piątek, 22 lipca 2016

Różowe włosy, zamiast okularów

Przez prawie dwa lata szłam ciemnym tunelem w stronę światła. Nie przejmowałam się błotem pod nogami, wilgotnymi ścianami dookoła, dziwnymi dźwiękami ani zwierzyną ukrywającą się w ciemnościach, szłam przed siebie bo tam na końcu miała być łąka pełna kwiatów i świat stojący przede mną otworem. Już czułam powiew wiatru na twarzy, słyszałam śpiew ptaków, wyszłam i zobaczyłam przed sobą wysoki zarośnięty mur i drzwi zamknięte na kłódkę. Stoję między murem a tunelem i po prostu nie wierzę.


Od kilku dni staram się podnieść z kolan, otrzepać i iść w kolejne nieznane z podniesioną głową. Mam jednak ze sobą już plecak, który ciąży mi jakbym niosła słonia.

W czwartek dowiedziałam się z wyniku tk, że mam wznowę. Pobiegłam do lekarki, ta sprawdziła wyniki biobsji i niestety wszystko się potwierdziło. Guz ma 4x3 cm. W międzyczasie zadzwoniłam do dr T i już w piątek byłam na wizycie. On zadzwonił gdzie trzeba i we wtorek miałam konsylium.
Na konsylium byli na szczęście lekarze, którzy mnie znają, więc wszystko poszło sprawnie. Zadecydowano, że będzie chemia, tym razem w tabletkach - xeloda i dodatkowo lapatinib - lek celowany dla raka her dodatniego. Zamiennik herceptyny, dla tych, na których ona nie zadziałała. Czyli dla mnie. Z tego co zdążyłam się zorientować tę mieszankę stosuje się głównie przy przerzutach ale i w rzadkich przypadkach nawrotu podczas stosowania herceptyny.
Po konsylium pobiegłam prosto do chemików na wyznaczenie terminu rozpoczęcia leczenia. Ponieważ lapatinib nie jest dostępny ot tak, tylko w programie badań klinicznych, muszę najpierw zrobić badania. Wyprosiłam u lekarza jak najszybszy termin i obiecałam zrobić chociażby echo serca prywatnie (na szczęście tomografie mam już zrobione). Dzięki temu kazano mi czekać tylko tydzień i już we wtorek dostanę swoje piguły. Ta forma chemii to zupełnie inna bajka niż wlewy. Dostanę wór tabletek, które mam łykać przez 14 dni codziennie, potem tydzień przerwy, badania i kolejny wór tabletek. Nauczona doświadczeniem zapytałam od razu o efekty uboczne. Jest szansa, że włosy zostaną na swoim miejscu, jednak najczęstszymi skutkami ubocznymi jest pękająca skóra i kłopoty żołądkowe. To drugie trochę mnie przeraża, bo już teraz mam refluks i przepuklinę żołądka, które utrudniają życie. No ale mus to mus.
Bardzo żałowałam, że nie mogę dostać tych leków natychmiast. Tydzień to niby mało, ale chciałam przypomnieć, że przez pół roku (a może i krócej) guz urósł do 4cm. Teraz jest już większy bo po biobsji ruszył (od tamtej pory minęły prawie 4 tyg)...mam nadzieję, że nie ruszył razem z krwiobiegiem do innych narządów...TFUUU, na psa urok i tysiące żabich odchodów!

Tego samego dnia, po konsylium i ustaleniu daty w końcu oficjalnie poszłam po wyniki biobsji. Co za paranoja z tą biurokracją szpitalną! Wyobraźcie sobie, że aby móc odebrać wynik trzeba zadzwonić między 8 a 9 rano pod konkretny nr tel (nie, nie można pójść do rejestracji, jakiegoś gabinetu czy gdzieś, można tylko i wyłącznie dzwonić!) i wtedy dopiero wyznaczają termin odbioru w gabinecie. Nie ważne, że ja już znałam wynik, nie ważne, że byłam w szpitalu pięć po dziewiątej, inaczej się tego nie załatwi. Co więcej odbiór wyników jest w innym miejscu niż cała reszta gabinetów, w strasznym budynku zajmującym się leczeniem paliatywnym (boję się tego terminu jak najgorszych koszmarów z dzieciństwa). Wyobraźcie sobie jakież było zdziwienie chirurga, któremu oznajmiłam, że już wszystko wiem, jestem po konsylium i mam wyznaczony termin leczenia! Był pod wrażeniem, a ja ucieszyłam się, że dzięki determinacji chociaż raz udało mi się pokonać biurokrację. Wynik histopatologiczny okazał się taki sam jak ten po operacji - hormony 0% i her +2 czyli nieokreślony, wysłany na fisha, jednak lekarze są pewni, ze będzie dodatni jak poprzednio.
Ogólnie nie jest mi wcale do śmiechu, jednak staram się nie dawać owładnąć strachom i widmom przerzutów i śmierci (mimo iż depczą mi po piętach). Na nową walkę przygotowałam nowy wizerunek - pofarbowałam włosy na różowo. Skoro nie mam różowych okularów, może włosy mi je zastąpią. Zawsze takie chciałam, ale nie miałam odwagi. Dzisiaj to one mi jej dodają.



Z lepszych wiadomości, mam nowy komputer - prezent urodzinowy od Radka. W końcu go odebrałam i uruchomiłam - nic nie furczy i nie wiesza się, a windows uruchamia się w 5 sekund!. W przeddzień konsylium prócz różowych włosów sprawiłam sobie różowe trampki i jeszcze dwie pary innych butów (kompulsywne nerwowe wydawanie pieniędzy, na szczęście są przeceny i wydałam tyle co za jedną parę niedrogich butów ;)


Od środy czekam. Staram się nie myśleć obsesyjnie o krążących w moim ciele komórkach nowotworowych, które chcą mnie zeżreć. Odkąd oznajmiłam światu, że mam wznowę dostałam masę wiadomości, komentarzy i maili ze wsparciem od was. Jestem wdzięczna, wasza wiara w moją siłę nie pozwala mi się poddać, nie mogę zawieść dziesiątek ludzi ;). Ambicja i upartość mi na to nie pozwalają. Jednak nie powiem, że jest łatwo. Jest dużo ciężej niż poprzednio. Straciłam wiarę w lekarzy i łut szczęścia. Jestem zawiedziona i wkurwiona. Tym razem chyba sięgnę dalej i postaram się jakoś wspomóc leczenie. Mam kilka pomysłów, ale wciąż szukam i wierzę tylko, że coś wymyślę, tym razem skutecznego. Ciężko mi tylko z moim cholernym racjonalnym podejściem, trudno będzie znaleźć skuteczne placebo, uwierzyć naiwnie, że coś pomoże. Jednym słowem rak upierdolił mi skrzydła i muszę pieszo zapierdalać do celu, rozpiździć tę kłódkę w drobny mak, wyciąć krzaki, zarośla, odgonić dzikie zwierzęta i szukać mojej łąki i nowego lądu do podbicia. Może nie sprzedam duszy diabłu, bo to by było zbyt proste, ale postaram się dogadać z każdym Bogiem czy inną siłą nadprzyrodzoną, żeby przeżyć i po raz kolejny nie stanąć przed cholernym murem czy innym tunelem. W końcu jestem Anukiem, a to podobno w jakimś indiańskim języku oznacza "niedźwiedź". Widzieliście kiedyś płaczącego niedźwiedzia? (prócz pizdowatego Kolargola?:))

Bywajcie w zdrowiu, przynajmniej wy, skoro mi to nie wychodzi...
Anuk


 

piątek, 15 lipca 2016

Burak 2.0

Nieszczęścia nie chodzą parami. Napieprzają stadami, jak jakieś stonki czy inna szarańcza. W Nicei zamach, koledze zalało dom a ja po raz kolejny mam raka. Wznowę.

Wczoraj odebrałam wyniki, szczęście w nieszczęściu to wznowa w tej samej piersi i nie mam przerzutów. Ale guz na tomografii ma 3x4cm, dzisiaj już ponad 5cm. Nie nadaje się do usunięcia tylko najpierw dostanę chemię. A wszystkiego dowiem się konkretnie we wtorek na konsylium.
Dobrze, że jestem na tyle rozgarnięta, że wszystko udało mi się załatwić w dwa dni. Wyniku biobsji nie mam tylko w ręce, ale jest już w mojej karcie i w komputerze w szpitalu. Gdyby nie to, że wczoraj po odebraniu wyniku tk poleciałam do lekarki od chemii, musiałabym czekać kolejnych kilka dni na odbiór biobsji. Zadzwoniłam do chirurga i wizyta była dzisiaj. Wyraz jego twarzy nietęgi. Bo jak to się kurwa stało, że będąc pod kontrolą chemików co trzy tygodnie, biorąc herceptynę mam wielkiego guza w piersi? Nie wiem do chuja jak.
Nie będzie wyjazdu w Bieszczady, nie będzie własnej firmy, będzie szpital, chemia, operacja i miesiące rehabilitacji jak wszystko dobrze pójdzie.
Wczoraj byłam smutna, dzisiaj jestem wściekła.
Wychodząc z przychodni jeszcze zaczęło padać, wyciągając parasol potknęłam się i wyjebałam jak dziecko, które uczy się chodzić. siedziałam na tej mokrej ziemi, ryczałam i rzucałam teczką z wynikami badań. Podszedł do mnie jakiś miły Pan a ja bardzo niegrzecznie powiedziałam, że sobie poradzę. Rycząc wyszłam ze szpitala i chciałam otworzyć parasol, ale okazał się popsuty.
Taki to miałam dzień.
Jestem zła. Wściekła i mam ochotę coś rozwalić. Czy to się kiedyś skończy? Czy ten jebany Burak wciąż będzie mnie kiwał jak struś pędziwiatr kojota? Pieprzę to, dzisiaj się upiję, porzygam i poryczę do nieprzytomności. Albo zrobię coś innego? Nie wiem. Jest chujowo.

Anuk

piątek, 8 lipca 2016

Dobry tynk, nie jest zły

Dzisiaj znowu turlam kulę łajna przed sobą, ale jakoś mi lżej. Nie zmieniłam się, nadal jestem gruba, krytyczna, leniwa i uważam, że większość ludzi to idioci, ale ci którzy mnie otaczają są wspaniali (duża część) i pozwalają mi upadać i podnosić się na nowo i pomagają pchać to gówno, żeby niezbyt często spadało mi na łeb. Tynkuję grzyba na nowo.

