sobota, 26 marca 2016

Zdrowych!

Zwykle się rozpisuję, opowiadam, leję wodę...dzisiaj będą tylko życzenia. Lanie wody zostawiam wam na poniedziałek!

Nigdy nie lubiłam składać życzeń, dopóki nie odkryłam, że wystarczy poznać jedno marzenie osoby, której składa się życzenia i wychodzą one szczerze (pod warunkiem, że się człek postara).

Dzisiaj piszę do wszystkich czytelników, szczerze, bo znam wasze co najmniej jedno życzenie. Jest również moim.

ZDROWIA! Ze wszystkim innym dacie radę, jeśli to jedno dopisze:)
Odpoczywajcie i pałajcie się chwilami rodzinnego spokoju (lub nie-spokoju, zależy co kto lubi:)
Przygotowałam dla was jeszcze kartkę - miał być kurczak, potem zając, wyszedł chomik. Ideologię dorobiłam, w końcu jestem mistrzem w odwracaniu kota ogonem ;)



Bywajcie w świątecznym nastroju!
Anuk

środa, 23 marca 2016

Rok bez raka

Dzisiaj jest rocznica operacji pozbycia się BUraka.
Mimo, iż było nieco niefartowna, bo w nocy okazało się, że mam krwotok i będzie potrzebna druga operacja, to jednak dzisiaj żyję:)

Najadłam się strachu, oj najadłam. Nie zapomnę jak traciłam oddech i nie mogłam podnieść głowy bo mdlałam... Pielęgniarki krzyczały na mnie, że jestem panikarą, a jak się później okazało hemoglobina spadła mi do 4...(poniżej 6,5 to już śmiertelne zagrożenie). Dopiero po kilku godzinach zrobiono mi badania i odkryto krwotok. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy do sali wszedł ordynator Oddziału Chirurgii onkologicznej Szpitala w Legnicy i powiedział:
- To jest zagrożenie życia. Dr T przyjedzie za 2 godziny, zrobić druga operację.
I wyszedł. W sali leżałam sama. Rodzina była we Wrocławiu, bo dzień wcześniej wszystko wydawało się być w porządku. Leżałam i ryczałam, chyba naprawdę po raz pierwszy w życiu myślałam, że to już koniec...Na szczęście zadzwonił do mnie dr T i trochę uspokoił. Zadzwoniłam do rodziców, do R. i nie wiedziałam czy się z nimi żegnam czy niedługo się zobaczymy.
W tym czasie przetoczyli mi 4 worki krwi i nim rodzina przyjechała wywieziono mnie na salę operacyjną. Chciałam mieć to już za sobą.
Pamiętam, że jak się obudziłam to pierwsze co usłyszałam to pikanie tej maszynerii która mierzy parametry życiowe i powiedziałam:
- Można to, ku*wa wyłączyć?
Pielęgniarka anestezjologiczna wybuchnęła śmiechem. Ja chyba też.

zdjęcie, które wrzuciłam na fejsa po pierwszej operacji

Dzisiaj, rok po operacji jestem już zdrowa, nie licząc przeziębienia i różnych efektów ubocznych chemii, które delikatnie mi doskwierają. Ale nie narzekam i dopóki żyję będę pokazywać fucka wszystkim przeciwnościom losu Emotikon smile
"Póki żyjemy jest dobrze, a jak umrzemy będziemy mieli przejebane..."Emotikon smile
Moja Ś.P. babcia Marysia powiedziała mi kiedyś: "Pamiętaj, żyj jak chcesz, nie patrz na rodziców, nie patrz na innych ludzi, bo to Twoje życie, niczyje więcej"
Dziś jak nigdy rozumiem co chciała mi przekazać i jak nigdy doceniam każdą chwilę.
P.S. Mam nadzieję, ze za 10 lat napiszę to samo Emotikon smile
Korzystajcie z życia!
Anuk

czwartek, 17 marca 2016

Strach

Dostałam wczoraj maila od czytelniczki. Jej mama jest chora i bardzo się boi. Długo zastanawiałam się co odpowiedzieć i stwierdziłam, że może warto powiedzieć to wszystkim, którzy się boją... 
* z dedykacją dla mamy Edyty

Strach jest naszym najgorszym wrogiem. Boimy się, że coś nam się stanie, że zachorujemy, że choroba nas zabije. To nas paraliżuje i nie potrafimy normalnie żyć. Przed rakiem cierpiałam na nerwicę lękową ok.3 lata. Doskonale znam ten stan kiedy boisz się ruszyć, bo serce przyśpiesza, bo masz zawroty głowy...tylko, że to lęk generuje w nas objawy, nie na odwrót. Taki stan rzeczy może prowadzić do depresji.
Ja któregoś dnia powiedziałam sobie dość - strach nie zawładnie moimi myślami, nie zmarnuję dla niego życia. Za każdym razem kiedy ogarniał mnie lęk, mówiłam sobie "to bez sensu, to tylko moja głowa, strachu wypie*dalaj". W ciągu może dwóch miesięcy pozbyłam się ataków, które wcześniej dopadały mnie codziennie.

Potem zachorowałam na raka. Odegnanie wcześniej lęków pozwoliło mi walczyć również z nim. Pomyślałam wtedy "dzisiaj na prawdę mam wyrok śmierci w zawieszeniu, więc nie mogę się bać bo stracę wszystko".

Dlaczego boję się o życie, które marnuję na strach? Zamiast cieszyć się tym co mi pozostało? Może to będą miesiące, może lata, ale muszę schować wszystkie lęki głęboko i żyć, korzystać z każdej chwili.

Wyobraźcie sobie, że macie masę pieniędzy, stać was na dostatnie życie, na dom, samochód i podróże, ale boicie się, że wszystko możecie stracić i chowacie pieniądze głęboko w szafie. Żyjecie ubogo, ciągnąc ledwo koniec z końcem, jedząc suchy chleb, nigdzie nie wychodząc ze swojego m2. A tam w szafie jest kasa na wszystko! Ale ze strachu przed jej utratą wolicie biedę. Brzmi idiotycznie, prawda? Kto by tak zrobił, tylko ktoś bardzo skąpy, powiecie.
Tak właśnie wygląda życie lękiem o własne życie. "Zachorowałam i umrę, więc już teraz położę się i będę płakać". Tam w szafie leży bogactwo. Tam za oknem umysłu czeka na Ciebie życie, bierz ile wlezie póki je masz, bo jak umrzesz już nic nie zrobisz.
"Póki żyjemy to jest dobrze, a jak umrzemy to będziemy mieli przejebane". 
/cytat ze znajomego pewnego pana napotkanego w szpitalu/

To wybór każdego z was. Żeby przestać się bać, trzeba przestać się bać i jest to jedyne rozwiązanie sytuacji. 

Ostatnio wymyśliłam, że zrobię licencję detektywa. Zawsze mnie to jarało. Koleżanka powiedziała: "Pewnie, jeśli do czegoś Ci się to przyda..."
Ja na to: "Mam wyrok śmierci w zawieszeniu na ch#j wie ile, mam gdzieś co mi się przyda, trumna mi się przyda a jej nie kupuję. Chcę robić to co chcę robić, po to żyję, nie po to, żeby się zastanawiać ciągle jakie będę miała korzyści. Ja żyję i to jest moja korzyść"

Nadeszła piękna wiosna, korzystajcie z niej póki żyjecie, bo potem będzie przejebane ;)

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

piątek, 4 marca 2016

Po chorobie na rynku pracy

Witajcie marcowo. Wiosnę czuć w powietrzu i mam nadzieję, że wraz z nią przyjdzie wiatr, który popchnie mnie w dobrym kierunku. Początek roku miałam ciężki i kompletnie nie potrafiłam ruszyć z miejsca. Poza tym dookoła pełno śmierci, zaczynając od wielkich gwiazd jak David Bowie, kończąc na ludziach z najbliższego otoczenia. Chyba każdy zauważył, że śmierć w styczniu i lutym zbierała żniwa... Ale mamy już marzec i miejmy nadzieję, powiew życia zakręci Ziemią w odpowiednim kierunku!

Ostatnie tygodnie to z mojej strony walka z lenistwem i organizmem, który reaguje bólem na każdą moją nadmierną aktywność fizyczną. Staram się jakoś zacząć żyć normalnie, nie myśleć o raku, bawić się jak inni moi znajomi. Jakoś leci. Zasiłek rehabilitacyjny kończy mi się za kilka dni i zmuszona byłam złożyć podanie o rentę. Jak się nie uda będę musiała znaleźć pracę, bo niestety w trakcie chorowania skończyła mi się umowa. Z jednej strony czeka mnie pewnie niezła walka i łażenie do dziwnych miejsc na rozmowy kwalifikacyjne, z drugiej strony to nowa przygoda i staram się tak do tego podchodzić. Powoli zaczęłam się rozglądać i powiem wam, że będzie trudno.




