Kto Ty jesteś?
Polak mały
Jaki znak twój?
Orzeł biały
Pamiętacie ten wierszyk? Jestem z rocznika w którym jeszcze uczono, żeby być dumnym z tego, że jest się Polakiem. Nigdy nie chciałam wyjeżdżać z tego kraju. Wydawało mi się, że jestem tu bezpieczna i ułożę sobie życie jak będę chciała. Nie przewidziałam, że zachoruję ani, że systemy prawne w tym kraju ułożone są tak, aby zgnoić najsłabszych.
Z jednej strony uczyli nas miłości do ojczyzny, z drugiej od najmłodszych lat wpajano nam, że mamy być posłuszni. Mamy wykonywać polecenia, najpierw Pani w szkole, odpowiedziom podręcznikowym, hierarchii szkolnej, potem szefom itd. Ja miałam tyle szczęścia, że trafiłam w wieku 13 lat do szkoły plastycznej - nie było tam dzwonków, każdy sam się pilnował, ale przede wszystkim uczono nas jak myśleć KREATYWNIE, jak wychodzić poza schematy myślenia i tworzenia. Nikt nie mówił mi jak mam się ubierać i nie próbował ustawiać w szeregu z innymi. Myślę, że nic lepszego nie mogło mi się przydarzyć w tamtym okresie. Później wylądowałam na studiach Etnologicznych. Tam też trzeba było głównie myśleć a nie tłuc według schematów. Musiałam nauczyć się pewności siebie (bardzo bałam się publicznych wystąpień i rozmowy z obcymi ludźmi). Nikt nie prowadził mnie za rękę, ale pozwolił rozwinąć skrzydła. Jeszcze w trakcie studiów postanowiłam zostać grafikiem komputerowym. Pomógł mi na początku kolega, który pokazał podstawy Photoshopa, później poszło z górki i nauczyłam się większości rzeczy sama - bo chciałam. W ten sposób dowiedziałam się, ze wiele zależy ode mnie. Jeśli chcę to mogę.
Minęło parę lat. We wrześniu 2014 roku dowiedziałam się, że jestem chora na raka piersi. Podeszłam do tego jak zwykle do problemów - z otwartą i podniesioną głową. Wiedziałam, że nie mogę się załamać ani poddać. Przecież mam twarde dupsko.
Zaczęło się niewinnie. Szpital, przychodnia i zasady, których nie można łamać. "Nie mogę zapisać Pani na wcześniejszy termin", "Może Pani przejść badania potwierdzające tylko u nas, innych nie przyjmujemy, ale proszę czekać miesiąc". Na szczęście jakoś się udało wszystko przyspieszyć, tylko dzięki ludziom nie myślącym jak roboty. Dzięki temu żyję. Jeszcze,
Chemioterapię przyjmowałam na oddziale stacjonarnym. Pamiętam jak byłam wystraszona, głównie przez niewiedzę, ale też onieśmielające okoliczności. Codziennie rano był obchód, Pani ordynator prowadziła ze sobą całą świtę - lekarzy, rezydentów, czasami i studentów. Niekiedy do 4-osobowej sali wlewało się kilkanaście osób. Przy nich (i innych pacjentach) trzeba było rozbierać się i świecić gołymi cyckami, co więcej pozwolić się im wszystkim macać. Jasne - to lekarze, muszą się nauczyć. Jestem za tym, żeby uczyli się w praktyce, ale nie uważacie, że to upokarzające? Żadnej zasłonki, żadnej prywatności, nie dość, że tuzin ludzi dotyka twoich piersi to jeszcze wszystkiego słuchają inni chorzy. Taki system. Ciężko było na początku, ale przecież mam twarde dupsko.
Nie będę opowiadać o kilkugodzinnych kolejkach wszędzie - przecież każdy to zna. Dla wszystkich to normalne. Onkolog kliniczny, zajmujący się chemioterapią przyjmuje 40 pacjentów między 8-14. Normalne, taki system. Normalne? Jak później możemy być zdziwieni, że coś przeoczono, że czegoś nie zauważono, jak wierzyć, że leczą nas dobrze, kiedy tak na prawdę nie mają na to czasu? Poza tym lekarz musi wypełnić stertę papierków, które dla twórcy tego systemu, są dużo ważniejsze niż pacjenci? Skąd niby wzięło się powiedzenie "chcesz być zdrowy, lecz się sam?"
