Dostałam zakaz pokazywania się w miejscach publicznych. Czy aż tak źle wyglądam, Pani doktor?
Nic nie dzieje się bez przyczyny. Moje ostatnie jojczenie chyba wzięło się z tego, że przeczuwałam, że coś jest nie tak. No i miałam racje. Białe krwinki postanowiły się zbuntować i zostawiły mnie na polu bitwy z jakimiś niedobitkami pirackich majtków. Widać kiepski ze mnie kapitan.
Odkąd zaczęłam leczenie pierwszy raz się to zdarzyło. Ani czerwona chemia, ani taxole /tamte poprzednie, których nazwy jak zwykle nie pamiętam/ nie sprawiły, że moje wyniki obniżyły się aż tak bardzo. Nie dostałam we wtorek chemii. Mogli mi dać neupogen albo neulastę - zastrzyk na wzrost białych krwinek - ale leżała bym teraz w łóżku i jęczała z bólu. Raz kiedyś dali mi "na wszelki wypadek" i trzy dni nie spałam, tylko płakałam. Pani doktor stwierdziła, ze mi oszczędzi tego bólu i przeczekamy. Niestety moja odporność jest marna.
Siedzę więc w domu i staram się dobrze czuć, chociaż mój organizm jest jakiś taki zrezygnowany. Wczoraj chciałam posprzątać, bo w domu mam więcej much niż prezydent wyborców, ale po kilkunastu minutach ścięło mnie z nóg. Jakbym wypiła jakąś truciznę. No i tyle było sprzątania bo padłam na pysk i zasnęłam. Ale to wszystko pikuś. Znowu wypadają mi włosy. Wiem, że to żadna tragedia - sama powtarzam "włosy nie cycek- odrosną", ale tracenie ich po raz drugi jest smutniejsze.
Były takie wyczekiwane i upragnione, mam taką fajną fryzurę i kolor...na dodatek są gęściejsze niż były wcześniej. No, ale co zrobić? Będę musiała pogodzić się z moimi turbanami, które upchałam na dnie szafy i powiedziałam "żegnajcie paskudy". Najlepszy był mój Tato, mistrz pocieszania:
- Nie martw się, przecież odrosną, pomyśl sobie - może kolejne będą jeszcze ładniejsze i gęściejsze? A może odrosną kręcone? Mało który człowiek na świecie ma szanse mieć kilka rodzajów włosów w swoim życiu.
To fakt. Zdecydowanie poprawiło mi to humor. Po raz kolejny Tata zaskoczył mnie swoim myśleniem - tak pokrętnym jak moje. Bo przecież "Problemem nie jest problem, problemem jest twoje nastawienie do problemu" /Jack Sparrow to moje alterego ;)/
Póki co postanowiłam się nie poddawać - nie upierdolę głowy na łyso, zobaczymy ile wytrwam. Raz, że jestem uparta, dwa, włosy wypadają mi co drugi dzień - taka ciekawostka. Dwa dni temu skóra głowy zaczęła mnie boleć i włosy po kilka, wychodziły po pociągnięciu. Wczoraj nic. Włosy trzymały się mocno głowy. Dzisiaj powtórka z przedwczoraj. Może jak będę dla nich miła i nie będę za bardzo ich tarmosić to zostaną? Polubiłam już swoją siwą grzywę...
Przede mną weekend. Nie wyjdę nigdzie, więc mam nadzieję, ze może ktoś mnie odwiedzi. A jak nie, to spędzę kolejne dni uczepiona do monitora komputerowego oglądając kolejne sezony, kolejnych seriali. Tego o mnie nie wiecie - jestem serialomaniaczką i mam obejrzanych na swoim koncie ponad 250 seriali. Imponująca liczba, co? Kiedy zassie mnie jakiś serial to po prostu oglądam go nocami odcinek po odcinku, śpiąc po 2-3 godziny. Poza tym nie mam w domu tv, nie spędzam czasu na oglądaniu czegokolwiek innego, tylko wybrane seriale i filmy. A ponieważ mam coś w sobie z masochistki, zaczęłam oglądać seriale z chorobą na pierwszym planie. Pewnie macie już dosyć tej tematyki, ale gdybyście jednak mieli ochotę, to polecam wam "Chasing life", serial o młodej dziewczynie chorej na białaczkę. Taki familijny serialik o raku - ciekawe połączenie, ale jest sporo prawdy w nim. Co ciekawe trafiłam na niego przypadkiem kiedy czekałam na wyniki biobsji, czyli prawie rok temu. Wtedy po jednym odcinku mnie zmroziło - to mogę być ja. Wróciłam do oglądania po kilku miesiącach, kiedy przestało mnie ruszać, że to faktycznie ja jestem bohaterką tego filmu. Oczywiście w przenośni - ona jest szczuplejsza, ładniejsza i ma fajna chatę:)
Gdyby ktoś chciał porozmawiać o serialach lub poradzić się co obejrzeć służę pomocą. To drugi, zaraz po jedzeniu, temat o którym mogę rozprawiać godzinami i ciężko mnie zatrzymać jak się rozpędzę. Niestety coraz mniej ciekawych pozycji do obejrzenia, bo po takiej ilości wszystko stało się dla mnie przewidywalne i schematyczne. Może powinnam zacząć pisać scenariusz? :)
Mam nadzieję, że do wtorku moje białe krwinki wrócą z wojaży i dostanę kolejną chemię. Nie chciałabym, żeby ten proces ciągną się kolejne miesiące, w końcu to tylko "na wszelki wypadek". Według moich obliczeń wszystko powinno zakończyć się w połowie października, więc mam nadzieję, że nie będzie kolejnych poślizgów.
Tymczasem, dzisiaj facebook przypomniał mi mój post sprzed roku. Jak go zobaczyłam to sobie pomyślałam, że mój komputer w pracy i mój organizm mają ze sobą wiele wspólnego:
"Nie można posprzątać chaty D:\anka\2015\...\strzegomska.psd ponieważ nie"
Życzę wam miłego weekendu, kochani i wiecie co jeszcze?
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk
Wiecie, że nie lubię narzekać, staram się żyć pełnią sił i czerpać ile się da. Nie tylko dla siebie, ale dla moich bliskich, dla rodziny i tych dalszych, którzy czytają i mi kibicują. Staram się być jak wiking - wejść, jebnąć i wrócić pełną chwały. Ale czasami to ponad moje siły.
Nie chcę współczucia i pocieszania. To ja pocieszam innych. Tak już mam, że lubię być silna i pomagać, Od zawsze, nawet jak nie miałam siły, próbowałam unieść świat na swoich barkach. Zeszłej nocy miałam fajne sny. Byłam kimś innym. Zdrowym człowiekiem, który ma niesamowite przygody. Obudziłam się i zrobiło mi się smutno. rzadko odczuwam smutek, ale pomyślałam, że mogłoby być inaczej.
Codziennie wchodzę na portal społecznościowy na "f" i widzę zdjęcia, posty znajomych, którzy mają swoje radości i problemy. Wiadomo- jak każdy z nas. I czasami dławi mnie jakiś żal, że nie mogę tego wszystkiego robić, pływać, bawić się jak inni, cieszyć z macierzyństwa, z dalekich podróży itd. Robię co mogę, żyję na ile choroba i leczenie mi pozwala i czuję, że to wciąż za mało. Mało mi życia.
Nie wiem czy to choroba, czy mój charakter sprawiają, ze wciąż chcę więcej i więcej. Tak bardzo chciałabym znów być nieśmiertelna, jak jeszcze nieco ponad rok temu.
Słyszę ciągle od znajomych, czego nie powinnam robić, a co powinnam, Bo przecież trzeba o siebie dbać, żyć bez używek, nie przemęczać się, chuchać i dmuchać i cieszyć się chwilą. Racja. Ale czy zdrowi nie muszą tego robić? Czy nie powinni?
Życie mnie niesie, wraz ze wszystkimi problemami, zdrowotnymi i tymi spoza granicy NFZ-towskiego shitu. Jestem tylko człowiekiem, ze słabościami i pragnieniami. Bawić się jak inni 29-latkowie i martwić się o to, czym oni się martwią.Nie chcę być tą cholerną młodą dziewczyną, która jest wyjątkowa przez to, że jest chora na raka. Nie chcę być tylko walczącym o życie człowiekiem.Nie chcę słyszeć ciągle, że "będzie dobrze", nie chcę życ pod presją pieprzonych badań i lekarzy z zatroskaną miną. Wkurwia mnie to, że są osoby, które mają jeszcze gorzej. Wkurwia mnie to, że są osoby, które mają lepiej. Czasami po prostu ogarnia mnie wkurwienie na cały świat. Potem mija. I znowu staram się żyć pełną piersią.