Zapytałam kilku koleżanek z BU-rakowej grupy jak to u nich wygląda z pracą i niestety bardzo dużo osób straciło swoje stanowisko albo w trakcie choroby albo tuż po powrocie z zasiłku rehabilitacyjnego. Z jednej strony rozumiem pracodawców, bo my "porakowi" jesteśmy pracownikami niepewnymi, muszącymi chodzić po lekarzach czyli pracownikami "wysokiego ryzyka". Dla mniejszych pracodawców oznacza to spadek wydajności firmy. 
Wiele z nas po leczeniu dostało grupę niepełnosprawności, po raku piersi i wycięciu węzłów, często stopień "umiarkowany". Państwo wymyśliło udogodnienie dla pracodawców i za zatrudnienie osoby niepełnosprawnej daje dopłaty - o ile się nie mylę jest to najniższa krajowa, czyli ok 1200 zł. W zamian niepełnosprawny pracownik ma 7-godzinny dzień pracy i 10 dodatkowych dni urlopu (po roku pracy). Niestety firmy niechętnie korzystają z tego udogodnienia, a niepełnosprawna osoba musi pracować 8 h dziennie albo nie dostaje pracy.
Niektóre korporacje idą swoim, często wieloletnim pracownikom, na rękę i pozwalają wrócić na dawne stanowisko. To się absolutnie chwali. Ale ja dzisiaj opowiem wam kilka historii, które różnie się kończyły.



Do napisania tego tekstu popchnęła mnie sytuacja mojej dobrej koleżanki rako-cyckowej, która zachorowała mniej-więcej w tym samym czasie co ja. Skończył się jej zasiłek i ochoczo wróciła do pracy (gdzie była zatrudniona od ponad 6 lat). Wszyscy się ucieszyli, usłyszała, że na nią czekali i nie mogą się doczekać aż wróci do dawnej formy. Ona bardzo się cieszyła, jednak poproszono ją, żeby wykorzystała jeszcze zaległy urlop w ilości ponad 30 dni. Tak też zrobiła. Po powrocie z urlopu przy jej biurku stał szef (nie znam się na stanowiskach w korpo, w każdym razie ktoś ważny). Kazał oddać telefon i komputer służbowy, miała jakieś 5 minut na skopiowanie kontaktów z telefonu i zgranie plików z komputera. Dostała zwolniona z 3-miesięcznym okresem wypowiedzenia bez obowiązku przychodzenia do pracy. Tak skończyła się jej radość z powrotu do życia po ciężkich rakowo-chemicznych przejściach.
Strasznie mnie to wkurzyło, zapytałam innych dziewczyn jak było u nich i niestety przeważnie wygląda to podobnie. Dostałam pozwolenie na zacytowanie wypowiedzi, więc przedstawiam wam kilka historii:

" Mój szef zadzwonił do mnie gdy byłam po drugiej chemii, łysa, rzygająca i załamana całą sytuacją, że on miał magazyniera co z rakiem pracował a ja przedstawiciel handlowy i nie chce wrócić do pracy... z dziką rozkoszą go poinformowałam gdy kończyło się chorobowe że decyduję się na rehabilitacyjne, dzwoni do mnie regularnie raz w miesiącu z pytaniem czy wracam do pracy - nigdy nie zapytał jak się czuję, czy mi kasy nie brakuje itd - pomijając fakt, że na umowie była inna kwota niż faktycznie zarabiałam i teraz jestem w dupę bita, ale cóż moja głupota, że zgodziłam się na takie przekręty..." 
(Płatność inna niż na umowie to zupełnie inny temat tak jak umowy śmieciowe, niestety po długich poszukiwaniach pracy zgadzamy się często na rozwiązania różnego typu, a później lądujemy jak lądujemy...)

"Ja obecnie nie pracuję jestem jeszcze na zasiłku lecz pytałam ostatnio o pracę z ciekawości i mówię , że jestem o chorobie itp... to nie dziękujemy..Mam wrażenie , że boją się zatrudnić iż na zwolnienie zacznę chodzić czy jak?"
(Tego się własnie obawiam w najbliższym czasie...)

"No mnie niby kadrowa zapewniała że nie ma problemu jeśli chcę iść na rehabilitacyjny, ale...Bałam się że w razie jakiejś redukcji czy zwolnień polecę. A w moim zawodzie bardzo trudno o pracę. Jestem bibliotekarką. Kto by mnie zatrudnił? Po entuzjastycznej reakcji kadrowej na wieść o moim powrocie, wiem że podjęłam dobrą decyzję"

"U mnie po półrocznym chorobowym i jak odmówiono mi zasiłku rehabilitacyjnego pracodawca zwolnił mnie z pracy. Żeby było ciekawiej, to zrobił to z datą w której miałam drugą komisję czyli jeszcze przed orzeczeniem, a w trakcie oczekiwania na "wyrok". Nie miałam nic i nigdzie nic nie chcieli mi dać. Poszłam, więc zarejestrować się do Urzędu Pracy ale tam musiałam niestety nakłamać, że jestem zdolna do pracy. Od maja zeszłego roku mam orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym i trudniej im dla mnie znaleźć pracę.Musiałam tak zrobić, bo inaczej przepadł by mi nawet zasiłek dla bezrobotnych...Nasze "wspaniałe" państwo ma gdzieś tak naprawdę wszystkich chorujących."

"Mój chlebodawca wydawał się empatyczny i po rocznym świadczeniu reh wysłał mnie na rentę zapewniając ze stanowisko będzie czekało w trakcie renty ale przeliczyłam się i zwolnił mnie na amen . Inni chlebodawcy wręcz boją się zatrudniać osoby onko co się wiąże z niedyspozycja w pracy ...szukam bez skutku..."

"A ja zachorowałam na urlopie wychowawczym bezpłatnym,przyznano mi rentę chorobowa na rok....moja cudowna pracodawczyni przywiozła mi dzień przed wigilią wypowiedzenie umowy z powodu likwidacji...renta do września,co potem?"

"Mnie zwolnili jeszcze na L4"

"Ja pracowałam w C*** jako opiekunka osób starszych niestety na czas określony. Kiedy zachorowałam wszyscy mnie zapewniali że mogę wrócić do pracy po chorobie, że cały czas na mnie czekają i modlą się za mnie i takie tam ble ble....W dniu operacji skończył mi się zasiłek chorobowy to przeszłam na świadczenie rehabilitacyjne dostałam na 8 miesięcy. Po tym okresie chciałam wrócić do pracy lecz na inne stanowisko pracy, niestety okazało się że jestem zatrudniona jako opiekunka i to stanowisko na mnie czeka nie ma żadnego innego nawet na jakby chciałam pracować na portierni nie mam odpowiednich kwalifikacji. Później powiedziano mi że jakbym wcześniej powiedziała że nie wrócę na swoje stanowisko to od razu by mnie zwolnili. W ZUS-sie złożyłam wniosek o przyznanie mi reszty świadczenia rehabilitacyjnego tam okazało się że jestem nie zdolna do pracy i do 2017 dostaje rentę"

Na szczęście są też przykłady na lepsze potraktowanie pracownika i byłabym nie sprawiedliwa nie wspominając o tym:

"Miałam możliwość pracowania zdalnie i w miarę siły przez cały okres zwolnienia i 3 miesiące zasiłku rehabilitacyjnego. Dzień przed operacją dał mi laptopa i premia papierowa wyrównał niższe wynagrodzenie z umowy o prace. Podczas chemii zaprosili mnie na wyjazd integracyjny za granicę. Oczywiście od razu po powrocie do pracy czyli rok od operacji, po 4 ac i 12 ptxl zmniejszył proporcje wynagrodzenia. Wymaga wyjazdów i dyspozycji bez płatnych nadgodzin, ale ćwiczę asertywność, mając na uwadze ze praca blisko domu jest w cenie. Było mi łatwiej wrócić na etat bo nie wypadłam totalnie z "rynku"."

"Ja wróciłam w trakcie herceptyny i pracuję już 1,5roku. To budzetowka więc respektują 7h dzień pracy.Córka przedszkolna i dużo choruje to odpoczywam czasem z nią w domu:) Ja widzę sporą różnice. Bardziej się męczę i wolniej uczę."

"Ja pracowałam cała chemie AC. Potem przy taxolu poszłam na zwolnienie. Na którym byłam pół roku. Wróciłam jeszcze w trakcie radioterapii. Mam orzeczenie i pracuje 7 godzin. Mam wspaniałą szefowa i nigdy nie miałam z nią problemu ale ja sama też starałam sie pracować jak każdy i nie nadużywać przywilejów. Dodatkowo mam 10 dni urlopu. Pracuje u prywatnego przedsiębiorcy i mam umowę na stałe."

Jak widzicie różnie to bywa, jeśli komuś pozwolono wrócić to jest w całkiem niezłej sytuacji, gorzej z osobami, które z powrotem próbują wskoczyć na rynek pracy. Sama mam obawy, ale jak zwykle staram się to zamienić w przygodę, żeby za bardzo się nie dołować. Mam w miarę dobrą sytuację, ale nie wiem co bym zrobiła, gdybym była sama i musiałabym utrzymać się za kilkaset złotych z renty czy zasiłku. Niestety to jest też częsta sytuacja osób chorych. 
mam dobrych ludzi w okół siebie, którzy zadeklarowali się z pomocą w znalezieniu mi racy, za co jestem ogromnie wdzięczna. Póki co czekam jeszcze na komisję w Zusie. Najbardziej boję się tego, że fizycznie nie dam rady. Sporo efektów ubocznych chemii jak uciązliwe zaniki pamięci, drętwienie nóg i rąk, osłabienie, zawroty głowy niestety jeszcze nie minęły i utrudniają życie. Jestem jednak dobrej myśli. Martwię się o innych chorych, w gorszej sytuacji, którzy bez pracy po prostu nie będą mieli z czego żyć. Rozglądałam się trochę i wiem, że są fundacje w naszym kraju zajmujące się pomocą osobom niepełnosprawnym w powrocie na rynek pracy. Postaram się wam przybliżyć ten temat kiedy dowiem się więcej. Mam zamiar odwiedzić takie miejsca i zobaczyć czy faktycznie można tam uzyskać jakieś istotne informacje. 

