałyga nie zrobiła nic dobrego pisząc i mówiąc o swojej ciężkiej chorobie? A może ksiądz Kaczkowski jest tym niedobrym celebrytą, napisał tyle "niepotrzebnych" nikomu książek o chorobie i często występuje w mediach...



W głowie przetrząsam archiwum i szukam przykładów ludzi, którzy zostali wypromowani przez raka i było to bez sensu i wiecie co? nie znajduję nikogo takiego. To, że jesteśmy chorzy nie sprawia, że jesteśmy wyjątkowi, ale to co z tą chorobą zrobimy i jak ją wykorzystamy może sprawić, że pomożemy innym - zdrowym i chorym.

I tak mogłabym wymieniać jeszcze sporo ludzi, którzy "lansują się", żeby pomóc sobie w walce o życie, żeby zebrać pieniądze na drogie leki, ale nie widzę w tym nic dziwnego i nic godnego potępienia. Bycie na świeczniku, pokazywanie swojej twarzy, proszenie o pomoc nie jest łatwą rzeczą. Często jest okraszone wstydem, bólem skrywanym pod ciepłym uśmiechem onkocelebryty. Zawsze znajdą się ludzie, którym się to nie spodoba. Trudno. Taka jest czasami cena walki o swoje życie, czasami tylko o poszerzanie społecznej świadomości na temat choroby.

 Walczę z rakiem piersi już prawie rok. Od wielu lat robię zdjęcia, gotuję, jestem grafikiem komputerowym, piszę, szyję, bawię się i żyję tak, żeby nie żałować ani jednej chwili. Nie jestem nikim wyjątkowym, na pewno nie dlatego, że zachorowałam, ale chciałabym, żeby ta choroba przyniosła coś dobrego, nie tylko mnie, ale i tym, którzy czytają moje wypociny, tym którzy gdzieś przypadkowo trafią tutaj. Nie mam poczucia misji, ale nie chcę, żeby to wszystko poszło na marne. Może kiedy będę już całkowicie zdrowa wszyscy o mnie zapomnicie, ale jeśli do tej pory sprawię, że kilka osób więcej pójdzie do lekarza, zrobi usg piersi, może cytologię, a może zaangażuje się w jakąś pomoc osobom chorym, to nie będę miała poczucia żalu.

Nie wiem co przyniesie życie, nie wiem co będzie kiedy skończę leczenie i wkroczę znowu w świat zdrowych. Wiem, że doświadczenie choroby zmieniło mnie i obudziło coś więcej niż poczucie niesprawiedliwości czy jakiś żal do świata. Rak sprawił, że jestem lepszym człowiekiem. bo wykorzystałam wszystkie złe doświadczenia, żeby moje życie stało się lepsze, a może tez życie kilku innych osób (mam taką nadzieję). A jeśli ktoś kiedyś stwierdzi, że jestem tylko lansującą się na raku zjeba*ą onkocelebrytką to trudno. Mam to w dupie, a dupę mam dużą, więc wiele się tam zmieści :)

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

piątek, 28 sierpnia 2015

Bunt na pokładzie

Dostałam zakaz pokazywania się w miejscach publicznych. Czy aż tak źle wyglądam, Pani doktor?

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Moje ostatnie jojczenie chyba wzięło się z tego, że przeczuwałam, że coś jest nie tak. No i miałam racje. Białe krwinki postanowiły się zbuntować i zostawiły mnie na polu bitwy z jakimiś niedobitkami pirackich majtków. Widać kiepski ze mnie kapitan.



 Odkąd zaczęłam leczenie pierwszy raz się to zdarzyło. Ani czerwona chemia, ani taxole /tamte poprzednie, których nazwy jak zwykle nie pamiętam/ nie sprawiły, że moje wyniki obniżyły się aż tak bardzo. Nie dostałam we wtorek chemii. Mogli mi dać neupogen albo neulastę - zastrzyk na wzrost białych krwinek - ale leżała bym teraz w łóżku i jęczała z bólu. Raz kiedyś dali mi "na wszelki wypadek" i trzy dni nie spałam, tylko płakałam. Pani doktor stwierdziła, ze mi oszczędzi tego bólu i przeczekamy. Niestety moja odporność jest marna.

Siedzę więc w domu i staram się dobrze czuć, chociaż mój organizm jest jakiś taki zrezygnowany. Wczoraj chciałam posprzątać, bo w domu mam więcej much niż prezydent wyborców, ale po kilkunastu minutach ścięło mnie z nóg. Jakbym wypiła jakąś truciznę. No i tyle było sprzątania bo padłam na pysk i zasnęłam. Ale to wszystko pikuś. Znowu wypadają mi włosy. Wiem, że to żadna tragedia - sama powtarzam "włosy nie cycek- odrosną", ale tracenie ich po raz drugi jest smutniejsze.
Były takie wyczekiwane i upragnione, mam taką fajną fryzurę i kolor...na dodatek są gęściejsze niż były wcześniej. No, ale co zrobić? Będę musiała pogodzić się z moimi turbanami, które upchałam na dnie szafy i powiedziałam "żegnajcie paskudy". Najlepszy był mój Tato, mistrz pocieszania:

- Nie martw się, przecież odrosną, pomyśl sobie - może kolejne będą jeszcze ładniejsze i gęściejsze? A może odrosną kręcone? Mało który człowiek na świecie ma szanse mieć kilka rodzajów włosów w swoim życiu.

To fakt. Zdecydowanie poprawiło mi to humor. Po raz kolejny Tata zaskoczył mnie swoim myśleniem - tak pokrętnym jak moje. Bo przecież "Problemem nie jest problem, problemem jest twoje nastawienie do problemu" /Jack Sparrow to moje alterego ;)/

Póki co postanowiłam się nie poddawać - nie upierdolę głowy na łyso, zobaczymy ile wytrwam. Raz, że jestem uparta, dwa, włosy wypadają mi co drugi dzień - taka ciekawostka. Dwa dni temu skóra głowy zaczęła mnie boleć i włosy po kilka, wychodziły po pociągnięciu. Wczoraj nic. Włosy trzymały się mocno głowy. Dzisiaj powtórka z przedwczoraj. Może jak będę dla nich miła i nie będę za bardzo ich tarmosić to zostaną? Polubiłam już swoją siwą grzywę...

Przede mną weekend. Nie wyjdę nigdzie, więc mam nadzieję, ze może ktoś mnie odwiedzi. A jak nie, to spędzę kolejne dni uczepiona do monitora komputerowego oglądając kolejne sezony, kolejnych seriali. Tego o mnie nie wiecie - jestem serialomaniaczką i mam obejrzanych na swoim koncie ponad 250 seriali. Imponująca liczba, co? Kiedy zassie mnie jakiś serial to po prostu oglądam go nocami odcinek po odcinku, śpiąc po 2-3 godziny. Poza tym nie mam w domu tv, nie spędzam czasu na oglądaniu czegokolwiek innego, tylko wybrane seriale i filmy. A ponieważ mam coś w sobie z masochistki, zaczęłam oglądać seriale z chorobą na pierwszym planie. Pewnie macie już dosyć tej tematyki, ale gdybyście jednak mieli ochotę, to polecam wam "Chasing life", serial o młodej dziewczynie chorej na białaczkę. Taki familijny serialik o raku - ciekawe połączenie, ale jest sporo prawdy w nim. Co ciekawe trafiłam na niego przypadkiem kiedy czekałam na wyniki biobsji, czyli prawie rok temu. Wtedy po jednym odcinku mnie zmroziło - to mogę być ja. Wróciłam do oglądania po kilku miesiącach, kiedy przestało mnie ruszać, że to faktycznie ja jestem bohaterką tego filmu. Oczywiście w przenośni - ona jest szczuplejsza, ładniejsza i ma fajna chatę:)
Gdyby ktoś chciał porozmawiać o serialach lub poradzić się co obejrzeć służę pomocą. To drugi, zaraz po jedzeniu, temat o którym mogę rozprawiać godzinami i ciężko mnie zatrzymać jak się rozpędzę. Niestety coraz mniej ciekawych pozycji do obejrzenia, bo po takiej ilości wszystko stało się dla mnie przewidywalne i schematyczne. Może powinnam zacząć pisać scenariusz? :)

