wtorek, 20 września 2016
Je*ać raka i je*ać DCO
Już o 8 rano stawiłam się u lekarza pod gabinetem, żeby jak najszybciej zacząć tankowanie. Na moje szczęście prawie nikt nie miał wyników więc weszłam jako druga do gabinetu. Byłam spokojna i radosna, do czasu. Pani dr kazała się rozebrać i pokazałam jej nową opuchliznę na piersi - w jednym miejscu skóra nabrzmiała mocno, ale pod spodem jest miękka, tak jakby guz zaczął znikać. Pani dr powiedziała: No tak może być. Ale nie musi? No miejmy nadzieję, że to reakcja na chemię...
Ok, czyli nie wiadomo, czyli moje domysły pokrywają się Z DOMYSŁAMI lekarza. No dobrze, w tym fachu, jak codziennie zaczynam zauważać niewiele da się stwierdzić, większość to chyba jednak domysły. Odebrałam papiery na chemię, skierowania na badania i w oczy rzuciła mi się rubryka "rodzaj leczenia: leczenie paliatywne". (Dla niezorientowanych, a wiadomo, że nie wszyscy czytelnicy to pacjenci, medycyna paliatywna to dział medycyny, a także specjalność lekarska, która obejmuje leczenie i opiekę nad nieuleczalnie chorymi, którzy znajdują się w okresie terminalnym śmiertelnej choroby. Celem działań medycyny paliatywnej nie jest zatrzymanie procesu chorobowego oraz jego wyleczenie, ale poprawienie jakości życia osób w tej fazie choroby.)
Zaskoczona tym wpisem pytam o co chodzi? Czyli mam szansę na wyleczenie czy nie? Na co słyszę:
- No wie Pani, my samy nie wiemy czy uda się Panią wyleczyć, NA RAZIE nie ma przerzutów, ale mogą się pojawić, nie wiemy czy chemia zadziała, jeśli zadziała to oczywiście planowane jest leczenie radykalne z mastektomią.
Pokiwałam głową, wzięłam papiery, wyszłam z gabinetu i się poryczałam. Jak ma mnie wyleczyć ktoś, kto nie zakłada w ogóle, że może się udać? Najpierw było mi przykro, ale później zaczęłam myśleć i podsumowywać przed samą sobą moje leczeni w DCO.
Wszystko zaczęło się dwa lata temu (prawie dokładnie) i wtedy trafiłam najpierw na zjebaną Panią doktor, która mnie opierdoliła i powiedziała, ze rak tak szybko nie rośnie i jak tyle czekałam, to mogę jeszcze miesiąc na badania poczekać. Później trafiłam na dr T i Dr D, którzy byli kompetentni i bardzo mi pomogli w całej drodze. Na początku byłam priorytetowym pacjentem - fajnie, wszystkie badania szybko, chemię dostałam natychmiast, dr D i dr T zajmowali się mną i na prawdę nie mogę złego słowa powiedzieć. Przeszłam chemię, operację, radioterapię, potem herceptynę i jeszcze jedną chemię. Wszystko było ok. Niestety dr D (moja dr od chemii) przeniosła się na radioterapię. Wielka szkoda, bo jej zawsze ufałam. No ale cóż, są inni lekarze...Co akurat w przypadku Wrocławskiego DCO jest znamienne - bierzesz chemię co tydzień czy co trzy i za każdym razem w gabinecie jest inny lekarz, za każdym razem pobieżnie przegląda papiery i pobieżnie albo wcale, bada pacjenta.
Tym właśnie sposobem - sposobem przypadkowości i pobieżności a właściwie bylejakości, będąc u lekarza co 3 tygodnie została przeoczona wznowa w piersi! Nie byle jaka wznowa, tylko 3x4 cm! plus drugi guz 1,5x2 cm obok pierwszej. Żeby nie było - zgłaszałam, że coś mnie ciągnie i boli i łapią mnie straszne skurcze w plecach i łopatce po lewej stronie. Przez kilka miesięcy zostawałam zbywana, nie mówiąc o pewnym młodym doktorze, który nigdy praktycznie mnie nie zbadał, za to ze dwa razy zdążył powiedzieć, że jestem gruba i powinnam JAK NAJSZYBCIEJ zrzucić wagę (serio? w trakcie leczenia? po raku? jak najszybciej?) Na takie uwagi miał czas, ale już wypisać receptę to było mu kurwa ciężko i odesłała mnie do INTERNISTY. Chyba, żebym robiła sztuczny tłum.
Kiedyś owym gabinetem, do którego chodzę zajmował się mądry Pan dr H. Niestety on teraz opiekuje się tymi młodymi lekarzami-rezydentami i to oni przyjmują głównie pacjentów. Rozumiem, że musza się nauczyć, ale niektórzy (szczególnie wspomniany doktorek-wigorek lubiący zamiast badać pacjentów żartować sobie z pielęgniarkami) są po prostu nierasobliwi. I tym sposobem, trafiając na niezdecydowanych, mało wnikliwych, zdekoncentrowanych i aroganckich niekiedy lekarzy znalazłam się w miejscu, w którym jestem - na leczeniu paliatywnym,
Co więcej, kiedy już potwierdziło się, że to wznowa i to duża i nie byle jaka (jak nasza służba zdrowia) kazano mi czekać 2 tygodnie na chemię, mimo iż guz już od czasu biobsji urósł i było to widać gołym okiem, mimo iż mieli w rękach moje badania histopatologiczne, które jasno wskazywało, że guz BARDZO SZYBKO ROŚNIE (ki67-70%). Ale procedury nie przewidują, że przy wznowie cokolwiek pójdzie szybko. Jestem gorszym pacjentem (od wprowadzenia zielonej karty pacjenci po wznowie są na końcu kolejki według reformy). Na szczęście wyprosiłam przyspieszenie o tydzień. Dano mi chemię, która z guzem nie zrobiła kompletnie nic - i tutaj w sumie nie winię nikogo, jednym pomaga innym nie. Po pierwszym cyklu nie było poprawy, po drugim tez nie i na szczęście trafiłam ostatnio na Panią dr, która zmieniła mi tę chemię na cisplatynę, która chyba działa (nie wiem ja i nie wie lekarz, wszyscy tylko się domyślają).
Tymczasem czekają mnie badania w październiku - tk klatki piersiowej i usg jamy brzusznej - jaka kurwa niespodzianka będzie dla nich, że nie mam przerzutów. Dlaczego tak piszę? Dziwny, trafem jestem przekonana, że rak się nie rozsiał. Chyba już na tyle znam swój organizm, że wiem (i obym się, kurwa, nie myliła!)
I co oni wtedy poczną z tym moim paliatywnym leczeniem? Przecież pomysłu na mnie nie ma!
Nie lepiej wywieźć za miasto i odstrzelić? Nie, bo nie wyglądam na chorą, jak już stanę się blada, bezwłosa i bez energii to może wtedy...
To wszystko dzisiaj nakręciło mnie tak bardzo, że siedząc w sali chemioterapii zaczęłam ostrzegać pacjentów, edukować i tłumaczyć, żeby się konsultowali, nie ufali i słuchali siebie. Wiele osób, z którymi dzisiaj rozmawiałam było w szoku: "Pani? chora? przecież Pani tak pięknie i zdrowo wygląda". Przyznam, ostatnio na prawdę wyglądam zajebiście, nauczyłam się świetnie malować, kupiłam kilka fajnych ciuchów no i mam wyjebane na co myślą inni. W życiu nie czułam się tak dobrze we własnej skórze, niestety rak również czuje się tu dobrze... Na szczęście chyba w końcu mój chemo-mózg zaczął pracować na wyższych obrotach i powiedziałam sobie, że nie będę dłużej czekać "na gwiazdkę z nieba" tylko wypierdalam dalej się diagnozować i konsultować gdzie indziej, a być może w niedalekiej przyszłości zmienię tę umieralnię na szpital gdzie będą chcieli mnie wyleczyć i będą w to wierzyć, a nie wrzucą mnie do wora, który niedługo trafi do kostnicy.