Tymczasem zastanawiam się co chcę robić w życiu i marzę jak wtedy kiedy byłam dzieckiem (chciałam być wynalazcą, malarką i chemikiem:)) Chciałabym zrobić coś nowego i fascynującego. Do tej pory pracowałam jako grafik komputerowy przez ok. 5 lat i przez kilka miesięcy przy serialu "Trudne sprawy" (wybierałam obsadę i zajmowałam się aktorami-amatorami"). Teraz marzy mi się wiele dziwnych prac, choć zadowolę się na początek taką, która pozwoli mi po prostu wrócić do zdrowego trybu życia. W sumie za co bym się nie wzięłam to mi wychodzi (chociaż nie wyobrażam sobie siebie w windykacji albo w banku:).



Może zostanę detektywem? Właśnie prowadzę śledztwo na temat pewnej onkocelebrytki, która mam wrażenie, że ściemnia...ale nim nie będę pewna nic więcej nie napiszę, żeby nie zostać posądzonym o pomówienia. Na pewno opiszę sytuację, jesli moje podejrzenia się potwierdzą, jeśli nie, posypię głowę popiołem:)
Tymczasem życzę wam miłego weekendu. Odpoczywajcie i bawcie się.
I jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk

czwartek, 17 grudnia 2015

PO-zdrowienia

Ostatnie kilka tygodni siedziałam cicho. Odcięłam się od Was, od fejsa, od świata i choroby. Nie dlatego, że nie mam już raka i mam wszystko gdzieś. Własnie dlatego, że nie mam raka i nie mam wszystkiego gdzieś.

Nadchodzi w chorobie (oby w życiu jak największej ilości osób) taka chwila, kiedy słyszysz "jest Pan/Pani zdrowa" i cieszysz się. A z drugiej strony chwyta Cię lęk i strach "czy na pewno?". Wsłuchujesz się w swój organizm bo dzisiaj już wiesz, że wtedy, kiedy wydawało Ci się, że wszystko jest ok okazało się, że masz raka. Tak było ze mną ponad rok temu. Miałam 28 lat masę planów i nieskończonych tematów. Wróciłam z wakacji i wyczułam guza. Kiedy dzisiaj o tym pomyślę jest to odległe jak planeta, z której pochodzi Superman i tak bliskie jednocześnie jak klawiatura na której stukam ten tekst.
Minęło 15 miesięcy odkąd dowiedziałam się, że mam raka. Wielkiego i paskudnego pasożyta, buraka karmionego na własnej piersi. Przez ten czas wiele się wydarzyło, zmieniło to moje postrzeganie.
Nadchodzi Nowy Rok i w ten rok wejdę prócz tego, że rok starsza to zdrowa. ZDROWA. Brzmi jak bajka, coś co przez długi czas dochodziło do mnie przez siedem gór i lasów. Sama nie mogę w to uwierzyć, jednak bardzo mocno chcę i staram się trzymać tej myśli, że to już koniec tej historii a kolejny rok będzie lepszy, zdrowy.
Dwa dni temu byłam w szpitalu na badaniach i kolejnej dawce herceptyny. Pod gabinetem lekarskim jak zwykle rozmowy o raku.
- A Pani jak długo się leczy?
- Ponad rok. Ale już jestem zdrowa, teraz tylko herceptyna i badania do sierpnia (szeroki uśmiech)
- taaa... ja też tak mówiłam dwa lata temu, a teraz znowu chemia.
Przykro mi to słyszeć. Ale do k**wy nędzy, po co mi to Pani mówi? Nie powiedziałam tego na głos. Nie chcę sprawiać nikomu przykrości. Wiem, że ludzie czasami nie pomyślą, ze mogą sprawić ją innym.
Chcę wierzyć, że to już koniec przygód onkologicznych. Każdy chory o tym marzy. Ja postanowiłam te marzenia spełnić. POSTANOWIŁAM być zdrowa. Pamiętam jak w sylwestra 2009 roku powiedziałam Martynie, mojej przyjaciółce, że w tym roku postanowiłam się zakochać, tak na całe życie. Śmiała się ze mnie, że tego nie można postanowić, bo nie mamy na to wpływu. A ja tylko się uśmiechnęłam i powiedziałam "tak będzie, bo tak postanowiłam". 14 lutego (!) poznałam Radka. I to była miłość od pierwszego wejrzenia, a właściwie zdania. Po trzech czy czterech tygodniach już razem mieszkaliśmy i tak minęło 7 lat (prawie). Mimo wzlotów i upadków, wielu niepowodzeń, przeszkód i chorób wciąż jesteśmy razem i wierzę (WIEM), że tak będzie.
Nie żyję może zbyt długo na tym świecie, bo niecałe 30 lat, ale przekonałam się nie raz o sile wiary i podświadomości. Jest tylko jeden warunek. MUSISZ MOCNO POSTANOWIĆ.
Możecie się śmiać, nie dowierzać i mówić, że "los tak chciał", ale ja wiem, że los jest w naszych rękach. Przestaję powoli dopuszczać do myśli inne scenariusze niż ten, że po prostu będę zdrowa, żeby móc żyć i na pewno postaram się pomóc w tym innym, Dzisiaj wiem więcej, wierzę mocniej i mam siłę, żeby postanowić. Kilka ostatnich tygodni ją w sobie zbierałam. Spędziłam kilka dni, kilka wieczorów, kiedy nie myślałam o chorobie, o następstwach i przerzutach. Kilka oczyszczających chwil.
Choroba nie tylko zżera nasze ciała, Przede wszystkich zżera nasze dusze i myśli, które nie pozwalają się uwolnić. Zabija chęć planowania, myślenia o przyszłości, w rezultacie zabija chęć życia, paradoksalnie, bo przecież właśnie o to walczymy. Stąd cisza z mojej strony. Nie potrafiłam odnaleźć tego. czego tyle czasu szukałam. W sieci strachu i lęków ciężko odnaleźć wiarę a tym bardziej pewność swojej przyszłości. Zacięłam się. Dwa dni temu w końcu po ponad roku wybrałam się na basen. Głupia sprawa. Jakiś budynek, wykafelkowane kilkadziesiąt metrów kwadratowych wypełnionych wodą. Dla mnie przed chorobą, ważny kawałek przestrzeni.
Przez jakieś 3 lata, nim zachorowałam na raka, miałam taką przypadłość jak "nerwica lękowa". Mało kto wie, mało kto zna (na całe szczęście). Nie chcę się o tym rozpisywać, można zapytać google;). Wyszłam z tego praktycznie bez leków, swoja głową i z pomocą basenu, który wtedy odwrócił moje myśli o 180 stopni. Dwa dni temu poczułam to samo. Energię, którą dało mi pływanie. Kiedy dwa lata temu poszłam pierwszy raz na basen umiałam pływać "rekreacyjną żabą", bałam się zanurzyć łba nie mówiąc już o oddychaniu pod wodą. Pół roku później robiłam kilometr krytą żabką, a tuż przed feralną diagnozą, prawie półtorej kilometra. Po 15 miesiącach przerwy poszłam popływać i je**ęlam 750 metrów krytą żabą. Po powrocie do domu wbiegłam na 2 piętro z lekką zadyszką, ale w pełni sił i pozytywnych myśli. Dopiero po tym poczułam, że znowu mogę pomyśleć "JESTEM ZDROWA". Oczywiście teraz odpokutowuję to katarem, ale to mało ważne. Wiara, siła i postanowienie znów nadały sens mojemu życiu. Wróciłam. Wielorybki lubią pływać.


Od dwóch dni przygotowuje się do Świąt Bożego Narodzenia. Dla mnie czas ważny, trochę czas mojego odrodzenia w tym roku. Cieszę się jak dziecko, bo uwielbiam dawać prezenty, sama dostałam najlepszy prezent od losu - zdrowie, którego będę się trzymać i nie oddam nikomu i niczemu. POSTANOWIŁAM od teraz być zdrowa. Czego i wam życzę kochani!
Czas na życie!
bywajcie w zdrowiu!
Anuk

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Pobudka!

Dlaczego wena dopada mnie zawsze po północy? Kiedy akurat rano muszę wcześnie wstać i funkcjonować w miarę normalnie? Dlaczego nie kiedy mam masę czasu i mogę spać do 11? Chyba nie ma sensu się nad tym zastanawiać, bo jeszcze później pójdę spać. 
Powinnam zacząć od "przepraszam, że tak długo się nie odzywałam..." ale już tyle razy widziałam tak rozpoczynające się posty na blogach... i jeszcze z dodatkiem "obiecuję, że będę pisać częściej...". A guzik! Nie obiecuję i nie przepraszam. Dziękuję wam tylko, że jesteście cierpliwi i jeszcze tu zaglądacie.