Dwa dni temu miałam tomografię klatki piersiowej i brzucha oraz miednicy mniejszej. ta druga to bardzo nieprzyjemna sprawa. Najpierw musiałam dzień wcześniej nic nie jeść i wypić środki przeczyszczające, co jak się domyślacie dało w efekcie cały dzień siedzenia na tronie (chociaż żadna ze mnie królowa). Na szczęście można było pić soki i rosół, inaczej spłakałabym się z głodu. Następnego dnia od rana już nic nie mogłam jeść ani pić aż do badania (w moim przypadku do 12). Samo badanie nie jest specjalnie nieprzyjemne, ale musiałam ściągnąć przed nim stanik, czego nie cierpię zważywszy na brak równowagi między moimi piersiami. Potem pielęgniarka kazała mi włożyć sobie tampon w wiadome miejsce i musiałam tak wędrować przez korytarz pełen ludzi bez uzbrojenia na klatce piersiowej do WC. Następnie kazano mi się położyć na leżance gdzie miałam wypiąć goły tyłek w celu zrobienia lewatywy. Jakoś by mnie to strasznie nie wkurzyło, gdyby nie fakt, że w sali byli inni pacjenci a ja byłam od nich oddzielona jedynie cienką zasłonką, a pielęgniarka nim zrobiła co miała zrobić nagle sobie gdzieś poszła. W tym czasie mogłam obserwować przez dość szeroką szparę kto wchodzi i wychodzi z gabinetu. Skoro ja ich widziałam, to raczej każdy mógł zobaczyć mój wypięty tyłek. Na szczęście nie jestem zbyt wstydliwa i wrażliwa na takie rzeczy, ale nie było to zbyt komfortowe. Potem z ligniną w gaciach czekałam na swoją kolej. Gdybym była w stanie psychicznym sprzed dwóch dni chyba bym się tam popłakała. na szczęście zdążyłam się ogarnąć.
Na wyniki trzeba czekać co najmniej tydzień.
Czekam, ale nie myślę o niczym złym, nie tworzę w głowie filmów bez happy endu.



Po moim ostatnim wpisie dostałam od was dużo wsparcia. Komentarzy, maili, prywatnych wiadomości. To na prawdę mi pomogło i poprawiło humor, dziękuję. Znowu staram się w sobie pielęgnować rytuał codziennej wdzięczności za to co mam i nie myśleć o tym czego mi brakuje. A brakuje mi głównie okrzesania i powściągliwości ;)
W ostatnim wpisie wspominałam o metodzie Simontonowskiej, która pewnie wielu z was niewiele mówi, a warto się nią zainteresować. Jedna z zasad to własnie codzienne myślenie o tym za co jesteśmy wdzięczni, ale dzisiaj chciałam powiedzieć wam o innym aspekcie tejże metody "tynkowania" rzeczywistości.



Nigdy nie lubiłam sprzątać. Ba! Wręcz nienawidziłam! Do tego zawsze twierdziłam, że nie umiem i się nie nauczę.
Dwa tygodnie temu byłam na warsztatach organizowanych przez Stowarzyszenie Niebieski Motyl w Krakowie. Mieliśmy różne zajęcia, m.in. z psychoonkologii metodą Simontonowską. Byłam do niej niezbyt przychylnie nastawiona, bo co jakaś tam Pani psycholog może mi powiedzieć czego jeszcze nie wiem (hehe). Ale starałam się słuchać wszystkiego (najwyżej później będę mogła wykpić). Zostałam jednak pozytywnie zaskoczona, nie dość, że przypomniało mi się to co już wiedziałam, to nauczyłam się czegoś nowego, bardzo prostego. By wykluczyć ze swojego słownika słowo "muszę" i "powinnam". Powiecie pewnie, no ale jak? Przecież czasami coś muszę, coś powinnam zrobić. Otóż wcale nie. Możesz lub chcesz.
Tak jak wyżej wspomniałam, zawsze miałam kłopoty ze sprzątaniem. Sama myśl o nim to była katorga. "MUSZĘ POSPRZĄTAĆ" od razu w głowie pojawia się poczucie winy gdy tego nie zrobię, złe samopoczucie, a kiedy w końcu biorę się za sprzątanie, robię to od niechcenia, jakby była to kara, jestem niezadowolona i wkurzona, bo MUSZĘ. A przecież wcale tak nie jest. Mogę siedzieć w syfie. Mogę przyjąć gości w pokoju pełnym śmieci i sierści. Mogę przyklejać się do podłogi. Ale CHCĘ, żeby było czysto, więc chcę posprzątać. Ta jedna mała zmiana wywołała lawinę zmian w moim zachowaniu i otoczeniu. Nagle zamieniłam w głowie "muszę" na "chcę" i chociaż wrodzone lenistwo jest silniejsze, to jednak wstaję i biorę się za sprzątanie. W jego trakcie myślę o przyjemnych rzeczach, o tym co mogę jeszcze chcieć. Może wydać się to nieprawdopodobne albo śmieszne nawet, ale spróbujcie to poćwiczyć.
Opowiedziałam o moich przemyśleniach bratu, który stwierdził:
"No dobrze, ale ja muszę sprawdzić dzienniki (jest nauczycielem) bo inaczej wywalą mnie z pracy".
"Racja- odpowiedziałam - ale przecież nie musisz być nauczycielem, nikt Cię tam na siłę nie trzyma. Lubisz tę pracę i chcesz ją wykonywać, więc tak na prawdę chcesz wypełnić dzienniki, żeby spokojnie móc pracować dalej. Jeśli zaczniesz tak myśleć, przestaniesz się męczyć takimi rzeczami."
Wiele od tego co się dzieje w Twoim życiu zależy od Ciebie. Nie wszystko, ale bardzo dużo. Zmiana myślenia jest początkiem dobrych zmian w Twoim życiu.
Od dwóch tygodni mam czysto w domu. Kiedy wokół mnie gromadzi się nadto śmieci i kurzu myślę "chcę, żeby było czysto". I po prostu sprzątam. Okazuje się, że nie musi być to wcale takie straszne jak mi się wydawało. Tak samo jest z każdą inną czynnością, chociażby wyjście z psem. "MUSZĘ wyjść z psem". Nie muszę, mogę pozwolić, żeby Awaria się męczyła, żeby w końcu nasikała ze wstydem w domu i wcale nie muszę tego potem sprzątać, przecież może śmierdzieć!
Chcę wyjść z moją psiną, bo ją kocham i chcę, żeby była szczęśliwa i zdrowa. I zamiast z wkurwem na twarzy i czarną chmurą nad głową, wychodzę na spacer z uśmiechem a Awaria odwdzięcza się dobrym humorem.
Kluczem do sukcesu jest trening zdrowego myślenia. Tak samo jak mięśnie potrzebują treningu, żeby pokonywać dłuższe dystanse, tak i mózg potrzebuje treningu, żeby radzić sobie z większymi problemami.

Dla mnie to taka dieta dla mózgu, pozwalająca zrzucić co nieco niepotrzebnego syfu z żuczkowej kuli.

Podsumowując - wracam na dobre tory, w dużej mierze dzięki tym nie-idiotom, za których jestem wdzięczna światu, ale też dzięki sobie bo mimo wielu wad, mam też jedną ważną zaletę - myślę i lubię tą swoją głowę, nawet jeśli czasem spada na nią kawał śmierdzących spraw.

Myślcie zdrowo kochani!

Anuk

sobota, 2 lipca 2016

Jestem żukiem gnojarzem

Dzisiaj rano obudziłam się na wkurwie. Wczoraj byłam na fajnej imprezie z przyjaciółką i jej nową miłością. Świetnie się bawiłam, póki nie zaczęli się obściskiwać na parkiecie i okazywać sobie co chwilę czułość. Byliśmy tylko we trójkę, więc poczułam się jak piąte koło u wozu. Co więcej w ostatniej chwili stwierdzili, że nie mają ochoty iść na karaoke (co wcześniej ustaliliśmy) i idą spać. Strasznie mnie to wkurwiło. Że są szczęśliwi, zdrowi, niezależni i fajni. 
Jestem straszną babą.


Rano usiadłam tam gdzie król nie chodzi piechotą i zaczęłam ryczeć jak bóbr. Ciągle staram się trzymać gardę i obracać kota ogonem. Umiem to, lubię to, szczycę się tym. Ale dzisiaj zobaczyłam, że to szpachlowanie wrastającego w mur grzyba, który ciągle przebija się przez tynk, czasami bardziej, czasami tylko trochę. Zabrakło mi kurwa tynku.
Nie jestem wcale taka fajna jak wam się wydaje. Nie podnoszę się z lekkością po każdym upadku. Wcale nie widzę samych dobrych stron życia i nie jestem nieustraszonym wojownikiem. Nie umiem cieszyć się szczęściem innych kiedy sama jestem nieszczęśliwa i rozżalona.

Ostatnio wspominałam wam, że podejrzewają u mnie wznowę. W poniedziałek czeka mnie mammografia i być może biobsja a w środę tomografy klatki piersiowej i miednicy mniejszej. Nie czuje strachu tylko brak powietrza i widzę przed sobą wielki obrośnięty chaszczami mur. Na co dzień po prostu żyję, cieszę się chwilą ale kiedy przychodzi ranek znów muszę się zaprogramować na szpachlowanie tego grzyba, żeby nie zwariować. Wczoraj wymyśliłam, że się spakuję i ucieknę gdzieś w pizdu, nie pójdę na badania, nic nikomu nie powiem, ale co dalej? No własnie ani to ani nic innego nie pozwala mi ułożyć planów na przyszłość. Zamiast zadbać o siebie to jem coraz więcej bo to daje mi chwilową przyjemność, a potem mam wyrzuty sumienia, że jestem coraz grubsza. I wyobrażam sobie siebie jako tego żuczka gnojarza, który pcha pod górę kulę swojego łajna i co jakiś czas to gówno turla się mu prosto na łeb.