Kiedy ogarnia mnie ten dziwaczny smutek i złość, wszyscy starają się mnie przekonać, że nie powinnam wpadać w taki stan. Martwią się. Rozumiem to, ale każdy człowiek po prostu musi mieć taki dzień, żeby nie zwariować. Zdrowy, chory, każdy. Nie da się być chodzącą "pozytywną energią", bo nie jesteśmy pieprzonymi lalkami barbie z namalowanym różowym uśmiechem.
Płaczemy. Krzyczymy, Leżymy bez ruchu, wgapiając się w biały czy inny sufit. Jesteśmy ludźmi.
Często myślę o śmierci, nie dlatego, że się jej boję, tylko dlatego, że przyjdzie wcześniej czy później. Boję się o tych, którzy tutaj zostaną i będą cierpieć, bo kawałek ich życia, związany ze mną zostanie nagle zabrany. Nie wierzę w życie po śmierci i spoglądanie z chmurek na innych, może dlatego czasami się tak martwię. Mam nadzieję, albo może raczej wiem, że to tak szybko nie nadejdzie. Może dlatego, że mam przekonanie o drodze, która mnie jeszcze czeka. Nie tyle do zbawienie, co do pokonania. Część, która myśli racjonalnie, mówi mi, że to przekonanie jest bez sensu, ale nigdy do końca racjonalna nie byłam, bo po co?
Studiowałam etnologię, to taki kierunek zupełnie bez znaczenia dla światowej nauki. Uczyłam się tam o przesądach, wierzeniach, języku, zachowaniach ludzi itp. To takie połączenie socjologii, kulturoznastwa i wsiologii, nikomu nie potrzebna humanistyczna papka. Ale mi się przydała, żeby zrozumieć, może nie tyle innych co siebie. I jakoś mimo wszystko chyba z tą wiedzą jest mi łatwiej żyć, w chorobie i zdrowiu. Mogłabym was zasypać dziwnymi ciekawostkami, ale nie czas na to,
Każdy z nas, zdrowy czy chory potrzebuje normalności. Stanu zero. Resetu systemu, żeby móc wystartować od nowa. Niekiedy trzeba się wygadać i wypluć z siebie trochę żółci i jadu. Nie bójmy się tego. Nie bójmy się co inni pomyślą. Pozwólmy sobie na szczerość i po prostu bycie sobą. Malkontentem, narzekaczem, chuliganem, rozrabiaką, histerykiem, błaznem, królewną czy kimkolwiek innym. Pozwólmy odetchnąć hamulcom, czasami. A potem złapmy z powrotem pociąg do życia i pierdolmy wyznaczone tory. Stwarzajmy własne, pokręcone i dziwne, złapmy trasę na życie jakie chcemy mieć, a nie jakie powinniśmy. Gdzieś na końcu pozostaniemy sami z tym co stworzyliśmy i z tym co zrobiliśmy, a nasze pragnienia i życzenia umrą w zapomnieniu. Życie jest (chyba) tylko jedno.
Popisałam sobie trochę bez sensu, ale już mi lepiej. Jutro znowu wstanę z piersią pełną chęci do życia i pójdę podbijać świat. Na swój "chory" na raka sposób. Nie dajmy się zwariować, każdy musi mieć chwilę słabości i wyżalić się na chujowy los. Już nigdy nie będzie tak samo, pewnie będzie lepiej.
Dużo się dzieje. Nie wiem ile razy już ten wpis zaczynałam, ale mam z 10 roboczych wpisów, zaczynam i nie kończę. Świat pędzi i ja pędzę gdzieś razem z nim.
Nie wiem nawet od czego zacząć, mam nadzieję, ze tym razem uda mi się skończyć...
Sześć tygodni radioterapii minęło jak z bicza trzasł. Nie wiem nawet kiedy, bo zaraz po zakończeniu pojechałam w pizdu - najpierw do Pałacu Heimanna - zaprzyjaźnionego miejsca i człowieka, a potem nad morze do Międzyzdrojów. Dużo by opowiadać, ale nie będę was zanudzać.
Kota zostawiłam u rodziców i mimo zabezpieczeń na balkonie, skubana uciekła. Ja w tym czasie bawiłam się przednio na wczasach, a ona poszła w tango z dzikimi kotami. Skubana jest w domu najspokojniejszym kotem świata, a na dworze staje się królową dzikości. Dwa tygodnie spędziła na gigancie, trochę było zabawy z łapaniem. Wrzucałam na bieżąco info z polowania na facebooku. Wrzucę i wam, bo nie wszyscy pewnie widzieli:
Polowanie na kota part 1. Przylazlam na podwórko koło chaty rodziców, gdzie moja mała głupia kotka spierdoliła kilka dni temu. Oczywiście moja matka już czaiła się za rogiem i szeptem na mnie nawrzeszczała, że co tak późno, kot już był ( do tej pory tylko ona widziała Armiśkę na dworze, więc powątpiewałam czy to na pewno ona) na szczęście to małe czarne ścierwo ma kudłaty ogon więc nie trudno ją odróżnić od podwórkowych burków (a jest ich tutaj od ch*ja). Jeden nazywa się Chińczyk, bo ma jakąś chorobę oczu i przez to skośne oczy, ale podobno mu to nie przeszkadza w zapładnianiu dzikusek. Siedzę teraz jak ostatni debil w krzakach (jak bym była facetem wzięli by mnie za zboka, bo kitram się za samochodami, ale na krzesełku co mi je mama przyniosła.) komedia jak ch*j. A Armiśka przed chwilą tu była, jakies 5m ode mnie ale jak się na nią spojrzałam to spie*dolila. I najwyraźniej ma tutaj stalkera, bo jak ruszyła to za nią z kopyta pognał czarny jegomość w białych skarpetach i tyle ją widziałam. Młoda na gigancie a ja wakacyjny wieczór spędzam w krzakach. Zabawa na całego. Polowanie na kota part 2. Postanowiliśmy spróbować złapać kota w żywołapkę - to taka klatka z zapadką, na którą zwierz ma wejść chcąc dostać się do żarcia i wtedy klatka się zamyka. Dzisiaj do mnie owa pułapka dotarła, więc postanowiliśmy wypróbować ustrojstwo już dzisiaj. W międzyczasie moja mama dogadała się z prezesem zakładu, na którego terenie koczowała Armiśka, żebyśmy mogli tam wejść. Po drodze od wejścia za płot przywitały nas trzy koty. Oho, będzie wesoło, najwyżej przyniesiemy innego kota do domu. Moja mam wskazała nam miejsce gdzie nasza kota siedzi i poszła w tym czasie dać dzikusom żreć, żeby tu się nie zbiegły. Nim jeszcze ustawiliśmy klatkę pojawiła się nasza zguba. Z dystansu patrzyła na nas wzrokiem "no dajcie mi żreć i wypierdalajcie z mojej miejscówy". Przygotowaliśmy wszystko i odeszliśmy jakieś 10 m dalej. Po chwili kota była już przy klatce. Popatrzyła czy z góry nie da się wyjąć żarcia, albo z boku aż w końcu zdecydowała się wejść. Czekaliśmy z zapartym tchem na dźwięk zapadni, ale nic takiego się nie zdarzyło. Po chwili Armia wyszła i gdzieś się skitrała. Po oględzinach okazało się że przesunęła sobie łapką pojemniczek z żarciem i opróżniła go bezpiecznie...a zapadni nie uruchomiła, jeb*na spryciara! Dobra, drugą porcję położyłam bez pojemniczka na zapadni. Znowu wlazła i nic. Nie wiem jak ten skubaniec to zrobił, ale nie wlazła na zapadkę! Straciłam nadzieje. Aż tu nagle kota siadła kolo klatki, gapi się na nas i zaczyna miauczeć...no to my "Armiśka, Armia, Armisia, kochanie, kotku kici kici, koszka, choć! Kici-kici..." i tak w kółko jak nawiedzeni. Małe ścierwo zaczęło kroczyć w nasza stronę powolnym krokiem drąc ryja w niebogłosy "mraaaaauuuuuu" podeszła do mnie (mi już nogi ścierpły od kucania a w gardle zaschło w pizdu) powąchała mnie i czmych- uciekła. Co tu robić? Nagle z drugiej strony placu wyświetla się moja matka. Kota ją zobaczyła i widzę, że chce spierdolić w palety stojące obok, to drę się po cichu " mama, idź stąd, schowaj się" a matka se siada na krawężniku... ręce mi opadły nie wspominając o cyckach. W końcu po moich naciskach mama poszła, za to pojawił się znany okoliczny ślepy, koci ruchacz pseudonim Chińczyk. Ku*wa zaraz wlezie do klatki i będzie po polowaniu. Powzięłam męską decyzję, spróbuję tę małą dziwkę podejść. Wzięłam żarcie w łapę i lezę w jej stronę " zobacz co tu mam, pańcia ma jedzonko (ty w kur*ę je*any osiołku!)" Podlazłam, postawiłam żarcie i usiadłam obok. Miśka chwilę się wahała, ale chyba głód zwyciężył...a ja nie czekając jak zje złapałam piździelca za kark krzycząc "Mam Cię!" Potem była chwila szamotaniny przy wrzucaniu do klatki ale jakoś się udało i mała powsinoga przyjechała z nami do domu po drodze miaucząc, a brzmiało to jak: " ooooojeeeej, oooonieeeee!" Mission complete!