Po ostatnim zdołowanym wpisie nie chciałam marudzić i siać fermentu, więc po prostu odpoczywałam od wszystkiego. Nawet rzadko zaglądałam na pożeracza czasu na "f". W tym czasie odwiedziłam stolycę (siedziałam tam 6 dni) i bardzo dużo spałam po przyjeździe. A potem oglądałam dużo seriali, filmów i spotykałam się z ludźmi. Warszawa mnie zmęczyła. Nie wiem jak to możliwe, że kiedyś uwielbiałam to miasto i jego rytm. Może 40 kilogramów temu łatwiej było mi pokonywać te odległości? A może wtedy po prostu nie ułożyłam sobie zabójczego planu spotkań? Tak bardzo chciałam wszystkich odwiedzić i pogadać (a znajomych mam dość sporo w Wawie), że trzeciego dnia zasnęłam o 22 i nie mogłam się dobudzić, a piątego uciekłam o 19 z imprezy, która dopiero miała się rozkręcić. Ale nie narzekam. Poznałam masę onkokoleżanek, które do tej pory znane mi były tylko online i spotkałam się z kilkoma starymi znajomymi. Zabrakło tylko chwili oddechu i może wczucia się w ten rytm, który kiedyś tak bardzo napędzał mnie do życia. A może po prostu się zmieniłam? Najbardziej przeraziły mnie odległości. Wrocław, moje rodzime miasto, choć czwarte pod względem wielkości w PL, jest przytulne i malutkie w porównaniu do stolicy. U nas gdziekolwiek chcesz pojechać to starczy Ci pół godziny, no chyba, że między 15-17 to godzina. W Warszawie godzinę idziesz do sklepu osiedlowego. Szkoda by mi było czasu na mieszkanie tam. Nie zdążyłam nawet zrobić zdjęć, bo większość czasu traciłam na dojazdy, więc jak mogłabym tam się obijać? Życie bez obijania to jak Mikołaj bez brody! (wpiszcie sobie w google grafika - nie ma nawet takiego obrazka!) Dlatego odkąd wróciłam to się obijam, co niektórych wkurza (łącznie ze mną czasami).


Przez ostatni miesiąc zaczęły mnie nachodzić różne dziwne sny. Pojawiają się w nich ludzie z mojej przeszłości, o których nie myślałam wiele miesięcy czy nawet lat. Budzę się rano i walę w czoło "zapomniałam o jego istnieniu!". Dlaczego więc własnie dzisiaj mi się przyśnił? Ponieważ jak wyżej wspomniałam, mam czas na obijanie się i wtedy roztrząsam istotę życia, miałam chwilę na rozkminianie tego zagadnienia i doszłam do wniosku, że nasza podświadomość jest nieźle popieprzona.
Otóż wczoraj śniło mi się, że musiałam pojechać w jakieś dalekie kraje i "uratować" jakąś siostrę zakonną i tam pojawiła się postać (dość dla mnie ambiwalentna), której od około 10 lat nie widziałam na oczy. Rzeczona siostra zakonna okazała się być lesbijką, która się zakochała w jakiejś kobiecie i chciała wziąć ślub, ale ponieważ wierzy w Boga, nie chciała odchodzić z klasztoru i choć targały nią sprzeczne emocje to zrezygnowała z ludzkiej miłości na rzecz Stwórcy. Co więcej, zaczęła śledzić mnie! Postać z przeszłości, zachowywała się w sposób szalony i namawiała mnie do dziwnych działań, po czym zniknęła. Gdyby nie kontekst, o którym zaraz opowiem, można by było rzec, że to metafora walki rozumu z sercem (prawie jak w tp) albo diabła z Bogiem. Nic bardziej mylnego.
Kilka dni wcześniej oglądałam serial "Sposób na Morderstwo", w którym ksiądz zabił drugiego księdza, a adwokat wymyśliła, że alibi da mu kobieta, którą on potajemnie kochał (z wzajemnością), ale tylko platonicznie. W tle serialowym przewijają się również wątki homoseksualne. To wyjaśnienie części snu. Druga sprawa- koleżanka pojechała modlić się do kościoła w Malezji i pisała o tym kilka tygodni temu na fejsie. Na osobę z przeszłości nie znalazłam wyjaśnienia, ale na pewno też czai się w czymś co ostatnio zobaczyłam lub przeczytałam. Skojarzenia wiążą się z obrazami i powstaje z tego pozornie abstrakcyjny sen. Mózg jest niezłym zawodnikiem, bez naszej bezpośredniej pomocy układa historie...o których się nie śniło, chciało by się rzec.



Kontynuując wątek mózgu, prócz snów funduje mi on również niezłe zapadliny w pamięci. Nie pamiętam czasami całych rozmów czy zdarzeń z dnia poprzedniego. Tomografię głowy miałam robioną- wszystko ok. Mam po prostu bardzo intensywny syndrom chemo-brain (mózgu pochemicznego). Z jednej strony nieprzyjemne i uporczywe, z drugiej niezła wymówka, niestety prawdziwa. Uporczywa, kiedy w trakcie gotowania obiadu wychodzę po coś do pokoju i zapominam po co, siadam przed komputerem i przypomina mi się o obiedzie jak poczuję swąd palonego żarcia. Albo kiedy dostaję smsa "To o której będziesz?" i nie wiem gdzie i dlaczego mam być a okazuje się, ze umawiałam się z kimś gdzieś dzień wcześniej. I uprzedzę was- zapisuję sobie...i zapominam, że zapisałam, albo gdzie zapisałam...Szkoda gadać. Kupa śmiechu i zażenowania.


Idąc tropem kupy śmiechu, to niedawno wpadł mi w ręce magazyn SEK&RETY z 1992r. Czasopismo o charakterze erotycznym, głównie z historiami i ogłoszeniami towarzyskimi. Uraczę was kilkoma najciekawszymi, warto poczytać. 20 lat temu to jednak ludzie byli mniej pruderyjni niż dziś, a niby jesteśmy bardziej otwarci.










Mam nadzieję, że się uśmialiście, śmiech to w końcu zdrowie, a zdrowia nigdy nie za dużo...
A skoro już o tym wspomniałam - ja dochodzę do formy i czuję się lepiej. Badania wszystkie ok, więc się nie martwcie, jeszcze długo będę was zamęczać (ewentualnie rzadko).

Dziękuję za uwagę i jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk

poniedziałek, 26 października 2015

Chora rzeczywistość

Rak zabiera powoli wszystko. Najpierw nieśmiertelność. Nagle z dnia na dzień z osoby z przyszłością stajesz się osobą żyjącą z chwilą. Liczy się każdy moment każdy dzień. Życie mija od badania do badania. Od chemii do chemii. W międzyczasie zaczynasz zauważać wiele pięknych rzeczy, ludzi, których nie doceniałaś. Ulotne chwile stają się podporą Twojego istnienia. Żyjesz tu i teraz i cieszysz się, bo nie masz pojęcia kiedy to może się skończyć. 

Musisz z dnia na dzień oswoić się z myślą o śmierci, albo na siłę wypierać ją z głowy. Udawać, że nie istnieje, że nie dotyczy wcale Ciebie. Pomimo, że statystyki nie dają Ci szans, myślisz "Mi się uda". A potem zastanawiasz się "niby dlaczego akurat mi ma się udać?". Ale gdzieś w ferworze zdarzeń starasz się nie myśleć o tym zbyt często. I tak mijają kolejne dni.

Kolejne badania, kolejne chemie. Każde zdjęcie usg z opisem "bez zmian patologicznych" przynosi Ci ulgę, ogromną radość (czy wcześniej potrafiłaś się tak cieszyć?). Często napięcie sięga zenitu - boli cię głowa - czy to już przerzuty do mózgu? Złe wyniki krwi, próby wątrobowe podniesione - czy rak przesiadł się na wątrobę? Wiesz, że te myśli do niczego nie prowadzą, mimo to przyklejają się do Ciebie i nie chcą odejść. Szukasz podobnych przypadków, szukasz potwierdzenia, że tak po prostu się zdarza i to wcale nie oznacza, że choroba wróciła. W końcu kolejne badania potwierdzają, że wszystko jest ok i znowu czujesz ulgę, przeważnie chwilową, do następnych niepokojących symptomów. W pewnym momencie po postu zaczynasz się do tego przyzwyczajać. Już zawsze tak będzie wyglądać Twoje życie. Strach nie minie. Albo się z nim zaprzyjaźnisz, albo Cię zniszczy.
W marszu przez życie oprócz Ciebie maszeruje już śmierć obok dołącza strach.

Kolejne badania, operacje i blizny. Sterydy i inne leki zmieniają kształt Twojego ciała. Kształt Twojej duszy już dawno się zmienił i wciąż ewoluuje.

Pojawiają się niedogodności - bóle, osłabienie, ciągłe zmęczenie. Spacer, który kiedyś sprawiał Ci przyjemność dziś wymaga wysiłku. Po zakupach musisz się położyć i odpocząć. Myśl, że trzeba znaleźć kurtkę na zimę doprowadza Cię do szału. Trzeba będzie dużo chodzić i przymierzać. Myślisz o tych zimnych potach, które pojawiły się wraz z zaniknięciem okresu. No tak, przecież masz menopauzę i wszystkie objawy z nią związane. Wszystko Cię wkurwia i nawet nie wiesz dlaczego. Hormony dają Ci popalić i czujesz się o 20 lat starsza. Twoje ciało też nagle o tyle się starzeje. Traci elastyczność, pokrywa się rozstępami. Żyły się kurczą i bolą. Zastanawiasz się czy nadal jesteś jeszcze kobietą? Robisz wszystko, żeby chociaż tak wyglądać - malujesz się, ładnie ubierasz, wszyscy mówią "nie wyglądasz na chorą". Chcesz wbrew wszystkiemu być piękna.
Obok śmierci i strachu idzie z Tobą zmęczenie.