Jestem żukiem gnojarzem.
Przypomina mi się cytat z filmu "Fight Club", który po polsku został przetłumaczony: "Jesteś roztańczonym pyłem tego świata..." a w oryginale brzmiał:
"You(we) are the all singing, all dancing CRAP of the world" czyli w bardziej dosłownym tłumaczeniu: "Jesteś(my) śpiewającym i tańczącym gównem tego świata". Polskie tłumacz zaszpachlował gówno, które niestety lepiej oddaje sens pieprzonego życia.

I teraz powinna przyjść refleksja, że jednak wstanę, podniosę się, będę pierdolonym motylkiem lekko wirującym nad kwitnącymi pylącymi jebanymi kwiatkami. Ale chyba nie będzie. Jestem tylko ja. 
Kobieta lat 30, otyła, złośliwa, leniwa, wytyka wszystkim błędy, wkurwia ją publiczne okazywanie czułości i ludzka głupota. Uważa, że większość ludzi to idioci. Nienawidzi sprzątać, za to lubi gotować, przez co w upały lepiej nie wchodzić do jej kuchni. Przeszła raka piersi w wyniku czego ma tylko 1,5 cycka i niesprawną rękę. Wymaga by wszyscy za nią nosili zakupy itp (a robi w chuj ciężkie). Posiada liczne rozstępy na wszystkich częściach ciała, ale ma to w dupie (i na dupie).Zawsze stara się być lepsza i wyjątkowsza od innych o czym ma przekonanie - słowem- wyżej sra niż dupę ma. Kipi wulgaryzmami, szczególnie kiedy się wkurwi.

Taki dałabym opis na portal randkowy, gdybym szukała faceta, ale nie szukam. Zaproponowałam dzisiaj na fejsbuku zabawę w pisanie tego typu opisów, pomijających wszelkie zalety. Parę osób w to weszło. Zadziwiająco poprawiło mi to humor i nie tylko mi. Więc może ta refleksja nad samą sobą przyniosła jednak delikatnie pozytywne skutki? Czyżbym znowu próbowała obracać kota ogonem? To takie typowe, kiedy tylko docieram do swojego małego, brzydkiego i nielubianego oblicza. Przecież muszę być lepsza, silniejsza, fajniejsza i wyjątkowsza (tak, wiem, że nie ma takiego słowa, że pisze się "bardziej wyjątkowa" ale tak mi się bardziej podoba).

Jutro wstanę i skorzystam ze sposobu Simontona, żeby uśmiechnąć się do swojego obłego papuśnego ryja w brudnym lustrze i będę żyć. Upadać, podnosić się i zbierać gówno z głowy by pchać je dalej pod górę, dodając sobie do tego jakiś absurdalny sens, w który zapewne uwierzę. I powtórzę te słowa, które powtarzam jak mantrę każdego dnia "Bądź dobrej myśli bo po co być złej" . I będę znów cieszyć się szczęściem moich przyjaciół i opowiadać o tym jak dobrze sobie radzę. Ale jeszcze dzisiaj mam to wszystko gdzieś. Dzisiaj posiedzę ze swoim grzybem i swoimi wadami i będę upajać się swoim pechem, nieszczęściem, żalem do świata, zgorzknieniem i całą resztą śpiewającego i tańczącego gówna tego świata. I nie piszcie, że będzie lepiej, bo wyrzucę monitor przez okno a był drogi i go lubię.



Bywajcie, kurwa, w zdrowiu

Wściekły na świat Anuk.

czwartek, 30 czerwca 2016

O co chodzi z tym rakiem?

Często mówi się dzisiaj o świadomym macierzyństwie, świadomym odżywianiu itp. Generalnie chodzi o to, żeby wiedzieć i stosować te wiedzę w życiu dla własnego zdrowia fizycznego i psychicznego. Dlaczego więc nie mówi się o świadomym chorowaniu? Szczególnie przy takiej chorobie jaką jest rak, wiedza jest istotna i potrzebna, a ja wciąż spotykam się z podejściem "wolę nie wiedzieć". 

Pomyślicie pewnie, że przecież to osobista sprawa każdego chorego. I będziecie mieli racje. Nie chcę nikogo tym postem urazić, ani naśmiewać się. Po prostu chciałabym, żeby wiedza na temat raka stała się bardziej powszechna, szczególnie wśród pacjentów onkologicznych. 
Ostatnio siedząc pod gabinetem USG rozmawiałam z pacjentką, która również czekała na badanie. Przebiegało to mniej więcej tak:
- Ja to przyszłam na kontrolę, jestem po usunięciu raka
- Ja też miałam raka
- Ale ja miałam złośliwego!
- Każdy rak jest złośliwy, proszę Pani
- Ale mój był bardzo złośliwy!
No i tutaj ciśnie mi się na usta: A mój był zabawny, salonowy ku*wa dowcipniś.
Oczywiście nic takiego nie powiedziałam, tylko zrobiłam edukacyjną pogadankę o nowotworach. Dlaczego? Dlatego, ze uważam, iż każdy pacjent onkologiczny powinien posiadać podstawową wiedzę o swojej chorobie. Później dziwimy się, że lekarz nie odpowiada na nasze pytania. Nie odpowiada, bo sami do końca nie wiemy o co pytamy. 
Zdarza mi się widzieć poirytowanych pacjentów, którzy zapytali np. o sposób leczenia ich przypadku, ale tak naprawdę nie wiedzą o nim nic. Powstaje taki mniej więcej dialog:
- Jaki miała Pani rodzaj raka?
- Złośliwy
- Pytam o rodzaj- przewodowy, zapalny, zrazikowy? 
- Nie wiem
- A jaki stopień złośliwości?
- Złośliwy...itd.
Sami widzicie jak to wygląda. Jeśli pacjent nie wie to lekarz mu często nie pomoże, bo najzwyczajniej w świecie nie ma czasu na edukacje pacjentów. Oczywiście pewnie pojawią się głosy, że lekarz od tego jest. Ale proszę wziąć pod uwagę, że przeważnie trafiamy do poradni chorób sutka (w  wypadku raka piersi) i tam lekarz przez kilka godzin przyjmuje kilkudziesięciu pacjentów. Gdyby każdego miał edukować z podstawowej wiedzy dotyczącej raka to wizyty trwałyby po 45 min a na wizytę czekałoby się kilkakrotnie dłużej niż dziś. Dlatego apeluję do was, drodzy pacjenci - poszerzajcie swoją wiedzę.

Od czego zacząć? Masa wiedzy jest w internecie, ale każdy chyba kto korzysta z sieci wie, że nie wszystkie strony są wartościowe i możemy trafić na nierzetelne strony, dlatego warto najpierw poszukać informacji ze sprawdzonych źródeł. Na pewno polecam wam stronę ZWROTNIK RAKA, gdzie znajdziecie bardzo dużo na temat choroby oraz leczenia. Można przy tym oczywiście posiłkować się np. wikipedią, która ułatwia (przynajmniej mi) nabywanie wiedzy podstawowej. Czytam tam np. o rodzajach raka i potem wiem czego szukać dalej. Dla kobiet chorych na raka piersi polecam stronę amazonki.net  - jest to baza wiedzy dotycząca raka piersi oraz forum dla amazonek. Możemy tam zadać również pytanie specjaliście (tylko najpierw upewnijmy się czy wiemy o co pytamy:). Możemy równiez spróbować bezpośrednio skontaktować się z fundacją czy też stowarzyszeniem, które zajmuje się grupą raków, która was interesuje (np. polecam wam bardzo Stowarzyszenie Niebieski Motyl , które prężnie działa w temacie kobiecych raków, szczególnie raka jajnika. Dziewczyny współpracują z lekarzami i instytucjami i każdemu starają się pomóc). Kolejna forma zdobywania wiedzy to tematyczne fora internetowe (patrz wyżej - amazonki chociażby) Jest wśród nas (pacjentów) wiele osób, które starają się czytać, dopytywać i przede wszystkim mają doświadczenie w chorowaniu, a jak wiadomo ono też dużo daje. Ale, żeby móc pomóc innym, trzeba mieć wiedzę i tutaj wracamy do początku.

Wiem, że część ludzi boi się czytać o chorobie (na którą cierpi czy tez cierpi ktoś bliski) bo się "nakręcają", ale kochani, wiedza to klucz do wyleczenia. Dzięki niej możecie wyłapać niedopatrzenie lekarza, wyszukać badania kliniczne (w wielu ciężkich przypadkach na prawdę warto) itp. Trzeba jedynie pamiętać o RACJONALNYM, ZDROWYM MYŚLENIU, ale to już zagadnienie z psychologii, które może tez kiedyś uda mi się wam przedstawić.


Stworzyłam dla was infografikę przedstawiającą nazewnictwo - to z czym wielu ludzi ma problem i wydaje mi się to najbardziej podstawowym zagadnieniem w temacie.
Postaram się przekazać wam podstawowa wiedzę na temat nowotworów. Resztę mam nadzieję doczytacie sobie sami ze źródeł, które podałam wyżej oraz linków ukrytych w moich opisach (często przeklejonych prosto z wikipedii, ale nie zawsze potrafiłam to wyjaśnić własnymi słowami)

1. Czym jest nowotwór? 

Jest to grupa chorób, w których komórki organizmu dzielą się w sposób niekontrolowany przez organizm, a nowo powstałe komórki nowotworowe nie różnicują się w typowe komórki tkanki. Czyli nasze tkanki mutują się i powstają z tego guzki różnego rodzaju.