Na szczęście się udało, ale jak sami widzicie nie było łatwo.
Wracając do wyjazdu nad morze, to na szczęście nie było zbyt upalnie, choć pewnie inni wczasowicze nie byli zadowoleni. Ja przynajmniej nie musiałam zbytnio uciekać przed słońcem, bo jak wiadomo rakowym panom i paniom słońce nie służy. Pojechałam tam z całą ekipą i było na prawdę wesoło.
Chyba po raz pierwszy w swoim dorosłym życiu byłam na wczasach, takich gdzie łazi się na rybkę i zwiedza turystyczne atrakcje. Do tej pory moje wyjazdy były raczej dzikie i mało standardowe. Postanowiłam zrobić wszystko, czego do tej pory nie robiłam - np. spróbować wyłowić maskotkę z tej maszyny z łapką. Mam zawsze mi mówiła, że się nie uda i nie pozwalała wydawać pieniędzy na głupoty. Miała rację, ale po 20 latach od tamtej pory, musiąłam przekonać się na własnej skórze. Oprócz tego poszłam też na strzelnicę, gdzie z broni paintballowej trzeba było trafić 8 obiektów na 10 strzałów. Udało mi się ku zaskoczeniu Pani pilnującej przebiegu, chociaż niechcąco wrzuciła mi 11 kulek, a ja jakimś 6 zmysłem to wyczułam i choć trafiłam 7/10 postanowiłam sprawdzić i strzeliłam po raz 11. Trafiłam. Wygrałam maskotkę. Ot szczęście głupiego:)
Byliśmy też w muzeum figur woskowych, kinie 7d i planetarium. Znów poczułam się jak dziecko, i poczułam też, że wróciła w moje trzewia nieśmiertelność.
No i udało mi się zrobić coś co zawsze mi nie wychodziło - zaliczyć wschód i zachód słońca nad morzem:)
Wypoczęłam, nabrałam sił, żeby znowu wrócić na pole bitwy! Szóstego sierpnia zostałam przyjęta na oddział chemioterapii celem:
1. założenia portu
2. przejścia badań
3. przyjęcia herceptyny
4. przyjęcia paclitaxelu, czyli kolejnej chemii.
Oczywiście nie obyło się bez przygód, jak to zwykle u mnie bywa. Miało pójść gładko - w czwartek badania, w piątek port, w sobotę hercia, w niedzielę chemia i do domu. Niestety, lekarze zapomnieli, że musze mieć badanie ginekologiczne zaliczone przed podaniem herci (inaczej nie dostaną zwrotu z NFZ) i im się w piątek o 14 przypomniało, a wszyscy z ginekologii byli na sali operacyjnej. I tak poleżałam sobie w szpitalu gratis weekend i wyszłam dopiero we wtorek. No ale nie ma tego złego, na dworze było 38 stopni w cieniu, a w szpitalu klimy z korytarza trochę chłodziły. Poza tym poznałam kilka ciekawych osób i jakoś to razem przeszliśmy.
Wczoraj dostałam już drugą dawkę chemii i chyba jeszcze sterydy działają bo po nieprzespanej z powodu bólu brzucha nocy, potem wpadłam w wir gotowania i upiekłam kurczaka, zrobiłam bitki wołowe, marchewkę gotowaną, ziemniaki i ukisiłam ogórki. W międzyczasie jeszcze zorganizowałam wydarzenie pomocowe dla naszej Lucynki, którą pewnie znacie z bloga. Jeśli ktoś z was chce kupić biżuterię, którą Lucyna robi, i tym samym ją trochę wspomóc to zapraszam serdecznie: POMAGAMY LUCYNIE.
Gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi wydarzeniami, dostałam maila z prośbą o udostępnienie na blogu informacji o onkomapie. Na tym portalu pacjenci onkologiczni mają możliwość wyrażenia opinii o swoim lekarzu oraz ośrodku, w którym się leczą. Opinie te są wskazówką dla innych pacjentów, pomocną przy wyborze lekarza i ośrodka onkologicznego. Jeśli możecie, macie ochotę i czas to skrobnijcie tam coś dla dobra nas wszystkich.
Uff...udało mi się. mam nadzieję, że ten długi dość post odrobinę zrehabilitował moja długą przerwę w pisaniu. Nie obiecuję, że będę pisać częściej, bo znów może mnie porwać wir życia albo upał wyżreć mózg jak ostatnio. Nic nigdy nie wiadomo, ale pamiętam o was i cieszy mnie każdy mail, każde wejście i dobre słowo, które pozostawiacie w komentarzach.
Rok 1973. W Sztokholmie przy placu Normalmstorg dochodzi do napadu na Kreditbanken. Napastnicy przez kilka dni (23-28 sierpnia) przetrzymują zakładników. Po kilku dniach policji udaje się pojmać przestępców i uwolnić zakładników. Okazuje się, że podczas przesłuchań osoby przetrzymywane bronią napastników i odmawiają zeznań przeciwko nim. Szwedzki kryminolog i psycholog nazywa ten fenomen "syndromem sztokholmskim", termin szybko przyjmuje się wśród psychologów na całym świecie oznaczając najogólniej rzecz biorąc sympatię ofiar do oprawców...
Rok 2015. We Wrocławiu przy placu Hirszwelda, Anna po raz 22 idzie poddać się naświetlaniom. Dobrowolnie wchodzi do bunkra z maszyną zwaną clinackiem i bez oporów poddaje się zabójczym promieniom. Mija dziesiąty miesiąc od kiedy wpadła w szpony Dolnośląskiego Centrum Onkologii. Jednakże sympatia do tego miejsca zrodziła się dużo później niż u zakładników ze Sztokholmu. Nie zmienia to faktu, że mimo iż nienawidzi tego miejsca, czuje się tutaj jak w drugim domu...
Życie jest dziwne (rzekłabym nawet popier*olone), a psychika ludzka pokręcona jak jak filmy Tarantino. Od września ciągają mnie po tym szpitalu w te i we wte, wchodząc na oddział chemioterapii z automatu mam torsje, w przychodni dostaję klaustrofobii a żyły mam wypalone do cna. Mimo tego kiedy wchodzę na teren szpitala, czuje się tam dobrze. Wszyscy mnie tu już znają, panie na radioterapii zagadują, ludzie w poczekalni też i po prostu jest fajnie...sama dziwię się co piszę :)
Szpital - widok od tylnego wejścia
Bunkry z Clinackami
Nie wiem kiedy minęły 22 naświetlania. Czuję się dobrze, nawet skóra nie piecze za bardzo i nie mam oparzeń. Wyniki co tydzień mam dobre. Trochę tylko jestem osłabiona. Ale ten okres wcale tak spokojnie mi nie minął. Nie pisałam długo bo czekałam na badania kości - scyntygrafię. Bałam się do tego czasu jak cholera, bo kości bolą mnie co do jednej, a szczególnie kręgosłup. Oczywiście naczytałam się o przerzutach co nie przywróciło mi wcale pogody ducha. W końcu kiedy nadszedł dzień badania, trochę jakby nerwy puściły. Na następny dzień miały być wyniki z samego rana. Pojechałam do szpitala (innego niż DCO) jeszcze przed naswietlaniami i kiedy weszłam do budynku oblał mnie zimny pot a podłoga zaczęła falować pod stopami. Doszłam do pracowni i zapytałam o wyniki:
- Lekarz właśnie weryfikuje Pani wynik, potrwa to około piętnastu minut.