Ludzie ciągle Ci powtarzają, że będzie dobrze. Na początku w to wierzysz, później Cię to wkurwia, potem znowu po prostu chcesz, żeby tak było. Tracisz znajomych. Na początku do Ciebie piszą współczują Ci, ale nie do końca wiedzą jak z Tobą gadać. Niby chcesz, żeby było jak dawniej, ale nagle odkrywasz, że choroba zajęła już tak dużo miejsca w Twoim życiu, że wszystko się z nią wiąże. Nie chcesz ciągle o niej opowiadać, ale ciężko ją pominąć. Próbujesz zapomnieć, spotkać się z innymi, chcesz, żeby było jak dawniej. Idziesz na imprezę, wyjeżdżasz gdzieś i chociaż świetnie się bawisz to zmęczenie, łysa głowa, ból, przypominają Ci, że już nie do końca jesteś jedną z nich. To Cię tak bardzo wkurwia. Paradoksalnie zaczyna Cię wkurwiać, że oni są zdrowi, że mają te swoje "zdrowe" problemy, takie małe, takie błahe i już nawet nie wiesz czy to "oni" Cię odsuwają czy Ty ich. Zaczynasz zauważać, że innych też wkurwia Twoja choroba, ciągle używasz jej do "wykrętów". W końcu masz ochotę się schować, uciec gdzieś daleko. Wkurwienie przeradza się w bezradność. Idzie z Tobą śmierć, strach, zmęczenie, wkurw i bezradność.

Szukasz podobnych do siebie ludzi. Zaglądasz na fora onkologiczne, odwiedzasz spotkania wsparcia. Tam czujesz się dobrze. Nikt nie spogląda na Ciebie krzywo, nikt nie ocenia, nie przygląda się dziwnie Twojej łysej głowie. Masz wsparcie, wspierasz innych. To Twoi nowi przyjaciele. Bezpieczniejsi. Zaczynacie się spotykać, dużo rozmawiacie, w końcu czujesz, że ktoś Cię rozumie. Dołącza do Ciebie otucha.

Mija czas. Ty walczysz, zbierasz w sobie siły. Kciuki trzymane przez nowych onko-znajomych unoszą Cię do góry. nawet nie wiesz kiedy wszystko się zmienia.
W końcu rozglądasz się dookoła i daleko za sobą widzisz poukładany świat, potem zgliszcza, gdzieniegdzie palące się ogniska, jakieś prowizoryczne budowle z patyków i gliny. Przed Tobą jest mgła i jakieś źródło światła, czasami prawie niewidoczne, jednak niekiedy czujesz jego ciepło gdzieś na policzku.

Uświadamiasz sobie, że sama przyczyniłaś się do tych zniszczeń. Powodowana myślą o śmierci, strachem, zmęczeniem, wkurwieniem i bezradnością. Kogoś odepchnęłaś, czegoś nie zauważyłaś, na kimś się wyżyłaś, może za bardzo skupiłaś się na sobie? Zaczynasz czuć się winna, chociaż budzi to Twój gniew - przecież to nie Twoja wina, że chorujesz! A może...?
W końcu stajesz w miejscu, wszystko idzie ku lepszemu, leczenie powoli się kończy, chociaż wiesz, że już do końca życia co chwilę będziesz musiała się badać, pilnować i sprawdzać.

Jesteś zdrowa.
JESTEŚ ZDROWA?

Nie masz już pracy, z wieloma znajomymi już się nie kontaktujesz, nie poznajesz się w lustrze, nie wiesz co się stało z Twoim organizmem, dlaczego ciągle coś Cię boli, dlaczego musisz się zdrzemnąć popołudniu. Ci bliscy, którzy zostali jakoś inaczej na Ciebie patrzą.

Cierpliwość, miłość, spokój, zrozumienie i ciepło. Drużyna, która jako jedyna może pokonać Twoich kompanów podróży. Tylko czy ludzie w okół Ciebie nie stracili tego walcząc u Twojego boku?
Jeżeli jesteś silna, przekujesz to w swój sukces, odbudujesz w okół siebie rzeczywistość.

Musisz więc być silna. Kurwa. MUSISZ (musisz?).

Czasami myślę, że może lepiej siedzieć cicho, zamknąć myśli w szufladzie i nie obciążać innych. Uciec daleko, pozwolić by wszyscy zapomnieli i dać żyć bez swojej choroby. Może byłby to szczyt miłości z mojej strony. Rak zabija nie tylko mnie, niszczy wszystko dookoła.
Nic już nigdy nie będzie takie samo i minie sporo czasu nim dowiem się na nowo kim jestem.
Dzisiaj nie powiem nic pozytywnego. Sorry.
 

sobota, 17 października 2015

Liebster award

Kilka dni temu dostałam od IdyG wiadomość "Nominowałam Cię do Liebster Award". Co to za ustrojstwo? - pomyślałam i nim się zorientowałam już szukałam odpowiedzi w necie. Już tłumaczę o co chodzi. Otóż blogerzy nominują innych bloggerów do odpowiadania na różne pytania (sztuk 11). Chodzi o to, żeby promować mniej znane blogi, a nominacja ma być wyrazem uznania i zachęty do dalszego działania. Ja nie widzę jak to ma niby wpłynąć na działalność mojego bloga, no ale dobra, niech będzie. Jak się bawić to się bawić.
Aha, no i nie mogę nominować osoby, która mi te przyjemność zafundowała, za to muszę nominować 11 innych bloggerów (chyba tylu nie znam, ale zobaczymy:))
No to jazda!




1.Piszę blog, bo … 
Pisanie nadaje sens mojej chorobie, poza tym lubię to robić. Każdy post to frajda.

2. Gdy miałaś naście lat Twoim guru i autorytetem była/był … i 
3. Jak tamta fascynacja ma się do dziś, gdy masz dziesiąt lat? 

No i tutaj mam problem. Byłam i chyba wciąż jestem, buntownikiem. W czasach mojej "nastoletniości" czasami padało pytanie o autorytety, a ja odpowiadałam "NIE MAM". I teraz kiedy się nad tym zastanowię, to faktycznie jest tak do tej pory. Oczywiście mam autorytety w różnych dziedzinach, ale nie ogólne życiowe. Może to brak pokory, ale prócz Jezusa (bez względu na wiarę, Jego jako człowieka) nikt nie jest dla mnie wzorem do naśladowania. Ale byłabym hipokrytką gdybym powiedziała, że podążam jego ścieżką.




4. Z nieba spadło Ci 10 tyś. zł , ale możesz je wydać tylko na siebie. I co zrobisz? 
Konkretnie:
ok 1000 zł- maszyna do szycia
ok. 2500 zł- wyjazd do Barcelony
ok. 3000 zł nowy komputer /ten już niestety ledwo zipie
ok. 1000 zł - wypasiona kolacja, którą sama bym przygotowała dla grupy znajomych z ekstra potrawami i napojami, jakaś tematyczna gdzie kazdy musiałby się przebrać :) (choć to nie do końca na siebie;))
resztę kasy przeznaczyłabym na 3-tygodniowe turnee po Polsce, w celu odwiedzenia kilku osób :)

6. A na emeryturze to chciałabym … 
Nie myślę o emeryturze, po pierwsze nie wiem czy dożyję, po drugie po cholerę zaprzątać sobie tym głowę teraz? Po trzecie, jak już dożyję, to moja emerytura będzie tak śmieszna, że można tylko pomarzyć o wygranej w totka :)




7. Jak książka to z gatunku … 

Najchętniej antyutopia, ale tez fantasy, kryminał, powieść... najbardziej lubię te książki, które wybiegają poza schematyczne myślenie, takie w których można się zagłębić i myśleć o nich godzinami (Jak seria "Świat Rzeki" Philipa José Farmera.)

8. Czasem mi wstyd, ale do łez wzrusza mnie … 

Kiedy jestem przed okresem wzrusza mnie wszystko, nawet parówki z keczupem:) A tak serio - nie ma rzeczy, które zawsze mnie wzruszają. Czasami są to filmy, czasami dzieci, czasami małe zwierzątka, a czasami wystarczy jakiś zapach czy smak :)




9. Są przedmioty, które kojarzą się z dzieciństwem. Dla mnie to … 

Barbie- która do tej pory mnie fascynuje i mogę godzinami oglądać lalki w sklepie albo necie ;)

Figurki - mieliśmy z bratem takich całkiem sporo,  gumowe plastikowe i z jajek niespodzianek. Tryliard godzin się nimi bawiliśmy :) Kto pamięta pierwszą kolekcję, która ukazała się w PL? nie miałam tylko tego po prawej na górze:)



I jeszcze masa innych zabawek: lego, tamagotchi, bajki i filmy...ale najbardziej z dzieciństwem kojarzy mi się zapach "Pani Walewskiej", którego używała moja babcia - okropny, ale fajny :)




10. „Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma..” Masz takiego bzika na jakimś (albo czyimś) punkcie?
Hmm...Mam bzika na punkcie przeszukiwania sieci - obojetne w jakim temacie, wystarczy mi coś podrzucić, to może być "sukienka z takim czymś, najlepiej czarna" albo "komoda o szerokości 90cm, szara, prosta, bez zdobień" a równie dobrze odpowiedź na pytanie "kto wymyślił popcorn? Jaki kolor włosów miał Ghandi?" albo "najnowsze odkrycia w medycynie". Jednym słowem, jestem encyklopedią wiedzy bezużytecznej, ale wyszukiwanie wszystkiego co wpadnie mi do głowy jest moim kompletnym bzikiem. więc jeśli czegoś szukacie...zapytajcie mnie:)




11. Każdy ma jakiś talent. Ty masz w darze od natury …

Tycie:) 




A tak serio, chyba trochę tych talentów dostałam, albo tylko sobie uzurpuje ;)
trochę plastycznego (grafika, fotografia, kiedyś jeszcze rzeźba i malarstwo)