2. Rodzaje nowotworów:


  • nowotwór łagodny (neoplasma benignum) nowotwór utworzony z tkanek zróżnicowanych i dojrzałych, o budowie mało odbiegającej od obrazu prawidłowych tkanek.Jest dobrze ograniczony, często otorbiony, rośnie wolno, rozprężająco (uciskając sąsiadujące tkanki), nie daje przerzutów, a po należytym jego usunięciu nie powstaje wznowa (ponowny rozrost nowotworu w tym samym miejscu) - jest całkowicie wyleczalny
  • nowotwór złośliwy (neoplasma malignum) nowotwór utworzony z komórek o niskim zróżnicowaniu (niedojrzałych), o budowie znacznie odbiegającej od obrazu prawidłowych tkanek. Charakteryzuje się szybkim wzrostem, atypią i brakiem torebki, czym m.in. różni się od nowotworu niezłośliwego. Rozprzestrzenia się poprzez naciekanie (wrastanie między komórki) pobliskich tkanek, co upośledza ich funkcję. Naciekając naczynia limfatyczne i krwionośne, przedostaje się do ich światła. W efekcie komórki są w stanie zawędrować wraz z krwią lub chłonką w odległe miejsce organizmu, gdzie dają początek nowemu guzowi - przerzut. Uniemożliwia to efektywną terapię poprzez resekcję guza pierwotnego, z racji iż ogniska wtórne powodują nawroty choroby i pogorszenie stanu chorego, co doprowadza do śmierci.
  • nowotwór miejscowo złośliwy (łac. neoplasma semimalignum; zwany również złośliwym miejscowo) – nowotwór o miejscowej złośliwości; charakteryzuje się co najmniej jedną z trzech cech: albo dużą masą tkankową uciskającą otoczenie, albo zdolnością naciekania i niszczenia otoczenia lub zdolnością wszczepiania. Nowotwory półzłośliwe zasadniczo nie dają przerzutów, ale dają nawroty po zabiegach operacyjnych, nawet uznawanych za radykalne. Dlatego też nowotwory półzłośliwe wymagają starannego podejścia chirurgicznego z uwzględnieniem szerokich granic wycięcia. Obraz mikroskopowy może być typowy dla nowotworu złośliwego.

3. Stopnie złośliwości (w przypadku raka sutka)
  • I stopień złośliwości histologicznej nowotworu (grading) - G1 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w dużym stopniu. Raki tego stopnia są najmniej złośliwe i rosną raczej wolno.
  • II stopień złośliwości nowotworu (grading) - G2 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w średnim stopniu w 3-stopniowej skali. W tym stopniu raki piersi charakteryzują się pośrednimi właściwościami między wolno a szybko rosnącymi.
  • III stopień złośliwości histologicznej nowotworu (grading) - G3 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w najmniejszym stopniu. Raki tego stopnia są najbardziej złośliwe i rosną najszybciej.
Na razie to by było na tyle. Nie chcę zamęczyć was zbyt dużą ilością danych na raz. Jeśli jesteście zainteresowani tematem to co jakiś czas postaram się wam przedstawić kolejne zagadnienia, ale dałam wam bazę z której idąc drogą linków dowiecie się wielu interesujących was rzeczy. Możecie zadawać pytania w komentarzach czy też pisać do mnie maile na adres: burak.anuk@gmail.com
(poprzedni nieco edukacyjny post: o raku piersi na poważnie )

Pewnie zastanawiacie się co u mnie. Nie odzywałam się trzy miesiące i nagle wyskakuję z edukacyjnym postem? Cóż mam rzec. Miałam ciężki czas i przeboje z urzędami, a od kilku tygodni biegam po lekarzach, bo są podejrzenia o nawrót choroby. Póki co nic jeszcze nie wiadomo, na pewno napiszę jak będę miała 100% pewności czy zaczynam od początku czy nie. Powinno się wyjaśnić w ciągu najbliższego miesiąca. Bardziej szczegółowe informacje co jakiś czas wrzucam na swój funpage BURAK, tam odzywam się nieco częściej:)
Zapraszam was również na moją nową stronę bardziej humorystyczną, dotyczacą moich zwierzaków i mnie KLUB AAA



Bywajcie w zdrowiu!
Anuk



niedziela, 17 kwietnia 2016

NEW GAME

Życie jest fajne. Jeśli lubi się jazdę na rollercosterze. Albo jeśli lubi się przygodówki. Albo jeśli potrafi się obracać zgrabnie kota ogonem. Mój wewnętrzny kot ciągle napier*ala piruety...

Grafika, którą ostatnio wam pokazywałam była niestety prorocza - ZUS stwierdził, że jestem tylko częściowo niezdolna do pracy, poza tym nie należy mi się renta, bo zwolnienie lekarskie jest traktowane jak okres nieskładkowy i tym samym zabrakło mi pół roku (które byłam na zwolnieniu), żeby załapać się na wymagania Zusu... Młody musi być zdrowy. Chory młody ma zapierdalać jak zdrowy młody. 
Z jednej strony czuję ogromny zawód, bo nie mam siły iść do pracy. Chemia zostawiła mi w "prezencie" sporo efektów ubocznych ciągnących się za mną jak smród po gaciach. A z drugiej strony nadchodzi nowa przygoda. Przygody w moim życiu zawsze zaczynają się od porażki i bezsilności, a przynoszą dużo wrażeń i koniec końców wiele pozytywnych skutków. To raczej dzięki umiejętności obracania tym biednym kotem niż faktycznym skutkom, ale trzeba sobie jakoś radzić. Gdzieś kiedyś słyszałam, że inteligencja to umiejętność przystosowania się do zmieniających się warunków. Postanowiłam więc chociaż stwarzać pozory.

Zaczynam na poważnie myśleć o własnej firmie, mogłabym wtedy pracować w domu na zlecenia (graficznie) i kończyć leczenie w międzyczasie. Od jutra zaczynam nową grę: After Burak/ Work mission. Zaczynam od odwiedzin różnych urzędów, na pewno zdam wam relację, może mrozić krew w żyłach znając nasz kochany kraj. Nie wiem tylko jakich specjalnych umiejętności użyć w tej misji? Mam w zanadrzu kilka skilli:
  • "głupia blondynka" - mówisz, że nic nie rozumiesz z tych formalności i pozwalasz wypełnić wszystko za siebie

  • "zagubiony kot" - robisz oczy kota ze Shreka i czekasz aż wszystko za Ciebie wypełnią

  • "zabawna grubaska" - żartujesz i zagadujesz wzbudzając sympatię i ludzie chętnie Ci pomagają (wymagania: bycie grubasem)

  • "irytująca typiara" - pytasz o wszystko po pięć razy, w końcu ktoś wypełnia papiery za Ciebie, żebyś sobie poszła

  • "dzielna amazonka" - udajesz pewną siebie i odważną opowiadając przy okazji swoją smutną historię choroby i nagle wszyscy chcą Ci pomóc (najskuteczniejszy skill)

Pewnie po trosze będzie trzeba wykorzystać każdą umiejętność. Muszę się psychicznie przygotować na kolejną walkę, już nie mogę się doczekać ku*wa.

Pewnie trochę panikuję, pewnie przesadzam, pewnie masę ludzi po prostu idzie i załatwia takie rzeczy od ręki, bez pytań kłopotów, nieporozumień. I pewnie tylko ja o takich nie słyszałam.
PFRON, PUP, ZUS i cztery wizyty u lekarzy/na badaniach, powinnam obrócić jednego dnia, tylko zapodam sobie jakieś nielegalne środki dopingowe.
Nie ma krzty ironii w tym wpisie.

Jeśli macie pomysły na jakieś dodatkowe umięjętności, które mogłabym wykorzystać w najbliższej misji napiszcie w komentarzach.

Niech moc będzie z Wami!
Anuk


czwartek, 14 kwietnia 2016

Introwersja (słomiany zapał)

Jest trzecia rano, a ja nie mogę spać. Przewracam się z boku na bok i myślę. Przeważnie o czymś miłym, a dzisiaj o swoim słomianym zapale...

Mój brat ostatnio organizował wieczór z poezją i zadzwonił do mnie, żebym coś swojego przeczytała. Tak, kiedyś pisałam i to nawet sporo. Ba! Przez kilka lat brałam czynny udział w życiu pewnego poetyckiego forum. Byłam nawet na kilku zjazdach. Co więcej napisałam nawet licencjat na temat tego forum! Później przerzuciłam się na fotografię, a potem na raka ;) W wypadku tego ostatniego mam nadzieję, że mój rak ma równie słomiany zapał co ja. Przyszedł, namieszał i pójdzie w pizdu. Ja niestety zwykle tak robię, ale często też wracam (w tym niech ch*jek nie bierze ze mnie przykładu).
Wracając do poezji...otworzyłam sobie swój profil i przejrzałam te bazgroły. I wiecie co? Napisałam kilka dobrych tekstów. Sama się zdziwiłam, bo wydawało mi się, że wejdę, pośmieję się i popukam w głowę, że cokolwiek mogłabym przeczytać. Stało się jednak inaczej. Nie dość, że wybrałam kilka tekstów to przeczytałam je na forum kilkudziesięciu ludziom na widowni. Kiedyś bym się nie odważyła (+50 do odwagi).
Właśnie, a`propos punktów - kolejna rzecz będąca następstwem mojego lichego zapału - ten blog miał być grą RPG, ale gdzieś po drodze zmieniłam zdanie. Kiedyś robiłabym sobie z tego powodu wyrzuty, ale dopisałam ideologię do własnego zachowania jakiś czas temu. Otóż wymyśliłam, że wszystko ma swoje miejsce i czas, a każdy rodzaj wyrazu artystycznego czy też grafomańskiego musi dojrzeć! (a co dojrzy i zobaczy to później opowie). Tym sprytnym sposobem pozbyłam się wyrzutów sumienia z powodu lenistwa, niekonsekwencji i wymyślania sobie nowych pasji.



Ostatnio mam trzy kolejne marzenia: zrobić kurs fryzjerski (ścinam siebie i znajomych od lat, ale nigdy się tego nie uczyłam), zrobić kurs na snajpera i licencję detektywa. Jestem kolekcjonerem nietypowych zajęć. Czy kiedyś coś przywrze do mnie na dobre? Może wcale tego nie potrzebuję?
Rak wyzwolił mnie z przymusu wymyślania sobie pretekstów do zrobienia czegoś. Jest to z jednej strony uzdrawiające, z drugiej może być niebezpieczne. W mojej głowie gromadzą się bowiem różne dziwne pomysły i nigdy nie wiem, który wychyli główkę i zawoła "Anuk, zróbmy to, a potem porzućmy!". Podam wam przykłady moich niezrealizowanych pomysłów: Chciałam robić drewniane nagrobki opuszczonym grobom. Chciałam zrobić plakaty ostrzegające o mandatach za niesprzątanie po psach i rozwiesić je po mieście, dodając tam logo straży miejskiej. Chciałam wpisać do dyscyplin olimpijskich strzelanie z procy i stworzyć pierwszą w Polsce drużynę procoholików. Chciałam zarabiać na szukaniu w sieci różnych prozaicznych rzeczy, z którymi nie radzą sobie ludzie (kto mnie zna ten wie, że kocham szukać w sieci i nieźle sobie z tym radzę;)). Chciałam organizować cyklicznie kolacje tematyczne, na których zapraszałabym znajomych (jedną nawet udało mi się zrobić tuż przed diagnozą). Oj, wiele rzeczy jeszcze mogłabym wymienić. Jest tylko jeden problem - gdyby to co chcę, było silniejsze od tego jak mi się bardzo nie chce... A z drugiej strony, dzięki temu mam dużo czasu na wymyślanie dziwnych aktywności i czasami jednak coś się udaje.