Mam nadzieję, że do wtorku moje białe krwinki wrócą z wojaży i dostanę kolejną chemię. Nie chciałabym, żeby ten proces ciągną się kolejne miesiące, w końcu to tylko "na wszelki wypadek". Według moich obliczeń wszystko powinno zakończyć się w połowie października, więc mam nadzieję, że nie będzie kolejnych poślizgów.

Tymczasem, dzisiaj facebook przypomniał mi mój post sprzed roku. Jak go zobaczyłam to sobie pomyślałam, że mój komputer w pracy i mój organizm mają ze sobą wiele wspólnego:



"Nie można posprzątać chaty D:\anka\2015\...\strzegomska.psd ponieważ nie"

Życzę wam miłego weekendu, kochani i wiecie co jeszcze?
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

 

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Wylewanie żalu

Wiecie, że nie lubię narzekać, staram się żyć pełnią sił i czerpać ile się da. Nie tylko dla siebie, ale dla moich bliskich, dla rodziny i tych dalszych, którzy czytają i mi kibicują. Staram się być jak wiking - wejść, jebnąć i wrócić pełną chwały. Ale czasami to ponad moje siły.

Nie chcę współczucia i pocieszania. To ja pocieszam innych. Tak już mam, że lubię być silna i pomagać, Od zawsze, nawet jak nie miałam siły, próbowałam unieść świat na swoich barkach. Zeszłej nocy miałam fajne sny. Byłam kimś innym. Zdrowym człowiekiem, który ma niesamowite przygody. Obudziłam się i zrobiło mi się smutno. rzadko odczuwam smutek, ale pomyślałam, że mogłoby być inaczej.
Codziennie wchodzę na portal społecznościowy na "f" i widzę zdjęcia, posty znajomych, którzy mają swoje radości i problemy. Wiadomo- jak każdy z nas. I czasami dławi mnie jakiś żal, że nie mogę tego wszystkiego robić, pływać, bawić się jak inni, cieszyć z macierzyństwa, z dalekich podróży itd. Robię co mogę, żyję na ile choroba i leczenie mi pozwala i czuję, że to wciąż za mało. Mało mi życia.
Nie wiem czy to choroba, czy mój charakter sprawiają, ze wciąż chcę więcej i więcej. Tak bardzo chciałabym znów być nieśmiertelna, jak jeszcze nieco ponad rok temu.
Słyszę ciągle od znajomych, czego nie powinnam robić, a co powinnam, Bo przecież trzeba o siebie dbać, żyć bez używek, nie przemęczać się, chuchać i dmuchać i cieszyć się chwilą. Racja. Ale czy zdrowi nie muszą tego robić? Czy nie powinni?
Życie mnie niesie, wraz ze wszystkimi problemami, zdrowotnymi i tymi spoza granicy NFZ-towskiego shitu. Jestem tylko człowiekiem, ze słabościami i pragnieniami. Bawić się jak inni 29-latkowie i martwić się o to, czym oni się martwią.Nie chcę być tą cholerną młodą dziewczyną, która jest wyjątkowa przez to, że jest chora na raka. Nie chcę być tylko walczącym o życie człowiekiem.Nie chcę słyszeć ciągle, że "będzie dobrze", nie chcę życ pod presją pieprzonych badań i lekarzy z zatroskaną miną. Wkurwia mnie to, że są osoby, które mają jeszcze gorzej. Wkurwia mnie to, że są osoby, które mają lepiej. Czasami po prostu ogarnia mnie wkurwienie na cały świat. Potem mija. I znowu staram się żyć pełną piersią.
Kiedy ogarnia mnie ten dziwaczny smutek i złość, wszyscy starają się mnie przekonać, że nie powinnam wpadać w taki stan. Martwią się. Rozumiem to, ale każdy człowiek po prostu musi mieć taki dzień, żeby nie zwariować. Zdrowy, chory, każdy. Nie da się być chodzącą "pozytywną energią", bo nie jesteśmy pieprzonymi lalkami barbie z namalowanym różowym uśmiechem.
Płaczemy. Krzyczymy, Leżymy bez ruchu, wgapiając się w biały czy inny sufit. Jesteśmy ludźmi.




Często myślę o śmierci, nie dlatego, że się jej boję, tylko dlatego, że przyjdzie wcześniej czy później. Boję się o tych, którzy tutaj zostaną i będą cierpieć, bo kawałek ich życia, związany ze mną zostanie nagle zabrany. Nie wierzę w życie po śmierci i spoglądanie z chmurek na innych, może dlatego czasami się tak martwię. Mam nadzieję, albo może raczej wiem, że to tak szybko nie nadejdzie. Może dlatego, że mam przekonanie o drodze, która mnie jeszcze czeka. Nie tyle do zbawienie, co do pokonania. Część, która myśli racjonalnie, mówi mi, że to przekonanie jest bez sensu, ale nigdy do końca racjonalna nie byłam, bo po co?
Studiowałam etnologię, to taki kierunek zupełnie bez znaczenia dla światowej nauki. Uczyłam się tam o przesądach, wierzeniach, języku, zachowaniach ludzi itp. To takie połączenie socjologii, kulturoznastwa i wsiologii, nikomu nie potrzebna humanistyczna papka. Ale mi się przydała, żeby zrozumieć, może nie tyle innych co siebie. I jakoś mimo wszystko chyba z tą wiedzą jest mi łatwiej żyć, w chorobie i zdrowiu. Mogłabym was zasypać dziwnymi ciekawostkami, ale nie czas na to,

Każdy z nas, zdrowy czy chory potrzebuje normalności. Stanu zero. Resetu systemu, żeby móc wystartować od nowa. Niekiedy trzeba się wygadać i wypluć z siebie trochę żółci i jadu. Nie bójmy się tego. Nie bójmy się co inni pomyślą. Pozwólmy sobie na szczerość i po prostu bycie sobą. Malkontentem, narzekaczem, chuliganem, rozrabiaką, histerykiem, błaznem, królewną czy kimkolwiek innym. Pozwólmy odetchnąć hamulcom, czasami. A potem złapmy z powrotem pociąg do życia i pierdolmy wyznaczone tory. Stwarzajmy własne, pokręcone i dziwne, złapmy trasę na życie jakie chcemy mieć, a nie jakie powinniśmy. Gdzieś na końcu pozostaniemy sami z tym co stworzyliśmy i z tym co zrobiliśmy, a nasze pragnienia i życzenia umrą w zapomnieniu. Życie jest (chyba) tylko jedno.