Trochę gotowanie:



Trochę robótki ręczne różne:



A największy talent mam do rozbijania różnych przedmiotów, przewracania się i popełniania gaf ;) 



Uff, udało mi się dotrzeć do końca. Teraz pora na moje nominacje i pytania. Ale najpierw trochę klasyki:



Ja spróbuję zadać pytania, na które sama chciałabym odpowiedzieć:)


  1. Gdybyś musiał/a zacząć pisać innego bloga, o jakiej by był tematyce? (trzeba wybrać chociaż jeden zakres tematyczny)
  2. Historia z dzieciństwa której do tej pory się wstydzisz/która do tej pory Cię śmieszy (do wyboru)...
  3. Gdy byłaś/eś dzieckiem, chciałaś/eś być .... co dzisiaj myślisz na ten temat?
  4. Książka/film lub wydarzenie, które wpłynęło na Twoje dorosłe życie.
  5. Złapałeś  złotą rybkę, ale jest jakaś nie teges i spełnia tylko jedno życzenie. Co to za życzenie?
  6. "Lepiej żałować tego co się zrobiło niż to, czego się nie zrobiło" - jedno rzecz w życiu której żałujesz, że zrobiłeś/aś lub nie zrobiłeś/aś.
  7. Gdybyś musiał/a wybrać - jaką postacią z kreskówki/komiksu byś był/a?
  8. Co nakręca Cię do działania?
  9. Bez czego nie mógłbyś/mogłabyś się obyć? (rzecz materialna)
  10. Opisz lub pokaż jak wygląda twój wymarzony dom (możesz korzystać z obrazów z internetu)
  11. Wrzuć 3 obrazki (zdjęcia, grafiki, gify), które określają twój charakter
Nominuję:

1. Lucynę - Mam aliena
8. Marzena Erm - Rakija
9 Rybeńka - Wymuszony blog (może tym razem odpowie na pytania;))
10. Iwona - Po prostu kobieta
11. Bogumiła - dr Budwig i ja

A jeśli ktoś chciałby mi zadać swoje pytanie to z chęcią odpowiem :) Zapraszam do komentowania i jak zwykle - bywajcie w zdrowiu!
Anuk




piątek, 16 października 2015

To już rok!

Dzisiaj, a właściwie już wczoraj (bo jest po północy) mia rok odkąd założyłam BU-raka. Dzisiaj dopiero zorientowałam się, że 15 października to ogólnoświatowy dzień walki z rakiem piersi. Symboliczna data, jakby nie patrzeć. 

Nie będzie tortu ani imprezy, ale będzie trochę podsumowań. Chyba większość ludzi tak ma, że kiedy nadchodzi jakaś rocznica, przychodzą z nią również przemyślenia i wspomnienia. Ten rok był dla mnie dość "wyjątkowy", choć chyba nie o takiej wyjątkowości marzyłam. Ale zawsze biorę co przyniesie życie i próbuję utkać z tego coś fajnego, a przynajmniej znośnego. Pomimo tego, że jak powiadają, z gó*na bata nie ukręcisz, uważam, że to był całkiem udany rok, choć spod znaku raka i to nie zodiakalnego. 

We wrześniu dowiedziałam się, że noszę w sobie pasożyta, wykarmiony na mojej piersi, urósł sobie do rozmiarów piłeczki golfowej i przerzucił się na węzły chłonne.



Początki były trudne, ale postanowiłam potraktować to jak grę i jak w grze trochę poddać się losowi, ale głównie walczyć o wygraną. I tak raz z górki raz pod górkę przeszłam przez:
- 7 chemii przedoperacyjnych
- operację usunięcia guza (kwadrektomię - oszczędzającą pierś) 
- operację dzień później, tzw. resekcję, która miała na celu usunięcie krwotoku wywołanego pierwszą
- 28 naświetlań
- zabieg wstawienia portu naczyniowego 
- 5 chemii pooperacyjnych
- 4 wlewy herceptyny (czeka mnie jeszcze 14)
- plus masę badań usg, tomografii, rtg, mammografię, rezonans i kilkadziesiąt badań krwi a  ostatnio nawet emg.

Tak to wygląda w skrócie. A jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej zapraszam do poprzednich wpisów.
Dzisiaj jestem już na drodze do zakończenia leczenia, choć jak to u mnie bywa, nie takiej prostej. Ostatnio pisałam wam, że mam mieć 12 cykli chemioterapii (tak na wszelki wypadek), ale poprzestano na 5. Mój organizm zbuntował się i trochę zepsuł. Dostałam neuropatii, mówiąc po ludzku nerwy w kończynach odmówiły posłuszeństwa i straciłam czucie w palcach prawej dłoni i lewej stopy. Przy tej okazji przeciągnięto mnie trochę po różnych lekarzach i w ciągu ostatnich 4 tygodni odwiedziłam neurologa, chirurga, pracownię tomografii i pracownię EMG. Sprawdzono mnie pod kątem cieśni nadgarstka i przerzutów do mózgu (jedno i drugie wykluczono), a dzisiaj przeszłam przez tajemniczo brzmiące badanie EMG (Elektromiografia – diagnostyka czynności elektrycznej mięśni i nerwów obwodowych (elektroneurografia) za pomocą urządzenia wzmacniającego potencjały bioelektryczne mięśni i nerwów – elektromiografu. Elektromiografia jest podstawowym badaniem dodatkowym służącym do rozpoznawania chorób obwodowego układu nerwowego oraz mięśni (pozwala ocenić m.in. ich zdolność do pracy). Bardzo dziwne badanie polegające na rażeniu człowieka prądem. Trochę mnie pomęczyli i stwierdzili to co już wiedziałam - ograniczone czucie w palcach prawej dłoni i demielizacyjna neuropatia nerwu łokciowego (no tego nie wiedziałam, a przynajmniej nie znałam nazwy :)) Dlatego chemii więcej nie będzie (i oby już nigdy przenigdy nie było!) Została mi tylko herceptyna podawana co 3 tygodnie do sierpnia 2016.

Co poza tym u mnie? Powoli dochodzę do siebie po tych ostatnich chemiach, które mocno dały mi popalić. Oprócz problemów z nerwami w łapie, skasowała moją marną kondycję i znowu spacery są dla mnie męcząco-wycieńczające. No i wyliniałam mocno. Ale jak zwykle, nie załamuję się i mimo jesiennej aury i poturbowanego chorobą ciała staram się żyć radośnie i robić fajne rzeczy.

Ostatnio przygotowałam akcję promującą profilaktykę w zakresie raka piersi, macicy, jajników i jąder - pamiętacie?  To co się stało przeszło moje najśmielsze oczekiwania - moje grafiki opanowały facebooka i rozeszły się w kilku tysiącach kopii! Bardzo wam wszystkim dziękuję za wsparcie akcji i masę miłych słów (i niemiłych też:)). Mam nadzieję, że to dopiero początek i uda mi się wdrożyć resztę moich pomysłów w życie.

Na koniec podsumowań, jeszcze "mój rok wyrażony twarzą" czyli składka selfie z ostatniego roku (wiem, fascynujące ;)) 

     
Rak mi nie straszny :)

A już niedługo...Liebster Blog Award, do którego nominowała mnie Ida, czyli odpowiem na kilka pytań. Ale co za dużo to niezdrowo, więc na dzisiaj to tyle.

Dziękuję, że przez ten rok byliście ze mną! Jeżeli jeszcze was nie zanudziłam to zapraszam do czytania, komentowania i innych kontaktów (mój mail: burak.anuk@gmail.com i BURAK na fejsie).

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk

wtorek, 29 września 2015

3,2,1...akcja!

Niedawno minął rok od mojej diagnozy. Miałam zamiar napisać post podsumowujący wszystko co zdarzyło się w tym czasie, ale ponieważ moje leczeni wciąż trwa i przedłuża się z różnych powodów, stwierdziłam, że to jeszcze nie czas na to. Mam dla was coś dużo ciekawszego.

Październik, jak pewnie większość osób zainteresowanych tematem wie, jest miesiącem walki z rakiem piersi. Temat bardzo mi bliski (za bardzo;). Jako, że zawodowo zajmuję się grafiką i tematami pokrewnymi postanowiłam przygotować coś specjalnego. Połączyłam przyjemne z pożytecznym i wymyśliłam, że zrobię swoją własną akcję promowania badań i profilaktyki, ale nie tylko piersi. Pomyślałam również o innych "kobiecych sprawach", nie pomijając przy tym i męskich.

Nie spałam kilka nocy myśląc co mogę zrobić i jak, żeby trafić do jak największej ilości osób zdrowych. Przekopałam internet w poszukiwaniu różnych akcji promujących profilaktykę, uruchomiłam dwie szare komórki i stworzyłam kilka grafik, które mam nadzieję trafią hasłami i obrazami do osób zdrowych, które chcą o siebie zadbać i do tych, które myślą, że nic złego nei może im się przytrafić. Mam świadomość, ze część z nich jest kontrowersyjna, ale wiem, że czasami tylko tak można trafić z przekazem. Wszystkie grafiki, zdjęcia i hasła są mojego autorstwa.

Przed wami moja BU-raczana akcja:







I dwie, bardziej dosadne grafiki:



Jeżeli chcecie i trafia do was co przygotowałam, zachęcam do udostępniania grafik na portalach społecznościowych, przesyłania znajomym i generalnie propagowaniu ich. Zależy mi na tym, żeby to po prostu działało. Jeżeli chociaż jedna osoba dzięki zobaczeniu obrazka pójdzie się zbadać, będę wiedziała, że zrobiłam dobrą robotę.

Profilaktyka jest bardzo ważna, gdyż może zapobiec wielu nieprzyjemnym skutkom leczenia raka. pamiętajmy, że szybkie wykrycie raka daje większe szanse na całkowite wyleczenie. Mój rak miał 6,5 cm kiedy go wykryłam, miałam zajęte również węzły chłonne. Od roku zmagam się z leczeniem, z nadzieją, że jeszcze trochę pozyje i uda mi się wygrać z burakiem.


Prócz akcji mam dla was jeszcze jedną niespodziankę - możecie mnie śledzić na facebooku. Prócz wrzucania linków do bloga, mam zamiar dodawać różne nowości i ciekawostki w temacie onkologii i leczenia.

Na dzisiaj to tyle. Piszcie z komentarzach co myślicie na temat grafik, co do was trafia a co nie. Każda opinia się dla mnie liczy:)

I jak zwykle- bywajcie w zdrowiu!
Anuk
 

środa, 16 września 2015

Jak to jest z tym pomaganiem?

Dzisiaj miałam intensywnie onkologiczny dzień. Czyli również dzień pełen czekania w różnego maści kolejkach, ale nie ma tego złego. Miałam dużo czasu, żeby obserwować i myśleć, choć to drugie nie jest łatwe w sytuacji pochemicznej kiedy w mózgu zostają dwie szare komórki, lewitujące w puste, które, żeby zadziałać muszą się ze sobą zderzyć. Ale wytworzona w ten sposób myśl jest często ciekawa, albo sprowadza się do jakiegoś niebywale odkrywczego stwierdzenia typu. "jestem głodna". Tak czy siak wynikają z tego przeważnie jakieś wnioski (np. "muszę zjeść") a niekiedy powstaje coś w rodzaju drogi mlecznej składającej się z małych żarzących punkcików-myśli. Tak właśnie powstaje strumień świadomości (mniej lub bardziej odkrywczy).

Najpierw kilka faktów - byłam w ZUSie, dostałam zasiłek rehabilitacyjny jeszcze na pół roku. To dobra wiadomość. Byłam również u lekarza, pokazać się przed chemią, pełna radości, że to już półmetek - piąta z dziewięciu chemii. Pod koniec wizyty sekretarka poprosiła mnie o moją kartę wizyt (taka mała karteczka gdzie wpisuje się kolejne daty i godziny wizyt u lekarza) i wpisała mi dziesiątą datę. Zmarszczyłam brwi i wybąkałam "ale jak to? miało być 9 cykli" na co lekarka spokojnym głosem odpowiedziała "Chyba dwanaście, taki jest standard przy leczeniu, które Pani wyznaczono". Konsternacja. Jakie ku*wa dwanaście, chyba ktoś tu oszalał. "Pani karta jest (gdzieśtam) sprawdzimy to przy następnej wizycie, ale jestem prawie pewna, że 12". Zajebiście, dodatkowe trzy tygodnie zamuły i mrowienia kończyn, o niczym innym nie marzyłam.

Tak jak wcześniej wspomniałam, mimo wszystko cały dzień spędzony w Zusach (srusach) i szpitalach (sralach) nie uważam za stracony. Mianowicie rozwijałam w głowie myśl wiążącą się mocno z poprzednim wpisem - o pomaganiu. Dużo się o tym mówi, dużo się o tym słyszy, ale intensywnie starałam się uchwycić istotę pomagania i jakoś to wszystko poukładać.

Altruizm jest pojęciem bezsprzecznie wiążącym się z pomaganiem. Słownik języka polskiego określa go jako "kierowanie się w swym postępowaniu dobrem innych, gotowość do poświęceń" oraz (za wikipedią) "zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Według J. Poleszczuka polega ono na dobrowolnym ponoszeniu pewnych kosztów przez jednostkę na rzecz innej jednostki lub grupy, przeciwstawne zachowaniu egoistycznemu. Zachowania altruistyczne mogą występować zarówno wśród ludzi, jak i w obrębie innych gatunków biologicznych. Jest to podstawowe pojęcie socjobiologii" 
Powszechnie altruizm kojarzy się z "bezinteresownym działaniem", ale tak na "chłopski rozum" (z tymi moimi dwiema szarymi komórkami), czy możemy powiedzieć, że naprawdę potrafimy postępować bezinteresownie? Dla mnie osobiście, altruizm jest najwyższą formą egoizmu i nie uważam, żeby to było złe, mimo, że egoizm kojarzy się mocno pejoratywnie. Tylko, że pomagając, poświęcając swój czas, czasami pieniądze, emocje, dobra materialne, jednocześnie "robimy sobie dobrze". Zastanówmy się nad tym głębiej.

Jest kilka powodów, dla których zaczynamy pomagać, część z nich jest powodami, które ciężko sobie uzmysłowić i raczej nie lubimy o tym myśleć, bo to powody, które nie są chlubne.

WYRZUTY SUMIENIA.
Część ludzi po prostu ma wyrzuty sumienia, mniej lub bardziej uświadomione. Wynikać one mogą z naszego postępowania (kiedyś zrobiłam komuś krzywdę, odkupię swoje winy pomagając komuś innemu i poczuję się lepiej). Z naszej sytuacji życiowej - powodzi mi się dobrze, żyję jak pączek w maśle, masa ludzi nie ma tak dobrze jak ja - dam pieniądze potrzebującym. Poczuje się lepiej. I tak dalej. Można mnożyć przykłady w nieskończoność. Często oczywiście są to absurdalne powody, niekiedy bliskie - życzyłam komuś źle, teraz temu komuś na prawdę jest źle i jeśli mu pomogę, może może ugaszę pożar mojego sumienia. 
Brzmi dość niefajnie, mało heroicznie, ale chyba każdy miał taką sytuację i według mnie nie ma się czego wstydzić - jesteśmy tylko ludźmi.



WSPÓŁCZUCIE
Kolejny powód, dość częsty, mniej drażliwy niż poprzedni. Zwyczajnie czujemy żal i niesprawiedliwość losu, który spotkał kogoś innego, człowieka, czasami zwierzę. Nasze serce porusza jakaś historia, w porywie emocji i poczuciu smutku pomagamy. Co z tego mamy? Uczucie ciepła na sercu, że spełniliśmy dobry uczynek. Czyli jakby nie patrzeć jakaś korzyść. 

ANALOGIA
Odnajdujemy w czyjejś historii siebie. Przeżyliśmy podobne nieszczęście, Może ktoś wtedy wyciągnął do nas rękę i pomógł nam, a może wręcz odwrotnie, nikt taki się nie znalazł. Może byliśmy w ciężkiej sytuacji finansowej i brakowało na chleb, dobrze znamy dylematy czy zapłacić rachunki czy zrobić zakupy. Dziś jest lepiej i dzięki temu możemy podzielić się z kimś innym tym co mamy. Wykonujemy gest w stronę drugiej osoby. Czy nie czujemy radości? Czujemy. I nie ma w tym nic złego.

Pewnie można byłoby podzielić te motywy jeszcze bardziej i poszatkować to drobniej, ale myślę, że uchwyciłam trzy główne powody jakie nami kierują przy decyzji wspomożenia drugiej istoty. Są jeszcze oczywiście istotne różnice w udzielaniu tej pomocy: cicha i publiczna. Tutaj też mozna wyłuszczyc mnóstwo kontrowersji;

CICHA POMOC, o której nikt nie wie, przekazanie pieniędzy, zrobienie zakupów starszej sąsiadce, uratowanie bezdomnego psa. Taka pomoc wydaje się bardziej szlachetna, czasami nawet bohaterska. Często słyszę opinię ludzi typu "Znam pewnego XY, który bardzo pomaga ludziom i on NIGDY SIĘ TYM NIE CHWALI". Taka osoba staje się naszym osobistym bohaterem, To się chwalii podziwia.

POMOC "GŁOŚNA" czyli wystawiona na świeczniku, myślę o publicznych akcjach fundacji, stowarzyszeń i osób prywatnych, które organizują różne zbiórki, akcje, koncerty itp. Temat kontrowersyjny. Chociażby najbardziej spektakularna "Orkiestra świątecznej pomocy" i osoba Jurka Owsiaka, którą zna cała Polska. Z jednej strony rzecz niebywale chwalebna i dobra, z drugiej opluwana i hejtowana. I tutaj też mieści się całe "onkocelebryctwo" i wystawianie swojej twarzy jako "sztandaru" czy też swoistego "loga" przy jakiejś pomocowej akcji. 
Bardzo lubimy oceniać takie rzeczy. Szukać dziury w całym. Zawsze znajduje się ktoś kto zarzuci, że ktoś robi to dla sławy i poklasku i pewnie po części jest w tym racja, Bo czy te znane publicznie osoby również nie czują radości i nie mają satysfakcji z pomagania? Ostatnio Dorota Wellman przekazała potężną sumę pieniędzy na cele charytatywne. Zrobiła to bo mogła. I tutaj też znajdą się osoby, którym nie będzie się to podobać, bo może nie powinna się tym chwalić, a może to taki PR-owy chwyt?

Nie mnie oceniać postępowanie i motywy tegoż innych. Tylko zastanawiam się dlaczego to zawsze budzi tyle niepotrzebnych negatywnych emocji w ludziach (wystarczy poczytać sobie komentarze dotyczące jakiejkolwiek publicznej pomocy). Ja uważam, że każda pomoc czy ta mniej czy bardziej spektakularna niesie za sobą coś dobrego. Nie ważne, jakie mamy ku temu powody.
Uważam, że nie powinniśmy się wstydzić, że mimo wszystko altruizm jest podszyty egoizmem, czym bardziej sobie to uświadomimy, tym lepiej i skuteczniej będziemy mogli działać.