A pierdol się, jebane DCO!
W czwartek jadę na konsultację do dr Wysockiego do Krakowa. Jak będzie trzeba pojadę i do Warszawy i do Niemiec i do Pekinu i znajdę kogoś kto uwierzy, że będę zdrowa i zrobi co w jego mocy a nie to na co system (zjebany) pozwala.
Nie pozbędziecie się mnie tak szybko o nie!
Nie bójcie się ryzykować, czasami to jedyna droga do sukcesu!
Anuk
piątek, 16 września 2016
Wczoraj, dziś i jutro
Ostatnio strasznie dużo się dzieje, a może mam takie wrażenie dlatego, że ciągle jestem zmęczona. I już nie wiem czy to chemia odbiera mi siły czy pieprzony rak. Mówiąc szczerze ostatnio bardzo mnie straszy ten mój burak... Dostałam dwa cykle Xelody (tej chemii w tabletkach) i niestety niewiele mi to dało, prócz kilku efektów ubocznych. Mój stworek nie chce się wyprowadzać. Za to pojawił się znowu syndrom chemo-brain. Pewnie dlatego ostatnio zamiast pójść do lekarza w środę, poszłam w czwartek! Przy pierwszym starciu poszłam do szpitala dzień wcześniej, tym razem dzień później. Na szczęście Pani doktor była wyrozumiała i bez problemu mnie przyjęła.Trafiłam na osobę, która mnie nie zna, ale od razu wyczuła. Pani dr przyjrzała się moim wynikom i postanowiła zmienić mi chemię. Ucieszyłam się jak pies na widok kości, a przecież chodzi o chemię! Wlało to w moje serce nieco nadziei, że może jednak się uda...
Długo nie pisałam, ale naprawdę straciłam w sobie wiarę, że wyzdrowieję. Nadal jest jej we mnie niewiele, ale gdzieś pojawiło się światełko w tunelu i za słowami piosenki Natalii Nykiel (która właśnie leci w tle) "i coś mi każe biec, znów mi każe biec". Biorę głęboki oddech i biegnę dalej (oczywiście metaforycznie ;)).
Gdzieś we mnie strach, ból i obawy mieszają się z radością życia i nadzieją. Wszystko współgra ze sobą jak w dobrej orkiestrze, tak, że sama nie zauważam, kiedy ze strachu przeskakuję w radość. To trochę schizofreniczne uczucie, nie spodziewałam się nawet, że o tym napiszę kiedy zasiadałam do pisania. Chciałam tylko odwlec sprzątanie.
I nie wiem czy to dojrzewanie czy już starzenie się? Mam wrażenie, że ostatnie dwa lata przyniosły dla mojej duszy co najmniej dziesięć, jeśli nie dwadzieścia lat. Szkoda, że przyniosły również z 15 kilogramów. Gdybym miała ciało i zdrowie sprzed kilku lat i mózg z dzisiaj mogłoby mi odbić, na punkcie mojej zajebistości, dlatego pewnie muszę być gruba i chora, żeby zachować równowagę w świecie.
Wracając do meritum, czyli do zmiany chemii - będę przyjmować teraz wlewy z cisplatyny co tydzień. Trochę mnie to zwala z nóg, a raczej zapędza do muszli sedesowej głową w dół - nic przyjemnego - ale co zrobić? To musi zadziałać, bo rak działa szybko. Urósł od czasów biobsji o 2 cm w jedną stronę i centymetr w drugą co dzisiaj daje mu 6x4 cm. Na domiar złego jest też drugi guz w tej samej piersi o rozmiarach 3x2 cm...nieźle, co? Wciąż ciężko mi uwierzyć, że jakieś tam zmutowane komórki chcą mnie zabić. Moje kurwa własne komórki. I kiedy tak sobie płaczę po cichu, to w duchu nie wierzę w raka, w to, że może mnie zabić. Pamiętam, że jako nastolatka wyobrażałam sobie, że jak nie będę chciała umierać to po prostu nie umrę. Wierzyłam, że nic nie jest mnie w stanie pokonać. Czasami staram się znów tak myśleć i po prostu nie wierzyć w choroby. Nie przestają istnieć, ale przynajmniej w mojej głowie robi się jaśniej.
Staram się nie rozmawiać z bliskimi zbyt często o mojej chorobie. Troska o nich nie pozwala mi się poddać. Jestem pewna, że beze mnie sobie nie poradzą, niezły tupet co? Przecież nie ma ludzi niezastąpionych, ale przez 30 lat idzie się przyzwyczaić nawet do najgorszej pindy. No cóż, chyba się jeszcze ze mną pomęczą, bo mam zamiar ponosić swoje grube dupsko po świecie dobrych parę (dziesiąt?) lat.
Chyba pora kończyć ten wywód i powrócić do sprzątania. Pękła mi ponad godzina, a brud sam się nie wyniósł, Przed nami weekend, kochani. Wykorzystajmy go jak najlepiej potrafimy!
Pamiętajcie, że jesteście piękni i tylko od waszej głowy zależy jakie będzie wasze życie!
Bawcie się dobrze robaczki!
Anuk
piątek, 26 sierpnia 2016
Polowanie na kota
Od ponad miesiąca u nas pod kamienicą szwędał się rudy kundel. Niczyj, trochę dziki, bo bał się ludzi, ale fajny całkiem. Cała kamienica zaczęła go dokarmiać. Nawet stwierdziliśmy, że go adoptujemy, zbudujemy mu kojec i budę i będzie sobie mieszkał na koszt wspólnoty. Trochę go oswoiliśmy (Awaria pomogła) i nawet dał nam się złapać. Akurat miałam na tydzień gości, koleżankę Asię i Kudłatego. Zapalili się do pomysłu i pomagali co sił. W czasie kiedy budowaliśmy mu kojec, noce spędzał u nas. Budowa trwała 3 dni. Moje zwierzaki musieliśmy izolować, bo trochę się denerwowały. W końcu udało się kojec wybudować. Niestety psu zajęło 15 sekund wyjście z niego. Zabezpieczyliśmy kojec i znowu go wpuściliśmy... po 15 minutach znowu latał po ulicy a siatkę z kojca doszczętnie rozpierdzielił...z ciężkim sercem oddałam go do adopcji, bo tu prędzej czy później wpadł by pod auto... No ale co to wszystko ma wspólnego z moim kotem?
Otóż kota się obraziła. Śmiertelnie, że jakiś drugi rudy kundel obija się po JEJ domu i spierdoliła. Kiedy i jak nikt nie wie. Było to dwa tygodnie temu. I gdyby to był jej pierwszy raz to płakałabym i szukała jej po nocach w okolicy, ale znam już tę małą kutwę jak własną kieszeń. W domu księżniczka, a na podwórku jebany NINJA. Nikt jej nie widzi, a żarcie znika. Co więcej, potrafi oszukać żywołapki na kuny! wyżera żarcie, a klatka się nie zamyka! Od dwóch tygodni na nią poluję i dopiero wczoraj zobaczyłam ją z okna jak wpierdala żarcie, które jej zostawiłam. Powiedziałam:
- Widzę Cię czarna dziwko! - popatrzyła na mnie i zniknęła. Mówię wam - NINJA jak nic.
Dzisiaj po 20 wyszłam z psem na spacer - jak zwykle na tereny kolejowe, które mam za płotem. Awaria sobie pobiegała, załatwiła się i wracając coś mnie podkusiło... powiedziałam "Awaria, szukaj kota". Postawiła tylko uszy i zaczęła węszyć. Po 30 sekundach szamotała się już w krzakach z Armiśką, próbując ją przytrzymać (tak się zwykle w domu bawiły). Ale pierdolony Ninja to pierdolony Ninja - okazało się, że umie latać. Serio, w życiu nie widziałam latającego kota- do dzisiaj! Pies latał trochę gorzej, ale też niczego sobie. Popieprzały tak po krzaczorach ze dwie minuty, aż Awaria zapędziła czarną pod płot. Po drugiej stronie płota, na podwórku sąsiedniej kamienicy było drzewo. Kot wleciał 4 metry do góry, złapał się pnia i ani myśli schodzić. Udaje KOALĘ! Nie wiem gdzie się tego nauczyła, ale gdybym nie wiedziała, ze w Polsce Koala nie występuje to by mnie oszukała.