Lekarze są uwikłani w procedury, które często związują im ręce, tylko niektórzy są na tyle odważni (a może trzeba by rzec- kreatywni?) i dla dobra pacjenta naginają niektóre zasady. Ale jak mawiają "Za każdy dobry uczynek będziesz surowo ukarany", tak też niestety czasami się zdarza.
Kiedy w końcu przyzwyczaiłam się do raka i szpitalnych zwyczajów na mojej drodze pojawiły się kolejne instytucje chcące obedrzeć mnie z ostatków godności.
ZUS i MOPS.
Nie mogę narzekać na urzędników w Zusie - są bardzo pomocni i kulturalni. Życzyłabym sobie wszędzie takiej obsługi. "Schody" i upokorzenie zaczęły się dopiero kiedy próbowałam starać się o rentę. Byłam wtedy teoretycznie zdrowa (jeszcze w trakcie leczenia herceptyną i bardzo "zmielona" po intensywnym rocznym leczeniu chemią, radioterapią itd.) Lekarz określił mój stan jako "całkowicie niezdolna do pracy" i przyznał roczną rentę. Ale to nie spodobało się wyżej i zostałam wezwana na dodatkową komisję (wpis o tym >
klik<). Tam trzech lekarzy, każdy na oko w wieku już dawno emerytalnym (żaden z nich nie był onkologiem). Kazano mi się rozebrać i paradować w samych majtkach po pokoju, gdzie oczywiście mnie macano i oglądano z każdej strony. A kiedy próbowałam mówić o swoich dolegliwościach w fachowy sposób, operując nazwami medycznymi dostałam opieprz, bo Pan uznał, że mam "mówić własnymi słowami" (ty głupia dziewojo, co Ty możesz wiedzieć o swojej chorobie, nie udawał mądrzejszej niż jesteś kretynko - taki to dla mnie miało oddźwięk). Cóż, znowu trzeba było zacisnąć zęby i przejść z podniesioną głową (choć łatwo nie było). Oczywiście stwierdzono, że nadaję się do pracy (może Pani iść do fabryki) i dostałam częściową niezdolność do pracy, a dodatkowo dowiedziałam się, że zabrakło mi pół roku pracy (odjęli mi pół roku ze zwolnienia lekarskiego z początku choroby), żeby w ogóle dostać rentę (dokładny opis w linku powyżej). I tak ZUS pozbył się jednej słabej owieczki próbującej wyrwać, wyszarpać, zawłaszczyć rentę od państwa.

Poszłam więc do Urzędu Pracy i tam o dziwo w miarę po ludzku mnie potraktowano. I moja doradczyni zawodowa okazała się empatyczną kobietą, zainteresowaną moim losem, kiedy choroba wróciła. Niestety w końcu będę musiała się stamtąd wypisać. Zaczęłam szukać innych rozwiązań. Muszę mieć ubezpieczenie. Nie mam żadnych dochodów, więc nie opłacę sobie NFZ prywatnie.
Poszłam do Mopsu (tutaj historia >
klik<) Mój opis wizyty tam wywołał burzę na fb i sprawą zainteresowało się ministerstwo. Nie chciałam aż takiej gównoburzy. Szczerze mówiąc po pierwszym kontakcie nie chciałam nigdy wracać do tego nieludzkiego miejsca. Niestety stało się inaczej, a ja przekonałam się, że po raz kolejny system złamał, być może dobrych ludzi i robi z nich roboty.
MOPS pod wpływem papierów od ministerstwa wysłał do mnie delegację - BEZ ZAPOWIEDZI! Oczy wyszły mi na wierzch jak dwa zepsute bezpieczniki. Miałam akurat gości, a oni chcieli wejść i ze mną porozmawiać - poczułam się mało bezpieczna we własnym domu. No i wiedziałam, że zwyczajnie chcą mnie złapać na czymkolwiek i udowodnić, że nie jestem w złej sytuacji finansowej, że kłamię i może też nie jestem wcale chora - tak wtedy czułam. Nie wpuściłam ich. Umówiłam się na inny termin. Pół dnia nie mogłam dojść do siebie, nienawidzę gdy ktoś przychodzi niezapowiedziany - przecież to urząd, nie mogli wysłać pisma? Przecież tak je wszędzie uwielbiają.