Klapnęłam w poczekalni i próbowałam nie myśleć. Jak się domyślacie było to niemożliwe. W końcu po bardzo długich 20 minutach pielęgniarka mnie zawołała. Musiałam być blada jak ściana kiedy podawała mi do ręki wynik, bo od razu wypaliła
- Proszę się już nie bac, wszystko jest w porządku.
A ja popłakałam się jak dziecko. Tyle, ze ze szczęścia. Po chwili przybiegła druga pielęgniarka i zaczęły mnie przytulać i chyba one tez się wzruszyły. Jest dobrze, kolejny level zaliczony z pozytywnym wynikiem.
Pojechałam na radio i wchodząc pochwaliłam się paniom technikom wynikiem i one tez cieszyły się razem ze mną. To był zdecydowanie dobry dzień a ja od tamtej pory w końcu spokojnie śpię:)
Wczoraj do Wrocka zawitała onko-kolezanka z Warszawy. Obiecałam, że się nią zaopiekuję i słowa dotrzymałam. 35 stopni w cieniu a my twardo łaziłyśmy po Wrocławiu. Dołączyły do nas jeszcze Ala i Aśka i tak utworzyłyśmy nowy rodzaj zgrupowania - gang onkolsena ;)
Lidka i Ja;)
Wróciłam padnięta, ale szczęśliwa i podekscytowana, bo już dzisiaj z samego rana miałam przejść metamorfozę...włosową. O 10 wizyta u fryzjera.
Chyba z czystym sumieniem mogę wam polecić Cyrulika Wrocławskiego jako dobrego fryzjera i fajne miejsce z przyjazną atmosferą. Co prawda moja metamorfoza trwała, bagatela, 3,5h, ale tak to jest z pochemicznym włosem, który odmawia współpracy i zamiast robić się biały, zazielenia się dziwnym blaskiem. Łukasz musiał farbować mi włosy trzykrotnie, ale się opłacało - efekt osiągnięty!
przed
w trakcie
i efekty :)
Jest moc! ;)
I jak wam się podobam w wersji blond?:) Ja jestem zadowolona. Uwielbiam zmiany, uwielbiam DIAMETRALNE zmiany. Raz się żyje i choroba codziennie mi o tym przypomina. Żałuję tylko, że włosy mogą wypaść po kolejnej chemii, pociesza mnie fakt, że chociaż miesiac będę wyglądać bosko ;)
Zachęcam was dziewczyny do metamorfoz. Odrzućcie przyzwyczajenia, zaszalejcie w te wakacje z wyglądem - w końcu włosy nie cycek - odrosną!
Życie z chorobą to ciągłe łażenie po lekarzach, czyli jakby nie patrzeć przygody, z których czegoś nowego się można dowiedzieć.
Dzisiaj minęło mi 10 lamp, jeszcze tylko 18 i będę mogła pożegnać się z "bunkrem" i ruszyć dalej. Pewnie w stronę kolejnej serii chemii. Już mnie to przestało przerażać, choć chciałabym móc powiedzieć "koniec leczenia", no ale trzeba to trzeba. Szczęśliwie złożyło się, że naświetlania mam od poniedziałku do piątku i w weekendy mogę się obijać, leżeć, pachnieć i...sprzątać też niestety trzeba. Ale ja nie o tym chciałam...Zadzwonili do mnie z poradni genetycznej, żebym przyjechała po odbiór wyników. W kwietniu byłam na pobraniu krwi celem wykluczenia lub potwierdzenia rzadszych niż brca1 i brca2 mutacji (tamte zrobiłam już wcześniej i wyszły negatywnie).
Stawiłam się o umówionej porze do lekarza, przyjął mnie Pan doktor w wieku ok. 50 lat. Nim cokolwiek prócz "dzień dobry" powiedział siedziałam tam jak kołek 10 minut i patrzyłam jak czegoś szuka, gdzieś biega i coś wklepuje do komputera. No ale nauczyłam się już cierpliwości w kolejkach, więc jakoś specjalnie mnie to nie irytowało. W końcu wyjął z teczki moje papiery i mówi:
- Pacjentka, zachorowała na raka piersi w wieku 32 lat
- Niemożliwe Panie doktorze, bo dopiero co skończyłam 29
- A widzi Pani! To nawet Pani nie wiedziała, że Pani doktor już przewidziała, ze zachoruje Pani za trzy lata! (ale mi żarcik, o ja pier..le bardzo śmieszne)
Zaczął poprawiać w komputerze i czytać dalej, okazało się, że Pani doktor jeszcze więcej takich dziwnych rzeczy wpisała, ale mniejsza z tym. W końcu się pytam o wynik, a Pan doktor rzecze:
- Nie ma pani mutacji TP53, którą Pani doktor podejrzewała, chociaż patrząc na dane, które posiadam o zachorowaniach w Pani rodzinie, to dziwny wniosek wysnuła, sądząc, że to może być to. Możemy zrobić jeszcze jedno badanie - inne mutacje genu brca1, rzadsze, których zwykle się nie robi. To ostatnie co w ramach NFZ możemy sprawdzić.
- No ale jeśli nie mam tych mutacji to co mogło spowodować tego raka?
- Cóż, w przypadkach takich jak Pani, pojedynczego raka piersi w rodzinie, przeważnie badania nie wykazują żadnych mutacji. Są dwie możliwości- kumulacja czynników zewnętrznych, co w Pani wieku musiało by być wyjątkowym pechem i jest mało prawdopodobne, lub rzadka mutacja, której nie badamy, lub jeszcze nie została odkryta.
- I co teraz?
- Teraz do końca życia musi Pani się badać - sama w domu chociaż raz w miesiącu, usg piersi raz na 3 miesiące/pół roku, mammografia raz do roku lub tak jak wskaże lekarz onkolog. Ale jest Pani w grupie wysokiego ryzyka - przeważnie w takich wypadkach rak wraca.
KURTYNA
Co ja na to? Jestem czy nie jestem mutantem? Od zawsze przydarzały mi się w życiu dziwne i niespotykane sytuacje, urodziłam się z rozczepem wargi, ale nie miałam żółtaczki poporodowej. W wieku 1,5 roku wyskoczyłam z wózka prosto na twarz i połamałam sobie nochala i do tej pory mam go pokrzywionego (bo szpitalu uznali, że jestem za mała na prostowanie). W przeddzień pójścia do przedszkola biegałam po placu zabaw i wywaliłam się ścierając sobie pół twarzy - potem wyglądałam jak ten z batmana i dzieci w przedszkolu nie chciały się ze mną bawić.
W wieku 6 i 8 i 18 lat miałam mocno obitą (lub pękniętą) kość ogonową, przez co nie mogłam długi czas siedzieć na dupie (okoliczności różne, przeważnie nieuwaga i niedorajdowatość). Na maturze z polskiego (pierwszy rocznik nowej matury) nie poszła mi płyta z prezentacją i o mały włos bym nie zdała, ale komisja pozwoliła mi zadzwonić po rodzinę, żeby dowieźli inną płytę i zdawać na końcu...No i właśnie w każdej z tych historii (a mogłabym jeszcze długo wymieniać) jest jakieś szczęście w nieszczęściu, bo przecież, mogłam mieć rozczep całego podniebienia, a na wardze się skończyło, mogłam rozwalić sobie łeb a nie tylko połamać nos, na twarzy mogły mi zostać szpetne blizny, a jednak wszystko o dziwo ładnie się zagoiło, mogłam połamać sobie kręgosłup, a obiłam tylko dupala, mogłam nie zdać matury a tak tylko się podenerwowałam. Tym razem mam nadzieję, mój życiowy fart ochroni mnie przed przedwczesną śmiercią (już przed utratą cycka mnie ochronił)
Jestem dobrej myśli (bo po co być złej?)
Tak czy siak lubię swoje życie, choć nie zawsze usłane różami i nie zawsze wesołe, to nie mogę narzekać na nudę. I tak chociażby dzisiaj, poszłam do sklepu z moją przyjaciółką Mar, po zakupach stanęłyśmy na chodniku i zastanawiamy się co dalej robić. Mija nas starsza Pani z siatami w rękach i mówi w powietrze:
- Staną na środku chodnika, grube takie...
Zdało by się powiedzieć "tylko stoją, źrą i tyją!". Uśmiałyśmy się, jak to grubasy mają w zwyczaju i poszłyśmy cosik wciągnąć na ząb, żeby przypadkiem nie schudnąć zanadto.
Z Mar przyjaźnimy się już od 16 lat (więcej niż połowę życia naszego) i zawsze nam się przytrafiały śmieszne historie. I tak z 12 może 13 lat temu, jak byłyśmy z LO spotkałyśmy pewnego Pana-Żula na przystanku, wysiadając z tramwaju. Ów Pan stanął nam na drodze i rzecze:
- Nie było i nie będzie!
My na siebie na Pana i nic, a on:
- Nie było i nie będzie!
Powtórzył to jeszcze raz, na co my chórkiem:\
- Czego? - a on na to:
- Zębów w dupie!
KURTYNA
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk
Ps. A na koniec ja i Mar jakoś z tamtego czasu, kiedy to byłyśmy młode, piękne i szczupłe, teraz jesteśmy tylko piękne :)
Słyszeliście o ludziach, którzy potrafią kierować snami? Albo mają bardzo wyraźne sny, całe historie? Cóż, należę do nich, choć rzadko o tym mówię. Nie jest tak, że każdy sen potrafię "przeprojektować", ale umiem zmieniać bieg wydarzeń i przeważnie jestem świadoma, że śnię. Ale niekiedy nie pamiętam kompletnie co mi się śniło...
Kilka dni temu przy obiedzie R. nagle do mnie mówi: A wiesz, że gadałaś przez sen? - A co gadałam? - Byłaś bardzo elokwentna. Tutaj zapaliła mi się czerwona żarówka - czyżby?- - Widać było, że z kimś gadasz...najpierw powiedziałaś "dupa, dupa" potem była chwila ciszy i dodałaś "kurwa" i za chwilę "dupa, dupa, kurwa, chuj!"
Popłakałam się ze śmiechu jak to usłyszałam. Zastanawiałam się co mi się mogło śnić i doszłam do wniosku, ze ktoś zwrócił mi uwagę, że przeklinam za dużo i udowadniałam mu, że mogę jeszcze gorzej. To by do mnie pasowało.
Dzień później już pamiętałam co mi się śniło. Szłam ulicą a na drugim piętrze na balkonie stał wielki włochaty pies i na mnie szczekał. Zagwizdałam na niego i ku mojemu zdziwieniu pies zeskoczył z balkonu i pełnym pędem zaczął na mnie biec. Byłam przerażona, więc przystanęłam bez ruchu. Kundel do mnie dobiegł, stanął na dwóch łapach i ściągnął głowę. Okazało się, że to koleś w przebraniu psa. Wyciągnął z kieszeni wielki worek z marihuaną i mówi do mnie:
- Może chcesz kupić takie specjalne zioła do kąpieli? Pomagają na skórę.
- Ale ja wiem co to jest - zaczęłam się śmiać - a koleś na to:
- To może pójdziemy zajarać?
Jak się obudziłam to nie wiedziałam skąd ten sen mi się wziął. Napisałam na fejsie i ktoś zwrócił uwagę, że motyw z człowiekiem przebranym za psa jest w reklamie t-mobile - pewnie gdzieś podświadomie to zapamiętałam...ale pies dealer??
O snach mogłabym długo gadać, bo lubię ten stan. Czasami budzę się i zasypiam, żeby szybko powrócić do jakiejś ciekawej historii...Na koniec zapodam wam opowiadanie, które kilka lat temu napisałam na podstawie swojego snu, który mną wstrząsnął kiedyś (rok 2011)...teraz to ma zupełnie inny wymiar w okolicznościach jakie dzisiaj mnie spotykają.
- Proszę
się położyć. Pan pomoże tej młodej damie zejść na dół!-
ksiądz zwrócił się do jednego z mężczyzn w czarnych
garniturach. Tamten skinął głową i z niewzruszoną miną ruszył
w moją stronę.
Dookoła
stał tłum ludzi o ponurych twarzach, do tej pory zdawali się być
bliscy. Teraz na wyciągnięcie ręki, wydawałoby się, że są tak
samo fizycznie realni jak ja, jednak już niczego nie mogłam być
pewna. W głowie kołatało mi się jedno zdanie, które niedawno
przeczytałam: „rozsądkowe myślenie jest jedynym źródłem
prawdy, które posiadamy.” To chyba z Kartezjusza, a może
Augustyna, albo po prostu jedno zdanie z miliona w tym całym syfie
jakie codziennie łykamy przez gazety i telewizję. Wypłynęło
teraz na powierzchnię moich myśli i uporczywie drążyło.
- Proszę
pani- ksiądz położył mi rękę na ramieniu - jeszcze jedno - czy
chce być pani zakopana żywcem czy zostać wywieziona w specjalnie
wyznaczone miejsce i nigdy więcej nie kontaktować się z ludźmi?
Oczywiście przy pierwszej ewentualności zapewnimy pani jakieś
napoje i trochę jedzenia. Względnie przez kilka godzin możemy
puszczać z głośników umieszczonych w trumnie, muzykę. Myślę,
że chociaż trochę wynagrodzi to pani zastaną sytuację.- poczułam
jak oblewa mnie zimny pot. Krew dudniła w moim ciele, miałam
wrażenie, że wszyscy widzą jak pulsuje pod skórą, jak cała
przez to faluję. Myślałam o tym, że mój układ krwionośny
skończy się ślepą uliczką – gdzieś na czubku głowy – i
eksploduję obryzgując wszystkich dookoła krwawą fontanną. Swoją
drogą czerwień byłaby niezłym dodatkiem do tej grobowej
atmosfery.
- Czy
was wszystkich popierdoliło?! – wrzeszczałam. Obejrzałam się
dookoła i ruszyłam z miejsca próbując przebić się przez ludzi.
Waliłam pięściami na oślep, plułam , gryzłam i szarpałam ale
krąg wokół mnie się zawęził. Poczułam mocny uścisk na
nadgarstkach i ramionach. Bez skutku próbowałam się wyrwać.
Myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach…ba!
Nawet filmy nie są tak absurdalne. A jeśli nawet, to zawsze można
wyłączyć telewizor, albo przewinąć taśmę. Tutaj nie ma
szklanego ekranu, nie ma widzów którym to się może nie podobać.
- to nic
nie da. Przykro mi. Takie rzeczy się zdarzają. Nie jest pani
pierwsza, chociaż przeważnie było łatwiej…
Tylko,
że nic co wiem nie uspokaja mojej jeszcze, wydawałoby się, zdrowej
świadomości.
***
Poranek
przywitał mnie jak zwykle białym sufitem, kiedy otworzyłam oczy.
Mój wewnętrzny budzik zwykle nie pozwala mi spać dłużej niż do
7. 30 więc przyjęłam, że jest coś około tego. Poczłapałam do
łazienki potykając się po drodze o zostawione dzień wcześniej na
środku przedpokoju buty. Zaklęłam cicho pod nosem i zapaliłam
światło, a przynajmniej myślałam, że tak się stanie. Kilka razy
poruszyłam włącznikiem. Nic. Pewnie żarówka – pomyślałam - i
udałam się do pokoju w poszukiwaniu nowej. Zdążyłam się
delikatnie rozbudzić i odruchowo spojrzałam na radio-budzik, a tam
ciemny ekran. Jak to możliwe - żarówka, baterie, co jeszcze
dzisiaj nie będzie działać? Wtedy nie przyszło mi do głowy jak
bardzo ten dzień będzie inny od reszty dni i że tak wygląda
koniec.
Intuicyjnie
zaczęłam sprawdzając po kolei wszystkie urządzenia w moim
mieszkaniu- telewizor, lodówkę, światło, telefon. Nic nie
działało. Rozumiem, brak prądu może się zdarzyć, ale kiedy
spojrzałam na komórkę a ta, mimo iż ładowana przez całą noc,
nie działała, zaczęłam czuć ogromny niepokój. Niewiele myśląc
ubrałam się w cokolwiek i wybiegłam do pracy.