Wracając do sedna - sytuacja wygląda tak: kot ninja udaje koalę 4 metry nad ziemią, pies dostał szału i ujada pod drzewem, próbuje się wspiąć (!) a ja stoję w krzakach, cała już podrapana i drę ryja; "AWARIA! ZOSTAW KOTA DO KURWY!" Oczywiście pies ni chuja się nie słucha, więc musiałam wejść głębiej w krzaki, żeby przypiąć ją do smyczy. W końcu się udało i zapierdalam dookoła budynku na podwórko sąsiadów, żeby z tamtej strony podejść kota. Pies oczywiście podjarany ciągnie mnie jak szalony, mało sobie ryja nie rozbiłam o kamienie! Dobiegłyśmy do drzewa, patrzę, no siedzi. Teraz udaje wiewiórkę, taką górską, bo one są czarne. Myślę sobie - no przecież nie zejdzie jak tu z psem będę stała! Więc psa przypięłam do ławki niedaleko i wołam:
- Armisia! kici kici, chodź do mnie! A ona ani myśli. A Awaria w tym czasie piszczy i ujada przypięta do ławki. No tak, kot nie zejdzie jak ta suka będzie się tak zachowywać. No ale jak sobie pójdę to kot mi spierdzieli. Niewiele myśląc dzwonię po Agatę, moją sąsiadkę, żeby przyszła i zabrała psa do domu (akurat jak na złość dzisiaj sama jestem). Agata przyszła i stoimy pod drzewem jak dwa ciecie i wołamy kota. No i nic.
W końcu Agata zaprowadziła psa do domu i przyniosła mi jedzenie - może tak ją skusimy. Ni chuja. Ninja nie przychodzą do jedzenia!
Usiadłam więc na ławce, Agata poszła do domu, a ja jak ostatnia pizda czekam aż kot zejdzie. A pierdolonej wiewiórce podoba się siedzenie na drzewie! Oczywiście zaczęli pałętać się sąsiedzi, bo co ja robię pod drzewem na ich podwórku? A co jest dziwnego w siedzeniu o 22 pod drzewem?
Przypałętał się podpity sąsiad i zaczyna:
- Weźże tą swoją procę i ją zestrzel! Jakbym miał drabinę to bym tam wszedł i ją zrzucił, ale nie mam. Po chuj Ci taki kot co spierdala? Ja bym go zostawił w pizdu.
I tak mi pieprzy farmazony przez 10 minut, W końcu się wkurwiłam i mówię do niego: "Ten kot mieszka ze mną sześć lat, w domu jest kochaną przytulanką a na dworze zamienia się w ninję"
Sąsiad na to: "To tak jak ja! Też w domu jestem kochany i do przytulania..." Nie wytrzymałam w końcu ii mówię "Idź Pan w chuj bo mnie Pan wkurwiasz i kota też!" nie podziałało, dopiero jak zaczęłam go ignorować to poszedł. Minęła już godzina w tym czasie a kot nadal ani myśli złazić. A z okna sypialni dobiega mnie wycie mojego psa, który jest bardzo nieszczęśliwy, że nie może tam stać i polować na kota.
Dom wariatów. Zostawiłam jedzenie i poszłam w pizdu, bo ten uparty kiciuch nie zlezie póki tam siedzę.
Wygląda na to, że polowanie tak szybko się nie skończy...
edit: po trzech godzinach zlazła menda z drzewa, nie było mnie przy tym, bo mi się znudziło patrzenie w ciemnościach w gałęzie drzewa. Poszła wyczyścić miski i teraz śmieje się ze mnie pewnie w krzorach za płotem...wychowałam bestię;)
czwartek, 11 sierpnia 2016
Dobre rady, trudne sprawy
Wróciłam z Bieszczad i całkiem nieźle się trzymam. Chemia mną nie zamiata, tylko chce mi się spać ciągle.
Dziękuję wszystkim za wsparcie i dobre rady.
Przejrzałam masę stron o alternatywnym leczeniu, o dietach, terapiach, hipertermiach, ziołolecznictwie i mam dosyć. Cały mój spokój niknie kiedy ludzie zaczynają mi mówić co powinnam, co muszę a czego nie mogę. Wytłumaczę może pokrótce jedną rzecz:
Zachorowałam na raka w wieku 28 lat. Rozmawiałam z wieloma lekarzami i przeczytałam wiele publikacji. Mój rak wziął się najprawdopodobniej z jakiejś mutacji, której jeszcze się nie bada. Brytyjczycy odkryli w tym roku 96 genów odpowiedzialnych za raka piersi. W PL bada się 3, każdy na 2-3 mutacje, a każdy z nich ma tych mutacji od kilku do kilkunastu. I tak, wiem, żywienie, sposób i tryb życia mają znaczenie i wpływ na choroby, ale czynniki zewnętrzne nie wywołują raka piersi w tak młodym wieku (genetyk powiedział, że jest na to 1% szansy). Gdyby stres, używki i złe odżywianie tak bardzo wpływały na raka jak próbują wmówić wszystkim "mądre głowy" to dożywalibyśmy ledwie 30 lat i 90% społeczeństwa umierała by na raka w młodości.
Stres, parabeny w kosmetykach, syf w żarciu, picie, palenie, słońce, brak słońca itp itd, tak to wszystko ma wpływ na raka, dlaczego więc wszyscy go nie macie?
Chorowanie po raz pierwszy różni się od chorowania drugiego.
Za pierwszym razem byłam wikingiem i machałam mieczykiem z uśmiechem wierząc, że wyjdę, jebnę i wrócę. Odstawiłam masę rzeczy a masę zaczęłam przyjmować - bo przecież jak będę jadła kurkumę, odstawie cukier i połknę tysiące suplementów to rak nie wróci. Otóż wrócił. I teraz masa kurkumożerców i jarmużopijców powie, że nie zrobiłam wszystkiego co mogłam, że przecież wszystko ma znaczenia blablabla. Cudownie jest teoretyzować zza monitora, czytać sobie w internetach o cudownym działaniu sody oczyszczonej i innych dziwnych praktykach i wciskać chorym, że chemia zabija, kiedy jest się zdrowym. Prawie nigdzie tego nie przeczytacie, ale rak piersi w młodym wieku ma ch*jowe rokowania, i niech mi nikt nie pisze w komentarzach, że jak wziąć psa i człowieka, to każdy statystycznie ma trzy nogi, bo nie ręczę. Odkąd choruję pożegnałam kilkanaście koleżanek, młodych, pięknych, które miały dzieci i całe życie przed sobą. To nie jakieś pierdolone statystyki a rakowa rzeczywistość.
Kiedy choroba wróciła, uświadomiłam sobie, że nie wystarczy magiczne myślenie i sztuczki ziołowe i uwierzcie mi, gdybym wiedziała, że coś mi pomoże to rzuciłabym się na to jak złomiarz na miedziane druty! Niestety jestem wnikliwa i drążąca temat, jak widzę "lek na raka" to prócz superlatyw szukam też drugiej strony medalu - większość "cudownych środków" była przebadana na szczurach albo myszach i tam wykazywała antyrakowe działanie, ale na ludziach niestety zawodziły. To niestety tyczy się pestek (amigdaliny, która swoją drogą w dużych dawkach bardzo szkodzi), wilkakory, grawioli i wielu innych substancji. Mimo tego, żeby nie mieć później wyrzutów sumienia żrę kurkumę, piję graviolę, odstawiłam cukier i zrobiłam wiele innych rzeczy, które podobno pomogą, z których nie mam zamiaru się zwierzać i się nimi jarać, bo zwyczajnie i tak w to nie wierzę.
Zaraz znajdzie się stado wszystkowiedzących, którzy powiedzą, że "nastawienie jest najważniejsze" i "trzeba myśleć pozytywnie". I będą mieli trochę racji, ale tylko trochę. Placebo niestety nie działa na nowotwory, jest parę urban legends na ten temat, ale w nie też ciężko mi uwierzyć. Wiele osób pomyśli sobie teraz, że się poddaję, że rezygnuję i dlatego umrę. Nic bardziej mylnego, po prostu zmieniam podejście, odrzucam hiperoptymizm, pozytywne myślenie zamieniam na zdrowe, przepoczwarzam się w niedźwiedzia zen ;) To nie znaczy, że przestanę żartować i śmiać się ze wszystkiego, po prostu to co miało być uniwersalną bronią na zło tego świata nie zadziałało, słuchałam wszystkich dobrych rad i jestem tu gdzie jestem.
Tym wpisem staram się też delikatnie powiedzieć pewną rzecz. Otóż to, że dzielę się z Wami moją drogą z Burakiem i częścią mojego życia nie uprawnia nikogo do mówienia mi co mam robić i krytykowania tego co robię, jeśli nie jest moją najbliższą rodziną czy przyjacielem. I nie wiem czy niektórzy ludzie nie rozróżniają tonu wypowiedzi doradzającej od oceniającej, czy po prostu chcą mi dopiec i powiedzieć "Widzisz? Gdybyś mnie słuchała nie miałabyś raka po raz drugi!" Tym samym dowiedziałam się, że mam raka bo:
- piszę o raku, rozmawiam o raku i udzielam się w grupach rakowych
- nie pije miliona mikstur, o których piszą w internetach i nie łykam jak pelikan każdego suplementu antyrakowego
- farbuję włosy (poczytajcie sobie komentarze pod ostatnim wpisem ;))
i jeszcze długa lista innych rzeczy. A jeśli umrę jednak na tego raka, bo zrobi przerzuty, chemia nie zadziała i mój hiperszybkorosnący dziad zwyczajnie zabierze mnie na drugą stronę tęczy (tam chyba odchodzą psy, ale biorąc pod uwagę niektórych ludzi to wolę siedzieć z duszami psów) wtedy niektórzy dopiero będą mogli się wyżyć. I będą pisać "Umarła bo nie piła czystka/ farbowała włosy/ niezdrowo się odżywiała/ była gruba/ straciła wiarę/ bo mówiła o raku/mówiła o śmierci/za dużo mówiła/za dużo myślała itd" Ale na szczęście jeśli umrę to już tych pierdół nie przeczytam. Moje życie to nie jest serial "Trudne sprawy" ani "Dlaczego ja?" Tu jest prawdziwa, żywa i kochająca życie istota, nie jakiś kiepski scenariusz zawsze kończący się happy endem.
I jeszcze jedna rzecz, której, mam wrażenie, wiele osób nie rozumie - w życiu nie chodzi o długość życia tylko o jego jakość. Nie chodzi o to, żeby przejść na obrzydliwą dietę, robić rzeczy, których się nie cierpi nie robić rzeczy, które się lubi tylko po to, żeby pożyć rok czy dwa dłużej. Pomyślcie jakie byłoby wasze życie, gdyby zabrać wam to co najbardziej lubicie i kazać robić to czego nie cierpicie? Nie wolelibyście żyć krócej ale szczęśliwie? Ja wolę. Nie znaczy to, że jem wszystko co wpadnie mi w rękę, piję hektolitry alkoholu (niestety żołądek po xelodzie nie przyjmuje nawet pół piwa) i mam w dupie wszystko. Nie. Ale nie będę odbierać sobie wszystkiego na rzecz długości życia. Wolę rok być szczęśliwa niż trzy lata tęsknić za tym co lubię i chcę. Taki jest mój wybór. Jak to powiedziała moja koleżanka Lucyna: "Dziękuję, ale żyję i umrę po swojemu"
Bywajcie w zdrowiu, ale przede wszystkim w szczęściu, nawet jeśli zdrowia brakuje ;)
Anuk
PS. To wszystko nie znaczy, że nie chcę żebyście podrzucali mi różne ciekawostki i nowinki nt leków na raka. Nadal z chęcią wszystko czytam i rozkminiam i nie mam zamiaru zrezygnować z poszukiwań, tylko do jasnej Anielki, nie wciskajcie mi jak mam żyć!
sobota, 30 lipca 2016
List do B
Drogi Buraku!
Przepraszam, że ostatnio byłam wobec Ciebie taka brutalna. Uwierz, że odbiło się to również na mnie a skutki działań jakie podjęłam chyba bardziej uderzyły we mnie niż w Ciebie. Chciałabym, żebyś dobrze zrozumiał sytuację. Wiem, że bardzo chcesz ze mną być, niestety ten związek jest dla nas obojga śmiertelnie niebezpieczny.
Podziwiam Twój upór i spryt, jesteś godnym przeciwnikiem, dlatego chciałabym, żebyś został moim sprzymierzeńcem. Mieć u boku tak twardego wojownika jak Ty to sama przyjemność, lecz nie możesz dłużej zostać w moim ciele. Według Ciebie to najlepsze miejsce na Ziemi, ale jeśli zostaniesz to szybko oboje trafimy do innego świata i tam nie będziemy mogli być razem. Rozumiem Twój romantyzm i wiarę w miłość na zabój, ale chyba pora z niego wyrosnąć. Nie będziemy bawić się w Romea i Julię, zawsze uważałam, że zakończenie było idiotyczne.
Nie zrozum mnie źle, nie chcę Cię rozwścieczyć. Wiem jak potrafisz być przebiegły, ciągle wyprzedzasz mnie o krok. Chciałabym, żebyś pozwolił mi żyć. Jeśli naprawdę mnie tak bardzo kochasz, powinieneś pozwolić mi odejść. Obiecuję nigdy o Tobie nie zapomnieć. Będziesz miał honorowe miejsce w moich myślach, rozmowach i snach.
Na początku myślałam, że jesteś zwykłym natrętem, ale masz większe jaja niż sądziłam. Z czasem nabrałam do Ciebie szacunku. Widzę, że bardzo się starasz i dwoisz się i troisz, żebym zwróciła na Ciebie uwagę, jak widzisz, udało Ci się osiągnąć cel. Nie wiem dlaczego mnie wybrałeś, ale powiem Ci kilka rzeczy na swój temat.
Dopiero co skończyłam 30 lat. We wrześniu miałam założyć firmę, mam całkiem niezły pomysł i bardzo chciałabym móc go zrealizować. Ostatnia ostra walka z Tobą bardzo mnie wykończyła i dopiero zaczęłam wracać do formy. Nie zdążyłam dobrze zacząć chodzić na basen, a przecież wiesz jak lubię pływać. Nim odkryłam, że ze mną jesteś co dwa dni robiliśmy razem conajmniej kilometr krytą żabką. Chciałabym też w końcu zacząć normalnie żyć, bez strachu, że gdzieś znowu się schowasz i na śmierć wystraszysz... zrozum, Mój Drogi, nie możemy być razem.
Pamiętaj, ten list nie jest białą flagą, jest stanowczą prośbą o pojednanie i zakończenie walki. Każdy dzień zastanowienia będzie nas oboje dużo kosztował, gdyż mimo mojej niechęci zostały zastosowane środki trujące wprowadzone do mojego organizmu. Zrozum, że ani ja ani Ty tego nie potrzebujemy i prawdopodobnie, któreś z nas w końcu nie wytrzyma. Dlatego mam propozycję - zostaw mnie teraz, pozwól żyć i wróć za 40 lat. Opowiem Ci jak żyłam, co osiągnęłam, a co straciłam i ominęłam. Na pewno będę miała sporo do powiedzenia i Cię nie zanudzę. Wtedy może już będę gotowa na romantyczną wspólną śmierć. Możemy jeszcze podyskutować na temat warunków Twojej kapitulacji, ale jeśli naprawdę mnie kochasz zrobisz to według mojego planu - znikniesz na półwiecze, ewentualnie nieco krócej. Składam broń i czekam na odpowiedź. Nie zastanawiaj się zbyt długo, proszę. Przemawiam do Twojego rozsądku, bo wiem, że potrafisz być bardzo złośliwy, ale w końcu jesteś częścią mnie, więc jaki masz być? Ja odpuszczam i proszę o to samo.
Z wyrazami szacunku
ANUK
czwartek, 28 lipca 2016
Burak zmiennym jest...
piątek, 22 lipca 2016
Różowe włosy, zamiast okularów
Od kilku dni staram się podnieść z kolan, otrzepać i iść w kolejne nieznane z podniesioną głową. Mam jednak ze sobą już plecak, który ciąży mi jakbym niosła słonia.
W czwartek dowiedziałam się z wyniku tk, że mam wznowę. Pobiegłam do lekarki, ta sprawdziła wyniki biobsji i niestety wszystko się potwierdziło. Guz ma 4x3 cm. W międzyczasie zadzwoniłam do dr T i już w piątek byłam na wizycie. On zadzwonił gdzie trzeba i we wtorek miałam konsylium.
Na konsylium byli na szczęście lekarze, którzy mnie znają, więc wszystko poszło sprawnie. Zadecydowano, że będzie chemia, tym razem w tabletkach - xeloda i dodatkowo lapatinib - lek celowany dla raka her dodatniego. Zamiennik herceptyny, dla tych, na których ona nie zadziałała. Czyli dla mnie. Z tego co zdążyłam się zorientować tę mieszankę stosuje się głównie przy przerzutach ale i w rzadkich przypadkach nawrotu podczas stosowania herceptyny.
Po konsylium pobiegłam prosto do chemików na wyznaczenie terminu rozpoczęcia leczenia. Ponieważ lapatinib nie jest dostępny ot tak, tylko w programie badań klinicznych, muszę najpierw zrobić badania. Wyprosiłam u lekarza jak najszybszy termin i obiecałam zrobić chociażby echo serca prywatnie (na szczęście tomografie mam już zrobione). Dzięki temu kazano mi czekać tylko tydzień i już we wtorek dostanę swoje piguły. Ta forma chemii to zupełnie inna bajka niż wlewy. Dostanę wór tabletek, które mam łykać przez 14 dni codziennie, potem tydzień przerwy, badania i kolejny wór tabletek. Nauczona doświadczeniem zapytałam od razu o efekty uboczne. Jest szansa, że włosy zostaną na swoim miejscu, jednak najczęstszymi skutkami ubocznymi jest pękająca skóra i kłopoty żołądkowe. To drugie trochę mnie przeraża, bo już teraz mam refluks i przepuklinę żołądka, które utrudniają życie. No ale mus to mus.
Bardzo żałowałam, że nie mogę dostać tych leków natychmiast. Tydzień to niby mało, ale chciałam przypomnieć, że przez pół roku (a może i krócej) guz urósł do 4cm. Teraz jest już większy bo po biobsji ruszył (od tamtej pory minęły prawie 4 tyg)...mam nadzieję, że nie ruszył razem z krwiobiegiem do innych narządów...TFUUU, na psa urok i tysiące żabich odchodów!
Tego samego dnia, po konsylium i ustaleniu daty w końcu oficjalnie poszłam po wyniki biobsji. Co za paranoja z tą biurokracją szpitalną! Wyobraźcie sobie, że aby móc odebrać wynik trzeba zadzwonić między 8 a 9 rano pod konkretny nr tel (nie, nie można pójść do rejestracji, jakiegoś gabinetu czy gdzieś, można tylko i wyłącznie dzwonić!) i wtedy dopiero wyznaczają termin odbioru w gabinecie. Nie ważne, że ja już znałam wynik, nie ważne, że byłam w szpitalu pięć po dziewiątej, inaczej się tego nie załatwi. Co więcej odbiór wyników jest w innym miejscu niż cała reszta gabinetów, w strasznym budynku zajmującym się leczeniem paliatywnym (boję się tego terminu jak najgorszych koszmarów z dzieciństwa). Wyobraźcie sobie jakież było zdziwienie chirurga, któremu oznajmiłam, że już wszystko wiem, jestem po konsylium i mam wyznaczony termin leczenia! Był pod wrażeniem, a ja ucieszyłam się, że dzięki determinacji chociaż raz udało mi się pokonać biurokrację. Wynik histopatologiczny okazał się taki sam jak ten po operacji - hormony 0% i her +2 czyli nieokreślony, wysłany na fisha, jednak lekarze są pewni, ze będzie dodatni jak poprzednio.
Ogólnie nie jest mi wcale do śmiechu, jednak staram się nie dawać owładnąć strachom i widmom przerzutów i śmierci (mimo iż depczą mi po piętach). Na nową walkę przygotowałam nowy wizerunek - pofarbowałam włosy na różowo. Skoro nie mam różowych okularów, może włosy mi je zastąpią. Zawsze takie chciałam, ale nie miałam odwagi. Dzisiaj to one mi jej dodają.
Z lepszych wiadomości, mam nowy komputer - prezent urodzinowy od Radka. W końcu go odebrałam i uruchomiłam - nic nie furczy i nie wiesza się, a windows uruchamia się w 5 sekund!. W przeddzień konsylium prócz różowych włosów sprawiłam sobie różowe trampki i jeszcze dwie pary innych butów (kompulsywne nerwowe wydawanie pieniędzy, na szczęście są przeceny i wydałam tyle co za jedną parę niedrogich butów ;)
piątek, 15 lipca 2016
Burak 2.0
Wczoraj odebrałam wyniki, szczęście w nieszczęściu to wznowa w tej samej piersi i nie mam przerzutów. Ale guz na tomografii ma 3x4cm, dzisiaj już ponad 5cm. Nie nadaje się do usunięcia tylko najpierw dostanę chemię. A wszystkiego dowiem się konkretnie we wtorek na konsylium.
Dobrze, że jestem na tyle rozgarnięta, że wszystko udało mi się załatwić w dwa dni. Wyniku biobsji nie mam tylko w ręce, ale jest już w mojej karcie i w komputerze w szpitalu. Gdyby nie to, że wczoraj po odebraniu wyniku tk poleciałam do lekarki od chemii, musiałabym czekać kolejnych kilka dni na odbiór biobsji. Zadzwoniłam do chirurga i wizyta była dzisiaj. Wyraz jego twarzy nietęgi. Bo jak to się kurwa stało, że będąc pod kontrolą chemików co trzy tygodnie, biorąc herceptynę mam wielkiego guza w piersi? Nie wiem do chuja jak.
Nie będzie wyjazdu w Bieszczady, nie będzie własnej firmy, będzie szpital, chemia, operacja i miesiące rehabilitacji jak wszystko dobrze pójdzie.
Wczoraj byłam smutna, dzisiaj jestem wściekła.
Wychodząc z przychodni jeszcze zaczęło padać, wyciągając parasol potknęłam się i wyjebałam jak dziecko, które uczy się chodzić. siedziałam na tej mokrej ziemi, ryczałam i rzucałam teczką z wynikami badań. Podszedł do mnie jakiś miły Pan a ja bardzo niegrzecznie powiedziałam, że sobie poradzę. Rycząc wyszłam ze szpitala i chciałam otworzyć parasol, ale okazał się popsuty.
Taki to miałam dzień.
Jestem zła. Wściekła i mam ochotę coś rozwalić. Czy to się kiedyś skończy? Czy ten jebany Burak wciąż będzie mnie kiwał jak struś pędziwiatr kojota? Pieprzę to, dzisiaj się upiję, porzygam i poryczę do nieprzytomności. Albo zrobię coś innego? Nie wiem. Jest chujowo.
Anuk
piątek, 8 lipca 2016
Dobry tynk, nie jest zły
Dwa dni temu miałam tomografię klatki piersiowej i brzucha oraz miednicy mniejszej. ta druga to bardzo nieprzyjemna sprawa. Najpierw musiałam dzień wcześniej nic nie jeść i wypić środki przeczyszczające, co jak się domyślacie dało w efekcie cały dzień siedzenia na tronie (chociaż żadna ze mnie królowa). Na szczęście można było pić soki i rosół, inaczej spłakałabym się z głodu. Następnego dnia od rana już nic nie mogłam jeść ani pić aż do badania (w moim przypadku do 12). Samo badanie nie jest specjalnie nieprzyjemne, ale musiałam ściągnąć przed nim stanik, czego nie cierpię zważywszy na brak równowagi między moimi piersiami. Potem pielęgniarka kazała mi włożyć sobie tampon w wiadome miejsce i musiałam tak wędrować przez korytarz pełen ludzi bez uzbrojenia na klatce piersiowej do WC. Następnie kazano mi się położyć na leżance gdzie miałam wypiąć goły tyłek w celu zrobienia lewatywy. Jakoś by mnie to strasznie nie wkurzyło, gdyby nie fakt, że w sali byli inni pacjenci a ja byłam od nich oddzielona jedynie cienką zasłonką, a pielęgniarka nim zrobiła co miała zrobić nagle sobie gdzieś poszła. W tym czasie mogłam obserwować przez dość szeroką szparę kto wchodzi i wychodzi z gabinetu. Skoro ja ich widziałam, to raczej każdy mógł zobaczyć mój wypięty tyłek. Na szczęście nie jestem zbyt wstydliwa i wrażliwa na takie rzeczy, ale nie było to zbyt komfortowe. Potem z ligniną w gaciach czekałam na swoją kolej. Gdybym była w stanie psychicznym sprzed dwóch dni chyba bym się tam popłakała. na szczęście zdążyłam się ogarnąć.
Na wyniki trzeba czekać co najmniej tydzień.
Czekam, ale nie myślę o niczym złym, nie tworzę w głowie filmów bez happy endu.
Po moim ostatnim wpisie dostałam od was dużo wsparcia. Komentarzy, maili, prywatnych wiadomości. To na prawdę mi pomogło i poprawiło humor, dziękuję. Znowu staram się w sobie pielęgnować rytuał codziennej wdzięczności za to co mam i nie myśleć o tym czego mi brakuje. A brakuje mi głównie okrzesania i powściągliwości ;)
W ostatnim wpisie wspominałam o metodzie Simontonowskiej, która pewnie wielu z was niewiele mówi, a warto się nią zainteresować. Jedna z zasad to własnie codzienne myślenie o tym za co jesteśmy wdzięczni, ale dzisiaj chciałam powiedzieć wam o innym aspekcie tejże metody "tynkowania" rzeczywistości.
Nigdy nie lubiłam sprzątać. Ba! Wręcz nienawidziłam! Do tego zawsze twierdziłam, że nie umiem i się nie nauczę.
Dwa tygodnie temu byłam na warsztatach organizowanych przez Stowarzyszenie Niebieski Motyl w Krakowie. Mieliśmy różne zajęcia, m.in. z psychoonkologii metodą Simontonowską. Byłam do niej niezbyt przychylnie nastawiona, bo co jakaś tam Pani psycholog może mi powiedzieć czego jeszcze nie wiem (hehe). Ale starałam się słuchać wszystkiego (najwyżej później będę mogła wykpić). Zostałam jednak pozytywnie zaskoczona, nie dość, że przypomniało mi się to co już wiedziałam, to nauczyłam się czegoś nowego, bardzo prostego. By wykluczyć ze swojego słownika słowo "muszę" i "powinnam". Powiecie pewnie, no ale jak? Przecież czasami coś muszę, coś powinnam zrobić. Otóż wcale nie. Możesz lub chcesz.
Tak jak wyżej wspomniałam, zawsze miałam kłopoty ze sprzątaniem. Sama myśl o nim to była katorga. "MUSZĘ POSPRZĄTAĆ" od razu w głowie pojawia się poczucie winy gdy tego nie zrobię, złe samopoczucie, a kiedy w końcu biorę się za sprzątanie, robię to od niechcenia, jakby była to kara, jestem niezadowolona i wkurzona, bo MUSZĘ. A przecież wcale tak nie jest. Mogę siedzieć w syfie. Mogę przyjąć gości w pokoju pełnym śmieci i sierści. Mogę przyklejać się do podłogi. Ale CHCĘ, żeby było czysto, więc chcę posprzątać. Ta jedna mała zmiana wywołała lawinę zmian w moim zachowaniu i otoczeniu. Nagle zamieniłam w głowie "muszę" na "chcę" i chociaż wrodzone lenistwo jest silniejsze, to jednak wstaję i biorę się za sprzątanie. W jego trakcie myślę o przyjemnych rzeczach, o tym co mogę jeszcze chcieć. Może wydać się to nieprawdopodobne albo śmieszne nawet, ale spróbujcie to poćwiczyć.
Opowiedziałam o moich przemyśleniach bratu, który stwierdził:
"No dobrze, ale ja muszę sprawdzić dzienniki (jest nauczycielem) bo inaczej wywalą mnie z pracy".
"Racja- odpowiedziałam - ale przecież nie musisz być nauczycielem, nikt Cię tam na siłę nie trzyma. Lubisz tę pracę i chcesz ją wykonywać, więc tak na prawdę chcesz wypełnić dzienniki, żeby spokojnie móc pracować dalej. Jeśli zaczniesz tak myśleć, przestaniesz się męczyć takimi rzeczami."
Wiele od tego co się dzieje w Twoim życiu zależy od Ciebie. Nie wszystko, ale bardzo dużo. Zmiana myślenia jest początkiem dobrych zmian w Twoim życiu.
Od dwóch tygodni mam czysto w domu. Kiedy wokół mnie gromadzi się nadto śmieci i kurzu myślę "chcę, żeby było czysto". I po prostu sprzątam. Okazuje się, że nie musi być to wcale takie straszne jak mi się wydawało. Tak samo jest z każdą inną czynnością, chociażby wyjście z psem. "MUSZĘ wyjść z psem". Nie muszę, mogę pozwolić, żeby Awaria się męczyła, żeby w końcu nasikała ze wstydem w domu i wcale nie muszę tego potem sprzątać, przecież może śmierdzieć!
Chcę wyjść z moją psiną, bo ją kocham i chcę, żeby była szczęśliwa i zdrowa. I zamiast z wkurwem na twarzy i czarną chmurą nad głową, wychodzę na spacer z uśmiechem a Awaria odwdzięcza się dobrym humorem.
Kluczem do sukcesu jest trening zdrowego myślenia. Tak samo jak mięśnie potrzebują treningu, żeby pokonywać dłuższe dystanse, tak i mózg potrzebuje treningu, żeby radzić sobie z większymi problemami.
Dla mnie to taka dieta dla mózgu, pozwalająca zrzucić co nieco niepotrzebnego syfu z żuczkowej kuli.
Podsumowując - wracam na dobre tory, w dużej mierze dzięki tym nie-idiotom, za których jestem wdzięczna światu, ale też dzięki sobie bo mimo wielu wad, mam też jedną ważną zaletę - myślę i lubię tą swoją głowę, nawet jeśli czasem spada na nią kawał śmierdzących spraw.
Myślcie zdrowo kochani!
Anuk
sobota, 2 lipca 2016
Jestem żukiem gnojarzem
Jestem straszną babą.
Rano usiadłam tam gdzie król nie chodzi piechotą i zaczęłam ryczeć jak bóbr. Ciągle staram się trzymać gardę i obracać kota ogonem. Umiem to, lubię to, szczycę się tym. Ale dzisiaj zobaczyłam, że to szpachlowanie wrastającego w mur grzyba, który ciągle przebija się przez tynk, czasami bardziej, czasami tylko trochę. Zabrakło mi kurwa tynku.
Nie jestem wcale taka fajna jak wam się wydaje. Nie podnoszę się z lekkością po każdym upadku. Wcale nie widzę samych dobrych stron życia i nie jestem nieustraszonym wojownikiem. Nie umiem cieszyć się szczęściem innych kiedy sama jestem nieszczęśliwa i rozżalona.
Ostatnio wspominałam wam, że podejrzewają u mnie wznowę. W poniedziałek czeka mnie mammografia i być może biobsja a w środę tomografy klatki piersiowej i miednicy mniejszej. Nie czuje strachu tylko brak powietrza i widzę przed sobą wielki obrośnięty chaszczami mur. Na co dzień po prostu żyję, cieszę się chwilą ale kiedy przychodzi ranek znów muszę się zaprogramować na szpachlowanie tego grzyba, żeby nie zwariować. Wczoraj wymyśliłam, że się spakuję i ucieknę gdzieś w pizdu, nie pójdę na badania, nic nikomu nie powiem, ale co dalej? No własnie ani to ani nic innego nie pozwala mi ułożyć planów na przyszłość. Zamiast zadbać o siebie to jem coraz więcej bo to daje mi chwilową przyjemność, a potem mam wyrzuty sumienia, że jestem coraz grubsza. I wyobrażam sobie siebie jako tego żuczka gnojarza, który pcha pod górę kulę swojego łajna i co jakiś czas to gówno turla się mu prosto na łeb.
czwartek, 30 czerwca 2016
O co chodzi z tym rakiem?
Sami widzicie jak to wygląda. Jeśli pacjent nie wie to lekarz mu często nie pomoże, bo najzwyczajniej w świecie nie ma czasu na edukacje pacjentów. Oczywiście pewnie pojawią się głosy, że lekarz od tego jest. Ale proszę wziąć pod uwagę, że przeważnie trafiamy do poradni chorób sutka (w wypadku raka piersi) i tam lekarz przez kilka godzin przyjmuje kilkudziesięciu pacjentów. Gdyby każdego miał edukować z podstawowej wiedzy dotyczącej raka to wizyty trwałyby po 45 min a na wizytę czekałoby się kilkakrotnie dłużej niż dziś. Dlatego apeluję do was, drodzy pacjenci - poszerzajcie swoją wiedzę.
Wiem, że część ludzi boi się czytać o chorobie (na którą cierpi czy tez cierpi ktoś bliski) bo się "nakręcają", ale kochani, wiedza to klucz do wyleczenia. Dzięki niej możecie wyłapać niedopatrzenie lekarza, wyszukać badania kliniczne (w wielu ciężkich przypadkach na prawdę warto) itp. Trzeba jedynie pamiętać o RACJONALNYM, ZDROWYM MYŚLENIU, ale to już zagadnienie z psychologii, które może tez kiedyś uda mi się wam przedstawić.
Stworzyłam dla was infografikę przedstawiającą nazewnictwo - to z czym wielu ludzi ma problem i wydaje mi się to najbardziej podstawowym zagadnieniem w temacie.
- nowotwór łagodny (neoplasma benignum) nowotwór utworzony z tkanek zróżnicowanych i dojrzałych, o budowie mało odbiegającej od obrazu prawidłowych tkanek.Jest dobrze ograniczony, często otorbiony, rośnie wolno, rozprężająco (uciskając sąsiadujące tkanki), nie daje przerzutów, a po należytym jego usunięciu nie powstaje wznowa (ponowny rozrost nowotworu w tym samym miejscu) - jest całkowicie wyleczalny
- nowotwór złośliwy (neoplasma malignum) nowotwór utworzony z komórek o niskim zróżnicowaniu (niedojrzałych), o budowie znacznie odbiegającej od obrazu prawidłowych tkanek. Charakteryzuje się szybkim wzrostem, atypią i brakiem torebki, czym m.in. różni się od nowotworu niezłośliwego. Rozprzestrzenia się poprzez naciekanie (wrastanie między komórki) pobliskich tkanek, co upośledza ich funkcję. Naciekając naczynia limfatyczne i krwionośne, przedostaje się do ich światła. W efekcie komórki są w stanie zawędrować wraz z krwią lub chłonką w odległe miejsce organizmu, gdzie dają początek nowemu guzowi - przerzut. Uniemożliwia to efektywną terapię poprzez resekcję guza pierwotnego, z racji iż ogniska wtórne powodują nawroty choroby i pogorszenie stanu chorego, co doprowadza do śmierci.
- nowotwór miejscowo złośliwy (łac. neoplasma semimalignum; zwany również złośliwym miejscowo) – nowotwór o miejscowej złośliwości; charakteryzuje się co najmniej jedną z trzech cech: albo dużą masą tkankową uciskającą otoczenie, albo zdolnością naciekania i niszczenia otoczenia lub zdolnością wszczepiania. Nowotwory półzłośliwe zasadniczo nie dają przerzutów, ale dają nawroty po zabiegach operacyjnych, nawet uznawanych za radykalne. Dlatego też nowotwory półzłośliwe wymagają starannego podejścia chirurgicznego z uwzględnieniem szerokich granic wycięcia. Obraz mikroskopowy może być typowy dla nowotworu złośliwego.
- I stopień złośliwości histologicznej nowotworu (grading) - G1 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w dużym stopniu. Raki tego stopnia są najmniej złośliwe i rosną raczej wolno.
- II stopień złośliwości nowotworu (grading) - G2 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w średnim stopniu w 3-stopniowej skali. W tym stopniu raki piersi charakteryzują się pośrednimi właściwościami między wolno a szybko rosnącymi.
- III stopień złośliwości histologicznej nowotworu (grading) - G3 oznacza, że komórki rakowe przypominają prawidłowe zdrowe komórki w najmniejszym stopniu. Raki tego stopnia są najbardziej złośliwe i rosną najszybciej.
niedziela, 17 kwietnia 2016
NEW GAME
- "głupia blondynka" - mówisz, że nic nie rozumiesz z tych formalności i pozwalasz wypełnić wszystko za siebie
- "zagubiony kot" - robisz oczy kota ze Shreka i czekasz aż wszystko za Ciebie wypełnią
- "zabawna grubaska" - żartujesz i zagadujesz wzbudzając sympatię i ludzie chętnie Ci pomagają (wymagania: bycie grubasem)
- "irytująca typiara" - pytasz o wszystko po pięć razy, w końcu ktoś wypełnia papiery za Ciebie, żebyś sobie poszła
- "dzielna amazonka" - udajesz pewną siebie i odważną opowiadając przy okazji swoją smutną historię choroby i nagle wszyscy chcą Ci pomóc (najskuteczniejszy skill)
czwartek, 14 kwietnia 2016
Introwersja (słomiany zapał)
Mój brat ostatnio organizował wieczór z poezją i zadzwonił do mnie, żebym coś swojego przeczytała. Tak, kiedyś pisałam i to nawet sporo. Ba! Przez kilka lat brałam czynny udział w życiu pewnego poetyckiego forum. Byłam nawet na kilku zjazdach. Co więcej napisałam nawet licencjat na temat tego forum! Później przerzuciłam się na fotografię, a potem na raka ;) W wypadku tego ostatniego mam nadzieję, że mój rak ma równie słomiany zapał co ja. Przyszedł, namieszał i pójdzie w pizdu. Ja niestety zwykle tak robię, ale często też wracam (w tym niech ch*jek nie bierze ze mnie przykładu).
Wracając do poezji...otworzyłam sobie swój profil i przejrzałam te bazgroły. I wiecie co? Napisałam kilka dobrych tekstów. Sama się zdziwiłam, bo wydawało mi się, że wejdę, pośmieję się i popukam w głowę, że cokolwiek mogłabym przeczytać. Stało się jednak inaczej. Nie dość, że wybrałam kilka tekstów to przeczytałam je na forum kilkudziesięciu ludziom na widowni. Kiedyś bym się nie odważyła (+50 do odwagi).
Właśnie, a`propos punktów - kolejna rzecz będąca następstwem mojego lichego zapału - ten blog miał być grą RPG, ale gdzieś po drodze zmieniłam zdanie. Kiedyś robiłabym sobie z tego powodu wyrzuty, ale dopisałam ideologię do własnego zachowania jakiś czas temu. Otóż wymyśliłam, że wszystko ma swoje miejsce i czas, a każdy rodzaj wyrazu artystycznego czy też grafomańskiego musi dojrzeć! (a co dojrzy i zobaczy to później opowie). Tym sprytnym sposobem pozbyłam się wyrzutów sumienia z powodu lenistwa, niekonsekwencji i wymyślania sobie nowych pasji.
Ostatnio mam trzy kolejne marzenia: zrobić kurs fryzjerski (ścinam siebie i znajomych od lat, ale nigdy się tego nie uczyłam), zrobić kurs na snajpera i licencję detektywa. Jestem kolekcjonerem nietypowych zajęć. Czy kiedyś coś przywrze do mnie na dobre? Może wcale tego nie potrzebuję?
Rak wyzwolił mnie z przymusu wymyślania sobie pretekstów do zrobienia czegoś. Jest to z jednej strony uzdrawiające, z drugiej może być niebezpieczne. W mojej głowie gromadzą się bowiem różne dziwne pomysły i nigdy nie wiem, który wychyli główkę i zawoła "Anuk, zróbmy to, a potem porzućmy!". Podam wam przykłady moich niezrealizowanych pomysłów: Chciałam robić drewniane nagrobki opuszczonym grobom. Chciałam zrobić plakaty ostrzegające o mandatach za niesprzątanie po psach i rozwiesić je po mieście, dodając tam logo straży miejskiej. Chciałam wpisać do dyscyplin olimpijskich strzelanie z procy i stworzyć pierwszą w Polsce drużynę procoholików. Chciałam zarabiać na szukaniu w sieci różnych prozaicznych rzeczy, z którymi nie radzą sobie ludzie (kto mnie zna ten wie, że kocham szukać w sieci i nieźle sobie z tym radzę;)). Chciałam organizować cyklicznie kolacje tematyczne, na których zapraszałabym znajomych (jedną nawet udało mi się zrobić tuż przed diagnozą). Oj, wiele rzeczy jeszcze mogłabym wymienić. Jest tylko jeden problem - gdyby to co chcę, było silniejsze od tego jak mi się bardzo nie chce... A z drugiej strony, dzięki temu mam dużo czasu na wymyślanie dziwnych aktywności i czasami jednak coś się udaje.
Parę dni po ostatnim wpisie stworzyłam grafikę o ZUSie. Pomysł wpadł mi do głowy i musiał zostać natychmiast zrealizowany, żeby nie wylądował w szufladzie z napisem "pomysły czekające na aż mi się zachce" (czyli prawdopodobnie nigdy) I tak powstał niedoskonały obrazek (bo szybko!), który wam poniżej przedstawiam:
Kończąc ten mój wywód, dam wam na koniec do przeczytania wiersz, który najlepiej opisuje mój charakter. Chyba jednak przez dziewięć lat, aż tak bardzo się nie zmieniłam...
Intro wersja (II)
nalewam zupę do płaskiego talerza
spójrz jaka jestem inna taka głęboka
przewrotnie ziemniaki jadam łyżką
przecież tak lubię nie muszę tłumaczyć
grochem o ścianę tynkiem do garnka
wyrzucam worki przetrząsam szuflady
tolerancja to moje drugie imię jeśli nie
wierzysz to spierdalaj
***
minęły kilometry minut przepalonych
zdjęć z bezsensownymi widokami
na przyszłość powiem tylko tyle że
ironia cynizm i ja to trzy
najlepsze prostytutki dosłowności
Ps 2. Właśnie wybiła czwarta :)
Bywajcie w zdrowiu!
piątek, 1 kwietnia 2016
ZUS-y, srusy i blondasy
Leczenie nadal trwa, chociaż na luzie i bez chemii tylko z herceptyną, która mam nadzieję uchroni mnie przed burakiem na dobre. No ale jakby nie patrzeć minęło już półtorej roku od diagnozy. Pół roku zwolnienia lekarskiego i rok zasiłku rehabilitacyjnego. Fajnie by było wrócić do pracy, ale jak wcześniej wspominałam, nie mam dokąd wracać. Gdzieś po drodze pojawiły się możliwości na pracę dorywczą, ale póki co nie zapeszam. Postanowiłam poprosić ZUS nasz kochany o rentę. Chociaż na tyle, żebym doszła do siebie i skończyła leczenie, by móc w pełni sił rzucić się w wir pracy.
Wniosek złożyłam, na komisję się udałam, rentę na rok dostałam (2 grupę). Jak wiadomo kasy niewiele, ale ubezpieczenie jest i można leczyć się dalej i do renty ewentualnie dorobić (legalnie można na szczęście). Niestety po tygodniu od szczęśliwego orzeczenia dostałam papierek z Zusu, że decyzję lekarza orzecznika podważyli i na komisję ponowną mnie wzywają. Cóż było począć? Wzięłam ciężką teczkę z dokumentacją choroby i pomaszerowałam na komisję. Tym razem miało być trzech lekarzy.
Tak jak podejrzewałam, stwierdzono, że jednak do pracy się nadaję i lekarka popełniła błąd uznając mnie za niezdolną. Poszłam tam gotowa do walki, choć kaszląca i z gorączką. W komisji zasiadało trzech lekarzy - trzech starszych panów, żaden z nich nie był onkologiem i żaden z nich nie był kobietą! To mnie zaskoczyło i zasmuciło, bo kobieta kobietę w takiej delikatnej kwestii jak rak piersi powinna zrozumieć. Niestety, lekarze ani nie rozumieli kwestii raka piersi ani niczego związanego z leczeniem tegoż schorzenia. Kazano mi się rozebrać do majtasów i tak mnie macali, wypytywali, mierzyli, kładli i stukali młotkiem w kończyny. Powiedziałam o wszystkich swoich niedomaganiach i ułomnościach. No prawie - zapomniałam powiedzieć, że mam zaniki pamięci...paradoks :)
Doświadczenie to było dość osobliwe i trochę zawstydzające. Co prawda od półtorej roku widziało mnie już dziesiątki lekarzy i wszyscy prawie macali mnie po cyckach, ale Ci byli jacyś tacy oceniający i mało sympatycznie nastawieni. Wyszłam stamtąd skołowana. Nie wiem co postanowili - mam czekać do miesiąca na decyzję. A Ty, kobieto, pożycz kasę na rachunki i poproś znajomych o jedzenie... na szczęście tak źle nie jest, ale mogłoby być i nikogo to nie obchodzi, że kolejny miesiąc zostaniesz bez środków do życia.
Taki to ZUS. ZUS-srus.
W międzyczasie zachorowałam sobie na zapalenie oskrzeli i pożarłam tabun antybioli i innych tabletek. Herceptynkę mi przesunęli ze względu na chorobę, pojeździłam sobie po lekarzach, pospałam po 12h dziennie i było super. W końcu dzisiaj podano mi hercię i trochę lepiej się poczułam, więc wymyśliłam sobie rozrywkę - farbowanie włosów. Ostatnio byłam ruda i już mi się znudziło, więc postanowiłam znowu być blondynką, coby kolor włosów pasował do intelektu. Zakupiłam więc arsenał farb i przed 16 rozpoczęłam proces. Oto efekty:
Rozjaśnianie wielokrotne jest bolesne - nie polecam, ale czego się nie robi... Jak to dzisiaj powiedziała Alina: Trzeba cierpieć, żeby być pięknym.
Cóż, gdyby cierpienie było wyznacznikiem urody, powinnam być miss świata.
Ale nie ma tego złego, bo wpadła mi do głowy dzisiaj genialna myśl, która może to wszystko podsumować (godna Paulo Coelho):
W życiu nie ma porażek. Są tylko gorsze chwile, z których warto wyciągnąć wnioski.
I tym optymistycznym akcentem zakończę ten wpis, bez żadnego prima aprilisowego żartu. Tak, żeby być oryginalną.
Bywajcie w humorze!
Anuk




