Następnego dnia przypomniało mi się, że składając papiery do ZUSu w sprawie "renty drogą wyjątku" (w toku), podpisałam papier, że nie pobieram i nie ubiegam się o świadczenia z MOPSu. Miła Pani urzędniczka powiedziała, że w takim razie muszę przyjechać (albo ona do mnie) i podpisać papierek, że niczego od nich nie chcę. Zapytałam czy nie mogę wysłać tego pocztą - nie, bo to musi być podpisane na ich druku, a ona nie może mi go wysłać, bo jest ochrona danych osobowych (głupszej rzeczy nie słyszałam, większość papierków można sobie wydrukować z internetu, ale tego nie może mi wysłać mailem bo ochrona danych?) Kolejna zagrywka, żeby mnie docisnąć do ściany?
Pojechałam do Mopsu. Tam zastałam Panią, która za pierwszym razem kazała mi sprzedać samochód i wszystko co mam cennego w domu. Zaczęła się tłumaczyć, że takie jest prawo i tylko mi to wyłuszczyła. I niestety, fakt - takie jest prawo - chore, upokarzające i tak już leżącego i kwiczącego człowieka. Ale ton i postawa pani urzędniczki nie były moim wymysłem. Nie chciałam, żeby Pani mnie przepraszała, nie chciałam się też tłumaczyć się dlaczego to opisałam - powiedziałam jej, że teraz nie ma sensu już o tego rozpatrywać. Szczególnie, że w pokoju była druga urzędniczka. Pewnie chcięli mieć świadków, gdybym się przypadkiem zaczęła sadzić. Ja chciałam to jak najszybciej załatwić i nie widzieć już nigdy tego miejsca. Niestety. Okazało się, że jeszcze kierowniczka prosi mnie do siebie. Oczywiście rozmowa odbyła się w towarzystwie pierwszej urzędniczki (pewnie boją się, że znowu je objadę publicznie i wolały mieć świadków). W gabinecie okazało się, że CHCĄ MI POMÓC, więc powinnam odpowiadać na pytania i być potulną owieczką (moja nad-interpretacja;). Pani kierownik poinformowała mnie, że ODPOWIADAM POD ODPOWIEDZIALNOŚCIĄ KARNĄ! Dobre sobie, własnie podpisałam papier, z którego wynika, że nic od nich nie chcę. Panie zaczęły wypytywać (oczywiście z uśmiechem na twarzy i uprzejmie do porzygania) z czego się utrzymuję, czy z kimś mieszkam, kto płaci rachunki, ile kasy dają mi rodzice... Zauważyłam grzecznie, że nie muszę nic mówić, bo przecież o nic się nie staram, więc po co im te informacje? BO CHCĄ POMÓC. Pod wpływem tego wszystkiego poryczałam się. Zwyczajnie, puściły mi nerwy. Dlaczego niby mam się uzewnętrzniać przed obcymi kobietami od których nie chcę tych 500zł miesięcznie, które żeby dostać trzeba:
- opowiedzieć o najbardziej prywatnych sprawach rodzinnych i udowodnić, ze się nie kłamie
- sprzedać wszystkie cenne rzeczy z domu
- pozwalać wpadać obcym ludziom na oględziny i rozmowy z najbliższymi
- nie można mieć oszczędności i prywatnego życia.
Takie jest prawo. Prawo, które upokarza i stawia człowieka w najobrzydliwszej pozycji w jakiej może postawić - każe wypiąć dupsko i pozwolić się w nie ru*ać za 500zł miesięcznie.
Usłyszałam, że MOPS pomaga ludziom, którzy znaleźli się w skrajnej sytuacji ubóstwa. Takimi najłatwiej manipulować i upokarzać. Bo nie wystarczy, że UMIERAM, prawda? Że jeśli wyrzucą mnie w UP to nie będę mogła dalej się leczyć?