Parę dni po ostatnim wpisie stworzyłam grafikę o ZUSie. Pomysł wpadł mi do głowy i musiał zostać natychmiast zrealizowany, żeby nie wylądował w szufladzie z napisem "pomysły czekające na aż mi się zachce" (czyli prawdopodobnie nigdy) I tak powstał niedoskonały obrazek (bo szybko!), który wam poniżej przedstawiam:


Kończąc ten mój wywód, dam wam na koniec do przeczytania wiersz, który najlepiej opisuje mój charakter. Chyba jednak przez dziewięć lat, aż tak bardzo się nie zmieniłam...

Intro wersja (II) 

nalewam zupę do płaskiego talerza
spójrz jaka jestem inna taka głęboka
przewrotnie ziemniaki jadam łyżką
przecież tak lubię nie muszę tłumaczyć

grochem o ścianę tynkiem do garnka
wyrzucam worki przetrząsam szuflady
tolerancja to moje drugie imię jeśli nie
wierzysz to spierdalaj


***

minęły kilometry minut przepalonych
zdjęć z bezsensownymi widokami
na przyszłość powiem tylko tyle że
ironia cynizm i ja to trzy
najlepsze prostytutki dosłowności


Ps. Wymyślcie coś dziwnego co chcielibyście zrobić i napiszcie w komentarzu, jestem ciekawa czy też tak macie ;)

Ps 2. Właśnie wybiła czwarta :)


Bywajcie w zdrowiu!


piątek, 1 kwietnia 2016

ZUS-y, srusy i blondasy

Od wielu dni zabieram się za pewien temat i wciąż coś mi nie wychodzi. A to komputer się zawiesi, a to leżę w łóżku chora, a to mi się nie chce. Teraz właśnie zaliczam trzecią opcję i odkładam temat na potem, a co tam. W końcu postanowiłam robić tylko to co chcę robić, chociaż nie zawsze się to udaje...

Leczenie nadal trwa, chociaż na luzie i bez chemii tylko z herceptyną, która mam nadzieję uchroni mnie przed burakiem na dobre. No ale jakby nie patrzeć minęło już półtorej roku od diagnozy. Pół roku zwolnienia lekarskiego i rok zasiłku rehabilitacyjnego. Fajnie by było wrócić do pracy, ale jak wcześniej wspominałam, nie mam dokąd wracać. Gdzieś po drodze pojawiły się możliwości na pracę dorywczą, ale póki co nie zapeszam. Postanowiłam poprosić ZUS nasz kochany o rentę. Chociaż na tyle, żebym doszła do siebie i skończyła leczenie, by móc w pełni sił rzucić się w wir pracy.
Wniosek złożyłam, na komisję się udałam, rentę na rok dostałam (2 grupę). Jak wiadomo kasy niewiele, ale ubezpieczenie jest i można leczyć się dalej i do renty ewentualnie dorobić (legalnie można na szczęście). Niestety po tygodniu od szczęśliwego orzeczenia dostałam papierek z Zusu, że decyzję lekarza orzecznika podważyli i na komisję ponowną mnie wzywają. Cóż było począć? Wzięłam ciężką teczkę z dokumentacją choroby i pomaszerowałam na komisję. Tym razem miało być trzech lekarzy.

Tak jak podejrzewałam, stwierdzono, że jednak do pracy się nadaję i lekarka popełniła błąd uznając mnie za niezdolną. Poszłam tam gotowa do walki, choć kaszląca i z gorączką. W komisji zasiadało trzech lekarzy - trzech starszych panów, żaden z nich nie był onkologiem i żaden z nich nie był kobietą! To mnie zaskoczyło i zasmuciło, bo kobieta kobietę w takiej delikatnej kwestii jak rak piersi powinna zrozumieć. Niestety, lekarze ani nie rozumieli kwestii raka piersi ani niczego związanego z leczeniem tegoż schorzenia. Kazano mi się rozebrać do majtasów i tak mnie macali, wypytywali, mierzyli, kładli i stukali młotkiem w kończyny. Powiedziałam o wszystkich swoich niedomaganiach i ułomnościach. No prawie - zapomniałam powiedzieć, że mam zaniki pamięci...paradoks :)
Doświadczenie to było dość osobliwe i trochę zawstydzające. Co prawda od półtorej roku widziało mnie już dziesiątki lekarzy i wszyscy prawie macali mnie po cyckach, ale Ci byli jacyś tacy oceniający i mało sympatycznie nastawieni. Wyszłam stamtąd skołowana. Nie wiem co postanowili - mam czekać do miesiąca na decyzję. A Ty, kobieto, pożycz kasę na rachunki i poproś znajomych o jedzenie... na szczęście tak źle nie jest, ale mogłoby być i nikogo to nie obchodzi, że kolejny miesiąc zostaniesz bez środków do życia.
Taki to ZUS. ZUS-srus.

W międzyczasie zachorowałam sobie na zapalenie oskrzeli i pożarłam tabun antybioli i innych tabletek. Herceptynkę mi przesunęli ze względu na chorobę, pojeździłam sobie po lekarzach, pospałam po 12h dziennie i było super. W końcu dzisiaj podano mi hercię i trochę lepiej się poczułam, więc wymyśliłam sobie rozrywkę - farbowanie włosów. Ostatnio byłam ruda i już mi się znudziło, więc postanowiłam znowu być blondynką, coby kolor włosów pasował do intelektu. Zakupiłam więc arsenał farb i przed 16 rozpoczęłam proces. Oto efekty:



Rozjaśnianie wielokrotne jest bolesne - nie polecam, ale czego się nie robi... Jak to dzisiaj powiedziała Alina: Trzeba cierpieć, żeby być pięknym.
Cóż, gdyby cierpienie było wyznacznikiem urody, powinnam być miss świata.
Ale nie ma tego złego, bo wpadła mi do głowy dzisiaj genialna myśl, która może to wszystko podsumować (godna Paulo Coelho):

W życiu nie ma porażek. Są tylko gorsze chwile, z których warto wyciągnąć wnioski.

I tym optymistycznym akcentem zakończę ten wpis, bez żadnego prima aprilisowego żartu. Tak, żeby być oryginalną.

Bywajcie w humorze!
Anuk


sobota, 26 marca 2016

Zdrowych!

Zwykle się rozpisuję, opowiadam, leję wodę...dzisiaj będą tylko życzenia. Lanie wody zostawiam wam na poniedziałek!

Nigdy nie lubiłam składać życzeń, dopóki nie odkryłam, że wystarczy poznać jedno marzenie osoby, której składa się życzenia i wychodzą one szczerze (pod warunkiem, że się człek postara).

Dzisiaj piszę do wszystkich czytelników, szczerze, bo znam wasze co najmniej jedno życzenie. Jest również moim.

ZDROWIA! Ze wszystkim innym dacie radę, jeśli to jedno dopisze:)
Odpoczywajcie i pałajcie się chwilami rodzinnego spokoju (lub nie-spokoju, zależy co kto lubi:)
Przygotowałam dla was jeszcze kartkę - miał być kurczak, potem zając, wyszedł chomik. Ideologię dorobiłam, w końcu jestem mistrzem w odwracaniu kota ogonem ;)



Bywajcie w świątecznym nastroju!
Anuk

środa, 23 marca 2016

Rok bez raka

Dzisiaj jest rocznica operacji pozbycia się BUraka.
Mimo, iż było nieco niefartowna, bo w nocy okazało się, że mam krwotok i będzie potrzebna druga operacja, to jednak dzisiaj żyję:)

Najadłam się strachu, oj najadłam. Nie zapomnę jak traciłam oddech i nie mogłam podnieść głowy bo mdlałam... Pielęgniarki krzyczały na mnie, że jestem panikarą, a jak się później okazało hemoglobina spadła mi do 4...(poniżej 6,5 to już śmiertelne zagrożenie). Dopiero po kilku godzinach zrobiono mi badania i odkryto krwotok. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy do sali wszedł ordynator Oddziału Chirurgii onkologicznej Szpitala w Legnicy i powiedział:
- To jest zagrożenie życia. Dr T przyjedzie za 2 godziny, zrobić druga operację.
I wyszedł. W sali leżałam sama. Rodzina była we Wrocławiu, bo dzień wcześniej wszystko wydawało się być w porządku. Leżałam i ryczałam, chyba naprawdę po raz pierwszy w życiu myślałam, że to już koniec...Na szczęście zadzwonił do mnie dr T i trochę uspokoił. Zadzwoniłam do rodziców, do R. i nie wiedziałam czy się z nimi żegnam czy niedługo się zobaczymy.
W tym czasie przetoczyli mi 4 worki krwi i nim rodzina przyjechała wywieziono mnie na salę operacyjną. Chciałam mieć to już za sobą.
Pamiętam, że jak się obudziłam to pierwsze co usłyszałam to pikanie tej maszynerii która mierzy parametry życiowe i powiedziałam:
- Można to, ku*wa wyłączyć?
Pielęgniarka anestezjologiczna wybuchnęła śmiechem. Ja chyba też.

