Od kilku dni staram się podnieść z kolan, otrzepać i iść w kolejne nieznane z podniesioną głową. Mam jednak ze sobą już plecak, który ciąży mi jakbym niosła słonia.
W czwartek dowiedziałam się z wyniku tk, że mam wznowę. Pobiegłam do lekarki, ta sprawdziła wyniki biobsji i niestety wszystko się potwierdziło. Guz ma 4x3 cm. W międzyczasie zadzwoniłam do dr T i już w piątek byłam na wizycie. On zadzwonił gdzie trzeba i we wtorek miałam konsylium.
Na konsylium byli na szczęście lekarze, którzy mnie znają, więc wszystko poszło sprawnie. Zadecydowano, że będzie chemia, tym razem w tabletkach - xeloda i dodatkowo lapatinib - lek celowany dla raka her dodatniego. Zamiennik herceptyny, dla tych, na których ona nie zadziałała. Czyli dla mnie. Z tego co zdążyłam się zorientować tę mieszankę stosuje się głównie przy przerzutach ale i w rzadkich przypadkach nawrotu podczas stosowania herceptyny.
Po konsylium pobiegłam prosto do chemików na wyznaczenie terminu rozpoczęcia leczenia. Ponieważ lapatinib nie jest dostępny ot tak, tylko w programie badań klinicznych, muszę najpierw zrobić badania. Wyprosiłam u lekarza jak najszybszy termin i obiecałam zrobić chociażby echo serca prywatnie (na szczęście tomografie mam już zrobione). Dzięki temu kazano mi czekać tylko tydzień i już we wtorek dostanę swoje piguły. Ta forma chemii to zupełnie inna bajka niż wlewy. Dostanę wór tabletek, które mam łykać przez 14 dni codziennie, potem tydzień przerwy, badania i kolejny wór tabletek. Nauczona doświadczeniem zapytałam od razu o efekty uboczne. Jest szansa, że włosy zostaną na swoim miejscu, jednak najczęstszymi skutkami ubocznymi jest pękająca skóra i kłopoty żołądkowe. To drugie trochę mnie przeraża, bo już teraz mam refluks i przepuklinę żołądka, które utrudniają życie. No ale mus to mus.
Bardzo żałowałam, że nie mogę dostać tych leków natychmiast. Tydzień to niby mało, ale chciałam przypomnieć, że przez pół roku (a może i krócej) guz urósł do 4cm. Teraz jest już większy bo po biobsji ruszył (od tamtej pory minęły prawie 4 tyg)...mam nadzieję, że nie ruszył razem z krwiobiegiem do innych narządów...TFUUU, na psa urok i tysiące żabich odchodów!
Tego samego dnia, po konsylium i ustaleniu daty w końcu oficjalnie poszłam po wyniki biobsji. Co za paranoja z tą biurokracją szpitalną! Wyobraźcie sobie, że aby móc odebrać wynik trzeba zadzwonić między 8 a 9 rano pod konkretny nr tel (nie, nie można pójść do rejestracji, jakiegoś gabinetu czy gdzieś, można tylko i wyłącznie dzwonić!) i wtedy dopiero wyznaczają termin odbioru w gabinecie. Nie ważne, że ja już znałam wynik, nie ważne, że byłam w szpitalu pięć po dziewiątej, inaczej się tego nie załatwi. Co więcej odbiór wyników jest w innym miejscu niż cała reszta gabinetów, w strasznym budynku zajmującym się leczeniem paliatywnym (boję się tego terminu jak najgorszych koszmarów z dzieciństwa). Wyobraźcie sobie jakież było zdziwienie chirurga, któremu oznajmiłam, że już wszystko wiem, jestem po konsylium i mam wyznaczony termin leczenia! Był pod wrażeniem, a ja ucieszyłam się, że dzięki determinacji chociaż raz udało mi się pokonać biurokrację. Wynik histopatologiczny okazał się taki sam jak ten po operacji - hormony 0% i her +2 czyli nieokreślony, wysłany na fisha, jednak lekarze są pewni, ze będzie dodatni jak poprzednio.
Ogólnie nie jest mi wcale do śmiechu, jednak staram się nie dawać owładnąć strachom i widmom przerzutów i śmierci (mimo iż depczą mi po piętach). Na nową walkę przygotowałam nowy wizerunek - pofarbowałam włosy na różowo. Skoro nie mam różowych okularów, może włosy mi je zastąpią. Zawsze takie chciałam, ale nie miałam odwagi. Dzisiaj to one mi jej dodają.
Z lepszych wiadomości, mam nowy komputer - prezent urodzinowy od Radka. W końcu go odebrałam i uruchomiłam - nic nie furczy i nie wiesza się, a windows uruchamia się w 5 sekund!. W przeddzień konsylium prócz różowych włosów sprawiłam sobie różowe trampki i jeszcze dwie pary innych butów (kompulsywne nerwowe wydawanie pieniędzy, na szczęście są przeceny i wydałam tyle co za jedną parę niedrogich butów ;)
Od środy czekam. Staram się nie myśleć obsesyjnie o krążących w moim ciele komórkach nowotworowych, które chcą mnie zeżreć. Odkąd oznajmiłam światu, że mam wznowę dostałam masę wiadomości, komentarzy i maili ze wsparciem od was. Jestem wdzięczna, wasza wiara w moją siłę nie pozwala mi się poddać, nie mogę zawieść dziesiątek ludzi ;). Ambicja i upartość mi na to nie pozwalają. Jednak nie powiem, że jest łatwo. Jest dużo ciężej niż poprzednio. Straciłam wiarę w lekarzy i łut szczęścia. Jestem zawiedziona i wkurwiona. Tym razem chyba sięgnę dalej i postaram się jakoś wspomóc leczenie. Mam kilka pomysłów, ale wciąż szukam i wierzę tylko, że coś wymyślę, tym razem skutecznego. Ciężko mi tylko z moim cholernym racjonalnym podejściem, trudno będzie znaleźć skuteczne placebo, uwierzyć naiwnie, że coś pomoże. Jednym słowem rak upierdolił mi skrzydła i muszę pieszo zapierdalać do celu, rozpiździć tę kłódkę w drobny mak, wyciąć krzaki, zarośla, odgonić dzikie zwierzęta i szukać mojej łąki i nowego lądu do podbicia. Może nie sprzedam duszy diabłu, bo to by było zbyt proste, ale postaram się dogadać z każdym Bogiem czy inną siłą nadprzyrodzoną, żeby przeżyć i po raz kolejny nie stanąć przed cholernym murem czy innym tunelem. W końcu jestem Anukiem, a to podobno w jakimś indiańskim języku oznacza "niedźwiedź". Widzieliście kiedyś płaczącego niedźwiedzia? (prócz pizdowatego Kolargola?:))
Bywajcie w zdrowiu, przynajmniej wy, skoro mi to nie wychodzi...
Anuk


