Zasady MOPS są tak ustalone, żeby były nierealne a każdy petent musiał kombinować i kłamać. Dlatego traktuje się klientów jak złodziei. Bo kto w tym kraju jest w stanie utrzymać się za 500zł miesięcznie? Kto nie pracuje w tej sytuacji na czarno? Kto nie przyjmuje pomocy od znajomych i rodziny? Pewnie niestety są osoby zmuszone do tak upokarzającej egzystencji i to właśnie dla nich jest MOPS. Wiem też jak inni oszukują system, przedstawiając nieprawdziwe fakty, pracując na lewych umowach, przyjmując kasę od pracodawcy "pod stołem" i przyjmując jeszcze zasiłki z MOPSu. Ja nie kłamię, nie wymyślam, nie mam dochodów, żadnyh, mam w domu piec kaflowy, którym ogrzewam całą chatę, jestem chora ze średnimi szansami wyzdrowienia, ale do chuja, nie położę się i nie dam dymać temu Państwu. Nie pozbawicie mnie honoru i szacunku do samej siebie, podpierając się chorym prawem.
Zasady, pewnie sprzed 20 albo 30 lat, którymi rządzi się MOPS, który każe urzędnikom wypytywać o prywatne sprawy, jest nieludzkie, zwyczajnie. Nie tylko petentów upokarza, ale również ludzi tam pracujących. Stają się oni robotami pozbawionymi empatii, którzy za, pewnie niewielkie pieniądze, upokarzają ludzi i sprowadzają ich na sam dół drabiny społecznej. Empatyczny człowiek nie byłby w stanie powiedzieć chorej na raka osobie, że ma sprzedać samochód, że oszczędności są dochodem i może ma jeszcze coś w domu co może sprzedać (może duszę diabłu?)
Mam nadzieję, że ten kurewski system kiedyś się zmieni, a osoby pozbawione dziś empatii i ludzkich odczuć kiedyś otworzą swoje umysły i oczy. Niestety pewnie nie jest to możliwe bez jakiś nieszczęśliwych zdarzeń, które postawią je po drugiej stronie - a tego nikomu nie życzę.
Współczuję wszystkim pionkom, którzy dali sobie wmówić, że posłuszeństwo to najlepsza droga w życiu. Którzy zginają kark i za parę groszy dają sobą kierować jak pacynki w dziecięcym teatrzyku.
Też poniekąd jestem trybikiem tego systemu, też jestem marionetką, ale od zawsze staram się obcinać sznurki i zapierdalać po swojemu.
SYSTEM ( na który składa się wiele czynników) próbuje odrzec mnie z godności, pozbawić szacunku do siebie,upokorzyć i wyruchać w dupsko bez wazeliny. Czasami tak jest, często czuję się źle z tego powodu, ale po chwili szoku otrząsam się i idę dalej. Szukam nowych rozwiązań i przeważnie trafiam na kolejny mini-system, który stara się mnie umieścić znów w szeregu. Ale choćbym nie miała już siły oddychać będę pokazywać temu wszystkiemu mentalnego fakolca, bo nie zniewolicie mojego umysłu, nie zamkniecie ust. Żaden ze mnie buntownik.
Po prostu mimo ograniczeń z każdej strony chorobą, zasadami, systemami, mam wolny i lotny umysł, którego wielu ludziom brakuje.
Nie wierzę, że kiedyś zmieni się w tym kraju traktowanie ludzi przez urzędy. Najpierw obywatele musieliby zacząć się masowo temu przeciwstawiać, co często sprowadza się do stracenia wszelkich środków na utrzymanie i innymi konsekwencjami. Teraz tracą tylko godność. Tylko?
Ps. Po ostatnich badaniach wiem, ze cisplatyna z gemzarem nie zadziałały - guzy jak były wielkie tak są. Ja zaczęłam brać kolejną chemię i szukam powoli innych rozwiązań. Nie załamałam się, nie płaczę nad własnym losem - myślę i działam.
Ps2. Pewnie zauważyliście, że zmieniłam nagłówek bloga. Jeśli nie macie pomysłu na 1% to możecie mnie wesprzeć, będę wdzięczna.