zdjęcie, które wrzuciłam na fejsa po pierwszej operacji

Dzisiaj, rok po operacji jestem już zdrowa, nie licząc przeziębienia i różnych efektów ubocznych chemii, które delikatnie mi doskwierają. Ale nie narzekam i dopóki żyję będę pokazywać fucka wszystkim przeciwnościom losu Emotikon smile
"Póki żyjemy jest dobrze, a jak umrzemy będziemy mieli przejebane..."Emotikon smile
Moja Ś.P. babcia Marysia powiedziała mi kiedyś: "Pamiętaj, żyj jak chcesz, nie patrz na rodziców, nie patrz na innych ludzi, bo to Twoje życie, niczyje więcej"
Dziś jak nigdy rozumiem co chciała mi przekazać i jak nigdy doceniam każdą chwilę.
P.S. Mam nadzieję, ze za 10 lat napiszę to samo Emotikon smile
Korzystajcie z życia!
Anuk

czwartek, 17 marca 2016

Strach

Dostałam wczoraj maila od czytelniczki. Jej mama jest chora i bardzo się boi. Długo zastanawiałam się co odpowiedzieć i stwierdziłam, że może warto powiedzieć to wszystkim, którzy się boją... 
* z dedykacją dla mamy Edyty

Strach jest naszym najgorszym wrogiem. Boimy się, że coś nam się stanie, że zachorujemy, że choroba nas zabije. To nas paraliżuje i nie potrafimy normalnie żyć. Przed rakiem cierpiałam na nerwicę lękową ok.3 lata. Doskonale znam ten stan kiedy boisz się ruszyć, bo serce przyśpiesza, bo masz zawroty głowy...tylko, że to lęk generuje w nas objawy, nie na odwrót. Taki stan rzeczy może prowadzić do depresji.
Ja któregoś dnia powiedziałam sobie dość - strach nie zawładnie moimi myślami, nie zmarnuję dla niego życia. Za każdym razem kiedy ogarniał mnie lęk, mówiłam sobie "to bez sensu, to tylko moja głowa, strachu wypie*dalaj". W ciągu może dwóch miesięcy pozbyłam się ataków, które wcześniej dopadały mnie codziennie.

Potem zachorowałam na raka. Odegnanie wcześniej lęków pozwoliło mi walczyć również z nim. Pomyślałam wtedy "dzisiaj na prawdę mam wyrok śmierci w zawieszeniu, więc nie mogę się bać bo stracę wszystko".

Dlaczego boję się o życie, które marnuję na strach? Zamiast cieszyć się tym co mi pozostało? Może to będą miesiące, może lata, ale muszę schować wszystkie lęki głęboko i żyć, korzystać z każdej chwili.

Wyobraźcie sobie, że macie masę pieniędzy, stać was na dostatnie życie, na dom, samochód i podróże, ale boicie się, że wszystko możecie stracić i chowacie pieniądze głęboko w szafie. Żyjecie ubogo, ciągnąc ledwo koniec z końcem, jedząc suchy chleb, nigdzie nie wychodząc ze swojego m2. A tam w szafie jest kasa na wszystko! Ale ze strachu przed jej utratą wolicie biedę. Brzmi idiotycznie, prawda? Kto by tak zrobił, tylko ktoś bardzo skąpy, powiecie.
Tak właśnie wygląda życie lękiem o własne życie. "Zachorowałam i umrę, więc już teraz położę się i będę płakać". Tam w szafie leży bogactwo. Tam za oknem umysłu czeka na Ciebie życie, bierz ile wlezie póki je masz, bo jak umrzesz już nic nie zrobisz.
"Póki żyjemy to jest dobrze, a jak umrzemy to będziemy mieli przejebane". 
/cytat ze znajomego pewnego pana napotkanego w szpitalu/

To wybór każdego z was. Żeby przestać się bać, trzeba przestać się bać i jest to jedyne rozwiązanie sytuacji. 

Ostatnio wymyśliłam, że zrobię licencję detektywa. Zawsze mnie to jarało. Koleżanka powiedziała: "Pewnie, jeśli do czegoś Ci się to przyda..."
Ja na to: "Mam wyrok śmierci w zawieszeniu na ch#j wie ile, mam gdzieś co mi się przyda, trumna mi się przyda a jej nie kupuję. Chcę robić to co chcę robić, po to żyję, nie po to, żeby się zastanawiać ciągle jakie będę miała korzyści. Ja żyję i to jest moja korzyść"

Nadeszła piękna wiosna, korzystajcie z niej póki żyjecie, bo potem będzie przejebane ;)

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

piątek, 4 marca 2016

Po chorobie na rynku pracy

Witajcie marcowo. Wiosnę czuć w powietrzu i mam nadzieję, że wraz z nią przyjdzie wiatr, który popchnie mnie w dobrym kierunku. Początek roku miałam ciężki i kompletnie nie potrafiłam ruszyć z miejsca. Poza tym dookoła pełno śmierci, zaczynając od wielkich gwiazd jak David Bowie, kończąc na ludziach z najbliższego otoczenia. Chyba każdy zauważył, że śmierć w styczniu i lutym zbierała żniwa... Ale mamy już marzec i miejmy nadzieję, powiew życia zakręci Ziemią w odpowiednim kierunku!

Ostatnie tygodnie to z mojej strony walka z lenistwem i organizmem, który reaguje bólem na każdą moją nadmierną aktywność fizyczną. Staram się jakoś zacząć żyć normalnie, nie myśleć o raku, bawić się jak inni moi znajomi. Jakoś leci. Zasiłek rehabilitacyjny kończy mi się za kilka dni i zmuszona byłam złożyć podanie o rentę. Jak się nie uda będę musiała znaleźć pracę, bo niestety w trakcie chorowania skończyła mi się umowa. Z jednej strony czeka mnie pewnie niezła walka i łażenie do dziwnych miejsc na rozmowy kwalifikacyjne, z drugiej strony to nowa przygoda i staram się tak do tego podchodzić. Powoli zaczęłam się rozglądać i powiem wam, że będzie trudno.




Zapytałam kilku koleżanek z BU-rakowej grupy jak to u nich wygląda z pracą i niestety bardzo dużo osób straciło swoje stanowisko albo w trakcie choroby albo tuż po powrocie z zasiłku rehabilitacyjnego. Z jednej strony rozumiem pracodawców, bo my "porakowi" jesteśmy pracownikami niepewnymi, muszącymi chodzić po lekarzach czyli pracownikami "wysokiego ryzyka". Dla mniejszych pracodawców oznacza to spadek wydajności firmy. 
Wiele z nas po leczeniu dostało grupę niepełnosprawności, po raku piersi i wycięciu węzłów, często stopień "umiarkowany". Państwo wymyśliło udogodnienie dla pracodawców i za zatrudnienie osoby niepełnosprawnej daje dopłaty - o ile się nie mylę jest to najniższa krajowa, czyli ok 1200 zł. W zamian niepełnosprawny pracownik ma 7-godzinny dzień pracy i 10 dodatkowych dni urlopu (po roku pracy). Niestety firmy niechętnie korzystają z tego udogodnienia, a niepełnosprawna osoba musi pracować 8 h dziennie albo nie dostaje pracy.
Niektóre korporacje idą swoim, często wieloletnim pracownikom, na rękę i pozwalają wrócić na dawne stanowisko. To się absolutnie chwali. Ale ja dzisiaj opowiem wam kilka historii, które różnie się kończyły.



Do napisania tego tekstu popchnęła mnie sytuacja mojej dobrej koleżanki rako-cyckowej, która zachorowała mniej-więcej w tym samym czasie co ja. Skończył się jej zasiłek i ochoczo wróciła do pracy (gdzie była zatrudniona od ponad 6 lat). Wszyscy się ucieszyli, usłyszała, że na nią czekali i nie mogą się doczekać aż wróci do dawnej formy. Ona bardzo się cieszyła, jednak poproszono ją, żeby wykorzystała jeszcze zaległy urlop w ilości ponad 30 dni. Tak też zrobiła. Po powrocie z urlopu przy jej biurku stał szef (nie znam się na stanowiskach w korpo, w każdym razie ktoś ważny). Kazał oddać telefon i komputer służbowy, miała jakieś 5 minut na skopiowanie kontaktów z telefonu i zgranie plików z komputera. Dostała zwolniona z 3-miesięcznym okresem wypowiedzenia bez obowiązku przychodzenia do pracy. Tak skończyła się jej radość z powrotu do życia po ciężkich rakowo-chemicznych przejściach.
Strasznie mnie to wkurzyło, zapytałam innych dziewczyn jak było u nich i niestety przeważnie wygląda to podobnie. Dostałam pozwolenie na zacytowanie wypowiedzi, więc przedstawiam wam kilka historii:

" Mój szef zadzwonił do mnie gdy byłam po drugiej chemii, łysa, rzygająca i załamana całą sytuacją, że on miał magazyniera co z rakiem pracował a ja przedstawiciel handlowy i nie chce wrócić do pracy... z dziką rozkoszą go poinformowałam gdy kończyło się chorobowe że decyduję się na rehabilitacyjne, dzwoni do mnie regularnie raz w miesiącu z pytaniem czy wracam do pracy - nigdy nie zapytał jak się czuję, czy mi kasy nie brakuje itd - pomijając fakt, że na umowie była inna kwota niż faktycznie zarabiałam i teraz jestem w dupę bita, ale cóż moja głupota, że zgodziłam się na takie przekręty..." 
(Płatność inna niż na umowie to zupełnie inny temat tak jak umowy śmieciowe, niestety po długich poszukiwaniach pracy zgadzamy się często na rozwiązania różnego typu, a później lądujemy jak lądujemy...)

"Ja obecnie nie pracuję jestem jeszcze na zasiłku lecz pytałam ostatnio o pracę z ciekawości i mówię , że jestem o chorobie itp... to nie dziękujemy..Mam wrażenie , że boją się zatrudnić iż na zwolnienie zacznę chodzić czy jak?"
(Tego się własnie obawiam w najbliższym czasie...)

"No mnie niby kadrowa zapewniała że nie ma problemu jeśli chcę iść na rehabilitacyjny, ale...Bałam się że w razie jakiejś redukcji czy zwolnień polecę. A w moim zawodzie bardzo trudno o pracę. Jestem bibliotekarką. Kto by mnie zatrudnił? Po entuzjastycznej reakcji kadrowej na wieść o moim powrocie, wiem że podjęłam dobrą decyzję"

"U mnie po półrocznym chorobowym i jak odmówiono mi zasiłku rehabilitacyjnego pracodawca zwolnił mnie z pracy. Żeby było ciekawiej, to zrobił to z datą w której miałam drugą komisję czyli jeszcze przed orzeczeniem, a w trakcie oczekiwania na "wyrok". Nie miałam nic i nigdzie nic nie chcieli mi dać. Poszłam, więc zarejestrować się do Urzędu Pracy ale tam musiałam niestety nakłamać, że jestem zdolna do pracy. Od maja zeszłego roku mam orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym i trudniej im dla mnie znaleźć pracę.Musiałam tak zrobić, bo inaczej przepadł by mi nawet zasiłek dla bezrobotnych...Nasze "wspaniałe" państwo ma gdzieś tak naprawdę wszystkich chorujących."