Popisałam sobie trochę bez sensu, ale już mi lepiej. Jutro znowu wstanę z piersią pełną chęci do życia i pójdę podbijać świat. Na swój "chory" na raka sposób. Nie dajmy się zwariować, każdy musi mieć chwilę słabości i wyżalić się na chujowy los. Już nigdy nie będzie tak samo, pewnie będzie lepiej.

Bywajcie w zdrowiu
Anuk

środa, 19 sierpnia 2015

Level IX: Przerwa wakacyjna i chemiczne przygody

Dużo się dzieje. Nie wiem ile razy już ten wpis zaczynałam, ale mam z 10 roboczych wpisów, zaczynam i nie kończę. Świat pędzi i ja pędzę gdzieś razem z nim. 

Nie wiem nawet od czego zacząć, mam nadzieję, ze tym razem uda mi się skończyć...
Sześć tygodni radioterapii minęło jak z bicza trzasł. Nie wiem nawet kiedy, bo zaraz po zakończeniu pojechałam w pizdu - najpierw do Pałacu Heimanna - zaprzyjaźnionego miejsca i człowieka, a potem nad morze do Międzyzdrojów. Dużo by opowiadać, ale nie będę was zanudzać.




Kota zostawiłam u rodziców i mimo zabezpieczeń na balkonie, skubana uciekła. Ja w tym czasie bawiłam się przednio na wczasach, a ona poszła w tango z dzikimi kotami. Skubana jest w domu najspokojniejszym kotem świata, a na dworze staje się królową dzikości. Dwa tygodnie spędziła na gigancie, trochę było zabawy z łapaniem. Wrzucałam na bieżąco info z polowania na facebooku. Wrzucę i wam, bo nie wszyscy pewnie widzieli:

Polowanie na kota part 1.
Przylazlam na podwórko koło chaty rodziców, gdzie moja mała głupia kotka spierdoliła kilka dni temu. Oczywiście moja matka już czaiła się za rogiem i szeptem na mnie nawrzeszczała, że co tak późno, kot już był ( do tej pory tylko ona widziała Armiśkę na dworze, więc powątpiewałam czy to na pewno ona) na szczęście to małe czarne ścierwo ma kudłaty ogon więc nie trudno ją odróżnić od podwórkowych burków (a jest ich tutaj od ch*ja). Jeden nazywa się Chińczyk, bo ma jakąś chorobę oczu i przez to skośne oczy, ale podobno mu to nie przeszkadza w zapładnianiu dzikusek.
Siedzę teraz jak ostatni debil w krzakach (jak bym była facetem wzięli by mnie za zboka, bo kitram się za samochodami, ale na krzesełku co mi je mama przyniosła.) komedia jak ch*j. A Armiśka przed chwilą tu była, jakies 5m ode mnie ale jak się na nią spojrzałam to spie*dolila. I najwyraźniej ma tutaj stalkera, bo jak ruszyła to za nią z kopyta pognał czarny jegomość w białych skarpetach i tyle ją widziałam. Młoda na gigancie a ja wakacyjny wieczór spędzam w krzakach. Zabawa na całego.


Polowanie na kota part 2.
Postanowiliśmy spróbować złapać kota w żywołapkę - to taka klatka z zapadką, na którą zwierz ma wejść chcąc dostać się do żarcia i wtedy klatka się zamyka. Dzisiaj do mnie owa pułapka dotarła, więc postanowiliśmy wypróbować ustrojstwo już dzisiaj. W międzyczasie moja mama dogadała się z prezesem zakładu, na którego terenie koczowała Armiśka, żebyśmy mogli tam wejść. 
Po drodze od wejścia za płot przywitały nas trzy koty. Oho, będzie wesoło, najwyżej przyniesiemy innego kota do domu.
Moja mam wskazała nam miejsce gdzie nasza kota siedzi i poszła w tym czasie dać dzikusom żreć, żeby tu się nie zbiegły. Nim jeszcze ustawiliśmy klatkę pojawiła się nasza zguba. Z dystansu patrzyła na nas wzrokiem "no dajcie mi żreć i wypierdalajcie z mojej miejscówy". Przygotowaliśmy wszystko i odeszliśmy jakieś 10 m dalej. Po chwili kota była już przy klatce. Popatrzyła czy z góry nie da się wyjąć żarcia, albo z boku aż w końcu zdecydowała się wejść. Czekaliśmy z zapartym tchem na dźwięk zapadni, ale nic takiego się nie zdarzyło. Po chwili Armia wyszła i gdzieś się skitrała. Po oględzinach okazało się że przesunęła sobie łapką pojemniczek z żarciem i opróżniła go bezpiecznie...a zapadni nie uruchomiła, jeb*na spryciara! Dobra, drugą porcję położyłam bez pojemniczka na zapadni. Znowu wlazła i nic. Nie wiem jak ten skubaniec to zrobił, ale nie wlazła na zapadkę! Straciłam nadzieje. Aż tu nagle kota siadła kolo klatki, gapi się na nas i zaczyna miauczeć...no to my "Armiśka, Armia, Armisia, kochanie, kotku kici kici, koszka, choć! Kici-kici..." i tak w kółko jak nawiedzeni. Małe ścierwo zaczęło kroczyć w nasza stronę powolnym krokiem drąc ryja w niebogłosy "mraaaaauuuuuu" podeszła do mnie (mi już nogi ścierpły od kucania a w gardle zaschło w pizdu) powąchała mnie i czmych- uciekła. Co tu robić? Nagle z drugiej strony placu wyświetla się moja matka. Kota ją zobaczyła i widzę, że chce spierdolić w palety stojące obok, to drę się po cichu " mama, idź stąd, schowaj się" a matka se siada na krawężniku... ręce mi opadły nie wspominając o cyckach. W końcu po moich naciskach mama poszła, za to pojawił się znany okoliczny ślepy, koci ruchacz pseudonim Chińczyk. Ku*wa zaraz wlezie do klatki i będzie po polowaniu. Powzięłam męską decyzję, spróbuję tę małą dziwkę podejść. Wzięłam żarcie w łapę i lezę w jej stronę " zobacz co tu mam, pańcia ma jedzonko (ty w kur*ę je*any osiołku!)" Podlazłam, postawiłam żarcie i usiadłam obok. Miśka chwilę się wahała, ale chyba głód zwyciężył...a ja nie czekając jak zje złapałam piździelca za kark krzycząc "Mam Cię!"
Potem była chwila szamotaniny przy wrzucaniu do klatki ale jakoś się udało i mała powsinoga przyjechała z nami do domu po drodze miaucząc, a brzmiało to jak: " ooooojeeeej, oooonieeeee!"
Mission complete!


Na szczęście się udało, ale jak sami widzicie nie było łatwo.

Wracając do wyjazdu nad morze, to na szczęście nie było zbyt upalnie, choć pewnie inni wczasowicze nie byli zadowoleni. Ja przynajmniej nie musiałam zbytnio uciekać przed słońcem, bo jak wiadomo rakowym panom i paniom słońce nie służy. Pojechałam tam z całą ekipą i było na prawdę wesoło. 
Chyba po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu byłam na wczasach, takich gdzie łazi się na rybkę i zwiedza turystyczne atrakcje. Do tej pory moje wyjazdy były raczej dzikie i mało standardowe. Postanowiłam zrobić wszystko, czego do tej pory nie robiłam - np. spróbować wyłowić maskotkę z tej maszyny z łapką. Mam zawsze mi mówiła, że się nie uda i nie pozwalała wydawać pieniędzy na głupoty. Miała rację, ale po 20 latach od tamtej pory, musiąłam przekonać się na własnej skórze. Oprócz tego poszłam też na strzelnicę, gdzie z broni paintballowej trzeba było trafić 8 obiektów na 10 strzałów. Udało mi się ku zaskoczeniu Pani pilnującej przebiegu, chociaż niechcąco wrzuciła mi 11 kulek, a ja jakimś 6 zmysłem to wyczułam i choć trafiłam 7/10 postanowiłam sprawdzić i strzeliłam po raz 11. Trafiłam. Wygrałam maskotkę. Ot szczęście głupiego:)
Byliśmy też w muzeum figur woskowych, kinie 7d i planetarium. Znów poczułam się jak dziecko, i poczułam też, że wróciła w moje trzewia nieśmiertelność.








No i udało mi się zrobić coś co zawsze mi nie wychodziło - zaliczyć wschód i zachód słońca nad morzem:)





Wypoczęłam, nabrałam sił, żeby znowu wrócić na pole bitwy! Szóstego sierpnia zostałam przyjęta na oddział chemioterapii celem: 
1. założenia portu
2. przejścia badań
3. przyjęcia herceptyny
4. przyjęcia paclitaxelu, czyli kolejnej chemii.

Oczywiście nie obyło się bez przygód, jak to zwykle u mnie bywa. Miało pójść gładko - w czwartek badania, w piątek port, w sobotę hercia, w niedzielę chemia i do domu. Niestety, lekarze zapomnieli, że musze mieć badanie ginekologiczne zaliczone przed podaniem herci (inaczej nie dostaną zwrotu z NFZ) i im się w piątek o 14 przypomniało, a wszyscy z ginekologii byli na sali operacyjnej. I tak poleżałam sobie w szpitalu gratis weekend i wyszłam dopiero we wtorek. No ale nie ma tego złego, na dworze było 38 stopni w cieniu, a w szpitalu klimy z korytarza trochę chłodziły. Poza tym poznałam kilka ciekawych osób i jakoś to razem przeszliśmy. 

Wczoraj dostałam już drugą dawkę chemii i chyba jeszcze sterydy działają bo po nieprzespanej z powodu bólu brzucha nocy, potem wpadłam w wir gotowania i upiekłam kurczaka, zrobiłam bitki wołowe, marchewkę gotowaną, ziemniaki i ukisiłam ogórki. W międzyczasie jeszcze zorganizowałam wydarzenie pomocowe dla naszej Lucynki, którą pewnie znacie z bloga. Jeśli ktoś z was chce kupić biżuterię, którą Lucyna robi, i tym samym ją trochę wspomóc to zapraszam serdecznie: POMAGAMY LUCYNIE.

Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami, dostałam maila z prośbą o udostępnienie na blogu informacji o onkomapie. Na tym portalu pacjenci onkologiczni mają możliwość wyrażenia opinii o swoim lekarzu oraz ośrodku, w którym się leczą. Opinie te są wskazówką dla innych pacjentów, pomocną przy wyborze lekarza i ośrodka onkologicznego. Jeśli możecie, macie ochotę i czas to skrobnijcie tam coś dla dobra nas wszystkich.

Uff...udało mi się. mam nadzieję, że ten długi dość post odrobinę zrehabilitował moja długą przerwę w pisaniu. Nie obiecuję, że będę pisać częściej, bo znów może mnie porwać wir życia albo upał wyżreć mózg jak ostatnio. Nic nigdy nie wiadomo, ale pamiętam o was i cieszy mnie każdy mail, każde wejście i dobre słowo, które pozostawiacie w komentarzach. 

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

środa, 8 lipca 2015

Syndrom sztokholmski i metamorfoza



Rok 1973. W Sztokholmie przy placu Normalmstorg dochodzi do napadu na Kreditbanken. Napastnicy przez kilka dni (23-28 sierpnia) przetrzymują zakładników. Po kilku dniach policji udaje się pojmać przestępców i uwolnić zakładników. Okazuje się, że podczas przesłuchań osoby przetrzymywane bronią napastników i odmawiają zeznań przeciwko nim. Szwedzki kryminolog i psycholog nazywa ten fenomen "syndromem sztokholmskim", termin szybko przyjmuje się wśród psychologów na całym świecie oznaczając najogólniej rzecz biorąc sympatię ofiar do oprawców...


Rok 2015. We Wrocławiu przy placu Hirszwelda, Anna po raz 22 idzie poddać się naświetlaniom. Dobrowolnie wchodzi do bunkra z maszyną zwaną clinackiem i bez oporów poddaje się zabójczym promieniom. Mija dziesiąty miesiąc od kiedy wpadła w szpony Dolnośląskiego Centrum Onkologii. Jednakże sympatia do tego miejsca zrodziła się dużo później niż u zakładników ze Sztokholmu. Nie zmienia to faktu, że mimo iż nienawidzi tego miejsca, czuje się tutaj jak w drugim domu...


Życie jest dziwne (rzekłabym nawet popier*olone), a psychika ludzka pokręcona jak jak filmy Tarantino. Od września ciągają mnie po tym szpitalu w te i we wte, wchodząc na oddział chemioterapii z automatu mam torsje, w przychodni dostaję klaustrofobii a żyły mam wypalone do cna. Mimo tego kiedy wchodzę na teren szpitala, czuje się tam dobrze. Wszyscy mnie tu już znają, panie na radioterapii zagadują, ludzie w poczekalni też i po prostu jest fajnie...sama dziwię się co piszę :)


Szpital - widok od tylnego wejścia
Bunkry z Clinackami



Nie wiem kiedy minęły 22 naświetlania. Czuję się dobrze, nawet skóra nie piecze za bardzo i nie mam oparzeń. Wyniki co tydzień mam dobre. Trochę tylko jestem osłabiona. Ale ten okres wcale tak spokojnie mi nie minął. Nie pisałam długo bo czekałam na badania kości - scyntygrafię. Bałam się do tego czasu jak cholera, bo kości bolą mnie co do jednej, a szczególnie kręgosłup. Oczywiście naczytałam się o przerzutach co nie przywróciło mi wcale pogody ducha. W końcu kiedy nadszedł dzień badania, trochę jakby nerwy puściły. Na następny dzień miały być wyniki z samego rana. Pojechałam do szpitala (innego niż DCO) jeszcze przed naswietlaniami i kiedy weszłam do budynku oblał mnie zimny pot a podłoga zaczęła falować pod stopami. Doszłam do pracowni i zapytałam o wyniki:
- Lekarz właśnie weryfikuje Pani wynik, potrwa to około piętnastu minut.
Klapnęłam w poczekalni i próbowałam nie myśleć. Jak się domyślacie było to niemożliwe. W końcu po bardzo długich 20 minutach pielęgniarka mnie zawołała. Musiałam być blada jak ściana kiedy podawała mi do ręki wynik, bo od razu wypaliła
- Proszę się już nie bac, wszystko jest w porządku.
A ja popłakałam się jak dziecko. Tyle, ze ze szczęścia. Po chwili przybiegła druga pielęgniarka i zaczęły mnie przytulać i chyba one tez się wzruszyły. Jest dobrze, kolejny level zaliczony z pozytywnym wynikiem.
Pojechałam na radio i wchodząc pochwaliłam się paniom technikom wynikiem i one tez cieszyły się razem ze mną. To był zdecydowanie dobry dzień a ja od tamtej pory w końcu spokojnie śpię:)


Wczoraj do Wrocka zawitała onko-kolezanka z Warszawy. Obiecałam, że się nią zaopiekuję i słowa dotrzymałam. 35 stopni w cieniu a my twardo łaziłyśmy po Wrocławiu. Dołączyły do nas jeszcze Ala i Aśka i tak utworzyłyśmy nowy rodzaj zgrupowania - gang onkolsena ;)


Lidka i Ja;)

Wróciłam padnięta, ale szczęśliwa i podekscytowana, bo już dzisiaj z samego rana miałam przejść metamorfozę...włosową. O 10 wizyta u fryzjera.


Chyba z czystym sumieniem mogę wam polecić Cyrulika Wrocławskiego jako dobrego fryzjera i fajne miejsce z przyjazną atmosferą. Co prawda moja metamorfoza trwała, bagatela, 3,5h, ale tak to jest z pochemicznym włosem, który odmawia współpracy i zamiast robić się biały, zazielenia się dziwnym blaskiem. Łukasz musiał farbować mi włosy trzykrotnie, ale się opłacało - efekt osiągnięty!

 przed 


w trakcie


i efekty :)

Jest moc! ;)




I jak wam się podobam w wersji blond?:) Ja jestem zadowolona. Uwielbiam zmiany, uwielbiam DIAMETRALNE zmiany. Raz się żyje i choroba codziennie mi o tym przypomina. Żałuję tylko, że włosy mogą wypaść po kolejnej chemii, pociesza mnie fakt, że chociaż miesiac będę wyglądać bosko ;)

Zachęcam was dziewczyny do metamorfoz. Odrzućcie przyzwyczajenia, zaszalejcie w te wakacje z wyglądem - w końcu włosy nie cycek - odrosną!


Bywajcie w zdrowiu!

Anuk

piątek, 19 czerwca 2015

Mutanty, grubasy i zęby

Życie z chorobą to ciągłe łażenie po lekarzach, czyli jakby nie patrzeć przygody, z których czegoś nowego się można dowiedzieć. 


Dzisiaj minęło mi 10 lamp, jeszcze tylko 18 i będę mogła pożegnać się z "bunkrem" i ruszyć dalej. Pewnie w stronę kolejnej serii chemii. Już mnie to przestało przerażać, choć chciałabym móc powiedzieć "koniec leczenia", no ale trzeba to trzeba. Szczęśliwie złożyło się, że naświetlania mam od poniedziałku do piątku i w weekendy mogę się obijać, leżeć, pachnieć i...sprzątać też niestety trzeba. Ale ja nie o tym chciałam...Zadzwonili do mnie z poradni genetycznej, żebym przyjechała po odbiór wyników. W kwietniu byłam na pobraniu krwi celem wykluczenia lub potwierdzenia rzadszych niż brca1 i brca2 mutacji (tamte zrobiłam już wcześniej i wyszły negatywnie). 
Stawiłam się o umówionej porze do lekarza, przyjął mnie Pan doktor w wieku ok. 50 lat. Nim cokolwiek prócz "dzień dobry" powiedział siedziałam tam jak kołek 10 minut i patrzyłam jak czegoś szuka, gdzieś biega i coś wklepuje do komputera. No ale nauczyłam się już cierpliwości w kolejkach, więc jakoś specjalnie mnie to nie irytowało. W końcu wyjął z teczki moje papiery i mówi:
- Pacjentka, zachorowała na raka piersi w wieku 32 lat
- Niemożliwe Panie doktorze, bo dopiero co skończyłam 29
- A widzi Pani! To nawet Pani nie wiedziała, że Pani doktor już przewidziała, ze zachoruje Pani za trzy lata! (ale mi żarcik, o ja pier..le bardzo śmieszne)
Zaczął poprawiać w komputerze i czytać dalej, okazało się, że Pani doktor jeszcze więcej takich dziwnych rzeczy wpisała, ale mniejsza z tym. W końcu się pytam o wynik, a Pan doktor rzecze:
- Nie ma pani mutacji TP53, którą Pani doktor podejrzewała, chociaż patrząc na dane, które posiadam o zachorowaniach w Pani rodzinie, to dziwny wniosek wysnuła, sądząc, że to może być to. Możemy zrobić jeszcze jedno badanie - inne mutacje genu brca1, rzadsze, których zwykle się nie robi. To ostatnie co w ramach NFZ możemy sprawdzić.  
- No ale jeśli nie mam tych mutacji to co mogło spowodować tego raka? 
- Cóż, w przypadkach takich jak Pani, pojedynczego raka piersi w rodzinie, przeważnie badania nie wykazują żadnych mutacji. Są dwie możliwości- kumulacja czynników zewnętrznych, co w Pani wieku musiało by być wyjątkowym pechem i jest mało prawdopodobne, lub rzadka mutacja, której nie badamy, lub jeszcze nie została odkryta.
- I co teraz?
- Teraz do końca życia musi Pani się badać - sama w domu chociaż raz w miesiącu, usg piersi raz na 3 miesiące/pół roku, mammografia raz do roku lub tak jak wskaże lekarz onkolog. Ale jest Pani w grupie wysokiego ryzyka - przeważnie w takich wypadkach rak wraca.

KURTYNA

Co ja na to? Jestem czy nie jestem mutantem? Od zawsze przydarzały mi się w życiu dziwne i niespotykane sytuacje, urodziłam się z rozczepem wargi, ale nie miałam żółtaczki poporodowej. W wieku 1,5 roku wyskoczyłam z wózka prosto na twarz i połamałam sobie nochala i do tej pory mam go pokrzywionego (bo szpitalu uznali, że jestem za mała na prostowanie). W przeddzień pójścia do przedszkola biegałam po placu zabaw i wywaliłam się ścierając sobie pół twarzy - potem wyglądałam jak ten z batmana i dzieci w przedszkolu nie chciały się ze mną bawić.


W wieku 6 i 8 i 18 lat miałam mocno obitą (lub pękniętą) kość ogonową, przez co nie mogłam długi czas siedzieć na dupie (okoliczności różne, przeważnie nieuwaga i niedorajdowatość). Na maturze z polskiego (pierwszy rocznik nowej matury) nie poszła mi płyta z prezentacją i o mały włos bym nie zdała, ale komisja pozwoliła mi zadzwonić po rodzinę, żeby dowieźli inną płytę i zdawać na końcu...No i właśnie w każdej z tych historii (a mogłabym jeszcze długo wymieniać) jest jakieś szczęście w nieszczęściu, bo przecież, mogłam mieć rozczep całego podniebienia, a na wardze się skończyło, mogłam rozwalić sobie łeb a nie tylko połamać nos, na twarzy mogły mi zostać szpetne blizny, a jednak wszystko o dziwo ładnie się zagoiło, mogłam połamać sobie kręgosłup, a obiłam tylko dupala, mogłam nie zdać matury a tak tylko się podenerwowałam. Tym razem mam nadzieję, mój życiowy fart ochroni mnie przed przedwczesną śmiercią (już przed utratą cycka mnie ochronił)
Jestem dobrej myśli (bo po co być złej?)

Tak czy siak lubię swoje życie, choć nie zawsze usłane różami i nie zawsze wesołe, to nie mogę narzekać na nudę. I tak chociażby dzisiaj, poszłam do sklepu z moją przyjaciółką Mar, po zakupach stanęłyśmy na chodniku i zastanawiamy się co dalej robić. Mija nas starsza Pani z siatami w rękach i mówi w powietrze:
- Staną na środku chodnika, grube takie...
Zdało by się powiedzieć "tylko stoją, źrą i tyją!". Uśmiałyśmy się, jak to grubasy mają w zwyczaju i poszłyśmy cosik wciągnąć na ząb, żeby przypadkiem nie schudnąć zanadto.

Z Mar przyjaźnimy się już od 16 lat (więcej niż połowę życia naszego) i zawsze nam się przytrafiały śmieszne historie. I tak z 12 może 13 lat temu, jak byłyśmy z LO spotkałyśmy pewnego Pana-Żula na przystanku, wysiadając z tramwaju. Ów Pan stanął nam na drodze i rzecze:
- Nie było i nie będzie!
My na siebie na Pana i nic, a on:
- Nie było i nie będzie!
Powtórzył to jeszcze raz, na co my chórkiem:\
- Czego? - a on na to:
- Zębów w dupie!

KURTYNA 

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

Ps. A na koniec ja i Mar jakoś z tamtego czasu, kiedy to byłyśmy młode, piękne i szczupłe, teraz jesteśmy tylko piękne :)


czwartek, 11 czerwca 2015

Senne historie

Słyszeliście o ludziach, którzy potrafią kierować snami? Albo mają bardzo wyraźne sny, całe historie? Cóż, należę do nich, choć rzadko o tym mówię. Nie jest tak, że każdy sen potrafię "przeprojektować", ale umiem zmieniać bieg wydarzeń i przeważnie jestem świadoma, że śnię. Ale niekiedy nie pamiętam kompletnie co mi się śniło...



Kilka dni temu przy obiedzie R. nagle do mnie mówi:
 A wiesz, że gadałaś przez sen?
- A co gadałam?
- Byłaś bardzo elokwentna.
Tutaj zapaliła mi się czerwona żarówka - czyżby?-
- Widać było, że z kimś gadasz...najpierw powiedziałaś "dupa, dupa" potem była chwila ciszy i dodałaś "kurwa" i za chwilę "dupa, dupa, kurwa, chuj!"

Popłakałam się ze śmiechu jak to usłyszałam. Zastanawiałam się co mi się mogło śnić i doszłam do wniosku, ze ktoś zwrócił mi uwagę, że przeklinam za dużo i udowadniałam mu, że mogę jeszcze gorzej. To by do mnie pasowało.


Dzień później już pamiętałam co mi się śniło. Szłam ulicą a na drugim piętrze na balkonie stał wielki włochaty pies i na mnie szczekał. Zagwizdałam na niego i ku mojemu zdziwieniu pies zeskoczył z balkonu i pełnym pędem zaczął na mnie biec. Byłam przerażona, więc przystanęłam bez ruchu. Kundel do mnie dobiegł, stanął na dwóch łapach i ściągnął głowę. Okazało się, że to koleś w przebraniu psa. Wyciągnął z kieszeni wielki worek z marihuaną i mówi do mnie:
- Może chcesz kupić takie specjalne zioła do kąpieli? Pomagają na skórę.
- Ale ja wiem co to jest - zaczęłam się śmiać - a koleś na to:
- To może pójdziemy zajarać?

Jak się obudziłam to nie wiedziałam skąd ten sen mi się wziął. Napisałam na fejsie i ktoś zwrócił uwagę, że motyw z człowiekiem przebranym za psa jest w reklamie t-mobile - pewnie gdzieś podświadomie to zapamiętałam...ale pies dealer?? 


O snach mogłabym długo gadać, bo lubię ten stan. Czasami budzę się i zasypiam, żeby szybko powrócić do jakiejś ciekawej historii...Na koniec zapodam wam opowiadanie, które kilka lat temu napisałam na podstawie swojego snu, który mną wstrząsnął kiedyś (rok 2011)...teraz to ma zupełnie inny wymiar w okolicznościach jakie dzisiaj mnie spotykają.

- Proszę się położyć. Pan pomoże tej młodej damie zejść na dół!- ksiądz zwrócił się do jednego z mężczyzn w czarnych garniturach. Tamten skinął głową i z niewzruszoną miną ruszył w moją stronę.
Dookoła stał tłum ludzi o ponurych twarzach, do tej pory zdawali się być bliscy. Teraz na wyciągnięcie ręki, wydawałoby się, że są tak samo fizycznie realni jak ja, jednak już niczego nie mogłam być pewna. W głowie kołatało mi się jedno zdanie, które niedawno przeczytałam: „rozsądkowe myślenie jest jedynym źródłem prawdy, które posiadamy.” To chyba z Kartezjusza, a może Augustyna, albo po prostu jedno zdanie z miliona w tym całym syfie jakie codziennie łykamy przez gazety i telewizję. Wypłynęło teraz na powierzchnię moich myśli i uporczywie drążyło.
- Proszę pani- ksiądz położył mi rękę na ramieniu - jeszcze jedno - czy chce być pani zakopana żywcem czy zostać wywieziona w specjalnie wyznaczone miejsce i nigdy więcej nie kontaktować się z ludźmi? Oczywiście przy pierwszej ewentualności zapewnimy pani jakieś napoje i trochę jedzenia. Względnie przez kilka godzin możemy puszczać z głośników umieszczonych w trumnie, muzykę. Myślę, że chociaż trochę wynagrodzi to pani zastaną sytuację.- poczułam jak oblewa mnie zimny pot. Krew dudniła w moim ciele, miałam wrażenie, że wszyscy widzą jak pulsuje pod skórą, jak cała przez to faluję. Myślałam o tym, że mój układ krwionośny skończy się ślepą uliczką – gdzieś na czubku głowy – i eksploduję obryzgując wszystkich dookoła krwawą fontanną. Swoją drogą czerwień byłaby niezłym dodatkiem do tej grobowej atmosfery.
- Czy was wszystkich popierdoliło?! – wrzeszczałam. Obejrzałam się dookoła i ruszyłam z miejsca próbując przebić się przez ludzi. Waliłam pięściami na oślep, plułam , gryzłam i szarpałam ale krąg wokół mnie się zawęził. Poczułam mocny uścisk na nadgarstkach i ramionach. Bez skutku próbowałam się wyrwać. Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach…ba! Nawet filmy nie są tak absurdalne. A jeśli nawet, to zawsze można wyłączyć telewizor, albo przewinąć taśmę. Tutaj nie ma szklanego ekranu, nie ma widzów którym to się może nie podobać.
- to nic nie da. Przykro mi. Takie rzeczy się zdarzają. Nie jest pani pierwsza, chociaż przeważnie było łatwiej…
Tylko, że nic co wiem nie uspokaja mojej jeszcze, wydawałoby się, zdrowej świadomości.
***

Poranek przywitał mnie jak zwykle białym sufitem, kiedy otworzyłam oczy. Mój wewnętrzny budzik zwykle nie pozwala mi spać dłużej niż do 7. 30 więc przyjęłam, że jest coś około tego. Poczłapałam do łazienki potykając się po drodze o zostawione dzień wcześniej na środku przedpokoju buty. Zaklęłam cicho pod nosem i zapaliłam światło, a przynajmniej myślałam, że tak się stanie. Kilka razy poruszyłam włącznikiem. Nic. Pewnie żarówka – pomyślałam - i udałam się do pokoju w poszukiwaniu nowej. Zdążyłam się delikatnie rozbudzić i odruchowo spojrzałam na radio-budzik, a tam ciemny ekran. Jak to możliwe - żarówka, baterie, co jeszcze dzisiaj nie będzie działać? Wtedy nie przyszło mi do głowy jak bardzo ten dzień będzie inny od reszty dni i że tak wygląda koniec.
Intuicyjnie zaczęłam sprawdzając po kolei wszystkie urządzenia w moim mieszkaniu- telewizor, lodówkę, światło, telefon. Nic nie działało. Rozumiem, brak prądu może się zdarzyć, ale kiedy spojrzałam na komórkę a ta, mimo iż ładowana przez całą noc, nie działała, zaczęłam czuć ogromny niepokój. Niewiele myśląc ubrałam się w cokolwiek i wybiegłam do pracy.
Wrocławskie ulice jak zwykle ruchliwe. Samochody, tramwaje, ludzie, hałas. Pobiegłam co sił w nogach na przystanek i wepchnęłam się do pełnego autobusu. Myśli biegały w mojej głowie jak szaleni lekkoatleci szukający swojego toru. Nie wiedziałam gdzie jestem, nie zwróciłam uwagi nawet na numer autobusu do którego wsiadłam. Nagle zza swoich pleców usłyszałam „bileciki do kontroli”. Mężczyzna w szarej kurtce wyjął identyfikator i ruszył w tłum. Wyciągnęłam swoją przejazdówkę i grzecznie czekałam na swoją kolej. Kontroler zbliżył się do mnie, poprosił o bilet kobietę stojąca obok i grupę nastolatków jadących do szkoły i poszedł dalej. Nie zauważył mnie? Stałam dokładnie naprzeciwko niego. Nie miałam w zwyczaju upominać się o kontakt z kontrolerami, ale poczułam się publicznie odrzucona. Drzwi się otworzyły i wyszłam razem z innymi pasażerami, nie zważając na to czy to „mój” przystanek czy nie. Poszłam po prostu przed siebie powoli ogarniając widok ulicy podwale. Wszystko stało na swoim miejscu. Ptaki śpiewały jak zwykle, na rogu stał jak co dzień mężczyzna sprzedający biżuterię, tramwaje jeździły po torach…może to tylko moja paranoja? Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się do parku przy teatrze lalek- zwyczajowa droga do pracy, zawsze się tam uspokajałam.
Nie wiem ile metrów zdążyłam przejść ani ile czasu minęło, nagle ktoś chwycił mnie za rękę.
- Jest pani na czas. Wyjątkowo przewidywalnie jak na panią. Przed chwilą przyszedłem, nie musiałem długo czekać.
- Kim pan jest? To chyba jakaś pomyłka…nie znamy się...prawda?
- Pani mnie nie zna, to prawda. Ale to nie ma nic do rzeczy. Proszę - wskazał na ławkę - usiądźmy.
- Proszę mi wybaczyć, spieszę się do pracy, zresztą nie wiem o czym mogłabym z Panem rozmawiać. Do widzenia! – szarpnęłam rękę, ale on nie puścił.
- Nie tak szybko, tam i tak na panią nikt nie czeka. Proszę się uspokoić a zaraz wszystko wyjaśnię.
Tego już za wiele, nic nie rozumiałam, ale poczułam, że muszę mu zaufać. Nic innego mi nie pozostało. W moim życiu zawsze było miejsce na absurd i nieprzewidywalne zdarzenia. Wierzyłam, że nie ma przypadków i za chwilę miałam się dowiedzieć jak trafna była moja intuicja. Usiedliśmy na ławce.
- Na pewno zdziwił Panią dzisiaj brak prądu, światła i to, że nawet komórka nie działała.
- Skąd Pan…- uniósł rękę na wysokości mojego wzroku.
- Spokojnie, właśnie chcę to Pani wyjaśnić. Zawsze wierzyła Pani, ze nasze życie jest jakoś zaplanowane, prawda? Nie myliła się pani co do świata, jedynie co do siebie. To wszystko co odbierała pani jako dziwny „skok” w życiu, zakręty które nagle się pojawiały nie były wynikiem planu. Wręcz przeciwnie. Została pani obdarzona pewnymi, jakby to ująć, zdolnościami kreowania własnej drogi. Każdy człowiek ma poniekąd wpływ na swoje życie, ale to dotyczy minimalnych spraw…nie wiem od czego zacząć. Może od tego, ze pomyliliśmy się przy Pani urodzeniu. Nikt nie wyczuł nic dziwnego, nie przewidzieliśmy tego, jak bardzo potrafi Pani wchodzić nam w drogę. Wiem, że brzmi to wszystko nielogicznie. Po to tu jestem, żeby wszystko stało się bardziej przejrzyste.
- Ja pierdolę, o czym ty człowieku mówisz?! To nie jest śmieszne, idź się pan leczyć! – zerwałam się z ławki lecz on pociągnął mnie mocno za rękę i ściągnął powrotem na ławkę.
- Tutaj akurat niczym mnie Pani nie zaskakuje. Proszę mi uwierzyć, dla mnie ta sytuacja też jest obca. Wyjaśnię to Pani po ludzku, tak jak wy wszyscy lubicie sobie tłumaczyć. Powiedzmy, ze jest Bóg i przy urodzeniu dla każdej istoty ludzkiej przydziela się jego historię. Robią to…aniołowie, jeśli tak będzie prościej. Tacy którzy rozpoznają preferencję każdego. I odbywa się coś w rodzaju programowania…mówiąc w skrócie, Pani wymknęła się spod kontroli i właśnie dzisiaj minął termin…od trzech lat miałaś czas na śmierć. Przepraszam, że pozwoliłem sobie na przejście z formy oficjalnej, ale tak będzie łatwiej.- uśmiechnął się tak błogo jak gdyby mówił o smacznych lodach, albo odpoczynku nad morzem.
- Chcesz mi powiedzieć, że Bóg istnieje? Czy o co chodzi? Jak to miałam czas na śmierć, o czym ty do cholery…
- Posłuchaj uważnie dziewczyno! – zmienił ton głosu na bardziej srogi- to nie żarty. Świadomość wyprzedza wydarzenia- tego nie mogłaś się domyślić, mimo, że masz doskonałą intuicję. Dostałaś czas na swoją śmierć i on się skończył. Tylko, że nie umarłaś- nie było pogrzebu, nie było wypadku ani choroby. My nie mogliśmy cię zabić, mogliśmy jedynie podsuwać ci pod nos śmierć, ale ty ją sprytnie omijałaś. Spóźniłaś się na pociąg do Krakowa, przez co tam na dworcu facet z nożem zadźgał kogoś innego. Zmieniłaś pracę dzień przed zawaleniem się sufitu w nocy- a tylko ty siedziałaś w biurze o tej porze, bo inni jakoś wyrabiali się ze wszystkim w godzinach pracy…mógłbym mnożyć takie przykłady, ale to nie ma sensu. Nie wiedziałaś o tym, bo nigdy śmierć nie była blisko, inaczej może byś coś podejrzewała. Ale teraz…teraz świadomość w świecie wyprzedziła twoją śmierć. Jesteś, ale nie ma już kontynuacji twojego życia. Rozumiesz? Nikt cię teraz nie widzi…inaczej- widzą cię, ale w ich świadomości nie ma takiej osoby. Teraz jeżeli sama nie zadecydujesz, nic nie jest w stanie cię zabić. Niestety możesz mieć wpływ na innych- nie możesz z nimi rozmawiać, ale masz chociażby fizyczną siłę przenoszenia przedmiotów, jakimś głupim rzuceniem kamyka możesz zmienić czyjąś historię. Już wystarczy twojego rozrabiania.
- Czy Bóg istnieje?
- Żadna odpowiedź cię nie zadowoli, oboje o tym wiemy. A teraz chodź ze mną.

Tak w jedno popołudnie moje życie się skończyło. Wchodzę teraz o własnych siłach do trumny, dla dobra moich bliskich, żeby nie było dziury w ich historii, żeby zamknąć moją własną. Patrzę na tych ludzi, którzy płaczą, patrzę na księdza a nad nimi niebo, które dla wielu jest celem. Jest jeszcze kilka minut na podjęcie decyzji. A może jeśli naprawdę świadomość wyprzedza wydarzenia to…

Kompletnie nie wiem o co mi chodziło na końcu, pamiętam, ze miałam jakiś zamysł ciekawy (na pewno!:D) 



A wam co się ostatnio ciekawego śniło?
/wszystkie zdjęcia są zrobione przeze mnie chyba w 2007/08 roku w Pardubicach gdzie byłam na Erasmusie, to był bardzo dziwny czas, senny, dlatego zdjęcia pasują moim zdaniem do tematu:) /


Śpijcie zdrowo!
Anuk

Ps. A na koniec fota...- zgdanijcie czemu dzisiaj taka??? :)


wtorek, 9 czerwca 2015

Długi łikend i radio-cyc

Była impreza urodzinowa, potem dzień dziecka, następnie mały remoncik w domu i długi weekend nad morzem, zupełnie spontanicznie, teraz jest koniec laby. Od wczoraj jestem poddawana naświetlaniom!

Pamiętacie fluorescencyjne zabawki, które "nagrzewało się" pod lampką, a potem świeciły w ciemnościach? teraz takie gwiazdki sprzedają na sufit. Nie wiem czy to podgrzewanie pod żarówka coś dawało, ale tak robiliśmy z bratem. Miałam taką lalkę barbie murzynkę, która nosiła jeansową spódnice w fluorescencyjne ozdoby (znalazłam nawet zdjęcie ;) Spałam z nią, a raczej zamiast spać wgapiałam się w świecące punkciki. 


Dziś wiem, jak moja lalka się czuła, kiedy wpychałam ją pod gorącą żarówkę lampki. Różnica jest tylko taka, że nie mam figury Barbie, nie jestem z plastiku i moja lampka jest nieco inna. Ale czekam na efekt świecenia w ciemnościach - oszczędziłabym na prądzie trochę.


Tak wygląda to ustrojstwo. A nazywa się wdzięcznie "Clinac". Mam sześć tygodni na zaprzyjaźnienie się z clinackiem. Byłoby łatwiej gdybym nie musiała wstrzymywać oddechu przez 40 sekund za każdym razem kiedy lecą we mnie lecznicze promyki. Nim zaczyna się naświetlanie najpierw ze 3-4 razy mnie testują i przez głośniczki słychać "Proszę nabrać powietrza" a ja muszę wciągnąc powietrze przeponą i przepchnąć je do płuc wciągając brzuch. A potem jeszcze wytrzymać z tym powietrzem w płucach ok 40 sekund. Spróbujcie to zrobić w domu - wcale nie jest łatwo. Na szczęście mam w sobie cechę prawdziwego Polaka, zwaną "CO? JA NIE DAM RADY?", co oczywiście nie zawsze jest zaletą. Ta cecha przeważnie prowadzi do jakiś urazów fizycznych - "ŻE NIBY NIE DAM RADY PRZEJŚĆ 40 KM?/ PODNIEŚĆ 60 KG?/ ZAŁATWIĆ 7 RZECZY W GODZINĘ?/ NAUCZYĆ SIĘ NA 3 EGZAMINY W JEDNĄ NOC?/ZJEŚĆ 10 HAMBURGERÓW? itp. itd chyba każdy zna tego typu sytuacje z życia. Cecha janiedamrady? nie zawsze na szczęście przynosi straty, chociaż w moim przypadku prowadzi przeważnie na manowce...
albo do wycieńczenia organizmu.
Tak też było w długi weekend. Pojechałam do Gdańska z R, ale on wybył odwiedzić znajomych z Braniewa a ja zostałam w trójmieście. Plan był taki, żeby trochę pozwiedzać i trochę się spotkać z dziewczynami z grupy z fejsa (nomen omen, grupa nazywa się BUrak, zgadnijcie kto ją założył ;)) I tak pierwszego dnia przeszłam sobie, bagatela, około 15-18 km (obliczałam przez mapy google). No bo co? Ja nie dam rady? Dałam, ale następnego dnia szłam do kibla 10 min... całe 4 metry od łózka do drzwi kibelka :) No ale jak szaleć to szaleć. Spotkałam się z trzema świetnymi dziewczynami, niestety z Magdą nie zrobiłam sobie selfie i nie mogę pocynić trzema ładnymi koleżankami, więc pokaże wam tylko dwie:

z Krysią



i z Ewką

Było super, szkoda, że mamy do siebie tak daleko.
Poza towarzyskimi walorami, wyjazd miał również walory smakowe. Odwiedziłam w Sopocie restaurację "u Przyjaciół", która wcześniej widziałam w "Kuchennych rewolucjach" i zapragnęłam poczuć na własnym języku czy ta Gesslerowa coś umi czy nie umi. No i co mam wam powiedzieć? Nie zawiodłam się. Prócz pysznego jedzenia, była świetna obsługa i na prawdę fajne miejsce. Postaram się zrobić porządną recenzję na moim drugim blogu- Jadaczce, który ostatnio porzuciłam
na rzecz oddawania się przyjemnościom.Tymczasem pokażę wam tylko co nieco z pyszności jakich tam doznałam:


tatar z łososia

schab z dzika w panierce borowikowo-orzechowej

bezowy deser z kremem z mascarpone i polewą malinową

Byłam tam dwa dni po rząd, a co, jak się bawić to się bawić. 

Drugiego dnia już ledwie szurałam nogami, ale też kilka km pokonałam, tak, że na trzeci dzień, który spędziłam w Gdańsku bateryjki było niewiele, ale trochę połaziłam. 






Koniec weekendu spędziłam na grze w karty z Gdańszczanami, Torunianką i Wałbrzyszanami - czyli z całą Polską ;)





Było miło, ale co dobre szybko się kończy (niestety szybciej niż leczenie).


Tak to sobie spędzałam miło ostatnie dni przed naswietlaniami. Wiadomość o tym, że zaczynam w poniedziałek dopadła mnie w Sopocie na plaży, myślałam, że uda się urwać jeszcze kilka dni, no ale niestety. Od wczoraj nie morze, nie statki, nie pyszne jedzenie, ale taki widok będzie mi towarzyszył codziennie:

Także tego, jeszcze wam ponarzekam, że mi słabo i piecze i takie tam (znając moje szczęście...a nie będę krakać jak zwykle;)

Miałam napisać posta na dzień dziecka, ale było, minęło i już mi się nie chce nadużywać klawiatury, może jeszcze kiedyś te przemyślenia będą miały sens (wątpię;)) Ale przy okazji tamtych rozkminiań wygrzebałam z otchłani przeszłości kilka fajnych zdjęć. I takim jednym własnie was dzisiaj pożegnam moi czytacze!



Bywajcie w zdrowiu!
Anuk