Wrocławskie
ulice jak zwykle ruchliwe. Samochody, tramwaje, ludzie, hałas.
Pobiegłam co sił w nogach na przystanek i wepchnęłam się do
pełnego autobusu. Myśli biegały w mojej głowie jak szaleni
lekkoatleci szukający swojego toru. Nie wiedziałam gdzie jestem,
nie zwróciłam uwagi nawet na numer autobusu do którego wsiadłam.
Nagle zza swoich pleców usłyszałam „bileciki do kontroli”.
Mężczyzna w szarej kurtce wyjął identyfikator i ruszył w tłum.
Wyciągnęłam swoją przejazdówkę i grzecznie czekałam na swoją
kolej. Kontroler zbliżył się do mnie, poprosił o bilet kobietę
stojąca obok i grupę nastolatków jadących do szkoły i poszedł
dalej. Nie zauważył mnie? Stałam dokładnie naprzeciwko niego. Nie
miałam w zwyczaju upominać się o kontakt z kontrolerami, ale
poczułam się publicznie odrzucona. Drzwi się otworzyły i wyszłam
razem z innymi pasażerami, nie zważając na to czy to „mój”
przystanek czy nie. Poszłam po prostu przed siebie powoli ogarniając
widok ulicy podwale. Wszystko stało na swoim miejscu. Ptaki śpiewały
jak zwykle, na rogu stał jak co dzień mężczyzna sprzedający
biżuterię, tramwaje jeździły po torach…może to tylko moja
paranoja? Wzięłam głęboki oddech i skierowałam się do parku
przy teatrze lalek- zwyczajowa droga do pracy, zawsze się tam
uspokajałam.
Nie wiem
ile metrów zdążyłam przejść ani ile czasu minęło, nagle ktoś
chwycił mnie za rękę.
- Jest
pani na czas. Wyjątkowo przewidywalnie jak na panią. Przed chwilą
przyszedłem, nie musiałem długo czekać.
- Kim
pan jest? To chyba jakaś pomyłka…nie znamy się...prawda?
- Pani
mnie nie zna, to prawda. Ale to nie ma nic do rzeczy. Proszę -
wskazał na ławkę - usiądźmy.
- Proszę
mi wybaczyć, spieszę się do pracy, zresztą nie wiem o czym
mogłabym z Panem rozmawiać. Do widzenia! – szarpnęłam rękę,
ale on nie puścił.
- Nie
tak szybko, tam i tak na panią nikt nie czeka. Proszę się uspokoić
a zaraz wszystko wyjaśnię.
Tego już
za wiele, nic nie rozumiałam, ale poczułam, że muszę mu zaufać.
Nic innego mi nie pozostało. W moim życiu zawsze było miejsce na
absurd i nieprzewidywalne zdarzenia. Wierzyłam, że nie ma
przypadków i za chwilę miałam się dowiedzieć jak trafna była
moja intuicja. Usiedliśmy na ławce.
- Na
pewno zdziwił Panią dzisiaj brak prądu, światła i to, że nawet
komórka nie działała.
- Skąd
Pan…- uniósł rękę na wysokości mojego wzroku.
-
Spokojnie, właśnie chcę to Pani wyjaśnić. Zawsze wierzyła Pani,
ze nasze życie jest jakoś zaplanowane, prawda? Nie myliła się
pani co do świata, jedynie co do siebie. To wszystko co odbierała
pani jako dziwny „skok” w życiu, zakręty które nagle się
pojawiały nie były wynikiem planu. Wręcz przeciwnie. Została pani
obdarzona pewnymi, jakby to ująć, zdolnościami kreowania własnej
drogi. Każdy człowiek ma poniekąd wpływ na swoje życie, ale to
dotyczy minimalnych spraw…nie wiem od czego zacząć. Może od
tego, ze pomyliliśmy się przy Pani urodzeniu. Nikt nie wyczuł nic
dziwnego, nie przewidzieliśmy tego, jak bardzo potrafi Pani wchodzić
nam w drogę. Wiem, że brzmi to wszystko nielogicznie. Po to tu
jestem, żeby wszystko stało się bardziej przejrzyste.
- Ja
pierdolę, o czym ty człowieku mówisz?! To nie jest śmieszne, idź
się pan leczyć! – zerwałam się z ławki lecz on pociągnął
mnie mocno za rękę i ściągnął powrotem na ławkę.
- Tutaj
akurat niczym mnie Pani nie zaskakuje. Proszę mi uwierzyć, dla mnie
ta sytuacja też jest obca. Wyjaśnię to Pani po ludzku, tak jak wy
wszyscy lubicie sobie tłumaczyć. Powiedzmy, ze jest Bóg i przy
urodzeniu dla każdej istoty ludzkiej przydziela się jego historię.
Robią to…aniołowie, jeśli tak będzie prościej. Tacy którzy
rozpoznają preferencję każdego. I odbywa się coś w rodzaju
programowania…mówiąc w skrócie, Pani wymknęła się spod
kontroli i właśnie dzisiaj minął termin…od trzech lat miałaś
czas na śmierć. Przepraszam, że pozwoliłem sobie na przejście z
formy oficjalnej, ale tak będzie łatwiej.- uśmiechnął się tak
błogo jak gdyby mówił o smacznych lodach, albo odpoczynku nad
morzem.
- Chcesz
mi powiedzieć, że Bóg istnieje? Czy o co chodzi? Jak to miałam
czas na śmierć, o czym ty do cholery…
-
Posłuchaj uważnie dziewczyno! – zmienił ton głosu na bardziej
srogi- to nie żarty. Świadomość wyprzedza wydarzenia- tego nie
mogłaś się domyślić, mimo, że masz doskonałą intuicję.
Dostałaś czas na swoją śmierć i on się skończył. Tylko, że
nie umarłaś- nie było pogrzebu, nie było wypadku ani choroby. My
nie mogliśmy cię zabić, mogliśmy jedynie podsuwać ci pod nos
śmierć, ale ty ją sprytnie omijałaś. Spóźniłaś się na
pociąg do Krakowa, przez co tam na dworcu facet z nożem zadźgał
kogoś innego. Zmieniłaś pracę dzień przed zawaleniem się sufitu
w nocy- a tylko ty siedziałaś w biurze o tej porze, bo inni jakoś
wyrabiali się ze wszystkim w godzinach pracy…mógłbym mnożyć
takie przykłady, ale to nie ma sensu. Nie wiedziałaś o tym, bo
nigdy śmierć nie była blisko, inaczej może byś coś
podejrzewała. Ale teraz…teraz świadomość w świecie wyprzedziła
twoją śmierć. Jesteś, ale nie ma już kontynuacji twojego życia.
Rozumiesz? Nikt cię teraz nie widzi…inaczej- widzą cię, ale w
ich świadomości nie ma takiej osoby. Teraz jeżeli sama nie
zadecydujesz, nic nie jest w stanie cię zabić. Niestety możesz
mieć wpływ na innych- nie możesz z nimi rozmawiać, ale masz
chociażby fizyczną siłę przenoszenia przedmiotów, jakimś głupim
rzuceniem kamyka możesz zmienić czyjąś historię. Już wystarczy
twojego rozrabiania.
- Czy
Bóg istnieje?
- Żadna
odpowiedź cię nie zadowoli, oboje o tym wiemy. A teraz chodź ze
mną.
Tak w
jedno popołudnie moje życie się skończyło. Wchodzę teraz o
własnych siłach do trumny, dla dobra moich bliskich, żeby nie było
dziury w ich historii, żeby zamknąć moją własną. Patrzę na
tych ludzi, którzy płaczą, patrzę na księdza a nad nimi niebo,
które dla wielu jest celem. Jest jeszcze kilka minut na podjęcie
decyzji. A może jeśli naprawdę świadomość wyprzedza wydarzenia
to…
Kompletnie nie wiem o co mi chodziło na końcu, pamiętam, ze miałam jakiś zamysł ciekawy (na pewno!:D)
A wam co się ostatnio ciekawego śniło?
/wszystkie zdjęcia są zrobione przeze mnie chyba w 2007/08 roku w Pardubicach gdzie byłam na Erasmusie, to był bardzo dziwny czas, senny, dlatego zdjęcia pasują moim zdaniem do tematu:) /
Śpijcie zdrowo!