"Mój chlebodawca wydawał się empatyczny i po rocznym świadczeniu reh wysłał mnie na rentę zapewniając ze stanowisko będzie czekało w trakcie renty ale przeliczyłam się i zwolnił mnie na amen . Inni chlebodawcy wręcz boją się zatrudniać osoby onko co się wiąże z niedyspozycja w pracy ...szukam bez skutku..."

"A ja zachorowałam na urlopie wychowawczym bezpłatnym,przyznano mi rentę chorobowa na rok....moja cudowna pracodawczyni przywiozła mi dzień przed wigilią wypowiedzenie umowy z powodu likwidacji...renta do września,co potem?"

"Mnie zwolnili jeszcze na L4"

"Ja pracowałam w C*** jako opiekunka osób starszych niestety na czas określony. Kiedy zachorowałam wszyscy mnie zapewniali że mogę wrócić do pracy po chorobie, że cały czas na mnie czekają i modlą się za mnie i takie tam ble ble....W dniu operacji skończył mi się zasiłek chorobowy to przeszłam na świadczenie rehabilitacyjne dostałam na 8 miesięcy. Po tym okresie chciałam wrócić do pracy lecz na inne stanowisko pracy, niestety okazało się że jestem zatrudniona jako opiekunka i to stanowisko na mnie czeka nie ma żadnego innego nawet na jakby chciałam pracować na portierni nie mam odpowiednich kwalifikacji. Później powiedziano mi że jakbym wcześniej powiedziała że nie wrócę na swoje stanowisko to od razu by mnie zwolnili. W ZUS-sie złożyłam wniosek o przyznanie mi reszty świadczenia rehabilitacyjnego tam okazało się że jestem nie zdolna do pracy i do 2017 dostaje rentę"

Na szczęście są też przykłady na lepsze potraktowanie pracownika i byłabym nie sprawiedliwa nie wspominając o tym:

"Miałam możliwość pracowania zdalnie i w miarę siły przez cały okres zwolnienia i 3 miesiące zasiłku rehabilitacyjnego. Dzień przed operacją dał mi laptopa i premia papierowa wyrównał niższe wynagrodzenie z umowy o prace. Podczas chemii zaprosili mnie na wyjazd integracyjny za granicę. Oczywiście od razu po powrocie do pracy czyli rok od operacji, po 4 ac i 12 ptxl zmniejszył proporcje wynagrodzenia. Wymaga wyjazdów i dyspozycji bez płatnych nadgodzin, ale ćwiczę asertywność, mając na uwadze ze praca blisko domu jest w cenie. Było mi łatwiej wrócić na etat bo nie wypadłam totalnie z "rynku"."

"Ja wróciłam w trakcie herceptyny i pracuję już 1,5roku. To budzetowka więc respektują 7h dzień pracy.Córka przedszkolna i dużo choruje to odpoczywam czasem z nią w domu:) Ja widzę sporą różnice. Bardziej się męczę i wolniej uczę."

"Ja pracowałam cała chemie AC. Potem przy taxolu poszłam na zwolnienie. Na którym byłam pół roku. Wróciłam jeszcze w trakcie radioterapii. Mam orzeczenie i pracuje 7 godzin. Mam wspaniałą szefowa i nigdy nie miałam z nią problemu ale ja sama też starałam sie pracować jak każdy i nie nadużywać przywilejów. Dodatkowo mam 10 dni urlopu. Pracuje u prywatnego przedsiębiorcy i mam umowę na stałe."

Jak widzicie różnie to bywa, jeśli komuś pozwolono wrócić to jest w całkiem niezłej sytuacji, gorzej z osobami, które z powrotem próbują wskoczyć na rynek pracy. Sama mam obawy, ale jak zwykle staram się to zamienić w przygodę, żeby za bardzo się nie dołować. Mam w miarę dobrą sytuację, ale nie wiem co bym zrobiła, gdybym była sama i musiałabym utrzymać się za kilkaset złotych z renty czy zasiłku. Niestety to jest też częsta sytuacja osób chorych. 
mam dobrych ludzi w okół siebie, którzy zadeklarowali się z pomocą w znalezieniu mi racy, za co jestem ogromnie wdzięczna. Póki co czekam jeszcze na komisję w Zusie. Najbardziej boję się tego, że fizycznie nie dam rady. Sporo efektów ubocznych chemii jak uciązliwe zaniki pamięci, drętwienie nóg i rąk, osłabienie, zawroty głowy niestety jeszcze nie minęły i utrudniają życie. Jestem jednak dobrej myśli. Martwię się o innych chorych, w gorszej sytuacji, którzy bez pracy po prostu nie będą mieli z czego żyć. Rozglądałam się trochę i wiem, że są fundacje w naszym kraju zajmujące się pomocą osobom niepełnosprawnym w powrocie na rynek pracy. Postaram się wam przybliżyć ten temat kiedy dowiem się więcej. Mam zamiar odwiedzić takie miejsca i zobaczyć czy faktycznie można tam uzyskać jakieś istotne informacje. 

Tymczasem zastanawiam się co chcę robić w życiu i marzę jak wtedy kiedy byłam dzieckiem (chciałam być wynalazcą, malarką i chemikiem:)) Chciałabym zrobić coś nowego i fascynującego. Do tej pory pracowałam jako grafik komputerowy przez ok. 5 lat i przez kilka miesięcy przy serialu "Trudne sprawy" (wybierałam obsadę i zajmowałam się aktorami-amatorami"). Teraz marzy mi się wiele dziwnych prac, choć zadowolę się na początek taką, która pozwoli mi po prostu wrócić do zdrowego trybu życia. W sumie za co bym się nie wzięłam to mi wychodzi (chociaż nie wyobrażam sobie siebie w windykacji albo w banku:).



Może zostanę detektywem? Właśnie prowadzę śledztwo na temat pewnej onkocelebrytki, która mam wrażenie, że ściemnia...ale nim nie będę pewna nic więcej nie napiszę, żeby nie zostać posądzonym o pomówienia. Na pewno opiszę sytuację, jesli moje podejrzenia się potwierdzą, jeśli nie, posypię głowę popiołem:)
Tymczasem życzę wam miłego weekendu. Odpoczywajcie i bawcie się.
I jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk

czwartek, 17 grudnia 2015

PO-zdrowienia

Ostatnie kilka tygodni siedziałam cicho. Odcięłam się od Was, od fejsa, od świata i choroby. Nie dlatego, że nie mam już raka i mam wszystko gdzieś. Własnie dlatego, że nie mam raka i nie mam wszystkiego gdzieś.

Nadchodzi w chorobie (oby w życiu jak największej ilości osób) taka chwila, kiedy słyszysz "jest Pan/Pani zdrowa" i cieszysz się. A z drugiej strony chwyta Cię lęk i strach "czy na pewno?". Wsłuchujesz się w swój organizm bo dzisiaj już wiesz, że wtedy, kiedy wydawało Ci się, że wszystko jest ok okazało się, że masz raka. Tak było ze mną ponad rok temu. Miałam 28 lat masę planów i nieskończonych tematów. Wróciłam z wakacji i wyczułam guza. Kiedy dzisiaj o tym pomyślę jest to odległe jak planeta, z której pochodzi Superman i tak bliskie jednocześnie jak klawiatura na której stukam ten tekst.
Minęło 15 miesięcy odkąd dowiedziałam się, że mam raka. Wielkiego i paskudnego pasożyta, buraka karmionego na własnej piersi. Przez ten czas wiele się wydarzyło, zmieniło to moje postrzeganie.
Nadchodzi Nowy Rok i w ten rok wejdę prócz tego, że rok starsza to zdrowa. ZDROWA. Brzmi jak bajka, coś co przez długi czas dochodziło do mnie przez siedem gór i lasów. Sama nie mogę w to uwierzyć, jednak bardzo mocno chcę i staram się trzymać tej myśli, że to już koniec tej historii a kolejny rok będzie lepszy, zdrowy.
Dwa dni temu byłam w szpitalu na badaniach i kolejnej dawce herceptyny. Pod gabinetem lekarskim jak zwykle rozmowy o raku.
- A Pani jak długo się leczy?
- Ponad rok. Ale już jestem zdrowa, teraz tylko herceptyna i badania do sierpnia (szeroki uśmiech)
- taaa... ja też tak mówiłam dwa lata temu, a teraz znowu chemia.
Przykro mi to słyszeć. Ale do k**wy nędzy, po co mi to Pani mówi? Nie powiedziałam tego na głos. Nie chcę sprawiać nikomu przykrości. Wiem, że ludzie czasami nie pomyślą, ze mogą sprawić ją innym.
Chcę wierzyć, że to już koniec przygód onkologicznych. Każdy chory o tym marzy. Ja postanowiłam te marzenia spełnić. POSTANOWIŁAM być zdrowa. Pamiętam jak w sylwestra 2009 roku powiedziałam Martynie, mojej przyjaciółce, że w tym roku postanowiłam się zakochać, tak na całe życie. Śmiała się ze mnie, że tego nie można postanowić, bo nie mamy na to wpływu. A ja tylko się uśmiechnęłam i powiedziałam "tak będzie, bo tak postanowiłam". 14 lutego (!) poznałam Radka. I to była miłość od pierwszego wejrzenia, a właściwie zdania. Po trzech czy czterech tygodniach już razem mieszkaliśmy i tak minęło 7 lat (prawie). Mimo wzlotów i upadków, wielu niepowodzeń, przeszkód i chorób wciąż jesteśmy razem i wierzę (WIEM), że tak będzie.
Nie żyję może zbyt długo na tym świecie, bo niecałe 30 lat, ale przekonałam się nie raz o sile wiary i podświadomości. Jest tylko jeden warunek. MUSISZ MOCNO POSTANOWIĆ.
Możecie się śmiać, nie dowierzać i mówić, że "los tak chciał", ale ja wiem, że los jest w naszych rękach. Przestaję powoli dopuszczać do myśli inne scenariusze niż ten, że po prostu będę zdrowa, żeby móc żyć i na pewno postaram się pomóc w tym innym, Dzisiaj wiem więcej, wierzę mocniej i mam siłę, żeby postanowić. Kilka ostatnich tygodni ją w sobie zbierałam. Spędziłam kilka dni, kilka wieczorów, kiedy nie myślałam o chorobie, o następstwach i przerzutach. Kilka oczyszczających chwil.
Choroba nie tylko zżera nasze ciała, Przede wszystkich zżera nasze dusze i myśli, które nie pozwalają się uwolnić. Zabija chęć planowania, myślenia o przyszłości, w rezultacie zabija chęć życia, paradoksalnie, bo przecież właśnie o to walczymy. Stąd cisza z mojej strony. Nie potrafiłam odnaleźć tego. czego tyle czasu szukałam. W sieci strachu i lęków ciężko odnaleźć wiarę a tym bardziej pewność swojej przyszłości. Zacięłam się. Dwa dni temu w końcu po ponad roku wybrałam się na basen. Głupia sprawa. Jakiś budynek, wykafelkowane kilkadziesiąt metrów kwadratowych wypełnionych wodą. Dla mnie przed chorobą, ważny kawałek przestrzeni.
Przez jakieś 3 lata, nim zachorowałam na raka, miałam taką przypadłość jak "nerwica lękowa". Mało kto wie, mało kto zna (na całe szczęście). Nie chcę się o tym rozpisywać, można zapytać google;). Wyszłam z tego praktycznie bez leków, swoja głową i z pomocą basenu, który wtedy odwrócił moje myśli o 180 stopni. Dwa dni temu poczułam to samo. Energię, którą dało mi pływanie. Kiedy dwa lata temu poszłam pierwszy raz na basen umiałam pływać "rekreacyjną żabą", bałam się zanurzyć łba nie mówiąc już o oddychaniu pod wodą. Pół roku później robiłam kilometr krytą żabką, a tuż przed feralną diagnozą, prawie półtorej kilometra. Po 15 miesiącach przerwy poszłam popływać i je**ęlam 750 metrów krytą żabą. Po powrocie do domu wbiegłam na 2 piętro z lekką zadyszką, ale w pełni sił i pozytywnych myśli. Dopiero po tym poczułam, że znowu mogę pomyśleć "JESTEM ZDROWA". Oczywiście teraz odpokutowuję to katarem, ale to mało ważne. Wiara, siła i postanowienie znów nadały sens mojemu życiu. Wróciłam. Wielorybki lubią pływać.