Nie boję się powiedzieć, że mam egoistyczne pobudki, chociażby pisząc tego bloga czy biorąc udział w innych pomocowych akcjach. Lubię to uczucie, które pozwala mi myśleć o sobie jak o dobrej osobie. I oczywiście, mam na koncie masę tych gorszych uczynków, którym może czasami się wstydzę, może czasami żałuję, ale nie boję się do tego przyznać. Nikt nie jest kryształowy. Mam w głowie od dłuższego czasu myśl o zrobieniu czegoś bardziej spektakularnego i wiem z jakim wielkim ryzykiem się to wiąże. Z patrzeniem na ręce, ocenianiem i hejtem. Ale też z tym ciepłem w sercu, które lubię. Ocenianie innych to nasz ludzki ulubiony sport, szczególnie dzisiaj w dobie internetu. Strach przed tym jest mimo wszystko dość duży a ryzyko budzi we mnie wikinga.

Pomaganie to temat rzeka - długi, porywisty, wiążący się z nieokiełznanym prądem, który może ponieść na manowce. Piękny, ale równiez okraszony wstydem, strachem i niezdrowymi emocjami. Sądzę jednak, że warto, mimo wszystko. Ja podziwiam ludzi, którzy to robią, bo to naprawdę nie jest wcale łatwe i przyjemne, a popełnienie jakiegoś błędu może skończyć się bardzo fiaskiem i utratą dobrego imienia. Mimo wszystko - kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.

Reasumując, uważam, ze pomagając innym, pomagamy też sobie i to jest ten dobry egoizm, który lubię. Ja wierzę też w magiczne myślenie "co w świat wysyłasz, to odbierasz" (czyli znów z aspektem egoistycznym ;)) 

Mam nadzieję, że udało mi się uchwycić istotę problemu, chociaż jak zwykle czuję niedosyt. Zachęcam was do dyskusji w komentarzach i rozwijania tematu - myślę, ze jest jeszcze dużo do dodania.

Tymczasem idę ułożyć swoje wypełnione chemią ciało do wyra.
Bywajcie w zdrowiu!
Anuk



czwartek, 10 września 2015

Kim jesteś mityczny onkocelebryto?

Jestem stworzeniem często i dużo myślącym. Przeważnie o niczym, albo o czym innym. najczęściej o tym co tu zrobić, żeby było mi dobrze, co dobrego zjeść, z kim się spotkać, co sobie kupić i innych rzeczach kręcących się wokół mojej własnej przyjemności. Ale są też chwile, biorąc pod uwagę to, że w nocy mało sypiam, to trochę więcej chwil, kiedy zastanawiam się nad różnymi problemami. I tak jak dzisiaj, wyrywają mnie one z łózka, żeby coś sprawdzić, o czymś przeczytać i czasami wylać te myśli w otmęty internetów. 

Jakiś czas temu przeczytałam na blogu Martyny jej wpis na temat kultu chorego (polecam przeczytać, bo sporo tam mądrych przemyśleń). Przeczytałam, skinęłam głową i poszłam robić coś innego. Jednak gdzieś z tyłu mózgu coś mnie kuło i drażniło cały czas. Zaczęłam się zastanawiać jak to właściwie z tym naszym chorowaniem jest. I z tymi, którzy stali się dzięki rakowi "sławni" czy też po prostu rozpoznawalni.

/Nie będę odnosić się konkretnie i wprost do ww wpisu, ale on i kilka innych wypowiedzi z różnych kanałów skłoniło mnie do przemyśleń i napisania kilku słów./

Często czytam negatywne wypowiedzi na temat "onkocelebrytów", o "lansie na raka", o tym, że robi się bohaterów z osób, które są chore, tylko dlatego, że zachorowały. No i z jednej strony racja - to, że chorujesz nie czyni z Ciebie nikogo wyjątkowego, nie sprawia, że nagle jesteś lepszy od innych. Ale z drugiej strony dzięki temu, że ktoś o tym mówi czy pisze, jest pokazywany w mediach, ludzie mogą dowiedzieć się więcej o temacie, który wciąż mimo wszystko jest dość "tajemniczy" i objęty swoistym "tabu". Martyna w swoim tekście wspomniała o tym, że promuje się przeważnie młode kobiety o nienagannej prezencji i przedstawia je jako bohaterki. Nie pokazuje się starszych chorych ludzi. Ale czy jest w tym coś dziwnego? Okrutność życia polega na tym, że z reguły umiera się i choruje kiedy dochodzi się do pewnego wieku. Nasz organizm się starzeje, organy zaczynają zawodzić, taka jest kolej rzeczy. Kiedy rak czy inna okrutna choroba spada na młode osoby, w kwiecie wieku, wychowujące małe dzieci, robiące karierę, to jest czymś nienaturalnym i sprawiającym poczucie niesprawiedliwości.
Nim zachorowałam sama czytałam blogi osób chorych na raka - Joanny Sałygi "Chustki", Marzeny Erm i kilka innych. Uświadamiały mi one kruchość życia. Otwierały oczy na chorobę, która wtedy była dla mnie czymś egzotycznym, dziwnym i strasznym. Sprawiły, że zainteresowałam się tematami, które wtedy jeszcze mnie nie dotyczyły. Dzisiaj sama jestem chora i piszę o tym, bo wierzę, że mogę komuś pomóc, bo pomagam sama sobie. Czy jestem już złą onkocelebrytką? Czy powinnam siedzieć cicho w kącie i "godnie chorować po cichu"?

Kim jest ten niefajny, lansujący się na swojej chorobie onkocelebryta? Czy była nią Ś.P. Magda Prokopowicz, która otworzyła fundację wszystkim dobrze znaną, dzięki której wiele dziewczyn chorych na raka dostało peruki z prawdziwych włosów, dzięki którym poczuły się lepiej? Walczyła o propagowanie wiedzy na temat raka piersi i nie tylko, trafiła do szerokiej publiczności, poszerzyła świadomość o chorobie, czy ona powinna była siedzieć cicho? Czy może Ś.P. Kasia Markiewicz, która poszła do programu The Voice, żeby spełnić swoje ostatnie marzenie i powiedziała na wizji, że umiera na raka? Myślę, ze wiele młodych kobiet dzięki niej poszło zrobić cytologię niedługo po emisji programu. A może Ś.P. Joanna Sałyga nie zrobiła nic dobrego pisząc i mówiąc o swojej ciężkiej chorobie? A może ksiądz Kaczkowski jest tym niedobrym celebrytą, napisał tyle "niepotrzebnych" nikomu książek o chorobie i często występuje w mediach...



W głowie przetrząsam archiwum i szukam przykładów ludzi, którzy zostali wypromowani przez raka i było to bez sensu i wiecie co? nie znajduję nikogo takiego. To, że jesteśmy chorzy nie sprawia, że jesteśmy wyjątkowi, ale to co z tą chorobą zrobimy i jak ją wykorzystamy może sprawić, że pomożemy innym - zdrowym i chorym.

I tak mogłabym wymieniać jeszcze sporo ludzi, którzy "lansują się", żeby pomóc sobie w walce o życie, żeby zebrać pieniądze na drogie leki, ale nie widzę w tym nic dziwnego i nic godnego potępienia. Bycie na świeczniku, pokazywanie swojej twarzy, proszenie o pomoc nie jest łatwą rzeczą. Często jest okraszone wstydem, bólem skrywanym pod ciepłym uśmiechem onkocelebryty. Zawsze znajdą się ludzie, którym się to nie spodoba. Trudno. Taka jest czasami cena walki o swoje życie, czasami tylko o poszerzanie społecznej świadomości na temat choroby.

 Walczę z rakiem piersi już prawie rok. Od wielu lat robię zdjęcia, gotuję, jestem grafikiem komputerowym, piszę, szyję, bawię się i żyję tak, żeby nie żałować ani jednej chwili. Nie jestem nikim wyjątkowym, na pewno nie dlatego, że zachorowałam, ale chciałabym, żeby ta choroba przyniosła coś dobrego, nie tylko mnie, ale i tym, którzy czytają moje wypociny, tym którzy gdzieś przypadkowo trafią tutaj. Nie mam poczucia misji, ale nie chcę, żeby to wszystko poszło na marne. Może kiedy będę już całkowicie zdrowa wszyscy o mnie zapomnicie, ale jeśli do tej pory sprawię, że kilka osób więcej pójdzie do lekarza, zrobi usg piersi, może cytologię, a może zaangażuje się w jakąś pomoc osobom chorym, to nie będę miała poczucia żalu.

Nie wiem co przyniesie życie, nie wiem co będzie kiedy skończę leczenie i wkroczę znowu w świat zdrowych. Wiem, że doświadczenie choroby zmieniło mnie i obudziło coś więcej niż poczucie niesprawiedliwości czy jakiś żal do świata. Rak sprawił, że jestem lepszym człowiekiem. bo wykorzystałam wszystkie złe doświadczenia, żeby moje życie stało się lepsze, a może tez życie kilku innych osób (mam taką nadzieję). A jeśli ktoś kiedyś stwierdzi, że jestem tylko lansującą się na raku zjeba*ą onkocelebrytką to trudno. Mam to w dupie, a dupę mam dużą, więc wiele się tam zmieści :)

Bywajcie w zdrowiu!
Anuk