Anuk
Ps. A na koniec fota...- zgdanijcie czemu dzisiaj taka??? :)
Była impreza urodzinowa, potem dzień dziecka, następnie mały remoncik w domu i długi weekend nad morzem, zupełnie spontanicznie, teraz jest koniec laby. Od wczoraj jestem poddawana naświetlaniom!
Pamiętacie fluorescencyjne zabawki, które "nagrzewało się" pod lampką, a potem świeciły w ciemnościach? teraz takie gwiazdki sprzedają na sufit. Nie wiem czy to podgrzewanie pod żarówka coś dawało, ale tak robiliśmy z bratem. Miałam taką lalkę barbie murzynkę, która nosiła jeansową spódnice w fluorescencyjne ozdoby (znalazłam nawet zdjęcie ;) Spałam z nią, a raczej zamiast spać wgapiałam się w świecące punkciki.
Dziś wiem, jak moja lalka się czuła, kiedy wpychałam ją pod gorącą żarówkę lampki. Różnica jest tylko taka, że nie mam figury Barbie, nie jestem z plastiku i moja lampka jest nieco inna. Ale czekam na efekt świecenia w ciemnościach - oszczędziłabym na prądzie trochę.
Tak wygląda to ustrojstwo. A nazywa się wdzięcznie "Clinac". Mam sześć tygodni na zaprzyjaźnienie się z clinackiem. Byłoby łatwiej gdybym nie musiała wstrzymywać oddechu przez 40 sekund za każdym razem kiedy lecą we mnie lecznicze promyki. Nim zaczyna się naświetlanie najpierw ze 3-4 razy mnie testują i przez głośniczki słychać "Proszę nabrać powietrza" a ja muszę wciągnąc powietrze przeponą i przepchnąć je do płuc wciągając brzuch. A potem jeszcze wytrzymać z tym powietrzem w płucach ok 40 sekund. Spróbujcie to zrobić w domu - wcale nie jest łatwo. Na szczęście mam w sobie cechę prawdziwego Polaka, zwaną "CO? JA NIE DAM RADY?", co oczywiście nie zawsze jest zaletą. Ta cecha przeważnie prowadzi do jakiś urazów fizycznych - "ŻE NIBY NIE DAM RADY PRZEJŚĆ 40 KM?/ PODNIEŚĆ 60 KG?/ ZAŁATWIĆ 7 RZECZY W GODZINĘ?/ NAUCZYĆ SIĘ NA 3 EGZAMINY W JEDNĄ NOC?/ZJEŚĆ 10 HAMBURGERÓW? itp. itd chyba każdy zna tego typu sytuacje z życia. Cecha janiedamrady? nie zawsze na szczęście przynosi straty, chociaż w moim przypadku prowadzi przeważnie na manowce...
albo do wycieńczenia organizmu.
Tak też było w długi weekend. Pojechałam do Gdańska z R, ale on wybył odwiedzić znajomych z Braniewa a ja zostałam w trójmieście. Plan był taki, żeby trochę pozwiedzać i trochę się spotkać z dziewczynami z grupy z fejsa (nomen omen, grupa nazywa się BUrak, zgadnijcie kto ją założył ;)) I tak pierwszego dnia przeszłam sobie, bagatela, około 15-18 km (obliczałam przez mapy google). No bo co? Ja nie dam rady? Dałam, ale następnego dnia szłam do kibla 10 min... całe 4 metry od łózka do drzwi kibelka :) No ale jak szaleć to szaleć. Spotkałam się z trzema świetnymi dziewczynami, niestety z Magdą nie zrobiłam sobie selfie i nie mogę pocynić trzema ładnymi koleżankami, więc pokaże wam tylko dwie:
z Krysią
i z Ewką
Było super, szkoda, że mamy do siebie tak daleko.
Poza towarzyskimi walorami, wyjazd miał również walory smakowe. Odwiedziłam w Sopocie restaurację "u Przyjaciół", która wcześniej widziałam w "Kuchennych rewolucjach" i zapragnęłam poczuć na własnym języku czy ta Gesslerowa coś umi czy nie umi. No i co mam wam powiedzieć? Nie zawiodłam się. Prócz pysznego jedzenia, była świetna obsługa i na prawdę fajne miejsce. Postaram się zrobić porządną recenzję na moim drugim blogu- Jadaczce, który ostatnio porzuciłam
na rzecz oddawania się przyjemnościom.Tymczasem pokażę wam tylko co nieco z pyszności jakich tam doznałam:
tatar z łososia
schab z dzika w panierce borowikowo-orzechowej
bezowy deser z kremem z mascarpone i polewą malinową
Byłam tam dwa dni po rząd, a co, jak się bawić to się bawić.
Drugiego dnia już ledwie szurałam nogami, ale też kilka km pokonałam, tak, że na trzeci dzień, który spędziłam w Gdańsku bateryjki było niewiele, ale trochę połaziłam.
Koniec weekendu spędziłam na grze w karty z Gdańszczanami, Torunianką i Wałbrzyszanami - czyli z całą Polską ;)
Było miło, ale co dobre szybko się kończy (niestety szybciej niż leczenie).
Tak to sobie spędzałam miło ostatnie dni przed naswietlaniami. Wiadomość o tym, że zaczynam w poniedziałek dopadła mnie w Sopocie na plaży, myślałam, że uda się urwać jeszcze kilka dni, no ale niestety. Od wczoraj nie morze, nie statki, nie pyszne jedzenie, ale taki widok będzie mi towarzyszył codziennie:
Także tego, jeszcze wam ponarzekam, że mi słabo i piecze i takie tam (znając moje szczęście...a nie będę krakać jak zwykle;)
Miałam napisać posta na dzień dziecka, ale było, minęło i już mi się nie chce nadużywać klawiatury, może jeszcze kiedyś te przemyślenia będą miały sens (wątpię;)) Ale przy okazji tamtych rozkminiań wygrzebałam z otchłani przeszłości kilka fajnych zdjęć. I takim jednym własnie was dzisiaj pożegnam moi czytacze!
Ostatnio zamęczam wam moimi przemyśleniami - raz wyłowionymi z ciszy, raz wyrwanymi z otchłani, dzisiaj będzie zgoła inaczej. Można powiedzieć, że wręcz bezmyślnie...
Urodziny mam 12 czerwca, ale już niedługo zaczynam naświetlania, potem chemię, więc stwierdziłam, że został jedyny i ostatni moment przed dalszą walką na chwilę relaksu i moją - tradycyjną już - coroczną imprezę urodzinową. Dla mnie ten dzień jest zawsze bardzo ważny. Wiem, że dziś mało kto obchodzi hucznie urodziny - co więcej ludzie zawsze pytają: "I z czego tu się cieszyć? Że jesteś rok starsza?" A ja na prawdę zawsze cieszyłam się z kolejnego roku przede mną i z tego za mną, dzisiaj to ma wymiar wręcz symboliczny. Bałam się, że tym razem się nie uda, że nie dam rady tego ogarnąć, na szczęście, dzięki Radkowi, Juremu i Alinie (która przyjechała mimo gorączki i bólu gardła i koniec końców przed imprezą wróciła do domu spać!) udało się przygotować imprezę na 25 osób! Ostatnio pisałam wam o ludziach, którzy mnie zawiedli, dzisiaj będzie o ludziach na których mogę liczyć. Wszystkim, którzy pomagali bardzo dziękuję, w szczególności heroicznej Alinie :) Tym, którzy przybyli również jestem wdzięczna - zabawa była przednia! Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele takich imprez z 15-litrowym garem pełnym ponczu, sałatkami, żeberkami i karkówką, ale przede wszystkim z ludźmi, którzy przybywają z różnych stron Polski, żeby być na moich urodzinach (jeden przejechał prawie 800km, żeby dotrzeć, część zawitała z Wałbrzycha).
Przed wami foto-wpis, bo co tu dużo pisać? Trzeba zobaczyć, choć nie oddam nimi gwaru rozmów, śmiechu i zapachu dymu z ogniska.
Na początek seria babskich selfies (które jak wiecie uwielbiam). U góry z kumpelami ze studiów - Dorotką i Martynką, które zawsze docierają na moją imprezę. Co roku wspominamy te same historie, ale i tak jest fajnie :D
Niżej Ja i Mar, która już dobrze znacie z poprzednich naszych wspólnych selfies - dzięki dla niej za zostanie prawie do samego końca i za sałatkę :)
A na dole ja i moje onko-koleżanki. Niby nowe, a jakbyśmy się znały wieki. Ala po lewej, która wystąpiła już w poprzednim wpisie - zrobiła najlepsze ciasto drożdżowe jakie w życiu jadłam, szkoda, ze nie możecie spróbować! A po prawej Aśka, która na co dzień wyciąga mnie na spacery albo zakupy, z których obie wracamy zmęczone jak psy po polowaniu na lisa.
A tutaj zlepek imprezowy - na górze stół z ponczem w roli głównej, ognisko i ludzie.
A na koniec sesja głupich min - która podoba wam się najbardziej??
To by było na tyle, idę odpocząć. Od wtorku trzyma mnie jakieś przeziębienie i w końcu wypadałoby się też wykurować, a nie tylko imprezy i imprezy!
Bywajcie w zdrowiu i pielęgnujcie te znajomości, które warto pielęgnować!
"Jeśli spojrzysz w głąb otchłani, otchłań spojrzy także w głąb Ciebie"
F. Nietzsche
Nie jestem fanką Nietschego, choć jestem przekonana, że Nitche byłby moim fanem, gdyby żył.
A tak na poważnie, życie z rakiem/po raku jest jak zaglądanie w otchłań. Wielka czarna dziura, która codziennie Ci towarzyszy - raz przed Tobą, raz za Tobą a raz obok Ciebie. Puka Cię w ramie i prosi "popatrz na mnie, a ja będę mógł spojrzeć na Ciebie". I gdzie się nie obrócisz wciąż zahaczasz, tę pieprzoną otchłań, czasami niechcący uczepisz się jej rękawa, jak skrawka spódnicy matki i jest pozamiatane. Zaczynasz myśleć (chociaż pewnie niektórym ten proces jest zupełnie obcy, jak tak spoglądam na ludzi). Myśli prowadzą Cię głębiej i głębiej ciemnym korytarzem w stronę przerzutów, nawrotów, śmierci. A jak już tam wleziesz, to kleją się te myśli jak błoto do butów, wgryzają w miękkie ciało, zaczynają płynąć w żyłach zjaranych chemioterapią.
Zaczyna się: głowa mnie boli - przerzut do mózgu, brzuch mnie boli- już nie mam wątroby, kręgosłup kłuje - niedługo po mnie, bo przerzut go złamie, przerwie się rdzeń, będę sparaliżowana i będę umierać w wielkich mękach...kaszel - płuca zajęte. I tak sobie dryfujesz, starając się nie wdawać w gierki z pieprzoną otchłanią, ale ona nie daje Ci spokoju.
Każde badanie kontrolne to zagryzanie zębów - tym razem się uda czy się nie uda? A jak masz w sobie spokój, to coś zaczyna się sypać - okazuje się, że badanie trzeba poprawić na przykład, a Ty już srasz w gacie. Wszyscy, którzy chorują lub chorowali znają to, czyż nie?
A jeszcze przychodzisz do lekarza, a on mówi "Guz był taki wielki??? węzły zajęte? I ma Pani her dodatni?" I robi wielkie oczy i się pyta czy na pewno nie masz przerzutów i Ci gratuluje, że żyjesz. I Ty masz świadomość, że miałeś kupę szczęścia, chociaż nie wiadomo ile to szczęście potrwa, bo ciągle słyszysz, że gdzieś obok komuś się nie udało.
Po chemioterapii i bieganiu ciągle po szpitalach masz masę znajomych, którzy też chorują. Z niektórymi się spotykasz, niektórych poznajesz wirtualnie przez fora lub blogi. I lubisz ich, bo oni wiedzą co czujesz i nie wmawiają Ci, że "będzie dobrze" i nie pytają co chwilę "jak się czujesz" i wiesz, że jak się rozpłaczesz, bo otchłań zajrzała Ci prosto w oczy, to Ci nie powiedzą "daj spokój, nie możesz tak myśleć" jakby choroby nie istniały. I codziennie walczysz o dobre myśli, dobrą zabawę, o powrót do starej rzeczywistości. Nie przeszkadza Ci, że jesteś za gruby, że farba ze ściany się łuszczy, że pogoda jest kijowa. Zaczynasz lubić te małe problemy. Co więcej chciałbyś się zamienić nawet - nie przeszkadzałaby Ci ch**owa praca, za rzadkie włosy, nawet pieprzony kredyt we frankach, gdybyś tylko mógł pozbyć się swojej przyjaciółki otchłani.
I starasz się żyć normalnie, ale już nie ma takiego słowa w Twoim słowniku, bo kiedy próbujesz wciąż natrafiasz na ścianę, albo na otchłań. Bo siły już nie te, bo odporność do bani, bo tego i tamtego już nie możesz. A ludzie zdrowi mówią Ci: "Przecież już go wycięli, przecież już jesteś zdrowa" i zaczyna ich irytować, że ich "spowalniasz", stajesz się nudny dla swoich dawnych znajomych, bo mało pijesz, bo wcześnie się zmywasz, bo nie możesz wysiedzieć na dworze całą noc i ciągle tłumaczysz się rakiem - no a przecież go nie masz! Ba! Zaczynają Ci zazdrościć, że nie musisz chodzić do pracy, że masz masę wolnego czasu, że masz na wszystko wymówki. Bo przecież super jest mieć raka, nagle osiągasz w życiu tyle korzyści!
Tak jak to ktoś napisał ostatnio Marzenie Erm w komentarzach na blogu - tyle siana zebrała i zarabia na swoim raku, bo ludzie naiwnie zapisują swój 1% podatku dla niej. Bo przecież jej lek kosztował pół miliona i to jest świetny interes mieć raka. A dlaczego jej rodzina nie sprzedała domu i samochodu? Przecież mogli by zamieszkać wszyscy w szpitalu, a nie ciągnąć kasę od ciężko pracujących ludzi. Taki to proszę Państwa jest interes - mieć raka - super sprawa, to jak dostać OSCARA.
Ostatnio usłyszałam od kogoś, po kim czegoś takiego chyba bym sie nie spodziewała: "inni tez mają problemy" (w domyśle- nie jesteś pępkiem świata) To fakt, nie jestem pępkiem świata na dodatek mam tylko jeden problem, jest nim bomba zegarowa w moim ciele, która w każdej chwili może odpalić licznik odliczający dni do końca, a jak się odpali to nie będzie to 10 lat, tylko może 2, jak będę szczęściarą to 5, na ciągłej chemii, bez poczucia godności. I wymagam od znajomych, żeby czasami się do mnie dostosowali - jak ja tak, ku*wa mogę! Niepojęte! Powinnam się cieszyć, że mam tylko jeden problem. I wiecie co? Cieszę się, że już nie jestem tak małostkowa, że nie pieprzę jak mi źle, bo mam szefa źle wychowanego, bo mi na piwo nie starcza, bo kredytu więcej muszę płacić. A ludzie, których uważałam za dobrych znajomych zaczynają dryfować w inną stronę, wciąż narzekający, wciąż nie szczęśliwi.
I wiecie co? Tak, czasami cieszę się, że mam raka. Bo może moje życie będzie krótkie, ale pewnie szczęśliwsze niż niejednego zdrowego nieszczęśnika.
Bo przestałam się przejmować pierdołami, bo cieszę się nawet najgorszą pogodą, bo uśmiech innych osób sprawia mi radość, bo już wiem co jest WAŻNE. I robię tylko to co chcę. I łapię każdą chwilę w locie.
Nie można tylko dać się otchłani - dajcie jej urlop, nawet kiedy boli was kręgosłup :)
A na koniec trzy szczęśliwe Buraczki - wiecie dlaczego tak lubię te dziewczyny? Bo mimo swoich okolicznych otchłani, nigdy nie narzekają, śmieją się z siebie i ze świata i starają się wykorzystać każdy dzień jak najlepiej. I nie mówią Ci, że masz fajnie, pewnie dlatego, że też mają tak fajnie jak TY :)
Pozdrowienia dla Bogusi i Ali :)
Życzę wszystkim zdrowym, którzy uważają, że fajnie jest mieć raka, żeby nigdy się o tym nie przekonali i życzę wszystkim - zdrowego rozsądku przede wszystkim.