Od dwóch dni przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia. Dla mnie czas ważny, trochę czas mojego odrodzenia w tym roku. Cieszę się jak dziecko, bo uwielbiam dawać prezenty, sama dostałam najlepszy prezent od losu - zdrowie, którego będę się trzymać i nie oddam nikomu i niczemu. POSTANOWIŁAM od teraz być zdrowa. Czego i wam życzę kochani!
Czas na życie!
bywajcie w zdrowiu!
Anuk

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Pobudka!

Dlaczego wena dopada mnie zawsze po północy? Kiedy akurat rano muszę wcześnie wstać i funkcjonować w miarę normalnie? Dlaczego nie kiedy mam masę czasu i mogę spać do 11? Chyba nie ma sensu się nad tym zastanawiać, bo jeszcze później pójdę spać. 
Powinnam zacząć od "przepraszam, że tak długo się nie odzywałam..." ale już tyle razy widziałam tak rozpoczynające się posty na blogach... i jeszcze z dodatkiem "obiecuję, że będę pisać częściej...". A guzik! Nie obiecuję i nie przepraszam. Dziękuję wam tylko, że jesteście cierpliwi i jeszcze tu zaglądacie.

Po ostatnim zdołowanym wpisie nie chciałam marudzić i siać fermentu, więc po prostu odpoczywałam od wszystkiego. Nawet rzadko zaglądałam na pożeracza czasu na "f". W tym czasie odwiedziłam stolycę (siedziałam tam 6 dni) i bardzo dużo spałam po przyjeździe. A potem oglądałam dużo seriali, filmów i spotykałam się z ludźmi. Warszawa mnie zmęczyła. Nie wiem jak to możliwe, że kiedyś uwielbiałam to miasto i jego rytm. Może 40 kilogramów temu łatwiej było mi pokonywać te odległości? A może wtedy po prostu nie ułożyłam sobie zabójczego planu spotkań? Tak bardzo chciałam wszystkich odwiedzić i pogadać (a znajomych mam dość sporo w Wawie), że trzeciego dnia zasnęłam o 22 i nie mogłam się dobudzić, a piątego uciekłam o 19 z imprezy, która dopiero miała się rozkręcić. Ale nie narzekam. Poznałam masę onkokoleżanek, które do tej pory znane mi były tylko online i spotkałam się z kilkoma starymi znajomymi. Zabrakło tylko chwili oddechu i może wczucia się w ten rytm, który kiedyś tak bardzo napędzał mnie do życia. A może po prostu się zmieniłam? Najbardziej przeraziły mnie odległości. Wrocław, moje rodzime miasto, choć czwarte pod względem wielkości w PL, jest przytulne i malutkie w porównaniu do stolicy. U nas gdziekolwiek chcesz pojechać to starczy Ci pół godziny, no chyba, że między 15-17 to godzina. W Warszawie godzinę idziesz do sklepu osiedlowego. Szkoda by mi było czasu na mieszkanie tam. Nie zdążyłam nawet zrobić zdjęć, bo większość czasu traciłam na dojazdy, więc jak mogłabym tam się obijać? Życie bez obijania to jak Mikołaj bez brody! (wpiszcie sobie w google grafika - nie ma nawet takiego obrazka!) Dlatego odkąd wróciłam to się obijam, co niektórych wkurza (łącznie ze mną czasami).


Przez ostatni miesiąc zaczęły mnie nachodzić różne dziwne sny. Pojawiają się w nich ludzie z mojej przeszłości, o których nie myślałam wiele miesięcy czy nawet lat. Budzę się rano i walę w czoło "zapomniałam o jego istnieniu!". Dlaczego więc własnie dzisiaj mi się przyśnił? Ponieważ jak wyżej wspomniałam, mam czas na obijanie się i wtedy roztrząsam istotę życia, miałam chwilę na rozkminianie tego zagadnienia i doszłam do wniosku, że nasza podświadomość jest nieźle popieprzona.
Otóż wczoraj śniło mi się, że musiałam pojechać w jakieś dalekie kraje i "uratować" jakąś siostrę zakonną i tam pojawiła się postać (dość dla mnie ambiwalentna), której od około 10 lat nie widziałam na oczy. Rzeczona siostra zakonna okazała się być lesbijką, która się zakochała w jakiejś kobiecie i chciała wziąć ślub, ale ponieważ wierzy w Boga, nie chciała odchodzić z klasztoru i choć targały nią sprzeczne emocje to zrezygnowała z ludzkiej miłości na rzecz Stwórcy. Co więcej, zaczęła śledzić mnie! Postać z przeszłości, zachowywała się w sposób szalony i namawiała mnie do dziwnych działań, po czym zniknęła. Gdyby nie kontekst, o którym zaraz opowiem, można by było rzec, że to metafora walki rozumu z sercem (prawie jak w tp) albo diabła z Bogiem. Nic bardziej mylnego.
Kilka dni wcześniej oglądałam serial "Sposób na Morderstwo", w którym ksiądz zabił drugiego księdza, a adwokat wymyśliła, że alibi da mu kobieta, którą on potajemnie kochał (z wzajemnością), ale tylko platonicznie. W tle serialowym przewijają się również wątki homoseksualne. To wyjaśnienie części snu. Druga sprawa- koleżanka pojechała modlić się do kościoła w Malezji i pisała o tym kilka tygodni temu na fejsie. Na osobę z przeszłości nie znalazłam wyjaśnienia, ale na pewno też czai się w czymś co ostatnio zobaczyłam lub przeczytałam. Skojarzenia wiążą się z obrazami i powstaje z tego pozornie abstrakcyjny sen. Mózg jest niezłym zawodnikiem, bez naszej bezpośredniej pomocy układa historie...o których się nie śniło, chciało by się rzec.



Kontynuując wątek mózgu, prócz snów funduje mi on również niezłe zapadliny w pamięci. Nie pamiętam czasami całych rozmów czy zdarzeń z dnia poprzedniego. Tomografię głowy miałam robioną- wszystko ok. Mam po prostu bardzo intensywny syndrom chemo-brain (mózgu pochemicznego). Z jednej strony nieprzyjemne i uporczywe, z drugiej niezła wymówka, niestety prawdziwa. Uporczywa, kiedy w trakcie gotowania obiadu wychodzę po coś do pokoju i zapominam po co, siadam przed komputerem i przypomina mi się o obiedzie jak poczuję swąd palonego żarcia. Albo kiedy dostaję smsa "To o której będziesz?" i nie wiem gdzie i dlaczego mam być a okazuje się, ze umawiałam się z kimś gdzieś dzień wcześniej. I uprzedzę was- zapisuję sobie...i zapominam, że zapisałam, albo gdzie zapisałam...Szkoda gadać. Kupa śmiechu i zażenowania.


Idąc tropem kupy śmiechu, to niedawno wpadł mi w ręce magazyn SEK&RETY z 1992r. Czasopismo o charakterze erotycznym, głównie z historiami i ogłoszeniami towarzyskimi. Uraczę was kilkoma najciekawszymi, warto poczytać. 20 lat temu to jednak ludzie byli mniej pruderyjni niż dziś, a niby jesteśmy bardziej otwarci.










Mam nadzieję, że się uśmialiście, śmiech to w końcu zdrowie, a zdrowia nigdy nie za dużo...
A skoro już o tym wspomniałam - ja dochodzę do formy i czuję się lepiej. Badania wszystkie ok, więc się nie martwcie, jeszcze długo będę was zamęczać (ewentualnie rzadko).

Dziękuję za uwagę i jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk